XIII
Jane weszła bez krępacji do kajuty brata, rzuciła się swobodnie na łóżko.
– Ech, czemu ja takiego nie mam…
– Zostań kapitanem statku, to dostaniesz.
– Nie, dziękuję. To nie w moim stylu. – Podciągnęła się, oparła o ścianę i skrzyżowała nogi. – Gdzie my to teraz lecimy?
– Feros. – John otworzył jakiś plik na komputerze. – Wysłali sygnał SOS, bo zaatakowały ich gethy. Diabli wiedzą dlaczego, tam nic nie ma. To młoda kolonia, dopiero co się zaczęła rozwijać.
– Może gethy mają inne priorytety. – Jane wzruszyła ramionami, a potem wyszczerzyła się. – Wiesz, że jesteś sławny? – Uśmiechnęła się złośliwie i wyglądała jak wyjątkowo wyrośnięty chochlik. Z jednej kieszeni wyjęła opakowanie orzeszków w czekoladzie.
– Te hieny… – wychrypiał John. – Ty wiesz, jakie pytania oni mi zadawali?! Pytali się o to, czy obcy powinni mieć nieograniczony dostęp do Przestrzeni Przymierza. A wiesz, kto się pytał? Kobieta, która tydzień wcześniej była na Thessi! Jakoś jej nie przeszkadzało, że do przestrzeni asari może polecieć bez ograniczeń!
Siostra spojrzała na niego ze współczuciem, poczęstowała go orzeszkami. Spojrzał na nią ciężko, ale sięgnął do opakowania.
– Były żołnierz był w porządku, ale dziennikarz Timesa był… uch, wkurzający. Zadawał strasznie drobiazgowe pytania, potem pytał się o obcych na pokładzie. Nie skomentowałem tego. – Westchnął. – Ale najgorsza była ta dziwna dziennikarka, pytająca o to, czy w domu nie czeka na mnie jakaś urocza dama, aby po ciężkim dniu służby wymasować moje strudzone ciało.
Jane uniosła rozbawiona brwi.
– I co powiedziałeś?
– Że jeśli będzie kiedyś taka dama, to będzie ona kroganką – odpowiedział z grobową miną.
Jane ryknęła śmiechem.
– O kurwa, zapisała to?
Spojrzał na nią z niesmakiem.
– Nie. Ale zapisała inne rzeczy. Nie chcę nawet sprawdzać tego artykułu.
– Nie bój się, ja znajdę, przeczytam i ci powiem, jak bardzo się skompromitowałeś. – Poderwała się z łóżka i poklepała go współczująco po ramieniu. – Ale wiesz co? Teraz musisz się zachowywać porządnie i w ogóle. Jesteś w końcu sławną osobą publiczną. Masz fanów.
– Nie przypominaj mi,
– Ciekawa jestem, czy ma twój ołtarzyk. Ale spokojnie, każdy sławny ma fana z ołtarzykiem. A wiesz, co jeszcze ma każdy sławny?
Odwrócił się gwałtownie do komputera.
– Podejrzewam, że nie chcę wiedzieć.
– Fanfiki.
Zmarszczył brwi.
– Co?
– Takie opowiadania o sławnych ludziach. – Rzuciła się znowu na jego łózko, ułożyła się na plecach i uniosła datapad za pomocą biotyki. – Na przykład bohater opowiadania spotyka takiego Johna Sheparda i przeżywa z nim przygody.
– Blefujesz. – Spojrzał na nią niechętnie.
– Gdzieżbym śmiała! – oburzyła się. – Ja szczerą prawdę mówię. I jestem bardzo ciekawa, czy są jakieś o tobie. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Komandor. John. Shepard. O, jest! – Ucieszyła się. – I nawet sporo. Zobaczmy to…
Zamilkła w końcu i zaczęła się czytaniem, prychając co jakiś czas, ni to zniesmaczona, ni to rozbawiona. Kilkukrotnie poprawiała też ułożenie datapadu i wyraźnie unikała unoszenia ramion – najwyraźniej wczorajsze zawody z Bererko dawały się jej w kość. W końcu jednak najpierw roześmiała się, a potem jęknęła z dziwną frustracją.
– Nosz ja pierniczę, przecież te błędy zwykła WI poprawia! – sapnęła ciężko. – Chcesz posłuchać opowiadania o sobie?
– Raczej nie – powiedział John, doskonale świadomy tego, że nic to nie da.
– Słuchaj, to dobre. Głowna bohaterka to żołnierz Przymierza. Ma długie burgundowe włosy…
– Jakie?!
– Burgundowe. To chyba czerwone. I długie. Długie burgundowe włosy, spływające lśniącą falą do talii, złociste oczy, niczym…
– Włosy do pasa? – Pokręcił zdegustowany głową. - Nieregulaminowe i chuj. Po co to czytasz?
– Bo to śmieszne – zachichotała, machnęła nogą. – Poza tym nie o długość włosów i ich regulaminowość tu chodzi, a o ich urodę. Są piękne i w ogóle. Daj mi skończyć, bo to też o tobie. No. Włosy ma, oczy złote jak bursztyn i trafia do ciebie na Normandię po wysłaniu CV.
– Co kurwa? – Komandor potrzebował kilku sekund na zrozumienie tego, co właśnie usłyszał.
– CV. Nie pytaj, gdzie wysłała, bo nie wiem, ale wysłała i bum. Jest na Normandii. Bo jest zajebista i jej zajebistość i urodę docenia komandor. Czyli ty. – Wycelowała palcem w brata, który siedział ogłuszony i niezdolny do ruchu. – O, to jest dobre, słuchaj. „John spojrzał zaskoczony w te złociste oczy i poczuł, jak w jego wnętrzu coś drży, jakby te oczy wypaliły w nim znamię, gorące i pełne uczucia. Oblizał zeschnięte wargi i spytał: Może odprowadzę cię do twojej kajuty? Ona spojrzała tylko na niego chłodno i dumnie. Sama trafię – powiedziała, a jej głos był niczym bicz".
– O ja pierdolę…
– Ej, ona ma własną kajutę, a ja nie, to niesprawiedliwe! Dobra, czytam dalej. Ty się trzymaj, bo lepiej nie będzie. Nosisz jej tacę ze śniadaniem. Jesteś oczarowany tym, z jaką gracją strzela. Z karabinu snajperskiego. Z gracją ze snajperki, kurwa, i to na stojąco! – sapnęła. – No, ale czujesz się oczarowany, bo słońce gra w jej burgundowych kosmykach. – Przewinęła tekst. – O, a tu się całujecie. – Roześmiała się. – Podobno świetnie całujesz. I jest seks, ale nie opisała, może to i lepiej. No, i tak w ogóle to tyle, nic się nie dzieje. Albo się całujecie, albo uprawiacie seks, żadnego ścigania złoczyńców, żadnych treningów, żadnego widmowania. Tyle. Jak ci się podoba?
John nie skomentował. Ukrył tylko twarz w dłoniach, najwyraźniej zbyt przerażony.
– O, kolejne. O Elizjum. Krótsze. – Przesunęła palcem po datapadzie. – Autorka pisze, że chce wstąpić do Przymierza dzięki tobie, nie schrzań tego, John. – Pogroziła bratu palcem. – No ale. To jest o tobie na Elizjum, podczas Blitzu. – Umilkła i pogrążyła się w lekturze, aby po kilku minutach ryknąć śmiechem. – Oooo, słuchaj tego! „Pociski świszczały mi nad głową niczym roje rozwścieczonych pszczół. Wtuliłem głowę w ramiona i obserwowałem zachodzące słońce, które barwiło to niebo, tak podobne do tego na Ziemi, na kolor tak intensywnie czerwonej krwi". O diabli, pociski nad głową i podziwianie zachodzącego słońca, nie mogę… „I trwałem tak nie wiem ile, pod krwistym niebem wśród krwistej nienawiści".
– Przecież zachód na Elizjum trwa około siedmiu minut – wymamrotał John. – Kurwa, bitwa i oglądanie nieba. Tam to miałem tylko nadzieję, że żaden czterooki skurwysyn nie odstrzeli mi łba, nie było czasu na podziwianie nieba. – Potarł dłonią twarz. – Jak można takie idiotyzmy o bitwie pisać?!
– Spokojnie, braciszku, to poetyckie miało być nie realistyczne.
– Poetyckie. Niech piszą poezję o kwiatkach i sraniu, nie o bitwie, bo najwyraźniej nic nie wiedzą! Że niby ja… – Machnął bezsilnie ręką.
– Ojoj, ale bulwers. – Roześmiała się. – Dobrze, nie będę cię torturować. Poszukam czegoś innego. Co by tu… – Milczała przez chwilę. – Wiesz, to smutne. Nie ma żadnego opowiadania ze mną. Ani jednego słowa o mnie – powiedziała z żalem. – Głownie o ty i jakaś panna ratujecie galaktykę i całujecie się na zmianę.
– Naprawdę ci zależy na byciu tak sponiewieraną? – Spojrzał na siostrę z niesmakiem.
– To zabawne jest! Popatrz na to inaczej – z każdym takim tworem kryje się zakochana w tobie młoda dziewczyna. Nie jara cię to?
– Niespecjalnie.
– Nudziarz jesteś i tyle. Ja bym się ucieszyła, jakby o mnie napisali.
Zerknął na nią zniesmaczony.
– To może wyślę cię na następny wywiad?
– A czemu nie? To byłoby przynajmniej zabawne.
John zaklął i wrócił do komputera z mocnym postanowieniem ignorowania wszystkich rewelacji siostry.
– O, jest coś o mnie! – krzyknęła nagle, z wrażenia prostując się, łapiąc datapd z powrotem w dłonie i siadając po turecku. – „Pan i Pani Shepard". Ładny tytuł.
– Co, ktoś się ze mną żeni? – burknął John.
– Nieee, to się działo w „Kac–Illium". Żeniłeś się wtedy z najpotężniejszą ludzką biotyczką. To jest o nas. – Wyszczerzyła się. – Zaraz zobaczymy, czy dobre. – Spojrzała na tekst. – „Tego dnia coś nieokreślonego dręczyło Johna. Jakieś dziwne uczucie, siedzące w jego głowie, w jego sercu i w jego lędźwiach". – Uniosła oczy i ryknęła śmiechem. – Lędźwie? Co to w ogóle za słowo? Dobra, dalej. „Wyszedł z pokoju na korytarz Normandii. Nie wiedział, czego szuka, ale wiedział, że kiedy znajdzie, będzie o tym wiedział".
– Mam złe przeczucia. Możesz przestać?
– Nie, chcę się dowidzieć, czego szukałeś. „Zszedł schodami do ładowni, czując przez skórę, że zbliża się do źródła swojego pragnienia. Lawirował między skrzyniami tworzącymi istny labirynt". Mamy w ładowni labirynt? – zdziwiła się, wzruszyła ramionami. – „I znalazł ją". O, jakaś panna? Niby fajnie, ale gdzie w tym wszystkim ja? – Wróciła do czytania.
John otworzył kolejny raport, tym razem od kwatermistrza. Twierdził, że kończą się spodnie męskie rozmiaru średniego oraz nakrętki szesnastki. Podesłał też kosztorys. Komandor zaklął, wyłączył raport, włączył jeszcze dwa, zanim zdał sobie sprawę z tego, że jego siostra się cicho od dłuższego czasu nad datapadem, a na jej twarzy pojawia się coraz większa groza.
– Co tam? – rzucił w przestrzeń.
– Uprawiamy seks – powiedziała słabo.
Odwrócił się gwałtownie.
– Co?
– „John chwycił siostrę za biodra, pchnął ją, zmuszając, aby usiadła na skrzyni i rozłożyła szeroko nogi. Zrobiła to z ochotą, czując coraz większy ogień. Pragnęła go tak mocno jak on pragnął jej. Wsunęła dłonie pod koszulkę, ciesząc się szorstką skórą i zarysem mięśni…"
– Stop! – krzyknął John. – Tyle, wystarczy! Nie chcę nic więcej słyszeć!
– Ja to czytam od początku, cierp ze mną! – rzuciła żałośnie. – I jest coraz gorzej! Teraz… Uch, ja ci resztę streszczę. Całujesz mnie po udach i wplatasz dłonie w moje włosy. Wnioskuję z tego, że jak masz erekcję, to ręce ci się wydłużają jak u małpy. Dalej nie chcę czytać. Nie mam siły. – Odrzuciła datapad, na wpół przerażona, na wpół zniesmaczona. – A komentarze… Żebyś ty widział komentarze! Wszyscy piszą, że powinniśmy ze sobą być, że pasujemy do siebie, że skoro poznaliśmy się jako dorośli ludzie, to w zasadzie nie jesteśmy rodziną. – Chwyciła się za głowę.
– To powinno być zabronione. – John wstał i zaczął krążyć po kajucie. – Oni naprawdę pisą porno z nami.
– No. Mam nadzieję, że tamta dziennikarka nie zapisała tego o krogance, bo w następnym znalezionym przeze mnie opowiadaniu będziesz jakąś zaspokajał.
– Przestań – powiedział stanowczo. – Po prostu przestań. Cholera, czuję się teraz brudny. Chyba muszę…
Komunikator zatrzeszczał.
– Komandorze? – Joker odezwał się wesoło. – Miałem powiadomić, kiedy zbliżymy się do kom–boi. No to powiadamiam.
– Dzięki, Joker. – John westchnął ciężko, wstał. – Jane, wypad. Kajuta kapitańska nie jest dla każdego.
Złożyła usta w ciup.
– A jeśli ten ktoś jest śliczny i niebieski?
– To też nie przebywa tu sam. Idźże już, miałaś się dzisiaj do doktor Chakwas zgłosić na badania.
Zmarkotniała.
– Miałam nadzieję, że zapomniałeś.
John nadał ostatnie słowa raportu, przeciągnął się, po czym wyszedł szybkim krokiem z sali komunikacyjnej.
– Tu wszystko w porządku, Joker? – Stanął za fotelem pilota, przyglądając się migającym za szybą gwiazdom.
Pilot obejrzał się, poprawił czapkę.
– Brakuje barku, kibla i nagiej asari. Ale poza tym to może być.
John parsknął.
– Nie mogę ci niż z tych rzeczy zapewnić, ale jak chcesz, to w kolejnym cywilizowanym miejscu kupię ci nowe kule.
– Wolałbym pomocniczego seks–robota. – Skrzywił się, przesunął dłonią po konsolecie. – Nosiłby mnie do kibla.
– Pomyślę o tym – mruknął z przekąsem John. – Opiszemy twoją historię w ekstranecie i poprosimy o sfinansowanie.
– Teraz jest pan sławny. – Joker wyszczerzył się. – Na pewno znajdą się chętni do pomocy.
John pokiwał głową w roztargnieniu, pogrążony już w swoich myślach. Zabębnił palcami w oparcie krzesła, w końcu sięgnął do komunikatora.
– Doktor Chakwas? – rzucił od niechcenia.
– Słucham, komandorze?
– Czy Jane się już u pani pojawiła?
Doktor milczała przez chwilę, w końcu westchnęła ciężko.
– Nie. I wątpię, aby to dzisiaj nastąpiło.
John westchnął, zaklął paskudnie.
– Co za… jest jak dziecko, jak cholerne dziecko.
– Jest szalona – rzucił pogodnie Joker. – Jak prawie cała załoga, wliczając w to pana, komandorze.
Jane odgarnęła kosmyk z czoła, uśmiechnęła się przebiegle, zadowolona ze swojego planu. Wystarczyło chwilę tu jeszcze posiedzieć i może wszyscy zapomną, że miała iść na badania. Może wyjdzie za dwie godziny. Albo za…
– Co ty tu robisz? – Garrus stanął przed nią, przyglądając się jej z rozbawieniem. Jego szczęki drgały mu gwałtownie.
Kobieta zaklęła.
– Chowam się – odburknęła.
– Przed badaniami? – Pokręcił głową. – Ty wszystkich lekarzy nie lubisz czy tylko doktor Chakwas?
– Wszystkich tak samo, jestem sprawiedliwa – oświadczyła z godnością. – A ty co tu robisz? Ty się chyba przed niczym nie chowasz?
Parsknął.
– Ja nie muszę. Mechanik robi przegląd Mako i poprosił mnie o przyniesienie jakiejś skrzynki z częściami. Traktuję to jako sukces, na początku nie chciał, abym w ogóle się na Mako patrzył.
Jane przesunęła się lekko w bok, robiąc mu przejście. Turianin pochylił się, przyglądając napisom na skrzynkach, w końcu chwycił jedną z nich.
– No, to chyba to. – Zerknął na kobietę, wyprostował się. – Chodź, Jane, nie będziesz tu siedzieć cały dzień.
– A może będę? – spytała buntowniczo, mrużąc oczy.
Wzruszył ramionami.
– Ciągle uważam, że jesteś inteligentna.
Parsknęła, posłała mu cierpki uśmiech.
– Masz rację, nie będę się tu chować. Ale na badania i tak nie idę.
Wyszli zza skrzyń. Wrex prychnął dziwnie na ich widok, ale się nie odezwał. Garrus przekazał skrzynię mechanikowi i ruszył w stronę swojej klitki.
– A nie chcesz iść do doktor Chakwas bo wymagają tego przepisy? – Usiadł na niskiej, długiej skrzyni służącej mu za ławkę. – Czy z przyczyn ideologicznych?
– Jedno i drugie – burknęła, siadając obok niego i wyciągając nogi. – Nie pójdę i mój brat może sobie rozkazywać ile mu się podoba. Niech sobie nie myśli, że… – Reszta jej zdania zamieniła się w nieuprzejme i burkliwe mamrotanie.
– Bunt dla zasady? – Przechylił głowę, wyraźnie zaintrygowany.
– Na to wychodzi. – Westchnęła, wsadzając ręce do kieszeni. – Nie lubię lekarzy, ale jeszcze bardziej nie lubię rozkazów. A zwłaszcza od Johna! – Sapnęła gniewnie. – Zrezygnowałam ze świetnej pracy po to, aby mu pomóc, a ten… ten… mi rozkazuje!
Garrus milczał, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Tylko błysk w oku zdradzał rozbawienie.
– Wiem, że to głupie – przyznała w końcu potulnie Jane, zerkając na niego.
– Ja tu nic nie mówię. – Wzruszył ramionami. – Ja tylko słucham.
Pokręciła głową.
– Tu już lepiej nic nie będę mówić. A przynajmniej postaram się nie jojczeć.
Garrus parsknął.
– Dobre postanowienie, choć nie jojczysz aż tak, jak Joker.
– Oj tak, on jest w tym mistrzem. – Wyszczerzyła się. – I ciągle ogląda dziwne filmy, kiedy myśli, że nikt nie widzi.
– Ale dlaczego nie dopuszcza tej kobiety do sterów? – Turianin pokręcił głową. – W turiańskim wojsku to byłoby nie do pomyślenia, tak po prostu ignorować rozkaz.
Jane skrzywiła się.
– Wy to w ogóle sztywni jesteście.
– Cóż. – Wzruszył ramionami. – To działa.
Kobieta uśmiechnęła się nagle przebiegle.
– No, nie do końca. Podczas ostatniej wojny to wy od nas dostaliście łomot.
Prychnął.
– Tylko ze względu na element zaskoczenia.
Wycelowała w niego triumfalnie palcem.
– Daliście się zaskoczyć! Nie jesteście więc aż tacy dobrzy.
– Wierz sobie w co chcesz. – Rozparł się nonszalancko. – Skoro ma ci to poprawić humor… Wam, ludziom, tylko to pozostało.
Parsknęli śmiechem. Szczęki Garrusa poruszyły się.
– Słuchaj, zastanawiam się…
Urwał, bo Jane zerwała się nagle z uśmiechem na twarzy. Do hangaru wszedł Kaidan i natychmiast do nich podszedł.
– Tu jesteś! Potrzebuję cię do drużyny marzeń. Joker i Alice rzucili nam wyzwanie na mecz dwa na dwa w „Galaktixos Army". Wchodzisz? – Wyszczerzył się radośnie. – Stawką jest nasz honor.
– No jasne! – Przeczesała włosy i ruszyła za nim, zostawiając całkowicie zaskoczonego Garrusa.
– Wylądowali tu. Osadnicy bronili się, ale nie ma wśród nich zbyt wielu żołnierzy, to młoda osada. – John pokazał jakiś punkt na mapie wyświetlonej na wielkim ekranie w sali komunikacyjnej. – Z informacji wynika, że większość gethów po tym ataku ruszyła dalej, na ośrodek badawczy Exo Geni.
– Większość to znaczy ile? – spytała Ash, mrużąc oczy. Stojąca obok Liara czytała coś na datapadzie.
John westchnął ciężko.
– Nie wiem. Szacuje się tylko, że na Feros jest około stu gethów.
– Stu? – Głos Liary skoczył nieco w górę. – Przecież to już armia! Czym zajmuje się tamten ośrodek?
John zajrzał w datapad.
– Nie mam pojęcia. To tajne, więc pewno czymś drogim i nielegalnym. Przymierze poprosiło Exo Geni o informacje, ale ich zarząd powiedział, że muszą się naradzić z inwestorami, czy mogą przekazać nam te informacje. Chyba to oznacza, że mamy spadać. Nie odezwali się zresztą od tego czasu i pewno już tego nie zrobią. – Skrzywił się.
– Mam tylko nadzieję, że to nie kolejne raknii. – Ashley pokręciła głową. – Wystarczy jedna królowa na stulecie.
John prychnął, zmarszczył brwi.
– Diabli wiedzą. Anderson podejrzewa, że mogą to być nowe implanty biotyczne, ale nie wiem, dlaczego tak bardzo miałoby to przeszkadzać gethom.
– Może to wyjątkowo dobre implanty? – Liara uniosła oczy. – Wy, ludzie, macie potencjał, ale wasze implanty wciąż są relatywnie słabe.
– Wątpię, aby gethom tak bardzo przeszkadzali ludzcy biotycy – zauważyła Ashley. – Prędzej testują tam jakąś broń, może coś podobnego do tych granatów magnetycznych quarian. Albo znaleźli coś proteańskiego, Feros też chyba jest planetą poproteańska? – Spojrzała pytająco na Liarę.
Asari otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. John zmarszczył brwi.
– Eden Prime, Therum, Noveria, a teraz Feros. Liara, łączy coś te planety? Coś szczególnego?
Wzruszyła ramionami.
– Były częścią imperium proteańskiego, ale jak wiele innych planet. Nie wiem, czy jest tam coś szczególnego. Mogę to sprawdzić.
John kiwnął głową.
– Świetnie. W takim razie…
– Czy ja też z wami zejdę ze statku? – spytała nagle Liara. – Nie wiem, czy będę w stanie tu usiedzieć, a chcę…
Komandor skrzywił się.
– Wykluczone. Doceniam chęci, ale nie będziemy w stanie cały czas cię chronić.
– Nie potrzebuję…
– Liara – odezwał się tym twardym tonem, którego tak nie znosiła. – Nie będę cię niańczył podczas walki z gethami. Zajmij się lepiej ustalaniem wspólnego mianownika, to nam zdecydowaniem bardziej pomoże.
Sapnęła gniewnie, ale przymknęła oczy i skinęła głową, po czym wyszła szybko, drżąc od tłumionej wściekłości.
Ashley odprowadziła ją zdzwionym wzrokiem.
– Na Noverii ledwo mogła patrzeć na raknii i ani razu nie tknęła pistoletu, a teraz rwie się do walki?
John nie odezwał się, spojrzał tylko w już zamknięte drzwi zatroskanym wzrokiem i wrócił w końcu do datapadu.
Liara sama nie wiedziała, dlaczego czuje taką wściekłość. Wściekle przemierzyła korytarz do swojej kajuty, gwałtownie otworzyła szafkę, wyjmując pistolet, zaklęła nieładnie i gniewnie, gdy wyślizgnął się jej z rąk i z hukiem upadł na podłogę. Chwyciła go ponownie, znacznie pewniej i wyszła, mijając zaskoczoną doktor Chakwas.
Strzelnica, o dziwo, była pusta. Asari, wciąż zła, założyła słuchawki i okulary ochronne i stanęła przy jednym stanowisku. Uniosła pistolet, nacisnęła spust, po czym stanęła na chwilę zadumana. W końcu opuściła broń i ze łzami wściekłości w oczach odbezpieczyła ją. Klnąc strzeliła w końcu i cofnęła się nieco, zaskoczona odrzutem – zdążyła już zapomnieć, że coś takiego istnieje. Zacisnęła usta, wyprostowała się i spróbowała ponownie. Lufa nie podskoczyła aż tak mocno i przynajmniej trafiła w człekokształtną tarczę. Znowu strzeliła, i jeszcze raz, i jeszcze raz, póki nie usłyszała charakterystycznego dźwięku przegrzanej broni. Opuściła pistolet i przywołała do siebie tarczę, przyglądając się jej krytycznie. Cóż, sądząc po układzie dziur, potencjalny wróg miałby przynajmniej przedziurawione kolano i naddarte ubranie przy lewym łokciu. Westchnęła ciężko, czując jak wściekłość ustępuje, a na jej miejsce pojawia się zmęczenie pomieszane z bezradnością.
– Próbujesz strzelać? To dobrze. Trzeba umieć się bronić.
Liara odwróciła się gwałtownie. Za nią stała Olayinka. Opierała się o ścianę, potężne ramiona miała skrzyżowane na piersi. Lekko zmrużyła oczy i przyglądała się Liarze z wyraźnym zainteresowaniem.
– Ja… coż… – Asari spojrzała na nią nerwowo. – Próbuję sobie wszystko przypomnieć.
Olayinka skinęła głową.
– To dobrze. Ale potrzebujesz pomocy, to widać. Wskazówek. Źle stoisz. Odrzut mógłby cię przewrócić. Mogę zobaczyć broń? – spytała, wyciągając rękę.
Liara zawahała się, ale skinęła głową. Zdjęła słuchawki i podała pistolet murzynce.
– Nie celuj we mnie, lufa zawsze w podłogę – mruknęła, biorąc broń. – Żądło? Dobra broń. Duży odrzut, ale do poradzenia sobie. Ale najpierw podstawa. Kiedy nie strzelasz, to palec ze spustu. Jasne?
Liara kiwnęła głową.
– Teraz postawa. Zakładaj to i chodź.
Asari, nieco oszołomiona, nałożyła znowu słuchawki, stanęła przy stanowisku, unosząc pistolet.
– Nie tak! – Olayinka złapała ją za dłonie, nieco inaczej ułożyła jej palce. – Chcesz połamać? Uczyli was coś na tym szkoleniu asari? – Jej twardy akcent stał się jeszcze bardziej wyraźny. – Noga inaczej! Rozkrok! – Niezbyt delikatnie popchnęła jej prawą stopę do przodu. – Szerzej. Musisz stać pewnie, inaczej się wywrócisz. Ty jesteś tak chuda, że może cię byle wiatr zdmuchnąć, co dopiero odrzut. – Pociągnęła dziwnie nosem. – Ręce proste. Ale nie sztywne. Nie blokuj stawu. To nie film z Blasto.
Liara posłusznie i cierpliwie dała się ustawić w wymaganej pozie, ale nie dała rady stłumić poirytowanego sapnięcia, gdy poczuła mocne uderzenie w plecy.
– Zgarb się. Trzeba być pochylonym do przodu. To nie moda.
Asari westchnęła ciężko, czując, jak wraca jej wściekłość i poirytowanie, ale uniosła pistolet i nacisnęła spust.
Olayinka przyglądała się tarczy z zainteresowaniem.
– No, przynajmniej dostał w nogi. – Posłała jej krzepiący, ale i nieco upiorny uśmiech. – Nie mruż oczu. Muszą być otwarte. Niełatwe, wiem. Jeszcze raz.
Tym razem poszło nieco lepiej, ponad połowa pocisków trafiła w sylwetkę. Olayinka pokiwała z zadowoleniem głową.
– No i widzisz, przypominasz sobie wszystko. Teraz ćwicz codziennie, ale nie tylko strzelanie. Chodź na siłownię. Wytrzymałość i oddech. To musisz sobie wyrobić.
– Eee… jasne. – Liara spojrzała niezbyt przytomnie na tarczę, westchnęła ciężko. Gniew znów z niej wyparował, tym razem permanentnie. Zamiast niego poczuła wstyd i irytację. Jak mogła chcieć zejść z Normandii i walczyć, skoro nie umiała postrzelić humanoidalnej tarczy? Gdyby przyszło do walki, nie umiałaby pewno nacisnąć spustu. Na Noverii mało co nie zemdlała, siłą woli musiała opanowywać mdłości, a teraz… Spojrzała niepewnie na trzymaną w rękach broń. Może w ogóle powinna ją odstawić i nigdy więcej nie dotykać…
– Nie wolno tak myśleć – odezwała się nagle Olayinka. – O wątpliwościach. Wróg zawsze stara się wywołać wątpliwości. Trzeba być pewnym, skupionym i strzelać. Najlepiej w klatkę piersiową, łatwiej trafić. – Kiwnęła jej jeszcze zachęcająco głową i wyszła, zostawiając wciąż nieco oszołomioną Liarę na strzelnicy.
John chciał zrobić awanturę.
Naprawdę czuł taką chęć. Miał ochotę znaleźć Jane, potrząsnąć nią, a potem złapać za kudły i wrzucić do ambulatorium. Miał też ochotę krzyczeć, kląć i sprać jej tyłek pasem, choć miał też niejasne przeczucie, że gdyby to zrobił, ktoś napisałby o tym okropne opowiadanie. Na to już nie miał ochoty. Postanowił więc ograniczyć się do wrzasków i warczenia, ewentualnie niedelikatnego popchnięcia. Tak, żeby jego siostra wiedziała, że taka postawa, jaką prezentuje jest niewłaściwa i powoduje u niego wkurw.
Znalazł ją w pokoju rekreacyjnym, gdzie razem z innymi żołnierzami grała na konsoli wśród wycia, śmiechów i pokrzykiwań.
– Jane – powiedział całkiem spokojnie, powodując, że wszyscy natychmiast zamilkli. – Na słówko, proszę.
Spojrzała na niego wyzywająco i przez chwilę miał wrażenie, że będzie się kłócić, ale ona tylko odłożyła pada, odgarnęła włosy i wyszła z dumnie uniesionym podbródkiem. Drzwi się zamknęły, a John, nie czekając na jej reakcję, zrobił dokładnie taką awanturę, na jaką miał ochotę. Potem, wykorzystując jej zaskoczenie, zaciągnął ją do ambulatorium i dosłownie tam wepchnął, zapowiadając, że nie zostanie wpuszczona do mesy, dopóki nie dorośnie i nie przestanie stroić fochów. Potem, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócił do pokoju rekreacyjnego aby przejąć jej pada i pokazać załodze, kto tu naprawdę rządzi.
Nie zdziwił się, że nie odzywała się do niego przez resztę dnia, ale zdziwiło go nieco milczenie Kaidana. John chciał porozmawiać z nim o możliwej nowej taktyce na gethy, zaproponowaną przez Tali, ale porucznik wydawał się wyjątkowo mało chętny do współpracy. Komandor w końcu dał mu spokój, zrzucając to na karb dręczących Kaidana migren. Dlatego nieco się zdziwił, kiedy dwie godziny później zobaczył i jego i Jane, siedzących razem przy kolacji, śmiejących się w najlepsze. Najwyraźniej wziął jakieś nowe proszki na ból głowy. Nie miał zresztą czasu się nad tym zastanawiać, bo zaraz przy wejściu zaczepił go Wrex, gromko pytając, dlaczego na Normandii nie ma rynkolu. John odpowiedział mu spokojnie, że jest to statek ludzi i że rynkol nie znalazł się na liście potrzeb. Kroganin zaczął głośno i stanowczo protestować, odrywając go na dłuższy czas od siostry. Dopiero po kilkunastu minutach znów zerknął na jej stolik i zbaraniał. Jane bowiem wsadziła sobie widelec do ust i machała rączą w górę i w dół, robiąc przy tym głupawego zeza. Kaidan najpierw ryknął śmiechem, potem zrobił to samo z łyżką i rozpoczęli szalenie niebezpieczną dla oczu batalię na sztućce. John odwrócił się z mocnym postanowieniem nieodzywania się do siostry przed kolejny tydzień.
Feros, skaliste i chłodne, powitało ich ciszą. Próby wywołania portu zakończyły się niepowodzeniem, Joker wylądował więc w końcu w doku mrucząc coś o braku profesjonalizmu. Normandia została postawiona w stan gotowości, a John i jego załoga zeszli z pokładu z uniesioną bronią.
Port był opuszczony. Zaledwie kilka porzuconych skrzyń świadczyło o tym, że ktoś tu wcześniej był. Nie widzieli ani gethów ani ciał, co było już optymistycznym znakiem. John ruszył jako pierwszy, obok niego szła Jane, co jakiś czas wypuszczając drobne ładunki biotyczne. Pochód zamykał Wrex, wielki i wyprostowany, z utęsknieniem czekający na jakąkolwiek akcję.
Pierwsze ciała znaleźli za bramą doku. Kilku ochroniarzy leżało w wąskim przejściu z porozrzucanymi na bok rękoma. Krew dawno zdążyła zaschnąć. W tym całym bałaganią wyróżniał się jeden zniszczony geth, pobudzony i podziurawiony. Tali niemal natychmiast doskoczyła do niego.
– Niech to, rdzeń pamięci całkowicie zniszczony – odezwała się z całkowicie niestosowną pretensją w głosie. – Jak ja mam cokolwiek znaleźć? O, karabin! – Ucieszyła się. – Nienaruszony! To wezmę. – Podniosła z ziemi dziwną broń. – To dziwne. Chyba ma staroświecki magazynek. – Pokręciła głową. – Po co to im…?
John uniósł rękę, przerywając jej w pół słowa. Teraz wszyscy usłyszeli, że za załomem korytarza ktoś się porusza.
– Ha… halo? – krzyknął ktoś niepewnie. – Czy ktoś tu jest?
John uniósł karabin.
– Komandor Shepard, Przymierze! – odkrzyknął. – Zidentyfikuj się!
– Adam Sandler. Kolonista. Znaczy stąd, z Nadziei Zhu. – Właściciel głosy był prawdopodobnie na skraju histerii. – Nie ma z wami żadnych gethów?
– Nie, nie ma – odezwała się Jane, kręcąc ciężko głową.
– To dobrze. To może no, podejdźcie? Tylko schowajcie broń, dobrze?
John westchnął ciężko, mrucząc coś o kretyńskim oszczędzaniu na ochronie.
– Nie, to wy wyjdziecie z rękami w górze – warknął ciężko.
Zapanowała cisza.
– Ale… ale my nie chcemy!
– Wyjdziecie, albo napuścimy na ws kroganina! – ryknęła zniecierpliwiona Jane.
Rozległ się głuchy dźwięk, jakby coś dużego i ciężkiego upadło bezwładnie na ziemię.
– Niech to, zemdlał! – Głos był pełen rozpaczy. – My wyjdziemy. Tylko proszę, nie strzelajcie.
Zza załom wyszło trzech mężczyzn w przybrudzonych ubraniach. Poruszali się wolno, niepewnie trzymając w rękach proste karabiny.
– Broń – warknął John, unosząc swój. – Rzućcie to!
Dosłownie i z wyraźną ulgą wypuścili broń z rąk, unosząc już puste dłonie nad głowę. Zbladli jednak jeszcze bardziej na widok przypatrującego im się Wrexa. Ashley i Kaidan zbliżyli się do nich szybko, kopnęli porzucone karabiny na bok.
– Co tu się stało? – spytał John, obserwując uważnie kolonistów.
Najniższy z nich przełknął głośno ślinę.
– Gethy. Przyszły tu i zaatakowały. Byli też z nimi kroganie. – Zerknął niespokojnie na Wrexa. – Ten nam nic nie zrobi?
Kroganin prychnął.
– Czuję się urażony. Saren pewno zatrudnił najemników, pewno młodziki, którym się zachciało przygód. – Zerknął na komandora. – Pewno gethy przestały mu wystarczać.
– Gethy, kroganie, raknii… – Garrus westchnął rozdzierająco. – Nie można się tu nudzić.
Drugi człowiek, tym razem rudawy i całkiem wysoki, spojrzał na niego niepewnie.
– Wiemy tyko o gethah i kroganach. – Poznali jego głos. – Pan jest komandorem, tak? – Spojrzał z rozpaczą na Johna. – Jesteśmy zwykłymi kolonistami. Nasza kolonia dopiero się rozrasta, nawet nie mamy tu żadnych automatycznych systemów obronnych! A zaatakowały nas gethy! Czy widział pan kiedyś getha? Są wielkie, są maszynami, więc nie można im nic zrobić i nawet nie maja głowy!
John podszedł do niego szybko, złapał za ramiona i potrząsnął.
– Uspokój się, człowieku! – warknął ostro. – Kto tu w ogóle dowodzi?
Mężczyzna zamrugał gwałtownie, przełknął ślinę.
– Fai Dan. – Mówił już znacznie spokojniej. – Jest po drugiej stronie osady, przy windzie na niebostradę. Pilnuje jej.
– Sam?
– Nie sam. Razem z panią Martinez – powiedział tak, jakby to wszystko wyjaśniało i zamrugał nerwowo. – I nie myśl tak o niej – dodał tonem pełnym nagany, spoglądając nagle na trzeciego mężczyznę, który do tej pory nie odezwał się ani słowem. – Robi co może.
– To suka – odpowiedział cicho, wzruszając ramionami.
Ashley westchnęła zirytowana, ale nie zdążyła się odezwać, bo koloniści nagle, jakby na jakiś sygnał, pobledli i unieśli głowy.
– Atakują – wycharczał jeden z nich. – Idźcie tam! Za tym statkiem, po drugiej stronie placu!
John nie miał czasu o nic pytać, bo w tym momencie usłyszeli krzyk i strzały. Niewiele myśląc przebiegli przez szeroki plac, wkoło którego ciągnęły się mieszkania. Na środku tkwił przerobiony na budynek transportowiec – najwyraźniej koloniści postanowili zachować swój pierwszy statek na pamiątkę przybycia. Kilka osób wychyliło się z mieszkań, głównie kobiet, ale nikt nie zwrócił na nich uwagi. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w stronę, z której dobiegały dźwięki strzelaniny.
Pierwszy dobiegł Wrex. Z radnym rechotem uniósł strzelbę i otaczając się biotyką wpadł między gethy. Pierwszy dostał pięścią w łeb, drugiemu przestrzelił ramię i poprawił pociskiem biotycznym.
– Hej, nie strzelajcie do niego! – wrzasnęła Jane, wyskakując przed dwójkę ludzi. – Jest po naszej stronie!
Starszy mężczyzna i Latynoska, schowani za murkiem, spojrzeli na nią nieprzytomnie, potem przenieśli wzrok na resztę.
– To kroganin! – wycharczała kobieta.
– Właśnie wam masakruje gethy – odpowiedziała gniewnie Jane, ściskając pistolet. – Dajcie mu po prostu zrobić swoje i nie strzelajcie.
Nad jej głową przeleciał biotyczny pocisk Kaidana. Nie zwróciła na niego uwagi, sama tylko uwolniła energię, ciesząc się z jej przepływu. Nie żeby było to konieczne – Wrex doskonale radził sobie sam, rycząc i strzelając na zmianę. Właśnie złapał jednego getha, uderzył nim z rozmachem o ścianę, a potem rzucił nim w kolejnego. Zszokowani koloniści patrzyli na to jak na jakieś nowomodne i groteskowe przedstawienie.
– I żryj to! – Wrex biotyką przerzucił ostatniego nad ich głowami i roześmiał się, gdy ten gruchnął o ziemię.
John pokiwał powoli głową.
– No tak. Po co zatrudniać armie, wystarczy jeden kroganin.
Wrex wyszczerzył zęby.
– Nie byle jaki, ale prawdziwy watażka. A nie te słabeusze, co to nawet głową w trakcie walki nie chcą uderzać, bo ich będzie boleć…
Ashley parsknęła śmiechem, najwyraźniej wyobrażając sobie taką scenę. John spoważniał, spojrzał na dwójkę kolonistów.
– Nazywam się komandor Shepard. Szukam Fai Dana.
Starszy mężczyzna wyprostował się.
– To ja. – Posłał im blady, zatroskany uśmiech. – Jestem dowódcą kolonii. A wy musicie być przysłaną nam pomocą.
– W samą porę – warknęła kobieta, mrużąc ciemne oczy w gniewnym grymasie. – Nie śpieszyliście się, co?
– Arcelio, proszę. – Fai Dan potarł twarz. – Mamy tu ciężką sytuację, komandorze, wszyscy jesteśmy zdenerwowani…
– Albo martwi – wtrąciła złośliwie kobieta. – Wolę więc być wściekła. Gdzie reszta posiłków?
– Reszta? – Jane zmarszczyła brwi.
– No reszta! – Arcelia spojrzała na nią wściekle. – Gdzie ta cała, obiecana nam przez Przymierze armia?
– Ja tam chętnie zrobię za armię – odezwał się pogodnie Wrex.
– Zostaliśmy przysłani tylko my – odpowiedział John, nieco ostrzej niż zamierzał. – I nie przyślą nikogo więcej. Powiedzcie po prostu w czym problem, a my się tym zajmiemy.
Jane przez chwilę myślała, że Arcelia eksploduje.
– W czym problem? W czym problem?! – wrzasnęła. – W pierdolonych gethach jest problem! Przyszły, rozstrzelały nas, poszły dalej, a teraz nagle wróciły, pewno dlatego, że wy tu przyszliście! Co oni sobie myśleli, co? Że to jakaś popieprzona gra?! Jeden malutki oddział! Przeciwko setce gethów! W tym jest właśnie, kurwa, problem! – Splunęła na zakończenie Johnowi po nogi i odetchnęła głębiej.
Fai Den westchnął ciężko.
– Bez urazy, komandorze, ale liczyliśmy na liczniejszy oddział – odezwał się cicho. – Nie jesteśmy żołnierzami, większość z nas przeszła tylko podstawowe szkolenie. Nie widzieliśmy wcześniej gethów i żyjemy tylko dlatego, że bardziej są zainteresowane ośrodkiem Exo Geni niż nami. – Odchrząknął. – Z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby Przymierze zignorowało niebezpieczeństwo i przysłało pierwszy lepszy oddział.
John westchnął ciężko.
– Przysłali jedyny oddział Przymierza, który miał kontakt z gethmi – odpowiedział poirytowany. – Na dodatek mamy specjalistkę od gethów i krogańskiego wojownika. – Wskazał na spłoszoną Tali i radosnego Wrexa. – Powiedzcie po prostu, co się tu wydarzyło i zajmiemy się gethami.
Arcelia prychnęła pogardliwie.
– Oni też mają krogan – powiedziała gniewnie. – Widzieliśmy ich z daleka. Co najmniej pięciu. I co ty na to, panie wspaniały?
John nie skomentował, w przeciwieństwie do Wrexa, który uniósł wagi i zaprezentował wszystkie zęby.
– Młodziki, które nie wiedzą, gdzie ich miejsce.
– Doceniam zapał, komandorze, ale jest tu około stu gethów – powiedział cicho Fei Den. – Nie dacie…
– Wtedy was ewakuujemy – przerwał mu John. – Ale najpierw musimy sprawdzić co z placówką badawczą. Tymczasem proszę przygotować ludzi do opuszczenia kolonii.
Fei Dan zamrugał gwałtownie zszokowany, Arcelia wciągnęła głośno powietrze i prze chwilę wyglądała tak, jakby miała w planach wydrapać Johnowi oczy.
– Nie, komandorze. – Fei Dan pokręcił głową. – Nie uciekniemy stąd. To nasz dom i będziemy go bronić, nawet jeśli oznacza to śmierć.
John wyglądał, jakby miało go coś trafić, ale drgnął, kiedy Jane szturchnęła go w ramię i pokręciła głową.
– Nie pójdą – mruknęła cicho. – Będą tu uparcie siedzieć, sam zobaczysz.
– W takim razie musimy załatwić te gethy – odezwał się po raz pierwszy Garrus.
– Ale najpierw ośrodek badawczy – westchnął John. – Wątpię, aby gethy wróciły, kiedy my wyjedziemy, ale kto chce, niech się szykuje do ewakuacji. Williams, przyprowadź Mako. Joker? – rzucił gwałtownie w przestrzeń.
– Tak, komandorze?
– Wątpię, aby pojawił się ktoś chętny do odlotu, ale gdyby ktoś przyszedł, to go wpuście. Standardowe procedury. – A potem spojrzał ciężko na siostrę. – Wiesz co? Miałbym o wiele spokojniejsze życie, gdybyś jednak nie podeszła do nadajnika na Eden Prime.
