Spali dość długo oboje, zmęczeni całym poprzednim dniem, jednak to Rod obudził się jako pierwszy. Przez kilka chwil nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest i dlaczego, te wszystkie wrażenia dopiero do niego docierały, najpierw te przyjemniejsze: ślub, zabawa, cudowne towarzystwo. Później te mniej przyjemne, wątpliwości, dystans… Sam nie wiedział, czy chce wstawać, ale umysł nie chciał już zapadać w sen, nawet lekki. Potrzebował kilkudziesięciu sekund, by przekonać własne ciało, by się podnieść.
Przechodząc jednak obok drzwi do pokoju Berwalda zatrzymał się i nasłuchiwał przez moment, jednak nie wyłapał żadnego dźwięku. Bardzo ostrożnie, bardzo delikatnie otworzył drzwi i zerknął do środka, niepewny, czy aby nie wyłapie męża na czymś niepożądanym. Ale blondyn spał, jego twarz była teraz rozluźniona, usta zamknięte, nordyk oddychał przez nos. Na Boga, on wygląda niebiańsko…! Rod czuł chęć, by się położyć obok niego i przytulić, ale wiedział, że najprawdopodobniej by go tylko tym rozgniewał, tak więc czmychnął stąd.
Postanowił być dobrym mężem, gdy tylko się odświeżył i przygotować poranny posiłek. Przeszukał mu zapasy jedzenia, niestety nie znalazł dobrych do przyrządzenia kiełbasek, więc postawił na naleśniki, mając w pamięci przepis. Działał sprawnie, ubicie masy zajmowało nieco czasu, z resztą musiała ona nieco odstać, żeby nabrać odpowiedniej konsystencji. W tym czasie też zaczął cicho nucić, a przy czekaniu też bezczelnie mu przejrzał, co ma w przprawach, ot rewizja najlepszych walorów smakowych. Wtenczas Rod usłyszał, że i gospodarz się ocknął i podjął przygotowania do dnia, smakowite krążki na patelni rozniosły słodki zapach po domu, wabiąc też blondyna do kuchni, który – choć w rozpiętej koszuli – zajrzał do środka, pomrukując jeszcze, najpewniej z niedobudzenia. Rod był ubrany prawie w pełni, nie zakładał kamizelki ani żabotu jeszcze, jednak nie błyszczał nagim torsem, jak ten tutaj.
- Dzień dobry – przywitał gospodarza chwilowy kucharz, rzucając mu przelotne spojrzenie – Masz ochotę na kawę i ciepły posiłek?
Berwald podszedł do niego, zerkając na wszystkie rzeczy, jakie były użyte do przygotowania potrawy i na końcu na same naleśniczki. Skinął głową i przetarł oczy, tłumiąc wyraźnie ziewnięcie.
- Prz'gotow'ć kawę? – zapytał, nie wypatrzywszy trunku, którego Rod jeszcze nie zdążył zrobić.
- A… tak, poproszę. Masz jakąś ulubioną konfiturę w formie dodatku?
Pytał, już nie patrząc na męża, gdyż skupił się na kucharzeniu. Zdjął jedną porcję z patelni i zaraz wstawił drugą, dodając nieco tłuszczu, by nie przypalić jedzenia, w tym czasie blondyn wyjął faktycznie jakiś słoik z szafki i postawił na stoliku, po chwili też drugi, a w następnej zalał kawę. Poranek przebiegał bez problemu, ale w ciszy, którą znów Rod spróbował przerwać. Siedzieli już przy stole, zajadając spokojnie, prawie jak małżeństwo.
- Jakie właściwie masz preferencje, Berwaldzie? Zapewne będę miał okazję jeszcze nie raz Ci coś przygotować, chciałbym znać Twój gust.
Spojrzał na blondyna z zaciekawieniem, widać było też, że Szwed się zastanawiał chwilę. Może nigdy nie zadawał sobie tego problemu lub musi sobie przypomnieć, co najbardziej mu pasuje. Kto wie.
- Klopsiki owoc'we ch'ba l'bię najbardzi'j. – stwierdził wreszcie, patrząc się na kawałek naleśnika – I wi'le słodkich potraw. Ni' l'bię za t' kuchni M'ksyk'ńskiej.
Zjadł wreszcie kawałek umoczony w marmoladzie żurawinowej (z której Rod też korzystał) i spojrzał na swego męża, przez chwilę zajętego rozkrojeniem kolejnego kawałka.
- A T'? Sw'ją drogą, d'brze got'jesz, Rod.
Austria odnotował sobie w pamięci, żeby mu kiedyś przygotować knedle, popularną potrawę w wielu krajach Alpejskich, powinna mu posmakować. Nie mówiąc już o ciastach, ale to bardziej na deser lub przekąskę, a nie do końca o tym mówili.
- Dziękuję. Cóż, nie mam swojej ulubionej potrawy, za to nie… Nie każda ryba mi pasuje.
Blondyn zmrużył oczy na chwilę, a Rod odczuł, że być może trafił w coś, co akurat Svi bardzo lubi. No cóż, nie był pewny, a swoich gustów i tak nie zmieni. Kiedyś mu podano coś, co nazywało się tatarem z łososia, tak obrzydliwie słonej rzeczy w ustach nigdy nie miał. Poza tym, ości, zabawa z nimi jest okropna.
Dalszy czas spędzili równie pogodnie, acz jednak Berwald wciąż zachowywał wobec niego dystans i sam z siebie zagadywał niezwykle sporadycznie. Razem przygotowali podanie o przyjęcie kraju do UE, teraz pod nazwą Zjednoczonych Narodów Szwecji i Austrii. Rod pozwolił na tę nazwę, choć była strasznie prosta, to jednak jego pomysły były zbywane niezadowolonymi pomrukami ze strony męża. Widać ten ceni sobie prostotę, może źle by się czuł przy czymś bardziej skomplikowanym. Ostatecznie ta neutralna nazwa nie była taka zła…
Wtedy też, gdy przebywali wśród innych krajów blondyn był znowu czuły, co pozwoliło Austrii choć na chwilę zapomnieć o wszystkich rozterkach. Mógł bez przeszkód przytulać się do jego ramienia, nikt mu nie bronił, nawet Ludwig wydawał się jakiś pogodniejszy, jak z nimi rozmawiał. Większość formalności załatwiał Szwed, Rod tylko dopowiadał tam, gdzie uważał za stosowne, ale nie mieszał się w sprawy biurokratyczne. I tak nigdy ich nie lubił, starał się rozkoszować więc bliskością Berwalda, jego równomiernie bijącym sercem i ciepłem bijącym od jego ciała. Każda chwila przy nim była dla niego rozkoszą.
Gdy wracali był już późny wieczór i Berwald zaproponował, by poszli do restauracji zamiast szykować cokolwiek w domu, a Rod nie zaprotestował. Nie droczył się jednak z nim ani nie dręczył go sugestiami, że to zaproszenie na randkę, widział odległość, jaką przyjął jego małżonek praktycznie od momentu wyjazdu z Brukseli, nie chciał jej naruszać. Pozwolił się prowadzić, czasem dopytując o sam Sztokholm, o jego lepsze i gorsze strony. Jedyne, czego Rod nie cierpiał w towarzystwie jakiejkolwiek innej osoby, to cisza, zawsze starał się zainicjować jakąś rozmowę. W przypadku Berwalda nie zawsze to wychodziło, czasem słowa się nie kleiły, czasem aż tak tego nie potrzebował, a czasami po prostu otoczenie zagłuszało wszystko. W skrajnych przypadkach, jak podróż, Rod po prostu zakładał słuchawki, czując potrzebę wpadnięcia w eter muzyczny.
Posiłek jednak spędzili na przyjemnej dyskusji, jedzenie przez to smakowało jakoś lepiej, a godzina nie sprawiała, że chciało się już udać na spoczynek. Gdy przechodzili przez próg domu temat im się właśnie wyczerpał, z westchnieniem na razie zamilkli i zajęli swoje miejsca. Berwald zaoferował kawy, jednak Rod odmówił, argumentując, że dla niego na kawę jest zbyt późno, poprosił o herbatę. Pierwsze kilka chwil spędził jeszcze na rozmowie ze swoim szefem, choć teraz funkcja kanclerza przypominała bardziej funkcję burmistrza, oficjalny rząd w Sztokholmie składał się w połowie z Austriaków i w połowie ze Szwedów. Oba kraje sobie pomagały, ale jednak odrębność była widoczna, szczególnie Austriacy nie byli chętni do mieszania kulturowego.
Roderich zakończył rozmowę, właściwie raportem powinno się to nazwać, a ponieważ trunki nie były jeszcze gotowe, to przejrzał się w lusterku. Zauważył niewłaściwe smugi, wyjął zaraz pudełko z pudrem i jął poprawiać te niedoskonałości. Wtedy też wkroczył Szwed, stawiając na stoliku kubki i spoglądając na niego.
- C' Ty rob'sz? – zapytał swoim stale mrukliwym tonem, od którego Roda aż ciarki przeszły.
- Maluję się. – odjął od twarzy pędzel i przełożyło na drugą stronę – Nie widać?
Nie widział, co robi jego niebieskooki towarzysz, kończył pociągnięcia dopóki nie uznał, iż jest idealnie. Faktem jest, że Szwed mu nie przeszkadzał, ale gdy Rod na niego w końcu spojrzał, wydawał się niezadowolony z tego, co widzi. Jego oczy się mrużyły, palce jednej dłoni uderzały o tapicerkę kanapy, na której obaj siedzieli.
- Ni' m'sisz się m'lować. – rzekł jakby szybszym tonem, niż zazwyczaj.
Austriak uniósł brewki, zakręcając to pudełko i odkładając do swojej torby, z którą dzisiaj był w Brukseli. Nie rozumiał złości, czy też zniesmaczenia męża, on tak robił od dawna i do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Co prawda nie afiszował się z tym, zazwyczaj malował się w domu, ale też nie uważał to za coś nieodpowiedniego.
- To prawda, nie muszę. – odparł spokojnie, przyjmując neutralną pozycję – Ale nikt mi nie broni chcieć wyglądać lepiej, niż dała mi natura, prawda?
Blondyn napił się swojej kawy, po czym odchylił głowę do tyłu, jakby w rezygnacji. Lub po prostu odpoczywał.
- Bądź m'żczyzn', Rod'rich.
Te słowa nieco uderzyły Austriaka, doskonale wiedział, jak był delikatny i nie przepadał, gdy mu to wytykano. Niestety często słyszał sugestie, że jest nie dość męski, często też były to żarty z tego powodu, których on wręcz nie znosił. Przyjął herbatę, by nie okazać w pełni emocji, jakie teraz odczuł, napił się też ciepłego trunku, by się otrzeźwić.
- W naszym przypadku… to raczej Twoja rola, prawda, Berwaldzie..?
Spróbował odwrócić kota ogonem i nieco zażartować, ale błękitne oczy tylko spojrzały na niego bez jakiejś szczególnej emocji, coś między niezadowoleniem a rozczarowaniem. Rod się poczuł jak oparzony, zaraz zerwał kontakt wzrokowy, spoglądając w brązowy napój. Chciałby się teraz przytulić, ale nie był na tyle głupi, żeby nawet próbować. Wiedział, że zaraz by został odepchnięty. Jak… jak zawsze.
- Czemu Ci to przeszkadza..? – zapytał cicho, już nie podnosząc wzroku. Nie miał odwagi mu się postawić… Nie chciał. Chciał, żeby Berwald był szczęśliwy, to wszystko.
Blondyn w spokoju napił się kawy, po czym odstawił kubek i spojrzał na swojego męża, którego teraz spłoszył. Starał się być delikatny, słychać to było w jego mowie, aczkolwiek w Rodericha teraz wszystko uderzało ze zdwojoną siłą, każde słowo starało się zranić jego delikatne serduszko.
- Ni' powiedział'm, ż' mi to przeszkadz', 'le… Rod'rich. M'żczyźni prz'stali si' malować dwi'ście lat tem'. Ni' boisz się, ż' ktoś Ci'… wyśmi'je?
Austria po raz kolejny uniósł kubek do ust i napił się gorzkiego trunku, próbując zachowywać się spokojnie. Nie chciał mu się tutaj rozkleić, choć ogólnie… chciał. Czuł potrzebę płaczu, trochę teraz dla niego samego niezrozumiałą, bo sama kwestia była groteskowa. Choć… to nie samo malowanie się było pretekstem, ale właśnie to odpychające oddziaływanie Berwalda, ten chłód, jakim go traktuje.
- Wiele osób mnie w życiu wyśmiało, Berwaldzie. Zdołałem się uodpornić na te docinki, a… Twoja opinia jest dla mnie po prostu istotna.
- Sk'ro t'k… - splótł palce i oparł je na swoim udzie – W m'jej opinii w'glądasz d'brze i bez m'kijażu.
Austria nie wiedział, co na to odpowiedzieć, z jednej strony czuł satysfakcję z faktu, że to ON go pochwalił, z drugiej jedna rzecz mu nie pasowała. Zmrużył oczy.
- Przecież nigdy nie widziałeś mnie bez makijażu, Berwaldzie.
Szwed zacisnął usta, patrząc nieprzyjemnie na Roda, aż ten musiał z przypływu niepokoju odwrócić oczy. Nie patrzył, czy i jak się mimika jego męża zmienia, drżał i znów poczuł, że zrobił coś nie tak, popełnił jakiś błąd, który rozzłościł jego świeżo upieczonego partnera. Boże, czemu to wszystko się tak sypie…
Dopiero jak usłyszał, że Berwald bez słowa się podniósł i wyszedł do łazienki ogarnęła go namiastka paniki, iż faktycznie coś źle uczynił. Ale czy naprawdę ma dla małżonka robić dosłownie wszystko, czego ten sobie tylko zażyczy? Spełniać każdą zachciankę, zmieniać każde swoje przyzwyczajenie, zmieniać samego siebie by zadowolić Oxenstiernę? Zaraz, przecież on teraz też nosi takie nazwisko. Tfu! Do diabła z nim, Rod nie poczuwał się Szwedem ani trochę.
Złość wkradła się między melancholię i strach, jakie mu dotychczas towarzyszyły, a kumulacja tych emocji nigdy nie była dobrą mieszanką. Rodericha zastanowiło, czy nie znalazłby tu może butelki czegoś mocnego, by to uciszyć, wtedy jednak wrócił Berwald, trzymając w ręku ściereczkę.
- Masz racj'. M'gę?
Podniósł biały materiał, był wilgotny, Rod domyślał się, że to mydło albo coś do demakijażu. Z westchnieniem tylko skinął głową, pozwalając na dowolną jego ingerencję, a Berwald usiadł przy nim i ostrożnie zabrał mu okulary. Zaczął mu zmywać puder z twarzy, jego ruchy były pewne, acz nie natarczywe, Austria czuł się trochę jak dziecko, które mama postanowiła wyczyścić. Zamykał oczy, gdy tam Svi sięgał, a gdy po innych miejscach wodził, to po prostu patrzył gdzieś w bok. Wiedział, że przy jego prawym oku odsłoniła się delikatna blizna ciągnąca się aż do ucha, że jego policzki będą na krańcach przechodzić w kolor bardziej złoto-orientalny, a koło ust znajduje się ciemny pieprzyk. Gdy wreszcie Nordyk odsunął swoją dłoń, by się mu przyjrzeć, Rod nawet nie podnosił oczu, biernie czekając, aż on skończy obserwację.
- Ni' jest str'sznie. – rzekł po chwili, po prostu patrząc, troszkę się tylko odsunął. Na swoją stałą odległość.
- Nie jest też idealnie. Zazdroszczę Ci, że masz taką idealną cerę, Berwaldzie. Ja się staram ukrywać to, jak naprawdę wyglądam. – w końcu spojrzał na niego, podziwiając jego urodę, ale z gorzkim poczuciem, że sam nigdy nie będzie tak urodziwy.
Blondyn jednak nic nie odpowiedział, obserwował go tylko. Po chwili wstał i poszedł tym materiałem do kuchni, zapewne go wyrzucić. Rod czuł się tylko gorzej, po części obnażony, po części winny, po części niepotrzebny. Spojrzał na pościel złożoną z boku, by nie przeszkadzała. Wstał i zaczął ją rozkładać, powoli, spokojnie, ale tak naprawdę zmuszał się do tej czynności. Wszystkie te negatywne emocje objawiły się w apatii, każda czynność wydawała mu się bezsensowna i z góry zła. To, że będzie musiał się położyć do snu wiedział, dlatego też rozłożenie tego posłania miało lekko więcej sensu. Blondyn wrócił przy okazji, obserwując poczynania męża.
- Spać? J'ż? – zapytał, nie ruszywszy się z miejsca, po prostu patrzył na niego. Zawsze, cholera, tylko patrzył.
- Jestem zmęczony, Berwaldzie. Chciałbym się już położyć.
Rod wiedział, że miał ton wypowiedzi wymuszony, niepewny i delikatny, jaki ma zazwyczaj głos, który na siłę próbuje być normalny. Nordyk nie zwrócił na to uwagi, skinął głową, wziął książkę ze swojej półki i wszedł na chwilę do swojego pokoju, a po chwili poszedł z nocną koszulą jeszcze do łazienki. Austria położył się na poduszce, podciągając nogi pod siebie. Czuł, jakby tuż pod nim roztaczała się pustka, ale taka specyficzna, z ramionami, które powoli się ku niemu wyciągają, by go wchłonąć. Ostrożnie go ujmują, jedno po drugim, obezwładniając w swej niecodziennej delikatności każdą jego kończynę i stopniowo ciągnąc ku swej koncentracji.
Austria potrząsnął głową, słysząc otwierające się drzwi. Zerknął na Berwalda i zaraz odwrócił oczy, gdyż Nordyk był ubrany tylko w bieliznę i spływającą po jego ciele narzutkę. To znaczy… chciałby patrzeć, gdyby nie obawiał się naruszyć jego prywatności i ponownie go zezłościć.
- D'branoc. – rzekł Nordyk i czym prędzej przeszedł do swojego pokoju.
Roderich zmusił się do podniesienia i względnego przygotowania do snu, zgasił też światło, a gdy znów się położył, znowu poczuł to wciąganie. Było teraz słabsze, wybito go z nastroju, jednak powracało, tak jak wątpliwości po dzisiejszym dniu. Nie dogadają się, to już było pewne. Mają… inny system wartości, inne priorytety, do tego Berwald jest cały czas zimny, nie pociesza ani nie podchodzi. Rod miał wrażenie, że jego obecność ciągle mu przeszkadza, że lepiej, by go nie było tutaj. Niech będzie tylko na papierze. Nie był przekonany co do tego, co właściwie Berwald czuje, ale był niemal pewny, że on go nie kocha. Serce muzyka płonęło gorącym uczuciem, ale Lew Północy zdawał się nieprzeniknionym lodowcem, w którym uczucia są tak głęboko zamknięte, że w wątpliwość można poddać, czy w ogóle istnieją.
Nawet nie wiedział kiedy z jego oczu zaczęły płynąć łzy, ale oddychał cicho, cichuteńko, bez ani jednego stęknięcia. Czy musiał tu być? Miał wracać do siebie jutro wieczorem, czy nie może rano? Nie był pewny, czy przez kolejny cały dzień da radę znosić jego spojrzenia, które jakby miały sugerować, że ma się trzymać na odległość. Widzieć go, ale nie móc się przytulić, nie móc pocałować tych ust. Najlepiej nie być, skoro sama obecność tak mu przeszkadza. Nie wyrażać swojej opinii, czasem pytać, częściej milczeć. Pozwolić o sobie zapomnieć. Roderichowi nie wystarczy obserwacja, nie po to wyszedł za mąż, by cieszyć oczy, on chciał wzajemności. Chciał poczuć na swoim ramieniu kojący dotyk i czasem na własnych wargach czuły pocałunek. Potrzebował wsparcia, potrzebował uczucia z tej drugiej strony, a wiedział i był o tym święcie przekonany, że tego nie otrzyma. Po prostu nie, Berwald go odsunie, nie będzie się z nim patyczkował. Nie uzna jego uczuć za istotne.
Myśli stopniowo przestawały płynąć, kiedy ciemność otaczała go coraz gęściej, kojąco. Rod nawet nie zauważył, kiedy oddech mu się wyrównał, a on sam na tej lekko zwilżonej poduszce po prostu odpłynął.
