Długo spał, nie był świadom upływu czasu, dopiero gdy się ocknął zauważył otwarte drzwi do pokoju Berwalda i dosłyszał ciche dźwięki z kuchni. Wychodzi na to, że jego mąż właśnie szykuje mu coś smacznego, tym razem to nie Rod podjął się kucharzenia. Poprawiło mu to nawet nieco humor, zwlókł się z łóżka i postanowił najpierw nieco wyszykować. Owszem, nałożył też nieco pudru na twarz, ale nie aż tak dużo, jak zwykle, tylko zatuszował przebarwienia. W końcu wkroczyło kuchni, zauważając Berwalda akurat przekładającego jakieś podsmażane smakołyki w cieście na talerze, skrupulatnie je dzieląc., zdawał się na tej czynności całkowicie skupiony.

Rod się przywitał spokojnie, Berwald tylko odmruknął powitanie, ale chyba i to nieświadomie. Austria nie rezygnował, podszedł do niego, zerkając na potrawę, wtedy też zauważył, że one się różnią, te „pączuszki" Berwalda są bardziej płaskie, mniejsze.

- Cóż to jest? – zagadnął, biorąc widelec i zamierzając mu zabrać jedną rzecz.

- Ni' kradn'j. – napomniał go nordyk, gdy odstawiał patelnię – Bo Ci się ni' opł'ci. Ty masz mi'so, ja r'bę.

Rod zamrugał zaskoczony, acz nie odpowiedział, pokiwał jedynie głową. Pomógł mu trochę, przygotował kawę, a w chwili gdy usiadł do stołu poczuł na policzku silny dotyk, Berwald potarł jego skórę kciukiem i podniósł do oczu, po czym uniósł brwi. Austria wzruszył ramionami, a blondyn tylko pokręcił głową, siadając naprzeciw niego. Posiłek minął im w ciszy.

Początkowa motywacja u Austrii uleciała, Berwald może nie był nieprzyjemny, ale miał chłodne usposobienie i Rod wciąż nie był pewny, czy nie wadzi mu. Nie zaczepiał go jednak słownie, gdy skończyli nawet bez słowa zebrał naczynia, by nieco tu uprzątnąć, blondyn w tym czasie wyszedł z kuchni. Po cichu Rod sie zastanawiał, jakiż to plan ma jego małżonek na ten dzień, gdy wreszcie ogarnął to pomieszczenie i wyszedł, naszedł go nowy pomysł.

Widział swego męża z laptopem na ogarniętej już kanapie, coś robił, Austria nie za bardzo wnikał co. Usiadł obok niego, blondyn tylko na sekundę zwróciła niego uwagę, pisał coś co wyglądało na dokument, muzyk nie był pewny, nie znał wszak jego języka. Poczekał tylko na zaistnienie kropki, po czym zwrócił się ku niemu i ucałował jego policzek. Ręce nordyka na chwilę zastygły, błękitne oczy znów zwróciły się ku niemu, ale jednak ich właściciel tylko westchnął z niezadowoleniem i wrócił do pracy. Rod mruknął nieusatysfakcjonowany i objął go w pasie, przytulając się do jego boku. Tym razem nordyk odwrócił ku niemu głowę, krzywiąc się nieco.

- Rod'rich. Ja t'go ni' lubię. – napomniał go, nie poruszywszy się ani o centymetr. Po początkowej ciszy odezwał się jeszcze – P'ść, proszę.

- Ale ja potrzebuję bliskości, mężu. – zaakcentował ostatnie słowo – Nie mogę Cię ani przytulić ani pocałować?

- Ni'specjalnie. – odparł chłodno i poruszył się niespokojnie – Ni' masz co r'bić?

Zbity z tropu kompletnie Rod puścił ukochanego i przyznał, że faktycznie czuje bezczynność, ale po prawdzie chciał tylko zatuszować to, że źle się czuje w tej izolacji. Chwilowo dostał książkę do czytania, gdy Berwald kończył pracę, później blondyn odłożył komputer i po chwili zastanowienia zaproponował mu spacer, a Rod na to przystał. Chciał spędzać z nim czas, być blisko.

Berwald zabrał go na miasto, wciąż jednak Rod nie mógł pozbyć się wrażenia, że Szwed robi to na siłę. Każde słowo było wypełnione jakąś taką barierą, przez którą Austriak nie mógł się przebić. Niby wędrowali obok siebie, dywagowali, ale między nimi była blokada, mentalna ściana, którą blondyn utrzymywał. Parokrotnie Rod próbował go złapać za rękę, ten się jednak zawsze cofał. Jakby się bał, jakby się brzydził… Nie miał jednak odwagi pytać. Cieszył się, że mimo bariery mogą rozmawiać, poznawać siebie. Ostatecznie jednak Berwald nie powiedział mu chyba „nie"…

Dzień się jednak w tych ostatnich godzinach dłużył, tematy się pokończyły, a i pomysłów na nowe jakoś nie było. Roderich w ramach zajęcia czasu w międzyczasie uszykował posiłek obiadowy, jednak po nim i po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy naprawdę nie było co robić.

- Ta cisza mnie drażni… - przyznał Rod wreszcie, siadając koło Berwalda, który akurat coś czytał spośród druków od szefostwa.

- Dl'czego? – blondyn zerknął na niego, odkładając papier – W twoim d'mu też bywa cich'…

- To prawda, choć na dłuższą metę nigdy nie utrzymuję tego stanu, zawsze coś włączę. Natomiast… - ujął ostrożnie jego dłoń, ale ten ją zaraz zabrał – Ta cisza jest inna, jest pusta. Czuję pustkę, przepaść między nami, Berwaldzie.

Blondyn jednak nie odpowiedział, spuścił z niego też wzrok, lokując go gdzieś na podłodze. Po raz pierwszy Rod zauważył, że ten mężczyzna też nie jest usatysfakcjonowany z tej sytuacji, kryje w sobie coś, co być może mu przeszkadza, ale nie chce jednocześnie o tym powiedzieć. Milczał, po prostu, dopiero Rod znów przerwał tę ciszę – dokładnie znów ciszę – między nimi.

- Wiesz, że to o czym mówię, jest ważne. Nie dajesz mi się poznać, mimo statusu się izolujesz. Czy kiedyś… będę mógł być dla Ciebie kimś bliskim?

Błękitne oczy, jakie podniosły się na Rodericha, nie były już chłodne ani puste, wypełniała je złość tak silna, że sam Austria aż pobladł ze strachu. Z cichym warknięciem Nordyk się podniósł, wyciągając paczkę papierosów i wychodząc do kuchni, Rod nawet nie miał zamiaru za nim podążać, prawdę mówiąc jeszcze kolejne kilka minut siedział wciśnięty w kanapę, wystraszony tym obliczem, jakie właśnie ujrzał. Nigdy nie przypuszczał, że w tym mężczyźnie może istnieć aż tyle nienawiści i że kiedyś cała ona zostanie zogniskowana właśnie przeciwko niemu. To jak porażenie prądem. Berwald nie wracał kilka chwil, Rod zdążył się uspokoić, a po dłuższym zastanowieniu poszedł do przedpokoju wraz ze swoją torbą.

Powoli ubrał buty i płaszcz, założył też kapelusz. Spojrzał jeszcze w stronę wejścia do kuchni i po kilku oddechach poszedł tam, pukając w otwarte skrzydło, by zwrócić na siebie uwagę zawczasu. Berwald stał przy otwartym oknie, już znowu spokojny. Skończył już palić, ale jeszcze zerkał na miasto, widząc jednak ubranego arystokratę zwrócił się ku niemu, odłączając się od ściany.

- Postanowiłem, że pojadę nieco wcześniej. Mniemam, że zobaczymy się, jeśli będzie trzeba, hm?

Zachował na szczęście spokój ducha, zachował spokojną twarz, przez którą lekko przebijały się przyjazne emocje. Spoglądał w te zimne oczy, ale widział w nich mieszankę złości i żalu, chociaż w mniejszej dawce. Berwald jednak nie reagował na te słowa jakoś szczególnie, kiwnął powoli głową.

- Prz'jadę do Ci'bie, j'k będzi' trz'ba. – odpowiedział swoim stałym, mrukliwym głosem – P'miętasz, gdzi' jest stacja m'tra?

Roderich potwierdził skinieniem głową i odstąpił go, a po chwili obaj podążyli do drzwi. Pożegnali się krótko, uściskiem dłoni, choć Austria musiał się hamować, by nie uściskać go ten jeden, ostatni raz. Widział po Berwaldzie, że on tego by po prostu nie chciał, a nie chciał pogłębiać przepaści między nimi.

Niby w przyjaznej atmosferze, niby pogodzeni, niby pozytywnie do siebie nastawieni… Niby wszystko w porządku. Niby. Roderichowi serce krzyczało w środku, a on tylko koncentrował się na tym, by zachować na twarzy spokój. Nie chciał być przez nikogo widzianym w takim rozdarciu emocjonalnym, szczególnie przez obcych mu ludzi, jacy go w tym mieście otaczali. Nie miał tu nikogo, nikogo zaufanego!

Czym prędzej pomknął kierunku metra, mniej więcej pamiętał, gdzie wejście się znajdowało. Mniej więcej… Krążył po okolicy dobrą chwilę, nim ostatecznie odnalazł wejście, dalej przejazd był już błahostką. Uciekał z tego miasta. Nie dało się tego inaczej ująć – on uciekał. Przed tymi chłodnymi ludźmi, przed miastem, w którym w każdym miejscu było widać rzeki lub otwarte morze, przed… samą personifikacją, w której sercu nie znalazł nic prócz odrzucenia. Uciekał przed tym, że musiałby się zamknąć w sobie i tylko biernie obserwować. Uciekał…