Witam ponownie, przybywam z nowym rozdziałem ;) Mam nadzieję że się spodoba.
Pragnę tylko powiedzieć, co do rozdziału, że nigdy nie byłam dobra w wymyślaniu imion, ale to tak na marginesie :)
Nie wiem czy rozdział nie jest za długi, ale chciałam rozwinąć opis, by nieco bardziej zagłębić się w uczucia głównych bohaterów :)
Bez przedłużania, zapraszam do czytania, oceniania itp.
Oczywiście nic z Gwiezdnych Wojen nie należy do mnie, nie zarabiam na tym pieniędzy bla bla bla :)
~~~ Rozdział 2 ~~~
"Gdyby wszyscy moi przyjaciele skoczyli z mostu, ja bym z nimi nie skoczył. Stałbym na dole i czekał, żeby ich złapać."
~ Steve Berry
~~~~~~~~~~~~~
Wbiegł go klasy spóźniony jak zazwyczaj. Chwytając oddech rozejrzał się za nauczycielem, ale mistrzyni Luminara jeszcze nie przybyła. Wyjął trochę poniszczone książki i właśnie w tym momencie zaczepił go Kimo i jego koleżanka - Tasara.
- Skywalker jak zwykle spóźniony... myślisz że kiedyś nadejdzie dzień, w którym przyjdzie na czas? - zapytała padawanka.
- Taki outsider jak on nigdy nie zrozumie pojęcia "być na czas", zwariowałaś?
Anakin słuchał rozmowy dwojga, jednak podążył za nauką Obi-Wana, który zawsze mówi by ignorować negatywne emocje, najważniejsze jest skupienie i trening Jedi. Nie może dać się sprowokować, ostatnio i tak Rada ma go na oku. Wpaść w kłopoty w tym momencie nie byłoby dobrym postępem w jego treningu.
Ignorowanie tej dwójki szło mu całkiem sprawnie, w środku był wściekły, lecz jego twarz była spokojna. Jednak późniejsze komentarze wyrwały go z równowagi.
- Zobacz, jak udaje że nas nie słyszy.
- I tak każdy wie, że jest hańbą dla Zakonu Jedi, a dla mistrza Kenobiego już w ogóle. - zaśmiała się Tasara.
Anakin zmarszczył brwi i zamknął oczy. Od razu odwrócił się do dwóch padawanów, teraz już poddominowany komentarzami. Nie mieli żadnego prawa rozmawiać o jego mistrzu. Mogli obrażać go ile tylko im się podoba, ale niech trzymają się z dala od Obi-Wana.
- Przyhamujcie ze swoją zazdrością. Wasze komentarze mnie nie będą ruszać, póki nie udowodnicie swojej wartości. A z tego co wiem, nie uczycie się najlepiej i to nie wy macie najlepsze oceny i wszystkie wygrane sparingi za sobą. - odgryzł. Był pewny siebie, a to mu pomogło się zripostować.
Obi-Wan często powtarzał, że nadmierna pewność siebie prowadzi na złą drogę i nie zawsze jest dobra. On się jednak tym nie przejmował, lubił to.
- A czego mamy zazdrościć? Nie powinieneś być Jedi. Zostałeś wybrany wcześniej tylko dlatego, że mistrz Qui-Gon miał miękkie serce i zlitował się nad takim niewolnikiem jakim byłeś. A wszyscy wiemy, że byłeś. - odparł Kimo.
W tym momencie nie wytrzymał. Coś skrywane długo w nim pękło. Kimo trafił go w czułe miejsce - jego przeszłość. Mówił o czymś, o czym nawet nie miał pojęcia. Nikomu, nawet takiemu człowiekowi jak on, nie życzył takiego losu. Nawet nie chciał się zastanawiać skąd oni o tym wiedzą. Nigdy nikomu nie wspominał.
- Mistrz Qui-Gon wybrał mnie dlatego, że widział we mnie coś czego w was widocznie nie ma. - zacisnął pięści.
- Biedne, niekochane dziecko? Wątpię, że byłoby to czynnikiem decydującym.
- Właśnie. Spójrz na siebie, jesteś zerem, niczym. Zawsze byłeś. - z tymi słowami Anakin, jakby było tego mało, upuścił swoje książki, które wylądowały na jego stopach.
Zaklął w myślach na swój beznadziejny pech i usłyszał chichot. Nie tylko tej dwójki, ale i pozostałych. Ponownie zacisnął pięść i schylił się po nie, mając ochotę zniknąć.
- Nawet utrzymać książek nie potrafisz, co dopiero mówić tu o pokoju? Nie dziwię się że Rada i twój mistrz mają Cię dosyć. Wiecznie coś psujesz, zawalasz, jesteś hańbą dla nas wszystkich. Qui-Gon i Kenobi zlitowali się nad tobą, gdyby nie ten cud, zapewne dalej byś spełniał zachcianki swojego pana, o ile byś był na tyle zdolny. - zachichotał Kimo.
Anakin po raz kolejny nie wytrzymał. Gniew spadł na niego jak deszcz, przez chwilę czuł tylko nienawiść. Rzucił się na niego, a następne co pamiętał to fakt, że tarzał się z nim po podłodze, starając się go udusić.
- Bardzo dobrze, oto przyszłość Republiki, przyszły Rycerz Jedi. - zdążył warknąć, gdy Anakin uderzył go w twarz. Potem drugi. Trzeci. Nawet nie próbował się opanować, a jeśliby się starał, z pewnością nic by to nie dało.
On jednak nie chciał przestawać, ktoś w końcu dawał Kimowi lekcję, której potrzebował od dawna.
Następnie i on oddał mu tym samym, inni albo kibicowali, albo stali przerażeni w kącie. Anakin zdawał się w ogóle zapomnieć gdzie jest i dlaczego. Po prostu uderzał, dostawał, uderzał, dostawał...
~~~*o*~~~
- Anakin. - obudził go delikatny głos jego mistrza.
Jedi powoli otworzył swoje niebieskie oczy i nawiązał kontakt wzrokowy z Obi-Wanem. Do tej pory dręczyło go pytanie: czy naprawdę zawodzi swojego mistrza na każdym kroku? Chciał być kimś, chciał być powodem do dumy.
Zawsze marzył o akceptacji. Oczywiście, ufał swojemu mistrzowi, wiedział, że chce dla niego jak najlepiej. Ale czasem chciał usłyszeć coś innego niż "spróbuj medytacji" lub "nie daj się emocjom".
Pamiętał kłótnię, jaka potem wynikła z jego bójki. Co prawda Obi-Wan zdawał się o niej już od dawna nie pamiętać, lecz była ona chyba jedną z ich największych i najpoważniejszych kłótni. Nie odzywali się do siebie przez jakiś czas, co znacznie utrudniało proces nauczania. Dla obu stron.
~~~o*o~~~
- W całym swoim treningu, jeszcze nigdy nie zawiodłeś mnie tak jak dzisiaj, a nie raz sprawiałeś mnóstwo kłopotów! - krzyczał kierując się z nim do jego pokoju.
- Ile razy mam powtarzać "przepraszam"?!
- Nie przepraszaj, bo wiem że wcale nie jest ci przykro!
Weszli, a raczej wbiegli wściekli, do pokoju, w którym jak co dzień był bałagan. Anakin nie utrzymywał tu porządku, czuł się lepiej w przestrzeni gdzie było mu łatwiej ukryć niektóre rzeczy przed Obi-Wanem. W takim nieładzie czuł się lepiej, chociaż tego nie popierał ani Obi-Wan, ani nikt inny z Rady. Nie potrafił powiedzieć, czy czuł się w ten sposób bezpieczniej, czy po prostu miał to gdzieś jak wygląda ten pokój, bo jest on w końcu jego i nikt nie powinien wprowadzać tu swoich porządków. Tutaj on był Panem.
- Nie, nie jest mi ani trochę przykro! Zasłużył na to, niczego nie żałuję! - bronił się i usiadł na łóżku, krzyżując swoje ręce na klatce piersiowej. Jego twarz była lekko czerwona od gniewu. Sam nie wiedział na kogo był bardziej wściekły - na Obi-Wana, Kima, nauczycielkę, czy wszystkich po kolei z Rady.
- I to jest twój główny problem, ty nigdy nie żałujesz swoich decyzji! - głos Obi-Wana był podniosły, lecz starał się kontrolować, w przeciwieństwie do jego padawana.
- A ciebie nigdy nie interesuje nic innego poza Kodeksem i medytacją! Widzisz tylko, że to ja zacząłem bójkę! Że to ja go pierwszy uderzyłem! Ale nie widzisz, że może miałem powód!
- Bez względu na powód, nie powinieneś się dać ponieść emocjom, zwłaszcza takim! - jego głos był wypełniony złością, ale i rozczarowaniem.
Anakin nie widział nic złego w swoim postępowaniu, zasłużył na to. Mógł nie mówić tych wszystkich przykrych rzeczy. Według niego zawsze mogło być gorzej. Mógł na przykład użyć Mocy by zrzucić go z wysokości.
- Ale ty nigdy nie dostrzegasz tego, co robię dobrze! Nie obchodzi Cię to że mam najlepsze oceny, że zawsze wygrywam sparingi, że zawsze jestem przygotowany! Nie! Ciebie obchodzą tylko moje błędy!
- Bo te twoje błędy zawsze odbijają się na wszystkich!
- Dobrze! Więc przepraszam, że jestem taką porażką! Twoją porażką! - krzyknął i wybiegł z pokoju ze łzami w oczach. Nie był pewien czy były to łzy złości, czy smutku z powodu braku zrozumienia.
~~~o*o~~~
Lecz o jego ostatniej wypowiedzi Obi-Wan zapomniał, i nigdy więcej do tego nie wracał. Owszem, przyjaźnili się, darzyli siebie zaufaniem, ale gdy Anakin był nastolatkiem, nie dogadywali się często, Obi-Wan go nie rozumiał. Albo też nie chciał go zrozumieć.
Przez to nie raz czuł się samotny i porzucony. A od czasu śmierci jego matki i zabicia wszystkich Tuskenów, było tylko gorzej. Chciał się kontrolować, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafił. Nie potrafił skupić się na Mocy. Potrzebował rozmowy, a przez te wszystkie lata spostrzegł, że szczere rozmowy wśród Jedi to rzadkość.
Nie był przekonany, czy chce teraz rozmawiać z Obi-Wanem o tym wszystkim, co go dręczy od dawna. Widząc jego niebieskie oczy, odbierało mu mowę. Czuł, że go i tak, i tak nie zrozumie. W końcu przez te wszystkie lata tego nie robił.
- M-Mistrzu. - szepnął zachryple. Jego oczy były we łzach, jednak starał się je skryć. Łzy to była dla niego słabość, a on nienawidził słabości, zwłaszcza swoich.
- Anakin. - odszeptał. - Co się stało? - zapytał głosem łagodnym, pełnym troski.
Padawan zamiast odpowiedzieć tylko się podciągnął. Obi-Wan mógł wyczuć jego szybki oddech. Jednak jego bariery wciąż były silne, skrywały wszystkie jego uczucia.
- Ja... ja muszę wyjść. - wstał z kolan i skierował się na zewnątrz, gdzie panowała jeszcze noc. - Zaraz wrócę. - szepnął ponuro i nałożył swoje szaty z kapturem.
Obi-Wan był teraz zmartwiony bardziej niż kiedykolwiek. To zachowanie było bardzo nietypowe dla Anakina, a jego aura bardziej ponura niż zazwyczaj. Wstał, by za nim iść, ale Kimo się obudził.
- Mistrzu Kenobi? Co się dzieję? - zapytał cicho, ospałym głosem.
Obi-Wan podarował mu drobny, delikatny uśmiech i pokręcił głową.
- Nic takiego Kimo. Muszę na chwilę wyjść. Wracaj do snu, przyda ci się zdrowy odpoczynek. - szepnął.
Kimo wpatrywał się w niego, ale przytaknął ulegle po kilku chwilach. Z powrotem położył głowę na swoich dłoniach i okryty własnym płaszczem zasnął.
Obi-Wan chwilę poczekał, po czym podniósł się z kolan i poszedł za swoim padawanem. Rozpadała się wielka ulewa i zapowiadało się na burzę.
- Lepiej żebyś nie był daleko, Anakinie. - szepnął pod nosem i wyszedł, podążając za Mocą.
Wyczuwał ponurą, a nawet depresyjną aurę swego ucznia, co powodowało smutek nawet u niego, a to z kolei nie zdarzało się często. Pod pewnym względem cały czas nie opuszczało go wrażenie że nastrój Anakina jest po części jego winą. Zawsze starał się nie przywiązywać do nikogo. Zawsze hamował swoje emocje, podążał za Kodeksem.
- Anakin! Anakinie, gdzie jesteś! - krzyczał w nadziei, że ktoś zareaguje.
Nie otrzymując jednak odpowiedzi, włączył swój komunikator.
- Anakinie, słyszysz mnie? Gdzie cię wywiało? - zapytał, ale ponownie żadnej odpowiedzi nie dostał.
Spanikował, ale ciągle powtarzał sobie że okazywanie emocji nie jest ścieżką Jedi. Może właśnie to zawiodło Anakina? Prawda, Anakin nie wychowywał się jak on i pozostali Jedi w Świątyni, nie miał do końca opanowanego powierzania swoich uczuć i emocji Mocy. A długo skrywana w sobie frustracja rodziła nienawiść, która prowadziła do Ciemnej Strony. Nie chciał do tego dopuścić, ale też nie potrafił okazać emocji takich, jakich by chciał dostać od niego Anakin. Uodparniał się na to całe życie.
Cały czas szedł nieprzerwanie za śladami przyjaciela, trochę mu to zajęło zanim na niego natrafił.
Kilkadziesiąt kilometrów od jaskini, na ciemnej skale siedziała postać ubrana w ciemny płaszcz, z kapturem na głowie. Smutek stał się silniejszy i Obi-Wan był pewien, że pod szatami kryje się Anakin.
Cicho podszedł do padawana i położył dłoń na jego ramieniu.
- Anakin... - zaczął niepewnie. Nie był przekonany czy chce doświadczyć reakcji młodszego Jedi. Jeśli jest coś, co nauczył się o nim Obi-Wan, to fakt, że Anakin reaguje gwałtownie, szybko, pochopnie.
Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem emocji, ale skoro był tego świadomy, dlaczego mu w tym nie pomógł? No tak, odpowiedź była bardziej niż oczywista - Kodeks.
Rycerz odwrócił się do niego, wtedy to Obi-Wan doznał szoku. Anakin płakał. Jego zaczerwienione oczy wpatrywały się bez słowa na mistrza, a po jego policzku spływała świeża łza, którą spokojnie rozróżnił od kropel deszczu. Obi-Wan mrugnął, pierwszy raz widział go w takim stanie. Anakin nigdy nie płacze, nigdy nie okazuje swoich słabości. A teraz to robi. Lecz mimo tego, jego wola i bariery wciąż były silne, nie do ruszenia.
- Anakin... - powtórzył szeptem, jego zmartwione spojrzenie spotkało się z nim.
Nie był pewien czy Rycerz go w ogóle słucha, miał wrażenie, że Anakina tu nie ma.
- Mistrzu... - odparł mu po chwili zachrypnięty, cichy głos. Był jakby złamany wpół.
Obi-Wan usiadł obok niego, cały czas trzymając dłoń na jego mokrym ramieniu, do którego przyklejała się brązowa szata.
- Co się stało? - zapytał łagodnie.
Anakin mrugnął i na chwilę odwrócił wzrok w drugą stronę. Nie był pewien czy ma powiedzieć prawdę, bał się zawieść. I tak zawsze to robił.
- Mistrzu ja... ja przepraszam, tak bardzo przepraszam... - wyszlochał cicho.
Obi-Wan chwycił jego dłoń, myśląc że brunet ją odtrąci. Jednak stało się zupełnie inaczej. Niespodziewanie, on po prostu ją zacisnął. Jego uścisk był jakby drżący i słaby.
- Za co? Jestem pewien że-
- Za wszystko, jasne?! Za... za to jak Cię... zawodzę... - szepnął w bólu. Z każdym jego słowem i oddechem łez rodziło się jeszcze więcej, co w pewnym sensie łamało serce Obi-Wana. Naprawdę czuł przywiązanie.
Jakież to dziwne uczucie. Niby doświadczał czegoś podobnego wcześniej, ale nigdy nie było takie jak te.
- Co ty mówisz, Anakinie? Nie zawodzisz mnie.
Wiedział to, po prostu wiedział że to on przyczynił się do obecnego stanu Anakina. Wyrzuty sumienia za wszystkie jego nieczułe wykłady nawiedziły jego ciało. Zawsze mówił mu, że jest zawiedziony, myślał, że właśnie tak wytrenuje go na prawdziwego Jedi. Ale zamiast tego wyhodował rany i blizny. Czy Anakin tak bardzo pragnął jego akceptacji i zrozumienia? Czy było możliwe, że przez swoje rygorystyczne zasady zaczął go tracić? I najważniejsze, czy może to jakoś naprawić?
- Zawsze Cię... zawodziłem... nie powinienem być Jedi. Nadaję się tylko do... - urwał. Chciał powiedzieć "do bycia niewolnikiem", ale wspomnienia były zbyt bolesne, na tyle, że bał się wymówić słowa "niewolnik".
Obi-Wan domyślił się co chciał powiedzieć. I to zabolało go jeszcze bardziej. Zranił go. Zawiódł. Porzucił...
- To nieprawda Anakinie. Jesteś zdolnym, silnym Jedi. Nie mógłbym być z ciebie bardziej dumny niż jestem. - szepnął i uśmiechnął się.
Ich oczy spotkały się. Miał wrażenie że spojrzenie Anakina trochę rozbłysło wśród mroku nocy, lecz smutek nie opuścił go całkowicie. Nadal się zadręczał. A co denerwowało Obi-Wana najbardziej, pomagajac mu, złamałby w pewnym sensie swoje własne zasady.
Brunet pokręcił głową w rezygnacji, mistrz Jedi nawet nie wiedział, że w środku cierpi. Sam nie znał tego uczucia, a przynajmniej nie tak silnego.
- Proszę, nie zadręczaj się. Pamiętasz naszą kłótnię? Tą po twojej bójce? - zapytał wpadając na pomysł jak może pomóc.
Anakin spojrzał się na niego zaskoczony.
- Ty to... Pamiętasz? Nigdy... nigdy nic o niej nie wspominałeś... - szepnął, jego wzrok znów powędrował na ziemię.
- Zawsze pamiętałem. Po prostu... ją zignorowałem. Myślałem że... że ty wybuchłeś tak w złości, kiedy jesteśmy wściekli mówimy dużo nieodpowiednich rzeczy. Ale teraz widzę, że to było szczere. Dlatego... dlatego Cię przepraszam. To moja wina. Powinienem chwalić Cię częściej, a przecież w tej kwestii miałem dużo możliwości. Niestety żadnej z nich nie wykorzystałem. Naprawdę przepraszam... - stwierdził szeptem, czuł jak Anakin się rozluźnia. Te słowa nie przyszły mu łatwo, ponieważ o ile potrafił przyznać się do błędu, o tyle błąd, który zranił drugą osobę był dla niego ciężki do przełknięcia.
Jego druga dłoń złapała go delikatnie z ramię, brunet był cały mokry i zimny.
- Czy teraz widzisz swoją wartość, mój padawanie? - zapytał z lekkim uśmiechem.
Miał nadzieję, że te słowa wystarczą, a przynajmniej na chwilę obecną.
Anakin uśmiechnął się delikatnie przez słone łzy, co uradowało Obi-Wana. Aczkolwiek nie był to koniec. Nadal czuł jego smutek. Już mniejszy, ale nadal był obecny. Nie oczekiwał jednak kolejnego zwierzenia. Nie od Anakina, ta rozmowa i tak była czymś niepodobnym do niego. To chyba była ich najgłębsza i najszczersza rozmowa od lat.
- Anakinie... - szepnął cicho i łagodnie. Brunet spojrzał się na niego ze łzami wymieszanymi z kroplami deszczu. - Wracajmy. Jest zimno i zaraz będzie burza. - stwierdził.
- Więc idź. Ja wolę tu jeszcze chwilę posiedzieć... - odparł cicho i wciąż zachryple.
- Nie pójdę bez ciebie. Nie chcę żebyś się przeziębił, chodź. - szturchnął go delikatnie.
Anakin już miał się podnieść, kiedy ponowna fala smutku opanowała jego umysł. Poczuł się zdruzgotany, a następne słowa jakie wyszły z jego ust zaskoczyły ich obu, nie planował ich powiedzieć, nie na głos. To było wbrew wszystkiemu na co tak długo pracował.
- M-mistrzu... pomóż mi. - wyszeptał z cichym, zranionym szlochem. Nie mógł powstrzymać łez. Nie chciał płakać, nie chciał okazywać jakichkolwiek uczuć, zwłaszcza takich. Nienawidził okazywać słabości, to nie było w jego stylu. Nie chciał już kontynuować tej rozmowy, poczuł wstyd. Normalnie nigdy nie dopuściłby do czegoś takiego.
Ale tego dnia, albo raczej nocy, coś go uderzyło. Jego wspomnienia powróciły z podwojoną siłą. Wiedział, że nie poradzi sobie z nimi sam. A u boku swojego mistrza czuł się bezpieczny. Wiedział, że nie pozwoli go skrzywdzić.
- Oh, Anakinie... - szepnął i przyciągnął go do siebie bez namysłu.
"Jedi nie powinien się przywiązywać."
"Jedi nie powinien mieć żadnych emocji."
Tak wszyscy mówili. Powtarzali mu od małego. Jednak te zasady były jednym wielkim kłamstwem. Bzdurą. Każdy się przywiązuje, każdy ma emocje, zarówno pozytywne jak i negatywne. A pozbywanie się ich to jak pozbywanie się własnej osobowości. Rozumiał Anakina. Nie dziwił się już dlaczego tak bardzo buntował się przeciwko zasadom. Po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę go rozumiał. Szkoda tylko że nie potrafił mu tego powiedzieć...
- Pomogę ci. - szepnął. - Już zawsze będę to robił.
Miał nadzieję, że na to nie jest jeszcze za późno. Miał nadzieję, że Anakin mu zaufa. To, że nigdy wcześniej mu nie wspominał o tym co go naprawdę gryzie, świadczy tylko o braku tego zaufania. A przecież on go kochał jak brata, jeśli nie jak syna. To on go wychował, to on z nim spędził kilka dobrych lat. Czy naprawdę potrzebował ujrzeć jego łzy, by przejrzeć na oczy?
Anakin nie opierał się wcale. Nie chciał odrywać się od Obi-Wana nawet na chwilę. Czuł się bezpieczny, a ciepło jakie biło od jego mistrza ogrzewało zranione serce, które teraz pękało na drobne, ostre kawałki. Jego szaty przylegały przyklejone od deszczu do jego ciała, i do ciała Obi-Wana. Drżał z zimna, przemókł. Starał się tego nie pokazywać, ale marnie mu to wychodziło.
Obi-Wan czując jego dreszcze tylko otulił go mocniej, chcąc rozgrzać. Chciał go chronić przed złem, przed światem. Czuł się jak wtedy, gdy Anakin był jeszcze małym chłopcem i zawsze przychodził do jego pokoju po złym śnie, by wtulić się w niego. Zazwyczaj wtedy zasypiał w jego łóżku, a on musiał spać na podłodze. Ale niczego nie żałował. Uśmiechnął się pod nosem do siebie i przycisnął Anakina jeszcze mocniej.
Ciche szlochy Rycerza mieszały się z dźwiękami kropel deszczu niespokojnie uderzającymi o ziemię.
Nagle usłyszeli pierwszy grzmot. Huk był ogromny, jakby piorun uderzył coś metalowego. Anakin w tym momencie oderwał się od mistrza i zerknął na czarne niebo nad nimi.
- Chyba powinniśmy wracać. - odparł Obi-Wan.
Anakin przytaknął wydając z siebie ostatni zbolały jęk, po czym Obi-Wan pomógł mu się podciągnąć. Bez słowa protestu zaakceptował pomoc, co jeszcze chwilę temu by zdziwiło ich obu. Teraz, zdziwiony był tylko sam Anakin.
Nigdy nie czuli takiej bliskości jakiej doświadczają właśnie w tym momencie. Gdyby Rada ich teraz zobaczyła najprawdopodobniej oboje mieliby poważną rozmowę z mistrzami.
- G-gdzie... Kimo? - zapytał cicho Anakin, jednak w jego głosie było coś co zaniepokoiło starszego Jedi.
- W jaskini. Kazałem mu spać i się nie martwić.
- M-mogę się o coś zapytać? - szepnął i spojrzał się na niego. Jego oczy świeciły w ciemności.
- Oczywiście, o co chcesz.
- Dlaczego... dlaczego mistrz Qui-Gon wybrał akurat mnie? - zapytał, jego głos skrywał ból, ale Obi-Wan był zbyt zaskoczony pytaniem by to wychwycić.
Otworzył usta, ale nie mógł dobrać słów. Zwłaszcza że z początku sam nie rozumiał decyzji swojego mistrza.
- Musiał widzieć w tobie coś niezwykłego. - zaryzykował uśmiech. - Powiem szczerze, że sam tego nie wiedziałem. Ale z czasem jak rosłeś i zaczęliśmy się dogadywać, zrozumiałem. Ty jesteś wyjątkowy i silny, jak żaden inny Jedi. Zawsze taki byłeś.
Anakin lekko się uśmiechnął. Ta rozmowa trochę mu pomogła uporać się z jego emocjami. Czuł, że może ufać swojemu mistrzowi.
Obi-Wan nadal miał mętlik w głowie. Od dziecka wałkował zasady, narzucone już z góry, przestrzegał ich jak potrafił. Czy te wszystkie lata były zmarnowane? Chciał wyzbyć się czegoś, co zawsze w nim siedziało, i zawsze dawało o sobie znać, mimo że on tego nie chciał słuchać - serca...
C.D.N