Hej, hej, hej, to znowu ja! :D Przychodzę z nowiutkim rozdziałem i nadzieją, że się spodoba. W mojej skromnej opinii jest trochę słabszy od poprzedniego, ale ocenianie jak zwykle zostawiam innym ;)
Przypominam, że nie posiadam Gwiezdnych Wojen, ani (niestety) żadnej z rozpoznawalnych postaci (ehh).
~~~Rozdział 4~~~
"Jedyne, co miało jakieś znaczenie, to to, że znalazłem mojego pierwszego przyjaciela, a tym samym zacząłem naprawdę żyć."
~ Tove Jansson
~~~~~~~~~~~~~
"Anakinie!" krzyknął, ale nikt mu już nie odpowiedział.
Uczucie zmartwienia i pustki ponownie go nawiedziło. Jego serce zabiło jak szalone, stracił z nim kontakt. Najgorsze myśli spętały jego umysł jak bluszcz, zatruwający nawet najsilniejszy organizm. Zamknął oczy, zacisnął pięści i rozejrzał się dookoła na nowo. Próbował uspokoić swój oddech i myśli.
Ślady, jakiekolwiek. Jego przyjaciel potrzebował pomocy, i to pilnej. Jego siła malała. Mimo że nie czuł bezpośredniego nawiązania z nim kontaktu w Mocy, był w stanie wyczuć jego usilny ból. To nie był zwykły ból, nie. To była agonia. A kiedy krzyczy Anakin, Obi-Wan odpowiada tym samym.
Szukał następną godzinę. Kierował się Mocą, ale nie dawało mu to wiele. Przez chwilę pomyślał, że ktokolwiek zabrał od niego Anakina, odciął go od Mocy. Kimo i Dooku wiedzieli jak sobie radzić z Jedi.
Słońce dopiero co dosięgnęło zenitu. Spokojny, ciepły wiatr dmuchał mu w twarz, relaksując go w pewnym stopniu.
Czuł się okropnie. Nie ważne jak się starał, wskazówek wciąż miał za mało. Potrzebował więcej śladów.
- Kapitanie Rex, przeszukajcie tamten lasek, szukajcie wszelkich śladów stóp, miecza, walki, czegokolwiek. - rozkazał głosem stanowczym, zdecydowanym, który miał ukrywać rozpacz i desperację
- Tak jest, sir! - odparł Rex i zasalutował.
Zabrał ze sobą 5 klonów i wszedł w gęstwinę zielonego lasu.
Obi-Wan z kolei z pozostałymi krążył wokół skały gdzie widział ślady ciągania, najprawdopodobniej padawana.
"Znak, Anakinie... błagam daj mi jakiś znak..." powiedział przez Moc, z nadzieją że Anakin po drugiej stronie go słyszy.
Zamknął oczy, zebrał w sobie wszystkie myśli. Jeśli skupiłby się wystarczająco dobrze, jest szansa że zobaczy Anakina i to, gdzie jest. Tylko potrzebował ciszy i spokoju. Właśnie, spokoju...
- Zostańcie tu, ja zaraz wrócę. - stwierdził i schował się za jedną ze skał. Ruszył kilkanaście metrów przed siebie, aby całkowicie odgrodzić się od wszelkiej cywilizacji.
Usiadł między trawami i zaczął medytować. Nerwy mu to wszystko utrudniały. Zaczynał rozumieć pojęcie "zero emocji", ale było to ani trochę wykonalne. Wziął wdech, potem wydech. Potrzebował kilku sekund by się oswoić do otoczenia i uspokoić.
~~~o*o~~~
Widział ciemny pokój, a w rogu, za czerwoną osłoną postać wiszącą w elektrycznej wiązce nieruchomo. To był nie kto inny jak Anakin. Jego oczy były zamknięte, ale był przytomny. Oddychał niestabilnie i płytko, ale przynajmniej to robił.
- Skywalker! - usłyszał głos, głos Kima, którego jeszcze rano uważał za przyjaciela i sojusznika.
Jego padawan otworzył oczy powoli, jednak nie całkowicie.
- Czego chcesz, żmijo? - zapytał zachryple i słabo. Miał tego wszystkiego dość. Wszystko wokół drażniło go coraz bardziej.
- A nie, nie. Po prostu rozkoszuję się tym widokiem... biedny, porzucony rycerzyk, ooj. - zrobił zranioną minę, złośliwą lecz smutną.
- Niestety, ale nie dostarczę ci żadnej satysfakcji, nie złamiecie mnie, Obi-Wan mnie znajdzie.
- Tak, na pewno to zrobi. - odparł sarkastycznie i prychnął. - Jestem pewien, że ma Cię gdzieś. Pomyśl, w końcu jest od ciebie wolny. Nikt go nie zawodzi, za nikogo nie musi się wstydzić przed tą waszą żałosną Radą. Żyje, jakby ciebie nie było.
Anakin pokręcił głową. Roznosił go gniew i nienawiść. Nie wierzył, że Obi-Wan mógłby go kiedykolwiek porzucić. Bo nie zrobiłby tego, prawda? Czuł go w pobliżu.
- Mylisz się, mój mistrz nigdy mnie nie porzuci. A już na pewno nie przez takiego... Jedi jak ty. - zadrwił. Czuł obecność Obi-Wana, wiedział że to obserwuje. Cieszył się, że nadal go nie zostawił, mimo że wiele razy dał mu powód.
- Jesteś pewien? A widzisz go gdzieś? Ja nie, jakby go w ogóle tu nie było.
Anakin uśmiechnął się delikatnie i cwanie. Pokręcił głową. Gniew dodawał mu siły, a to z kolei dawało nadzieję na przetrwanie. Wiedział, że nie powinien dać się zwieść, ale to uczucie czasem mu pomagało. Zmieniało go, ale nie tylko na gorsze.
- Nic dziwnego, zawsze byłeś za głupi na takie rzeczy... - prychnął, lecz siły wciąż mu brakowało.
- I kto to mówi? Największy outsider i porażka jaka może stąpać po galaktyce. - odparł rozbawiony. - Wiesz, dlaczego nikt Cię nie lubił?
- Dlatego że wszystkich nastawiałeś, a oni byli ślepi? - powiedział lekceważąco. Zawsze gdy tylko nawiązał z kimś kontakt, Kimo to wszystko psuł. Na początku sądził, że to dlatego, że pozostali byli po prostu głupcami, którzy nie zasługują na jego przyjaźń. Poniekąd miał rację, wiedział że ją ma. Ale to go również bolało.
- Nie. Dlatego że byłeś i jesteś gorszy. Jesteś dzieckiem niewolnicy, nie zasługujesz na tytuł Rycerza Jedi.
Anakin poczuł jak coś ukłuło go w serce, sam środek. Nienawidził gdy ktoś wspominał o jego przeszłości, zwłaszcza w taki sposób. Nikt nie miał prawa wypowiadać się o jego matce jako "niewolnicy". Miał ochotę go rozszarpać.
- Wkrótce mój mistrz po mnie przyjdzie. A gdy już to zrobi i będę wolny, pożałujesz że kiedykolwiek przyszedłeś na świat. - warknął. Nie był pewien, ale chyba mówił prawdę. Gdyby mógł, zabiłby go od razu, bez żadnego wahania.
- Hahahaha! Wybacz, ale nie mogę wytrzymać. Ta twoja naiwność. Zawsze taki byłeś. Wierzyłeś że ktoś się o Ciebie troszczy, że ktoś Cię kocha. Kenobi cię szkolił, bo obiecał. Gdyby nie to, nadal byś służył jako zabawka na tej pustyni, która jest dla ciebie domem. - parsknął. W oczach Anakina zebrały się łzy, jednak silnie je powstrzymywał.
Anakin pokręcił głową.
- Zmień płytę, dobra? Bo twoje gadanie mnie zaczyna nudzić... - prychnął. Mimo bólu, który był powodowany przez jego docinki, potrafił zgrywać nieruszonego. Nie zniży się na tyle nisko, by poddać się Kimowi.
Wkrótce poczuł kolejną falę bólu. Krzyknął, zawstydzony że Obi-Wan go słyszy. Jego ciało drżało z bezsilności i chłodu, jaki okalał pomieszczenie. Uronił łzę, mając nadzieję, że nie zostanie ona zauważona.
- Nienawidzę Cię. - szepnął gdy ból trochę ustał i zamknął oczy.
~~~o*o~~~
Obi-Wan otworzył oczy. Był wściekły na Kima, ale i przede wszystkim na siebie. Jak mógł być tak ślepy i nigdy nic nie zauważyć? Inni padawani dokuczali mu, a on nie widział. Zrozumiał, że Anakin nie był tylko zbuntowanym nastolatkiem. Był po prostu porzucony. Przez niego i przez wszystkich wokół. Wyrzuty sumienia ścisnęły jego serce.
"Obi-Wan mnie znajdzie"
"Mój mistrz nigdy mnie nie porzuci"
Te słowa dudniły w jego głowie nie dając mu spokoju. Czuł się teraz zobowiązany do uratowania Anakina. On w niego wierzy, cały czas ufa, że go znajdzie. Miał rację. Zrobi to. Nie może go znów zawieść. Skupił się teraz na jednym - widział budynek, w którym go przetrzymywali. Już kiedyś tam był, całkiem niedawno.
Zamknął oczy i nagle doznał olśnienia. Tak, był tam bez wątpienia.
Wyskoczył zza skał i krzaków do swoich klonów nastawiony na lepszy obrót misji ratunkowej.
- Rex, wiem gdzie szukać. Chodźcie tu. - rozkazał przez komunikator jak tylko doszedł do małej armii.
- Tak jest, sir.
Obi-Wan przytaknął i stanął obok Fives'a. Westchnął i pogłaskał się po brodzie w zastanowieniu jak to wszystko było w ogóle możliwe. W przeciągu kilku tych dni jego poglądy i całe życie diametralnie się zmieniło. Bał się tylko, że ta zmiana nie wniesie nic dobrego.
- Co się stało, sir? - zapytał go Fives łagodnie.
- Chyba wiem gdzie znajdziemy Anakina. - uśmiechnął się z ulgą na sercu i spojrzał przed siebie jak tylko usłyszał Rex'a.
- Generale! Znaleźliśmy kawałek czarnego metalu. Wygląda na uszkodzony od miecza. - odezwał się kapitan wybiegając zza krzaków.
Obi-Wan zmarszczył brwi raz jeszcze. Teraz był już pewny. W wieży, w jakiej walczyli z droidami znajdowały się dokładnie takie same kawałki. Zauważył je kątem oka, zupełnie przez przypadek. Zastanawiał się przez chwilę jak taki mały drobiazg może wpłynąć na przebieg dnia.
- Idziemy Rex. Tylko ostrożnie. Spotkamy się z Dooku i jego uczniem. - odparł i ruszył przed siebie. Determinacja, to go nakręcało do działania.
~~~o*o~~~
Zgubił się już w czasie. Nie wiedział czy jest dzień, czy noc. On mógł zobaczyć tylko ciemność. Mrok i szarość pomieszczenia w którym przebywał już nie wiedział którą godzinę. Po tym jak poczuł obserwującego go Obi-Wana, zbili go jak jakiegoś śmiecia. Z jego górnej wargi sączyła się krew. Nie czuł własnego ciała, a gdy próbował się wyprostować, roznosił go ból. Miał wrażenie że sama ta wiązka sprawiała mu dodatkowy. Cieszył się, że póki co nikt nie przyszedł, bo wiedział, że jego głos odmówiłby posłuszeństwa.
Słyszał dokoła różne głosy, lecz były przytłumione. Nie miał nawet siły otworzyć w pełni oczu. Gdyby nie jego duma, dawno by płakał w nadziei że Obi-Wan zjawi się lada moment. Jednak do tej pory go nie było. Nie wierzył, że go porzucił, ufał mu i był pewien, że nigdy tego nie zrobi. A po ich ostatniej rozmowie poczuł się znacznie lepiej. Lecz do tej pory się nie zjawił...
~~~o*o~~~
Dotarli do wieży pół godziny później. Obi-Wan miał nadzieję, że nie przybył za późno, i że w środku znajdzie swojego padawana żywego.
- Rex, zbierz ludzi i otoczcie budynek. Lepiej żebyście tam ze mną nie szli. - rozkazał zwracając się do klona.
- Ale sir, czy to na pewno dobry pomysł? Na pewno chce pan iść tam sam?
- Jestem tego pewien Rex. To sprawa między mną i Anakinem, a Dooku i jego uczniem. - zacisnął pięści i zmarszczył brwi. Wyładował część swojego gniewu Mocy, ale nie pomogło mu to wyzbyć się go w całości.
- Tak jest sir. - zasalutował i wrócił do swoich ludzi.
Obi-Wan westchnął i używając Mocy otworzył drzwi. W środku nie było żadnych droidów jak poprzednim razem. Rozejrzał się uważnie. Teren był bezpieczny, a więc wkroczył dalej, cały czas zaciskając miecz. Gotów był pokonać wiele przeszkód by tylko usłyszeć głos Anakina.
Poczuł ciemną stronę bardzo wyraźnie. Nie czuł Dooku, ale wyczuwał Kima. Spojrzał w górę. Wydawało mu się poprzednio, że w środku wieży niczego nie było, nawet schodów. A teraz całe otoczenie się zmieniło, wyglądało jak nowe.
Nagle usłyszał głos dobiegający gdzieś z góry. Uniósł głowę i bez namysłu ruszył za dźwiękiem. Przyczaił się za ścianą i nasłuchiwał uważnie, mając nadzieję że nikt go nie wyczuje.
- Widzisz? Twój kochany mistrz nie przyszedł. Porzucił Cię. Nie dziwię się, na jego miejscu zrobiłbym to samo. Ale muszę przyznać, twoja wiara w niego jest silna. Podobnie jak twoja Moc, a przynajmniej tak mówi Hrabia Dooku...
- J-jes...teś... chory... - usłyszał cichy, zbolały szept i już wiedział, że jego przyjaciel jest żywy. Lecz jego głos był słaby, cichy, nie brzmiał jak Anakin jakiego znał od wielu lat.
Ulga opanowała jego serce na myśl o zabraniu go stąd jak najdalej, lecz czuł również żal, głęboko ukryty w sobie. Nie był także pewien, czy chce zobaczyć stan swojego dawnego ucznia.
- Przynajmniej mam mistrza. Cóż, i zdaję się, że władzę nad Tobą również. - odparł arogancko.
- C-co ty.. robisz? N-nie! Od...suń się... - rozkazał drugi głos, należący do Anakina.
Słyszał jak z każdym słowem robi się słabszy. Do jego uszu docierały również błagania, co go przeraziło. Anakin musiał być w rozpaczy, Obi-Wan nigdy, przenigdy nie słyszał jak on błagał kogokolwiek o cokolwiek.
- Nikt Cię już nie uratuje, przegrałeś, Skywalker. Ani ty, ani nikt inny nie jest w stanie mnie pokonać.
- A założymy się? - zapytał Obi-Wan wyskakując zza ściany, aktywując swój miecz.
Zobaczył Kima, w ręku trzymał chip, wyglądał jak jakieś narzędzie do kontrolowania umysłu. Wymachiwał tym przed oczyma Anakina.
- M-mistrzu... - szepnął Anakin słabym, wykończonym i zachrypłym głosem. Musiał walczyć, by pozostawić swoje oczy otwarte.
Obi-Wan widząc sytuację w jakiej znalazł się jego padawan poczuł wściekłość. Gdyby przybył o parę minut później... nawet nie chciał o tym myśleć.
Uśmiechnął się do niego lekko, lecz zmartwienia nie mógł ukryć.
- Anakinie. - szepnął i przytaknął, jakby chciał go zrelaksować.
- Hm, zobacz, jednak komuś na tobie zależy. - stwierdził Kimo i westchnął.
- Odsuń się od mojego przyjaciela. - syknął kierując swój miecz w jego stronę.
Kimo mruknął cicho i uśmiechnął cwaniacko.
- Jesteś pewien że chcesz to zrobić? - zapytał wyciągając z kieszeni czerwony przycisk. Gdy go nacisnął, prąd zaczął razić Anakina, zmuszając bruneta do krzyku, który z czasem zamieniał się w raniący uszy starszego Jedi szept.
Młodszy Jedi zacisnął szczękę by zminimalizować hałas. Jego bezwładne ciało rzucało się na boki, jakby miałoby to zmniejszyć ból.
Obi-Wan zaklął w myślach, starając się ujarzmić gniew. Słyszał ból swojego padawana. Widział jego cierpienie, a świadomość, że to tylko i wyłącznie jego wina, nie pomagała mu w niczym.
Kimo puścił przycisk tylko po to, by na nowo go nacisnąć. Anakin już nawet nie krzyczał, nie miał siły. Wydawał z siebie tylko słabe jęki. Obi-Wan miał wrażenie, że jego twarz wygięła się w grymas.
- Pożałujesz tego. - warknął. Teraz nawet nie próbował się uspokoić.
- Nie, nie wydaję mi się. No? Jeszcze jeden ruch, a on zginie. - uśmiechnął się. - Odłóż broń.
Obi-Wan przez chwilę nie wiedział co zrobić. Spojrzał się na wiszącego nieruchomo Anakina. Jego głowa była spuszczona, ale miał wrażenie że jego wzrok skierowany jest na niego. Był w agonii.
- 3... 2...
- Czekaj! Dobrze... wygrałeś. - szepnął Obi-Wan cicho. Musiał wymyślić jakiś plan na szybko. Gdyby tylko potrafił myśleć poza schematami jak Anakin.
Pomieszczenie wypełnił śmiech Kima, który szybko zabrał miecz Jedi. Nie zauważył chyba jednak miecza Anakina, którego to szybko schował w rękawie.
- Chyba nie sądziłeś, że przepuszczę taką okazję i puszczę go wolno? - zapytał Kimo, zbliżając palec do przycisku.
- Nie! - krzyknął Obi-Wan, używając Mocy by wyrwać mu przycisk. Rzucił go w kąt, a następnie aktywował miecz Anakina i swój przyciągając go mocą.
Kimo zdążył aktywować swój, a gdy miecze obu zderzyły się ze sobą po pomieszczeniu rozniosło się echo od uderzenia. Kimo wykonał pierwszy atak, lecz był on słaby i niedopracowany. Obi-Wan odparł go z łatwością. Zauważył również, że jego przeciwnik nie stawia równo nóg, chwieje się na nich po bezpośrednim ataku.
- Niezła pokazówka, Kimo. Ale rozczaruję cię, jesteś za słabo wyszkolony by stawać do walki z Mistrzem Jedi. - zaczepił go. Chciał go sprowokować. Może w ten sposób odwróciłby jego uwagę.
- Jestem lepszy od tego głupca, który gdyby nie ty, mistrzu Kenobi, zginąłby już dawno. Ale chwila... hmm, czy to nie ty zawsze go karciłeś i dawałeś kary, nie słuchając nawet co ma na swoją obronę? - odgryzł się. Obi-Wan nie był pewien, czy przeciwnik wyczuł jego strategię, czy też po prostu lubi dogryzać. Obie opcje były prawdopodobne.
Najbardziej bolał go fakt, że miał rację. Karał swojego ucznia, brata, za wszystko, nie dając mu nawet dojść do słowa. Oślepienie towarzyszyło mu tyle lat.
- Nie ty miałeś go gdzieś, kiedy inni go dręczyli?
- Z Tobą na czele?
- Ze mną, nie ze mną. To nie ważne. To ty go nie chciałeś wysłuchać. Kto wie, może gdybyś to zrobił, nie byłoby tu dzisiaj żadnego z nas. - uśmiechnął się.
- Masz rację. Popełniłem błąd. Ale w przeciwieństwie do ciebie potrafię się do tego przyznać. - warknął i wykonał błyskawiczny ruch. Naskoczył na niego, zaatakował silnie i precyzyjnie. Kimo odparł ten ruch i odpowiedział tym samym. W jednej chwili strategia obu zmieniła się w ofensywę. Uderzali miecz o miecz, robiąc przy tym uniki i obroty. W końcu nadszedł ten moment. Bezpośredni atak Kima. Młody Sith rzucił się na niego. Obi-Wan odepchnął go i przystąpił do ostatecznego ruchu.
Podstawił mu nogę. Kimo upadł na plecy, wypuszczając swój miecz świetlny.
- Myślę, że przegrałeś. - odparł z satysfakcją i włączył komunikator. - Kapitanie Rex, możecie wejść. Zabierzecie parę śmieci. - powiedział i uśmiechnął się, nie odsuwając ostrza miecza od szyi pokonanego, byłego Jedi.
- Robi się. - odpowiedział mu głos klona.
Chciał od razu podbiec i uwolnić Anakina, ale wiedział, że musi poczekać na Rex'a i pilnować więźnia. Nie tracił zimnej krwi, opanowanie i spokój, tym się kieruje. Zastanawiało go tylko gdzie jest Dooku. Wyraźnie wyczuwał jego obecność wcześniej, a teraz nawet odrobiny. Nie płakał z tego powodu, ponieważ jego obecnym priorytetem jest zaopiekowanie się Anakinem.
Klony szybko przybyły, zabierając Kima ze sobą. Jeszcze się trochę wyrywał, ale poddał się gdy jeden z żołnierzy przyłożył mu do głowy blaster.
Gdy tylko mógł od niego odejść, podbiegł do Anakina i zniszczył wiązkę, w tym samym czasie łapiąc padawana w swoje drżące ręce. Usłyszał jego zbolały, przytłumiony jęk, którego chyba nie miał usłyszeć.
- Anakinie... - szepnął zmartwiony, jego głos był bardziej drżący niż sam chciał.
- M...ah... m-mistrzu... - odszeptał cicho, niemalże bezgłośnie. - Wie... wiedziałem że po mnie przyjdziesz... - stwierdził tak samo, a nawet ciszej niż poprzednio i delikatnie uśmiechnął się zamykając oczy.
- Csii, Anakinie. Odpoczywaj, już Cię stąd zabieram. - rzekł rozglądając się na boki.
Przewinął jego rękę przez swoje ramię, pragnąc nie zadawać mu dodatkowego bólu. Brunet usiłował powstrzymać jęki, ale nie zawsze mu to wychodziło. To łamało serce Obi-Wanowi.
- D-Dooku... on... - zaczął. Każde jego słowo, każdy oddech zdawał się być ciężki, uniemożliwiający swobodny przepływ powietrza.
- Cicho, Anakinie... opowiesz wszystko jak stąd wyjdziemy... - rozkazał delikatnie i łagodnie Obi-Wan.
Nie otrzymał już odpowiedzi, co było dla nich obu lepsze. Anakin, w jego obecnym stanie, nie powinien się ani trochę przemęczać.
Nie spotkali jeszcze na swojej drodze Dooku, co oznaczać mogło, że Sith albo uciekł, zostawiając swego ucznia samego, co było do niego podobne, albo zastawił na nich pułapkę. Jednakże w dalszym ciągu nie czuł go ani tu, ani nawet na tej planecie.
~~~o*o~~~
Wyszli na zewnątrz. Słońce wciąż świeciło wysoko, a białe chmury rozwiały się we wszystkie strony. Powietrze zdawało się ciepłe, a nawet duszące.
Anakin zamknął zmrużone oczy, gdy długo nie widziane światło przywitało go na zewnątrz. Czuł jak jego nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Chwiał się. Gdyby nie podpierający go Obi-Wan, upadłby na twarz, nie próbując nawet się podnieść. Jego widok robił się coraz ciemniejszy, lecz walczył jak tylko mógł by pozostać przytomnym.
Ciepły wiatr rozwiewał jego włosy, ale on czuł tylko ból rozprzestrzeniony po całym ciele.
Gdy słońce przestało go razić, a on poczuł jak jest kładziony na ziemię, otworzył zmęczone, jasne, niebieskie oczy i ujrzał zmartwioną twarz swojego mistrza. Mistrza, w którego wierzył. Mistrza, który go nie zawiódł. Mistrza, który o niego dbał jak o własną rodzinę.
C.D.N
