Powracam po dość krótkiej przerwie z nowym rozdziałem. Średnio mi się on podoba, ale wydaję mi się, że i tak nie jest taki zły. Z resztą, rzadko kiedy podobają mi się moje własne prace, ale to mało interesujący fakt :P Ocenianie jak zwykle zostawiam Wam (chyba piszę to samo w każdym wstępie do rozdziału :d). Mam nadzieję, że rozdział się podoba :))
Uwaga: Nie posiadam żadnych praw ani żadnych postaci.
~~~Rozdział 6~~~
"Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem."
~ Albert Camus
~~~~~~~~~~~~
- Mistrzu... obawiam się, że Skywalker nam uciekł... - szepnął niskim, rozczarowanym głosem Dooku, kłaniając się przed hologramem.
- A co z twoim uczniem? - zapytał starszy Sith.
- Aresztowany. Czy powinienem podjąć próbę odbicia go?
- ... Nie, ten dzieciak nie jest nam już do niczego potrzebny. Pozwólmy mu cieszyć się jego wymarzoną... wolnością. - zachichotał cicho, a Hrabia zauważył na jego zakapturzonej twarzy drobny uśmiech.
- Tak jest, mistrzu.
- A Skywalkerem się nie przejmuj. Zajmę się nim osobiście... - z tymi słowami hologram rozwiał się, pozostawiając Hrabiego samego.
W pomieszczeniu zapanował chłód. Dooku złowieszczo uśmiechnął się pod nosem sam do siebie, mając nadzieję, że ich plan powiedzie się bez żadnych komplikacji.
~~~o*o~~~
Wyszedł z pokoju, gdzie parę klonów wraz z Rex'em, który przejął chwilowo dowodzenie, czekali na niego. Gdy tylko przekroczył próg, zasalutowali mu, a Rex podszedł bliżej. Jego twarz wydawała się spokojna.
- Generale Kenobi, zaraz wchodzimy w hiperprzestrzeń. - zameldował. Czekała ich długa droga powrotna. Obi-Wan wiedział, że nie będzie mógł spać spokojnie, nie z świadomością o stanie Anakina.
- Dobrze. Przed nami długa droga, a Anakin potrzebuje opieki medycznej. Połącz mnie z Radą Jedi. - rozkazał zdecydowanie, skrywając w tym swój własny lęk, z którym zmagał się odkąd stracił z oczu Anakina.
- Tak jest, sir.
Chwilę później pojawiły się hologramy mistrza Windu, Plo Koon'a i Yody. Na połączenie odpowiedzieli błyskawicznie. Tak, jakby cały czas oczekiwali nowych wieści.
- Obi-Wanie, udało ci się złapać Kima? - zapytał Windu zaraz na wejściu, nie czekając nawet aż Obi-Wan zdąży się przywitać.
Pytanie odbiło się echem w jego głowie. Odleciał na parę sekund, ale wrócił na ziemię czując na sobie wzrok pozostałych mistrzów.
Był niemalże zawiedziony postawą Rady. Czy ich naprawdę nie interesuje to jak Anakin się czuje, czy w ogóle żyje? Na pierwszym miejscu stawiają dobro Republiki i schwytanie mordercy, ale mimo tego czuł frustrację. Zrobiłoby to dla nich różnicę gdyby Anakin zginął? Tego był akurat pewien - tylko taką, że straciliby potężnego Jedi przez niektórych uważanego za Wybrańca.
- Tak. Jest na drugim statku. Fives go pilnuje. Powinniśmy dotrzeć na Coruscant za dwie godziny. - odparł wyrzucając z głowy wszelkie negatywne myśli.
- Czy udało ci się odbić Skywalkera? - dopytywał w dalszym ciągu Mace.
"odbić", tak jakby Anakin był tylko przedmiotem należącym do Republiki, kartą przetargową, którą należy trzymać przy sobie. W tym momencie nie mógł pojąć postawy Rady. Raz mu nie ufali, a potem z kolei chcieli by był razem z nimi. Oczywiście, jego Moc przyda się dla Zakonu, ale czy tylko to motywowało ich do trzymania Anakina po stronie Jedi?
- Tak, mistrzu Windu. Uratowałem go. Ale jego stan jest poważny. Potrzebuje opieki medycznej, a tu na statku takiej nie ma.
- Hmm, sprawa to poważna jest. - mruknął Yoda, zmartwiony, ale i rozkojarzony. Jakby coś przykuwało jego myśli.
- Czy wiadomo czego Separatyści od niego chcieli? - zapytał tym razem Plo.
- Nie do końca. Nie rozmawiałem z nim o tym, jest zbyt słaby by prowadzić dłuższą rozmowę.
- Jak tylko odzyska siły, skontaktujcie się z nami. - rozkazał Windu i Obi-Wan przytaknął. Wyglądało na to, że jedyne co ich na chwilę obecną interesowało, to plany Separatystów.
Z jednej strony ich rozumiał, sam do niedawna bardziej by się tym przejmował. Ale z drugiej, czuł się fatalnie nie będąc w stanie pomóc Anakinowi bardziej. Sam fakt, że jakiś czas temu postanowił przymknąć oko na Kodeks był dla niego czymś poważnym.
Hologramy rozproszyły się, a mistrz Jedi został sam. Teraz widział błędy Rady i jej oschłość. Nic dziwnego, że Anakin zawsze nienawidził słuchania rozkazów. Czy Jedi naprawdę powinien być taki nieczuły? Potrząsnął głową i skierował się do sali, w której przebywał jego przyjaciel.
~~~o*o~~~
Otaczała go ciemność. Nie widział nic, poza mrokiem. Nie rozumiał gdzie jest, ale z całą pewnością nie chciał tu być. Chłód oplatał jego ciało, lekko je paraliżując.
- Czy jesteś szczęśliwy? - zapytał go starszy, męski głos, którego nie był w stanie rozpoznać.
Natychmiast się odwrócił, by zobaczyć kto do niego mówi, jednak nie widział żywej duszy. Wciąż był sam.
- Czy Jedi o ciebie dbają? - znów ten sam głos odbił się echem. Robiło się coraz chłodniej.
- Kim jesteś? - zawołał. Starał się by jego głos nie był zbyt drżący ani przerażony.
- Tym, kogo uważają za najgorsze, Anakinie.
Jedi potrząsnął głową, która zaczęła go boleć. Coś ściskało go w klatce piersiowej.
- Skąd... znasz moje imię? Czego ode mnie chcesz?! - krzyknął obracając się raz jeszcze. Było mu ciężko wykonywać jakiekolwiek ruchy, coś go przyciągało do ziemi, próbując powalić.
- Chcę byś przejrzał na oczy. Zakon Jedi nie jest dla ciebie dobrym miejscem. Jestem twoim przyjacielem, sprzymierzeńcem.
Może to po prostu halucynacje z powodu gorączki? Jednak brzmiały tak realnie. Ten głos... znał go skądś, ale nie mógł określić do kogo należy. Wszystko wirowało, zadając dodatkowy ból.
- Skąd ty możesz wiedzieć co jest dla mnie dobre, a co nie?!
- Znam cię lepiej niż ci się wydaje. Zawsze byłem z tobą. - odparł głos szorstko. - Jestem twoim przeznaczeniem, twoim mrokiem, twoją ciemnością. - syknął.
Jego tętno przyśpieszyło, a źrenice powiększyły. To nie mogła być prawda.
- Jesteś ciemną stroną... - szepnął z przerażeniem. Teraz był pewien że to nie halucynacje.
- Taak, tak. Jestem nią i tylko czekam, aż się do mnie przyłączysz. Aż podejmiesz słuszną decyzję.
- Nie! Nigdy! Odejdź! - chwycił się za głowę.
- Nie? Nigdy? Zobaczymy, młody Skywalkerze. Zobaczymy... - szepnął głos i na chwilę zrobiło się cicho. To był rodzaj ciszy, której nienawidził.
Gdy Anakin pomyślał, że to koniec, przeszył go bolesny cień. Krzyknął i upadł na kolana. Nagle wszystko zaczęło go piec, jakby stanął w płomieniach.
- Dołącz do mnie, razem stworzymy lepszy świat. Z dala od zmartwień. Z dala od cierpienia. Z dala od tej głupiej bandy Jedi, którzy chcą uczynić z ciebie robota, chłopca na posyłki.
- N-nie! Nie, to się nie dzieje! To halucynacje! Odejdź! - protestował przełamując ból rozprzestrzeniający się błyskawicznie po jego ciele. Chciał stąd wyjść, ale nie mógł zrobić nic.
- Ha-ha-ha, nazywaj to jak chcesz, jeszcze się spotkamy, mój panie Vaderze. - w tym momencie poczuł jak coś go objęło chłodnymi łapami. Usłyszał trochę niewyraźny głos Obi-Wana. Krzyczał coś, ale nie potrafił wychwycić żadnych słów.
Potem usłyszał siebie samego, a piękący ból na ciele urósł w siłę.
- Nigdy! - krzyknął i powstał, jednak agonia jaka przeszyła jego ciało była niemiłosierna. Wokół niego pojawiły się różne cienie i postacie. Ahsoka, Obi-Wan, wszyscy, których kochał. Wszyscy, którzy w jednej sekundzie padli martwi.
Wyrwał się z objęć ciemności czując agonię praktycznie wszędzie. Miał wrażenie że całe jego ciało płonie. Tak też było. Stał w płomieniach, nie mógł zrobić nic. Krzyknął i upadł ponownie. Przed jego oczyma wybuchła planeta. Słyszał tylko głosy w swojej głowie. Vader, Sith, Śmierć...
~~~o*o~~~
Jego oczy gwałtownie się otworzyły, a on sam zerwał się z krzykiem, ignorując ból.
- Nie! - schował swoją twarz w dłoniach. Jego oddech był szybki, za szybki, a jego ciało całe drżało, już nie od gorączki. Czuł krople potu spływające ślamazarnie po jego twarzy.
- Anakinie, co się dzieje?! - zapytał od razu Obi-Wan, podbiegając do padawana. Nie ukrywał niepokoju.
Anakin spojrzał się na niego. Jego oczy były pełne przerażenia, a w pierwszej chwili go nie poznał. Obi-Wan położył dłoń na jego ramieniu, ale Rycerz od razu wyrwał się spod jego delikatnego dotyku.
- Z-zostaw mnie, nie, nie chcę! - początkowo szarpnął się dwa czy trzy razy, zadając sobie kolejny ból.
- Anakinie, spokojnie, to ja, Obi-Wan. - szepnął i chwycił go za drżącą dłoń. Nie wiedział, że kiedykolwiek tak bardzo zmartwi się jak teraz. Stan Anakina był fatalny. I nie miał tu na myśli kondycji fizycznej.
Jedi przyglądał się mu w strachu, lecz z czasem świadomość do niego powróciła. Spojrzał się na swoje nogi, z których strącił ogrzewającą go kołdrę. Próbował się uspokoić.
- M-mistrzu... - szepnął, nadal oddychał płytko i szybko. - Mistrzu... - spojrzał się na niego ze łzami w oczach. Wciąż widział obraz martwego Obi-Wana, ginącego od jego miecza, padającego bezwładnie na ziemię.
- Anakinie, co się stało? - zapytał zmartwiony. Już nawet nie znał określenia na jego poziom niepokoju. Był zdesperowany by mu pomóc.
- Nie. Nic... nic. To tylko zły sen. - odparł, nadal w stanie szoku, jego oczy wszystko zdradzały, a Obi-Wan nie był ślepy. Nie na jego cierpienie.
- Na pewno? - zapytał cicho, ale padawan tylko przytaknął bez słowa.
Nie rozumiał co to miało być. A co gorsza, czy Ciemność miała rację? Czy on sam mógłby uratować galaktykę i stworzyć nowy, spokojny świat? Bez wojen i okrucieństwa? Bez niewolnictwa i przemocy wobec dzieci? "Nie, przecież to niemożliwe" pomyślał.
Ciemna strona mocy nie na próżno jest nazywana "ciemną" Czy może to tylko wymysł Zakonu i Rady? Owszem, chciałby zrobić wszystko, aby mógł zakończyć ten wieczny, bezsensowny spór. Ale nie byłby w stanie zdradzić Republiki, Ahsoki, Obi-Wana. Czy... byłby? Jest szansa, że przywróci pokój? Może znalazłby zrozumienie... Świat bez Jedi i ich Kodeksu?
- Anakinie, chcesz o tym porozmawiać? - zapytał jego mistrz, wyrywając go z przemyśleń.
- Ja... nie. Nie, to nic takiego... - odparł ponuro i zamknął oczy, odwracając od niego głowę.
"Znów się zamyka." pomyślał Obi-Wan.
Niestety, znał go za dobrze, żeby tego nie czuć. Był pewien, że teraz nic z niego nie wyciągnie, nawet nie widział sensu w próbowaniu.
- Twoja gorączka ustała. - stwierdził zmieniając temat.
Anakin przytaknął, Obi-Wan nadal słyszał jego przyśpieszony oddech. Cokolwiek mu się śniło, musiało być okropne. Mało co potrafi doprowadzić Anakina do takiego stanu, a to właśnie tego dokonało.
- Chcesz leki przeciwbólowe? - zapytał słysząc jęk padawana.
W odpowiedzi, tak jak się spodziewał, dostał odmowę. W pewnym sensie go to cieszyło, ponieważ powrót upartości Anakina oznaczało poprawę jego stanu zdrowia, ale z drugiej strony, nie będzie mógł mu już tak łatwo pomóc.
- Anakinie, jest coś o co muszę się ciebie zapytać. - rzekł i usiadł obok niego, opierając swoje łokcie na kolanach.
Wzrok padawana powędrował na jego twarz.
Ich spojrzenia zetknęły się, lecz w oczach Anakina widoczna była groza, strach.
- Co wydarzyło się między Tobą, a Kimem? Dlaczego tak cię traktuje? - zapytał cicho. Nie był do końca przekonany czy to odpowiedni moment, ale musiał z nim szczerze porozmawiać, inaczej go straci, a tego by nie przeżył.
Zauważył zawahanie Rycerza, ale postanowił ukomfortować go delikatnym uśmiechem. Musial zrobić krok jako pierwszy, inaczej dowie się tyle co nic.
- Wiesz, że możesz mi zaufać. Ja stanę zawsze za Tobą. - szepnął.
Anakin nie wiedział jak zareagować. Czy był na to gotowy, i czy Obi-Wan go zrozumie? Nigdy nie wykazywał do tego zbyt wielkiej chęci. On może i stanie za nim murem, ale to Anakin widział jego śmierć.
Jedi musiał zauważyć niepewność swojego padawana, bo znów przemówił jako pierwszy.
- Anakinie. Między nami bywało różnie, ale musisz wiedzieć, że już cię nie zostawię. Nie dam cię nikomu skrzywdzić. Wiem, zawiodłem Cię. Zawiodłem... nigdy Cię nie słuchałem. Ale to się już nie powtórzy. Chcę ci pomóc. Nie chcę żebyś cierpiał.
Oczy Anakina trochę rozbłysły w bieli pokoju. Obi-Wan brzmiał szczerze. Nie miałby powodu by go oszukiwać. Prawda?
- Ja... on... oni... nie rozumieli... - odparł szeptem po chwili, spuszczając głowę. - Nie znali mnie a mimo to oceniali... i nawet... nie chcieli poznać. - przełknął drętwo ślinę, wstrzymując łzy. Nie miał odwagi spojrzeć w oczy swojego mistrza. - Outsider. - zebrał się i podniósł głowę. - Tak mnie nazywali. - uśmiechnął się, ale to nie był ani trochę radosny uśmiech. - Nie akceptowali mnie. Byłem dla nich... niewolnikiem. Wyzywali mnie i... moją matkę... - w tym momencie zacisnął pięści, co nie umknęło Obi-Wanowi. Położył dłoń na jego ramieniu.
- Dokuczali ci?
Przytaknął ze łzami w oczach. Nie chciał o tym wspominać, ale jednocześnie tego potrzebował jak niczego innego. Obi-Wan już raz udowodnił, że jest godzien zaufania, ale czy i tym razem go zrozumie? Mimo narastających obaw, postanowił dokończyć historię. Obi-Wan był żądny wyjaśnień, a nawet na nie zasługiwał.
- Z Kimem na czele. Wtedy się z nim pobiłem bo... bo zaczął czepiać się mamy. I mojej przeszłości... - jego głos złamał się, jednak zdołał go opanować.
Obi-Wan zawsze widział jak próbuje być silny i jak bardzo nie chciał okazywać uczuć, nawet jeśli wszyscy wokół je wyczuwali.
- Powiedział że... przynoszę tobie wstyd, że zawsze musisz za mnie świecić oczami... że nie nadaję się na Jedi, bo jestem inny. A ja jestem jaki jestem, tak?! - podniósł głos lecz wyrozumiałe spojrzenie jego mistrza uspokoiło go.
- To dlatego mnie przepraszałeś? Myślałeś że naprawdę tak jest? - jego głos był delikatny, miękki, łagodny. To przekonywało go do dalszych zwierzeń.
- A nie jest? - spojrzał się na niego.
- O, Anakinie... Już ci mówiłem, że to bzdura. Jesteś najlepszym Jedi jakiego miałem zaszczyt wyszkolić.
- Jestem jedynym Jedi jakiego miałeś zaszczyt wyszkolić, mistrzu. - odgryzł się, lecz z humorem.
- ... Czy możesz na chwilę przestać czepiać się szczegółów? - odparł, ale obdarzył go lekkim uśmiechem. - Chcę tylko powiedzieć, że niezależnie od tego co mówią inni, nie wierz im. Jesteś silnym Jedi, zdolnym uczniem i co najważniejsze, wspaniałym przyjacielem. Ci, którzy tego nie widzą muszą być naprawdę ślepi.
- Cóż... Kimo nigdy nie był okazem inteligencji... - stwierdził Anakin.
Jego humor powracał, a więc Obi-Wan przestał się tak martwić. To był bardzo dobry znak.
- Widzisz? Sam wiesz, że nie jesteś nikim. Przepraszam że nie było mnie dla ciebie te wszystkie lata. Powinienem był Cię wysłuchiwać, chwalić i pozwalać dojść do słowa. Anakinie, wiem, że czasu już nie cofnę, ale proszę, pozwól mi tobie pomóc. Pozwól mi być twoim przyjacielem, a nie tylko mistrzem.
- Ale jak to? Co z Kodeksem?
- Od dłuższego czasu zastanawiam się jaki jest sens tego Kodeksu. Życie jest zupełnie inne niż się wydaje.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z Obi-Wanem? - zapytał Anakin, lekki uśmiech zawitał na jego wciąż trochę rozpalonej twarzy.
Obi-Wan zaśmiał się cicho. Czuł się teraz o wiele lepiej. Najważniejsze, że nie jest jeszcze za późno. Nie pozwoli mu odejść, nie w ten sposób, ani żaden inny.
- Mistrzu. - wyszeptał. Obi-Wan zwrócił się do niego. - Dziękuję. - uśmiechnął się delikatnie.
Obi-Wan odwzajemnił gest i przytaknął.
- Nie ma za co, Anakinie. Cieszę się, że mi zaufałeś. Byłem głupcem, ganiąc Cię za wszystko, nawet ciebie wcześniej nie wysłuchując. Naprawdę jesteś w stanie mi wybaczyć?
- Oczywiście mistrzu. Nie dziwię się tobie. Sprawiałem-
- Erkhm. - chrząknął.
- Dobra. Sprawiam dużo problemów, nic dziwnego że z czasem przestałeś mi ufać.
- Nie... to nie tak. Ufałem ci tylko że...
- Tylko że co? Miałeś mnie dość?
- Oczywiście że nie, skąd ci taki pomysł mógł przyjść do głowy! Ja po prostu... bałem się że popełnię jakiś błąd, że nie wytrenuję Cię dobrze. Nie chciałem zawieść ani ciebie, ani nikogo. Po prostu się bałem... - ściszył i zniżył głos. - Kiedy dostałem ciebie jako padawana, sam nim byłem. Obawiałem się że nie jestem na to gotowy. Traktowałem Cię tak surowo myśląc że w ten sposób staniesz się prawdziwym Jedi. Ale to było głupie, bo teraz widzę swoje błędy. Porzuciłem cię, a ty potrzebowałeś towarzystwa, przyjaciela, akceptacji. A Jedi i tak jesteś świetnym, i nic ani nikt tego nie zmieni. - zaryzykował uśmiech.
Anakin odwzajemnił go i przytaknął jako podziękowanie za miłe słowa. Dzięki temu niemalże zapomniał o jego bólu i koszmarze. Jednak to cały czas za nim chodziło i nawiedzało. Mimo wszystko wolał to póki co zostawić dla siebie. Obi-Wan nie musi wiedzieć o wszystkim.
- Cóż... taki komplement z twoich ust to jak wymijanie pocisków krążownikiem. Niemożliwe, nawet dla mnie. - spojrzał się na niego rozbawiony.
- Ha-ha, zabawne, Anakinie. Tak się składa że czasem jestem w stanie powiedzieć ci coś miłego.
- Od kiedy?
- Od dzisiaj. Bo dzisiaj, naprawiam swoje błędy. - stwierdził i podniósł się z łóżka ociężale. - A zacznę od zmierzenia twojej temperatury. Kładź się. - rozkazał.
- Ale mistrzuuu...
- Już. - powtórzył stanowczo, jednak na wpół rozbawiony, wskazując palcem na lekko pogniecioną pościel.
Anakin westchnął i posłuchał go, mimo że niechętnie. Chciał być już na Coruscant i mieć to z głowy. Czuł się już lepiej, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Nie widział potrzeby by odpoczywać, nie chciał odpoczywać.
- Daleko jeszcze? - zapytał.
Obi-Wan spojrzał się na niego, ale nie odpowiedział.
- Kiedy będziemy na miejscu? - zapytał ponownie. Czuł się jak małe dziecko, ale chciał poznać odpowiedź.
- Jak będziemy to ci powiem, spokojnie. Jeszcze trochę się ze mną pomęczysz. - odparł starszy Jedi, jego przyjaciel.
Anakin mruknął pod nosem i opadł na łóżko, podczas gdy Obi-Wan sprawdzał jego temperaturę.
- Mistrzu, już mi lepiej. To nie jest potrzebne. - protestował uparcie.
- Anakinie, zamilcz na chwilę, chcę ci pomóc. - powrócił Jedi, jakiego znał, Anakin Skywalker. Mimo utrudnień spowodowanych jego charakterem, Obi-Wan cieszył się, że wrócił jego dawny padawan.
- Nie potrzebuje tej pomocy. Zajmij się sobą mistrzu. Kiedy ostatni raz spałeś? Na pewno jesteś zmęczony.
I znowu, brak odpowiedzi. Oczywiście, że był zmęczony, jeśli nie wykończony. Ale są sprawy ważne i ważniejsze.
- Wszystko ze mną w porządku Anakinie. Najpierw zajmę się Tobą, a dopiero potem sobą.
Anakin pokręcił głową, ale westchnął w rezygnacji. Nadal wszystko go bolało, ale już znacznie mniej. Było na tyle dobrze, że mógł prowadzić swobodną rozmowę.
Obi-Wan kontynuował zajmowanie się swoim padawanem, a gdy skończył, zauważył że Anakin nieoczekiwanie zasnął. Musiał być bardziej zmęczony niż chciał pokazać. Mistrz Jedi uśmiechnął się delikatnie i okrył go kocem.
~~~o*o~~~
Dotarli na Coruscant pół godziny później. Na miejscu czekali już mistrzowie Windu, Fisto oraz Yoda. Statek wylądował, a za nim drugi, transportujący więźnia. Obi-Wan wziął Anakina pod ramię i wyprowadził go powoli i ostrożnie. Światło słoneczne poraziło ich obu. Anakin wciąż był ospały, ale cieszył się byciem w domu.
- Obi-Wan, Skywalker. - zaczął Windu.
Anakin tak bardzo nie znosił gdy nazywali go po nazwisku. Mama dała mu imię po to by go używać.
- Mistrzowie. - odparł spokojnie Obi-Wan. Zapewne gdyby nie Anakin wiszący na jego ramieniu, ukłoniłby się z szacunkiem, jak to on.
- Jak czujesz się, hmm? - zapytał Anakina Yoda, a oczy ich wszystkich powędrowały na niego, co nie za bardzo mu się spodobało. Nienawidził być w centrum uwagi.
- Wszystko w porządku. - odparł, a nawet zaryzykował delikatny uśmiech. Nie miał potrzeby zwierzać się Radzie.
- Na oddział trzeba przyjąć Cię.
- N-nie, to nie będzie... konieczne. Nie potrzebuję tego. - znowu kolejnym uśmiechem zdecydował ukryć ból.
- Powinieneś posłuchać mistrza Yody. Potrzebujesz opieki. - powiedział Fisto, ale również z uśmiechem.
Mistrz Fisto zawsze był cieplejszy niż pozostali. Zawsze miał wrażenie, że w przeciwieństwie do mistrza Windu, Fisto mu choć trochę ufa.
- Ale-
- Ja się nim zajmę, mistrzu Fisto. - w końcu stwierdził Obi-Wan, widząc niechęć przyjaciela do pomysłu Rady.
Anakin spojrzał się na niego, podobnie jak cała reszta. Był mu za to wdzięczny, myśl o leżeniu w szpitalu i nic nie robieniu nie przypadła mu do gustu.
- I tak zawsze to robię. Myślę, że nie ma potrzeby zajmować miejsca na oddziale, jego obrażenia nie są aż tak poważne. - kontynuował.
Mistrzowie tylko przytaknęli na odpowiedź, lecz po krótkim zawahaniu. Na szczęście Obi-Wan zyskał ich zaufanie już dawno, nawet przed przystąpieniem do samej Rady.
- Dobrze. Zaprowadź Skywalkera do pokoju i przyjdź na posiedzenie Rady. Potrzebujemy pełnego raportu. - powiedział Windu, głosem poważnym.
Anakin musiał powstrzymać się od rozbawionego uśmiechu. Mace zawsze przybierał kamienną twarz, nawet jeśli zdarzało mu się od czasu do czasu opowiedzieć jakiś żart.
- Oczywiście mistrzu Windu. - szepnął i przytaknął łagodnie.
Zaprowadził Anakina do jego pokoju, który jak zawsze był zaciemniony i nie posprzątany. Pomógł mu usiąść na łóżko, udając, że nie usłyszał jego bolesnego dla uszu syku.
Wcale nie chciał go teraz zostawiać, ale miał obowiązki. Mimo swoich nowych decyzji wciąż był Jedi, i wciąż, co ważniejsze, miał obowiązki wobec Rady...
C.D.N
