*Jestem, jestem! Z nowym rozdziałem i nadzieją, że w miarę mi wyszedł (chociaż moim zdaniem jak zwykle wyszedł dziwnie xd)
Wybaczcie, że tak długo to trwało, ale w międzyczasie wpadłam na pomysł na nową historię i się nią zajęłam. ;D (ja tak mam)
Nie posiadam niczego (niestety).
~~~Rozdział 7~~~
"Jeśli przyjaciele są wysoko na twojej liście priorytetów, to nawet gdy stracisz zdrowie, i tak zachowasz to, co liczy się najbardziej."
~ Regina Brett
~~~~~~~~~~~~
- Poradzisz sobie beze mnie? - zapytał, krzątając się chwilę po pokoju Obi-Wan.
Anakin cicho prychnął, kręcąc głową, ale wiedział, że on się po prostu o niego martwi. Dlatego westchnął cicho i przytaknął po chwili.
- Oczywiście mistrzu. Nie jestem już dzieckiem. - odpowiedział.
- Wiem o tym. Ale mam wyrzuty sumienia, że muszę Cię opuścić. - westchnął Mistrz Jedi. Naprawdę nie chciał tego robić. Wolałby znacznie bardziej teraz z nim siedzieć niż zdawać raporty Radzie, co do niedawna samo by go zdziwiło.
- Bez obaw mistrzu. Wracaj do obowiązków. Wszyscy wiemy jak bardzo je kochasz. - stwierdził pół żartem, pół poważnie, uśmiechając się lekko.
Obi-Wan zmierzył go wzrokiem mówiącym "Bardzo śmieszne", ale kręcąc głową ruszył do drzwi. Przecież nie będzie go tylko jakiś czas, co może się zdarzyć?
- W razie czego wezwij mnie na komunikatorze.
Anakin przytaknął i spojrzał się w oczy swojego mistrza, który znów go nie zawiódł. Nawet gdy nie zostanie w tym pokoju, jego obecność wciąż będzie przez niego wyczuwalna gdzieś głęboko w sercu.
- Niech Moc będzie z Tobą, mistrzu. - rzekł jeszcze na sam koniec.
Rzadko kiedy takie zdanie wypływało z ust Anakina, właściwie prawie nigdy.
- I z Tobą, Anakinie. - uśmiechnął się przytakując. - Trzymaj się. Przyjdę do Ciebie jak tylko uwinę się z raportem.
- Już nie mogę się doczekać. - obdarował go lekkim, rozbawionym uśmiechem.
Obi-Wan nie czuł już jego smutku, wyglądało na to, że cały zniknął razem z Kimem.
Anakin cieszył się, że ma już to wszystko z głowy. Mógł odetchnąć z ulgą.
Kimo jest w areszcie, on nie musi już być na tej przeklętej planecie, a na Coruscant panował spokój. Nareszcie miał czas tylko dla siebie. Takie chwile uwielbiał. Zwłaszcza po ciężkim dniu lub, w jego przypadku, tygodniu.
~~~o*o~~~
Ahsoka wracała z senatu. Wieczór powoli zapadał, a ona sama odczuwała coś niepokojącego.
Rozmawiała z Padmè i Radą Jedi. Zlecili jej zapewnienie ochrony senator Amidali, odkąd ktoś czyhał na jej życie. Jednak na pierwszym miejscu postawiła sobie odwiedzenie Anakina. Zaraz po przybyciu jej mistrza i Obi-Wana, chciała zobaczyć jak się trzyma. Czasami czuła się za niego odpowiedzialna, a wieści o jego uprowadzeniu szybko się rozeszły.
Weszła do Świątyni gdzie jak zwykle panował spokój i obrała kierunek do pokoju Anakina. Szybko doszła do celu, ale stanęła przed samymi drzwiami.
Wahała się czy wejść, nie chciała przeszkadzać, ale musiała. Nie będzie spokojna, póki nie dowie się jaki jest jego stan. Poza tym, miała dla niego wieści.
Zapukała, ale drzwi same się otworzyły. Weszła do ciemnego, nieoświetlonego pokoju, rozglądając się. Mogło to być dziwne, ale jeszcze nigdy tu nie była. Widząc stan pokoju, nie wiedziała czy jest zdziwiona.
- Mistrzu, jesteś tu? - zapytała. Jej głos na chwilę zadrżał, ale słysząc szmer z zacienionego kąta, zobaczyła swojego mistrza, który siedział przy jakiejś stercie gratów.
- O... witaj Smarku. - przywitał się i podciągnął.
- Mistrzu! - uśmiechnęła się i podbiegła.
Przytuliła go w swojej radości, nie dostrzegając początkowo jego stanu. Jednak słysząc jego zbolały syk, szybko się oderwała, kląc na swoją głupotę i nierozwagę.
- Przepraszam. Po prostu się martwiłam. - szepnęła i spojrzała w jego niebieskie oczy.
- Niepotrzebnie. Wszystko w porządku. - usłyszała odpowiedź bardziej niż oczywistą.
Zapomniała, że rozmawia z Anakinem Skywalkerem. Osobą, która jest skryta bardziej niż ktokolwiek inny. Wiedziała, że coś nie gra, mimo że on ukrywał to bardzo dobrze. Faktem oczywistym było, że się nie przyzna. Nawet jeśli coś urwałoby mu nogę, na pytanie "wszystko w porządku?" odpowiedź byłaby taka sama.
Jednak z niego łatwiej cokolwiek odczytać niż sam się tego zapewne spodziewa. A przynajmniej dla niej. Jest jej zbyt bliski.
- Co się stało na tamtej planecie? - dopytywała w nadziei, że wyciągnie z niego cokolwiek.
- A... drobny wypadek przy pracy. - zacisnął pięści. Zawsze tak robił gdy jego uczucia przewyższały jego samego. Jego głos był cichy, ale zaniżony, skrywający nienawiść oraz gniew.
Ahsoka potrząsnęła głową, poddała się. Niczego się nie dowie, już to wiedziała, ale warto było spróbować. A Obi-Wan tym bardziej jej nie powie, zbyt ceni sobie prywatność.
- Mistrzu, mam wiadomość od Kanclerza. - zmieniła temat.
Od razu zauważyła zainteresowanie w oczach Anakina. Nie znała osobiście Kanclerza za dobrze, ale mimo tego zawsze czuła do niego pewien dystans. Nie wiedziała dlaczego. Jednakże była pewna, że jeśli Anakin jemu ufa, ona też może.
- Od Kanclerza? Co się stało? - zapytał. Jego oczy nabrały dziwnego blasku.
- Chciał się z Tobą zobaczyć od razu po waszym przybyciu. - powiedziała i skierowała się do wyjścia, uznając, że nie potrzebuje mówić niczego więcej.
Anakin spojrzał się na swoją dokładnie opatrzoną kostkę i rozejrzał się za czymś co mogłoby robić za kulę. W rogu pomieszczenia znalazł metalową rurę, z którą kiedyś eksperymentował już nawet nie pamiętał co. Cokolwiek to było, musiało go nie zaciekawić na tyle by się z tym męczyć.
Przywołał swoją "kulę" Mocą i wyszedł z pokoju. Miał nadzieję że w międzyczasie nie wróci Obi-Wan, bo zmartwiłaby go jego nieobecność, mimo że pewnie zdążył się przyzwyczaić.
Wyszedł tak, by nikt go nie zauważył. Nie potrzebował się dodatkowo tłumaczyć, miał tego dość. Najchętniej położyłby się spać, ale musiał odwiedzić Kanclerza. To jednak jego przyjaciel, który darzył go szacunkiem i zaufaniem. Za to był mu wdzięczny, dlatego że darzy go tym, czym Rada nie zamierza.
~~~o*o~~~
Kiedy dotarł do senatu zapadał powoli zmrok. Budynek był niemalże pusty, od czasu do czasu przechadzały się po korytarzu sprzątaczki lub jakiś spóźniony senator.
Jako iż biuro Kanclerza było na samej górze, nie uśmiechało mu się wchodzić, ale na szczęście winda dzisiaj działała. Westchnął i wybrał ostatnie piętro, wchodząc niezbyt chętnie. Gdyby nie przyjaźń jaką dzielił z Kanclerzem nawet by nie pomyślał żeby tu przyjść. Nie przepadał za tym miejscem. Wszystko tu było duże, eleganckie, lecz wciąż trochę ekstrawaganckie. To zdecydowanie nie były jego klimaty.
Kanclerz czekał na niego w swoim fotelu, obserwując widoki wiecznie ruchliwego Coruscant. Od razu wyczuł gdy Anakin przekroczył próg do jego biura.
- Chciał mnie pan widzieć, ekscelencjo? - zapytał na wejściu. Pewnie by się ukłonił, ale z jego kostką było mu ciężko. Zamiast tego delikatnie skinął głową.
Palpatine odwrócił się do niego i powitał szerokim uśmiechem.
- Anakinie, dobrze Cię widzieć, przyjacielu. - odparł kładąc dłoń na jego ramieniu.
Na jego twarzy widniał radosny uśmiech, ale w powietrzu było coś, co powodowało u niego niemiłe wrażenie stresu i niepokoju.
- Chciałem zobaczyć co z Tobą. Nie wyglądasz najlepiej. - wskazał na jego siniaki rozłożone nierównomiernie po całej twarzy.
- Czuję się dobrze. - odpowiedział łagodnie, ale nadal otaczała go dziwna, tajemnicza aura. - Czy jest jakiś problem, Kanclerzu?
- Jest coś, o co chcę się ciebie zapytać od dłuższego czasu. - zaczął Kanclerz, to był ten moment. Miał nadzieję, że jego argumentacja wystarczy. Duch i wola młodego Jedi była niemalże tak silna jak jego Moc.
- O co chodzi? - jego głos zwątpił, ale nadal brzmiał łagodnie. Starał się ukrywać niepokój.
- Powiedz mi, drogi chłopcze, czy jesteś szczęśliwy? - zapytał zwracając się bezpośrednio do niego, wbijając swoje spojrzenie w jego.
Oczy Anakina nabrały lekkiego przerażenia. Poczuł jak jego źrenice się powiększyły w strachu. Nie wiedział co się dzieje, ale coś na pewno było nie tak.
Od razu w przebłysk świadomości trafił jego ostatni sen, koszmar. Ten głos, te pytanie, wszystko było dokładnie tak jak wtedy.
Jego oddech przyśpieszył, ale nie dał się ponieść emocjom. To mógł być tylko przypadek.
- Ja... przepraszam ekscelencjo ale... nie rozumiem pytania. - uśmiechnął się nerwowo.
- Czy pozostali Jedi o ciebie dbają? - kolejny przebłysk, kolejna dawka strachu, kolejne zdanie wyjęte jak z jego snu.
- Ja... nadal nie do końca rozumiem. Przepraszam... - zrobił krok w tył.
- Nie przepraszaj, no co ty... po prostu... jesteś zdolny i silny. Rzekłbym... potężny. - zbliżył się do Rycerza. - Twoja Moc... ona jest czymś niezwykłym, ona drzemie w tobie. - wyszeptał.
Antagonistycznie, odsunął się.
- Dzie... dziękuję?
- Anakinie... rozmawiamy teraz jak przyjaciel z przyjacielem.
- O-oczywiście Kanclerzu. Rozumiem to.
- Czy na pewno? Bądźmy ze sobą szczerzy, wiem, widzę, że nie jesteś tu szczęśliwy. Zakon Jedi nie jest dla ciebie dobrym miejscem.
- Proszę wybaczyć ale ja... naprawdę nie sądzę że to sprawa Kanclerza. - odparł, już nieco pewniej, silniej, prawie że tonem pretensjonalnym, złym.
- Po prostu się o ciebie martwię. Widzę jak się tu męczysz. Starasz się zyskać zaufanie Rady, a oni i tak ci nie ufają. Traktują cię jak przedmiot. Jak zwykłego... robota!
- Ale... do czego pan zmierza?
- Oh, mój drogi, po co te formalności? Jestem Palpatine. Twój przyjaciel. Dlatego mówię teraz jak do przyjaciela. Chcę dla ciebie jak najlepiej... twoja Moc jest zbyt potężna na Zakon Jedi, marnujesz się tu.
Anakin nie odpowiedział, wybrał milczenie.
- Słyszałeś kiedyś o potężnym Plagueis'ie?
Pokiwał głową. Wolał się nie odzywać.
- Oczywiście, że nie. To nie historia jaką powiedziałby ci Jedi... - uśmiechnął się.
- Kim on był?
- Potężną, mądrą osobą. Potrafił użyć Mocy, by stworzyć życie. Mógł... kontrolować śmierć, mógł jej zapobiegać.
Jedi przełknął ślinę. Wszystkie jego wizje o śmierci jego przyjaciół nawiedziły go niemalże natychmiastowo. Więc ktoś byłby w stanie to powstrzymać?
- Czy... czy jest jakiś sposób by posiąść tą umiejętność? - spojrzał się na niego wyraźnie zaintrygowany.
Palpatine przytaknął bez słowa.
- Sam Plagueis zginął, zabity przez Jedi... ale tak, tak jest jeden sposób. Ale nie. Nie, nie powinienem... to... nie jest zgodne z naukami Jedi. - odwrócił się i podszedł do okna.
Anakin chwilę milczał. Zacisnął pięści i westchnął bezgłośnie.
- Więc jeśli się... nie jest Jedi... - zaczął niepewnie.
Palpatine delikatnie się uśmiechnął. Szło mu lepiej niż przypuszczał.
- Jeśli nie jest się Jedi, można to osiągnąć w bardzo łatwy sposób. Wystarczy... - w tym momencie odwrócił się twarzą do Anakina. - Przejść na stronę Sithów...
Oczy Jedi gwałtownie nabrały przerażenia. Nie miał pojęcia co powinien myśleć.
"Ciemna strona jest twoim przyjacielem." usłyszał w swojej głowie. Zerwał się na nogi i rozejrzał nerwowo.
Słyszał głosy, natłok myśli nie pozwalał mu się na nich skupić. Jedyne co był w stanie zrozumieć to ''Razem możemy wszystko".
- Nie! - krzyknął i chwycił się za głowę. Chciałby uchronić bliskich przed śmiercią ale... w taki sposób? Poprzez zdradzenie ich? Obi-Wan zginął od jego miecza.
- Chłopcze, Jedi są porażką. Przegrają tę wojnę. Oni spiskują, chcą przejąć kontrolę nad całą Republiką. - te słowa wywarły na nim dziwny efekt. Czuł... strach, ale nie o siebie tylko o Republikę. - Chyba nie chcesz znów skończyć jako niewolnik?
- Jak to... znów? Skąd p... ty o tym wiesz?! - podniósł głos, marszcząc brwi.
Miał wrażenie że cały świat wiruje wokół niego, jakby zdmuchiwał go potężny huragan. Czy tak działa ciemna strona?
- Jedi używają Mocy by czynić dobro. Nie upadną, dopóki będą walczyć. Dopóki dobro jeszcze istnieje.
- A jak myślisz, jak długo będzie jeszcze istnieć? Przyłącz się do mnie, razem stworzymy największe dobro jakie mogłoby powstać! Zero łez i bólu, zero cierpienia! Zero śmierci... wiem, że chcesz posiąść tę potegę.
- N-nie! - odskoczył gdy Kanclerz siegnął po niego dłonią. Teraz czuł ten chłód bijący od Sitha.
Nagle zobaczył w swojej głowie kolejną śmierć, tym razem Ahsoki. Zginęła od miecza, niebieskiego, to Jedi ją zabił. To zakłuło go i sprawiło że wstrzymał oddech. I znów zobaczył Obi-Wana, lecz tym razem ginącego z rąk innego Jedi, nie on był za to odpowiedzialny, lecz również nie on był w stanie pomóc.
Ta wizja uderzyła go jak fala zimnej wody. Nie mógł powstrzymać tego co ukazywało się przed nim. Kiedy wszystko wokół zrobiło się ciemne, a z cienia wyszedł Kanclerz Palpatine, Anakin padł na kolana z sykiem.
- Uratujemy wszystkich twoich bliskich. Będziesz nieśmiertelny, mam Moc by zawładnąć nad życiem i śmiercią. Wiem, jak położyć kres tej wojnie. Musisz mi tylko pomóc.
- Ja... ja nie... nie mogę! Nie zdradzę swoich braci, tu są moi przyjaciele, przepraszam... - jego głos zmienił się w bezsilny szept.
- Tu nie czeka Cię nic prócz śmierci i straty. Tu zostaniesz sam na zawsze.
Anakin pokręcił głową zdecydowanym tempem.
"Już Cię nie zostawię, Anakinie."
"Chcę ci pomóc."
"Nie chcę byś cierpiał."
Głos jego mistrza odbijał się echem w jego zakłopotanej głowie. Obi-Wan przyrzekł, że zawsze będzie z nim, że nigdy go nie porzuci. Nie mógłby zrobić tego także i jemu. Nie mógłby go zawieść. I zostawić Ahsoki. Ale... co jeśli to wszystko co powiedział Kanclerz jest prawdą? Co jeśli Obi-Wan naprawdę zginie, a on nie zrobi nic by to jakoś zatrzymać, nie uratuje go. Podobnie jak nie uratuje też Ahsoki.
"Nie mógłbym być z ciebie bardziej dumny."
Nie będzie dumny wcale, jeśli się skusi. Owszem, Rada jest surowa i nieczuła. Kodeks jest czymś bezsensownym, a prawdziwi Jedi zanikają. Ale to nie powód, by zbaczać ze ścieżki. Obi-Wan by nie chciał aby jego przyjaciel przechodził na ciemną stronę. Nawet jeśli to oznaczałoby jego własną śmierć. Obi-Wan był wierny Republice i bronił przekonań Jedi.
Jego decyzja nie była do końca pewna, ale dokonał wyboru. Szybko chwycił swój miecz i aktywował go.
- Nie bądź głupcem, Anakinie. Co chcesz przez to osiągnąć? Dzięki temu nie zyskasz ich zaufania i akceptacji.
- Odwracając się od nich też tego nie zrobię.
- Nie rozumiesz? Bycie potężnym Sithem, to twoje przeznaczenie! Dam ci wszystko! Władzę, potęgę, życie.
- Z całym szacunkiem Palpatine, ale nie masz nic co mógłbym od ciebie chcieć. - syknął, jego ton był wrogi.
- Hmm... cóż... w takim razie nie pozostawiasz mi wyboru. Przygotuj się... na śmierć. - warknął złowrogim głosem, i wyjął swój miecz ukryty w rękawie ubrania.
Jakim cudem nikt nigdy go nie zauważył?
Jednym, zwinnym ruchem skoczył w górę, a jak na starszego pana poruszał się całkiem szybko, zderzając swój miecz z mieczem Anakina. Niestety Jedi nie miał dużego pola do popisu odkąd jego kostka była nie do końca sprawna. Mógł tylko odeprzeć atak. Kanclerz wykorzystał jego słabość i błyskawicznie przeciął rurę na pół. Anakin jęknął kiedy zderzył się z podłogą. Następnie nawet nie zdążył podnieść wzroku, gdy trafiła go błyskawica. Krzyknął w agonii, czuł jak wszystko w nim się pali.
"Powtórka z rozrywki." pomyślał. Dlaczego to zawsze akurat musi być on?
Jednak ten ból był inny, mocniejszy, dokładniejszy. Jakby dochodził do każdej części ciała rozrywając ją na kilka mniejszych kawałków. Wiedział, że nie minie, chyba że... co jeśli Kanclerz ma rację? Znów, jak przed sekundą był niemalże pewien o swojej racji, tak teraz ponownie zawahał się.
- To twoja ostatnia szansa, chłopcze. Dam ci potęgę i władzę, wszystko czego zapragniesz. - odezwał się jakby czytał mu w myślach. Na jego twarzy widniał drobny, cwany uśmieszek.
~~~o*o~~~
Obi-Wan poczuł coś niepokojącego, zaburzenie w Mocy, które zdawało się nadejść nagle.
Był w połowie drogi do siedziby Rady, wiedział, wszyscy już tam na niego czekają. Jednak coś go tknęło, miał złe przeczucia. Coś działo się z Anakinem, coś mu to jakby krzyczało do ucha.
Czuł to wyraźnie. Westchnął i gwałtownie zawrócił, pognał z powrotem do Świątyni.
- Anakinie, wszystko u ciebie w porządku? - zapytał przez komunikator, lecz po drugiej stronie nikt nie odebrał.
Najpierw pomyślał, że zasnął, w końcu należał mu się odpoczynek. Jednak dziwne wrażenie niepokoju nadal go nie opuściło. Wręcz przeciwnie, ono narastało.
W swoim pośpiechu nie zauważył sprintera, nadjeżdżającego w jego stronę. Odwrócił się gdy pojazd z naprzeciwka wpadł w "poślizg". Obi-Wan szybko zareagował i odskoczył na bok, jednak wpadł w jakieś kartony przed samym budynkiem. Wtedy to doznał czegoś na wznak wizji. Otoczenie przybrało białą barwę, a on sam zmrużył oczy. Otworzył je, gdy znalazł się w zupełnie innym miejscu, którego ani trochę nie poznawał.
~~~o*o~~~
Rozejrzał się ostrożnie, szukając śladów życia. Na jakimś moście na przeciwko jego pozycji stał młody mężczyzna, odziany w ciemnobrązowy płaszcz, z kapturem na głowie. Podszedł bliżej i rozpoznał w osobie Anakina, który mimo że stał odwrócony, był łatwo rozpoznawalny przez swojego mistrza. Zapadła cisza, której Obi-Wan nie znosił, ale nie chciał jej też przerywać. W powietrzu wisiało uczucie grozy i strachu.
- Czy jesteś ze mnie dumny, mistrzu? - przerwał milczenie były padawan. W jego głosie było coś, co nie spodobało się starszemu Jedi, ale nie potrafił określić co.
- Słucham? Nie rozumiem.
- Pytam, czy jesteś ze mnie dumny? - powtórzył lekkim warknięciem.
- Oczywiście że jestem, rozmawialiśmy już o tym, pamiętasz? - odparł zaskoczony. Odczuł drobny strach, i to swój własny.
Usłyszał cichy chichot. Anakin odwrócił się twarzą w jego stronę i to co Obi-Wan ujrzał przekroczyło jego wszelkie oczekiwania. Oczy Anakina były żółte, pełne nienawiści, a pod nimi ciemny cień. Zaciskał w ręku miecz świetlny, jednak nie był to ten, którym posługiwał się na co dzień.
- Anakinie... - szepnął zrozpaczony, nie wierząc własnym oczom. Jego przyjaciel, jego brat... był Sithem. A on tak bardzo się starał, by go przed tym ochronić. Lecz czy na pewno chciał bronić przed tym jego... czy siebie?
- Powinieneś być... jestem teraz potężniejszy od wszystkich Jedi razem wziętych. Jestem... mistrzem.
- Anakinie! Kto ci to zrobił?!
Anakin uśmiechnął się, jego mroczne, lekko przekrwione oczy rozświetliły się w panującej wokół ciemności.
- Ktoś kto potrafił obdarzyć mnie zaufaniem. Ktoś dużo mądrzejszy od tej żałosnej Rady. Ten ktoś otworzył mi oczy. Teraz widzę, że to Jedi są źli. To oni stoją na drodze pokoju...
Obi-Wan poczuł jak w jego oczach zebrały się łzy, ale powstrzymywał je. To tylko głupi żart, na pewno. To jakiś szok mózgowy po wypadku, wstrząs. Anakin nie mógłby...
- Anakinie opamiętaj się. Ja ci ufałem! - podniósł głos. - Byłeś moim bratem! Kochałem Cię, słyszysz?! - z tymi słowami pierwsza łza opuściła jego oko.
- Wśród Jedi miłość nie istnieje, to kłamstwo!
- Anakinie... proszę.
- Anakin zginął, był za słaby by mnie pokonać! Teraz, przygotuj się na erę nowego władcy - Lorda Vader'a.
- Nie, nie zginąłeś Anakinie. Wiem, że tam jesteś, wiem to. Czuję to. Wiem że mnie słyszysz, rozumiesz?! Proszę, wróć do nas, wróć do mnie! - błagał zalewając się łzami.
To były tylko złudzenia, jednak brzmiały i wyglądały tak realnie...
- Nie zmuszaj mnie bym Cię zabił! - krzyknął i aktywował swój miecz. Był czerwony. Serce Obi-Wana pękło na milion kawałków. Jednak go zawiódł, po tym wszystkim, to był koniec...
- Dobrze. - przytaknął. - Więc to zrób, bo ja nigdy Cię nie skrzywdzę. Przysięgłem kiedyś, przysięgam również teraz. Proszę, zabij mnie. - jego głos był stanowczy. Miał pełną świadomość swoich słów. Wziął do ręki swój miecz, ale tylko po to by go wyrzucić. Nigdy nie zabije Anakina, nawet jeśli go już dawno nie ma, nawet jeśli nienawiść i ciemność go zabiły.
- ... Jak sobie życzysz, mistrzu. - szepnął i uśmiechnął się wrogo. Skoczył na niego. Tak jak Obi-Wan przysiągł, nie bronił się, nie atakował. Anakin, ogłoszony przez niego samego Vaderem zbliżył się do swojego byłego mistrza.
Obi-Wan poczuł ból w klatce piersiowej i upadł. Zrozumiał, że jego ucznia, którego nazywał bratem już tam nie ma...
~~~o*o~~~
Zerwał się na równe nogi, ocierając pot z czoła. Cieszył się, że to tylko wybryk jego mózgu. Bo przecież to nic nie znaczyło, prawda? Anakin nie mógłby nigdy...
Szybko wstał i wbiegł do Świątyni. Owszem, ufał mu, ale wolał upewnić się, czy wszystko z nim w porządku, czy jest bezpieczny.
Krokiem równym lecz ekspresowym doszedł do pokoju Anakina, po czym nie pukając, wszedł.
- Anakinie, jesteś tu? - rozejrzał się uważnie.
Anakina nie było ani w łóżku, ani w żadnym kącie, nigdzie. Kwatera była pusta... Mógł usłyszeć tylko swój własny oddech.
Zamknął oczy, by się skupić gdy nagle dostał połączenie. Odebrał natychmiastowo myśląc że to Anakin, ale niestety, to nie był on.
- Obi-Wanie, gdzie jesteś? Spóźniasz się. To do ciebie niepodobne. - usłyszał głos mistrza Windu.
Mistrz Jedi westchnął, ale odpowiedział.
- Jestem w drodze. Drobne komplikacje mnie zatrzymały, już biegnę. - odparł.
Zaklął w myślach i skierował się do drzwi. W progu obejrzał się by ostatni raz zobaczyć opustoszały pokój i wyszedł. Nie miał wyboru.
- Przepraszam Anakinie. - szepnął.
Tym razem wybrał obowiązki. Miał wyrzuty sumienia, ale ufał swojemu padawanowi. Z resztą... teraz i tak nie miał wyboru, musiał mu ufać. Zdał sobie sprawę, że nadszedł czas na ostateczny sprawdzian Anakina. Przerażała go tylko myśl, że sam nie wiedział czego powinien się spodziewać.
~~~o*o~~~
Miał wizję. Wizję jego przyszłości jako Lord Vader, pan Sithów, prawa ręka Imperatora, niszczyciel, ale i kowal własnego losu. Bez rozkazów Rady, bez obowiązków wobec Republiki i zakazów Zakonu, był wolny. Lecz... za jaką cenę? Obi-Wan... zabił Obi-Wana, swojego mistrza, przyjaciela, brata... najbliższą mu osobę do ojca. Zabił innych, zabił dzieci. Wszystkich. Ale był wolny i mógł robić to co chce. Żyć jak chce, decydować o losie innych jak chce. Czy to było opłacalne?
Mógłby zakończyć wojnę, skończyć z głupimi zasadami, uwolnić swoją potęgę i zarządzać nią na wszelkie możliwe sposoby. Zyskałby zaufanie Imperatora, nowego mistrza, byłby doceniany. Przywróciłby pokój. Zniszczyłby Jedi, uwalniając całą galaktykę od ich wojen. A o tym marzył od dawna. Pokój... jak pięknie brzmiało to słowo. Jego serce zabiło mocniej, ciśnienie skoczyło w górę jak po trzech filiżankach kawy, adrenalina wypełniła całe ciało.
Pokój czy lojalność, potęga czy miłość? Jak mógł zadecydować?
"Ja Cię nie skrzywdzę, przysięgłem kiedyś, przysięgam również teraz."
Słowa Obi-Wana, to, jak nazwał go bratem. To go teraz trzymało przy Republice. Nie dałby rady go zabić. Nie po tym wszystkim.
I tak oto podjął swoją ostateczną decyzję. Ostateczną i niepodważalną. Spojrzał się na Kanclerza. Nawet nie zauważył kiedy przestał go razić. Sith uśmiechnął się widząc pewność siebie i zdecydowanie w jego oczach. Takich ludzi potrzebował by stworzyć swoje imperium.
Niestety, bardzo zaskoczyły go słowa Anakina, Rycerza Jedi, który miał zostać jego uczniem. Który miał być potężnym i niezwyciężonym Sithem. To on miał zlikwidować wszystkich przeciwników, każdego Jedi.
- Nigdy. - syknął Anakin i pchnął go Mocą na ścianę.
Palpatine upadł chwilowo oszołomiony, a on postanowił to wykorzystać. Podniósł się ignorując przeszywający ból spuchniętej kostki. Zacisnął szczękę i wybiegł z pokoju. Nienawidził tak uciekać, ale oceniając sytuację na trzeźwo, nie miał szans z Lordem Sithów w obecnym stanie zdrowotnym.
Nie oglądając się za siebie gnał jak tylko mógł. Łzy zasłaniały jego widok, ale nie poddawał się.
Obi-Wan, gdzie jest Obi-Wan?
Chciał użyć komunikatora, ale nie było zasięgu, bądź też uległ awarii przy tak ogromnym szoku elektrycznym. Czy było to w ogóle możliwe?
Przed samą windą upadł na lewy bok, ale bez ociągania podniósł się i wgramolił do windy.
Usłyszał swoje imię, wołał go Palpatine, ktoś kogo uważał za prawdziwego przyjaciela, który chciał dla Republiki jak najlepiej. Jakim cudem nikt nigdy nie wyczuł jaki jest naprawdę, kim jest naprawdę? Dlaczego on, będąc z nim nieraz sam na sam, rozmawiając o wielu sprawach, nawet tych, o których nie wolno mu było mówić, go nie wyczuł?
Miał chwilę na odpoczynek. Miał również wrażenie że jego kostka zaraz eksploduje. Otarł łzy i chwycił się za nią.
- Szybciej, szybciej! - panikował wiedząc że Kanclerz chodzi mu po piętach.
Gdy zjechał na sam dół, nikogo już nie było, nie paliły się nawet światła. Wybiegł, cały czas usilnie walcząc z bólem i wskoczył do pierwszego lepszego pojazdu. Poczuł się bezpieczniej, ale musiał natychmiast zgłosić to Radzie. Widział jak Palpatine go ściga, ale on był znacznie zdolniejszym pilotem. I szybszym.
Kląc na ból i swoją własną naiwność zaparkował przed samym wejściem do budynku Rady. Trochę wyprzedził zdrajcę, ale wiedział, że lada chwila tu będzie. Miał rację. Przyleciał i skoczył na niego zaraz po wyjściu ze swojego pojazdu.
Anakin aktywował swój miecz i odparł atak, który nie należał do najsilniejszych. To jednak wystarczyło by poczuł ból.
- Pożałujesz, że mi odmówiłeś, Skywalker! - wciąż napierał Sith, rosnąc w siłę.
- Ciekawe, a co się stało z "drogim chłopcem" i szczerą przyjaźnią? - warknął.
Palpatine kopnął go na drzwi i uderzył w twarz. Anakin uniknął ostatniego uderzenia, wskutek czego Kanclerz uderzył o ścianę i odskoczył zaklinając na ból jaki poczuł w swojej pięści.
Zdążył jeszcze porazić go błyskawicą, ale Rycerz zniknął za drzwiami i popędził do Rady, gdzie miał nadzieję znaleźć swojego mistrza. Lub w jego obecnym przypadku - kogokolwiek...
C.D.N
Oto nadszedł, najprawdopodobniej przedostatni rozdział! Wybaczcie za tą żałosną scenę z kartonami xD ale tylko to mi przychodziło do głowy :P (czasem moja kreatywność nie zna granic...)
