- Johann, byłeś kiedykolwiek tak zakochany aż ci się wydawało, że nic innego się nie liczy? Po prostu tak na amen i nie ma zmiłuj? - zapytała, gdy im napad chichotu przeszedł i odzyskali oddechy oraz jako taką powagę.
Zamyślił się i dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Nawet nie próbowała wstać mu z kolan. Nie skarżył się, że mu ciężko (spróbowałby tylko!), a jej było wygodnie. I nagle dorwała ją taka refleksyjna nuta w myślach. Z tu i teraz przeskoczyła na całe wieki swojego życia, wobec których ten wieczór był mgnieniem, a cała zabawa w szukanie prezentu, którego tak naprawdę nie potrzebowała – ot pretekst, przyznała przed samą sobą – nic nie wartym detalem.
- Chyba tak – Johann odezwał się w końcu, a ton głosu miał taki, że była pewna, iż wpadł do tego samego jeziora melancholii, co ona. Westchnęła. Teraz tonęli w nim oboje.
- Nie żyje?
- Nie żyje.
- Życie bywa do dupy – westchnęła filozoficznie. – Kiedyś sobie powiedziałam, że dość. Koniec i nie oglądam się za nikim, kto umrze najpewniej w przeciągu najbliższych sześćdziesięciu lat. Dwa dni później szlag trafił to postanowienie przez jakiegoś Novika czy innego, co komplementy prawił. I mogłam sobie wmawiać, że nie ma sensu się interesować. Że on przeminie lada moment, a ja zostanę ze swoim uczuciem. Próżność i samotność brały nade mną górę. - A Josef?
- A to inna bajka – zaprotestowała. - Zupełnie inna. To był biznes. Znaczy się, kochałam go – powiedziała z przekonaniem. - I to tak, jak kobieta kocha mężczyznę, ale naprawdę nie wiem, czy gdyby sytuacja była inna, to doszłoby do jakiegokolwiek małżeństwa. To zresztą specjalnie długo nie przetrwało, przyznasz. Feluś i Taurys zrobili unię bez miłosnego och i ach, i przetrwali dłużej. Może biznes i miłość naprawdę nie powinny iść w parze?
Nie mógł się z tym kłócić. Niemcy, jako takie na mapie też od wieków były różnymi związkami i nikt tu sobie wielkiej miłości nie wyznawał z tej okazji. Niektórzy nawet sugestie o takowej traktowali, jako obrazę. Uśmiechnął się do wspomnień kilku takich sytuacji, ale nic nie powiedział. - Czasami, to mi tęskno do tamtego, ale rzadko. Naprawdę. To, jaka ona była?
- Hym?
- No ta, w której się tak zakochałeś? Gdzie ty mi myślami uciekasz? Chyba naprawdę przebywanie z Ludkiem jest zaraźliwe.
Wzruszył ramionami.
- No to, jaka?
- Nie pamiętam – przyznał. – Chyba nawet specjalnie zapomniałem. Nie było, po co pamiętać.
Michaela nabrała powietrza, jakby chciała powiedzieć coś dobitnego, ale finalnie tylko wypuściła je głośno i pokręciła głową. - Faceci. - To było dawno temu. Bardzo dawno. A potem zmieniały się mody i wspomnienie się wypaczyło. Tak mi się teraz wydaje. Poza tym było, minęło. Nie ma co do tego wracać. - Faceci! – powtórzyła. – Kobieta się stara, a wy i tak zapomnicie! Zero sentymentu.
Johann jej nie przerywał, choć miał ochotę zaprzeczyć, że sentymentalni faceci też się zdarzają. Ba! Nawet uważa, że Josef ze swoim zbieractwem kufli jest sentymentalny, bo żeby pamiętać historię zdobycia niemal każdego… No i jemu samemu też sentymentalizm zarzucano czasami. Nie żeby się tym przejmował. - To jak z tym prezentem. Ja się tu tak poświęcam – mówiła z emfazą. - Taki szmat drogi pokonuję, a oni tak pewnie zapomni.
Johann chrząknął. Zrozumiała to w lot.
- Wiem, że palnęłam dzisiaj, że to pretekst był. Że pewnie i tak bym cię nawiedziła. Za długi mam czasami język. To te same geny, co u Felka się odzywają, ale on ma je mocniejsze. Nie zmienia to faktu, że się staram. Bo się staram, prawda?
Przytaknął skinieniem głowy i poparł to pełnym zdaniem, gdy mu się Słowacki łokietek wbił w żebra.
- No właśnie. Niestety nic z tych starań nie wychodzi, więc może byłoby szczęśliwiej, jakbym przyjechała jednak bez pretekstu? Wiesz co, ja jednak wstanę. Zaschło mi w gardle i może po wino sięgnę, ale mój kieliszek został po drugiej stronie ławy.
- Służę moim – zaproponował. Przyjęła bez wahania. – To jak, Jasieńku, masz jakiś pomysł? Westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy w geście o tyleż dramatycznym, co według Misi zabawnym.
- Nie wiem, nie wiem. Jakiegoś zdjęcia wspólnego nie macie, co by zawierało coś takiego, że by je jednak w tej ramce trzymał na wierzchu.
- Może mamy, ale każde zdjęcie w końcu schowa do albumu i tyle. Pomysł nadrukowywania zdjęć na talerze mi się nie podoba, że ubiegnę propozycje. Myśl o tym, że ktoś co obiadek będzie wbijał mi widelec w oko nie napawa mnie radością. A uwierz mi, Joszka okresowo na pewno by to robił.
- Na breloczki też to nadrukowują – zasugerował nieśmiało. Z pewną obawą obserwował kieliszek Misi. Pal licho jego ciuchy, ale obicie fotela doprać, to byłoby wyzwanie.
- Ma ich wystarczająco dużo.
- I na inne rzeczy – dokończył myśl.
- Kurzołapki i durnostoki – skwitowała i upiła wina. - Joszka nie Feluś, aby to zbierać. Schowa, a potem wyrzuci i tyle. Pat – westchnęła i dopiła pozostałe w kieliszku wino.
- To mu się na kufelek nadrukuj, tego nie wyrzuci, bo mu sumienie kolekcjonera nie pozwoli. Misia zamarła. Spojrzała na niego i rozpromieniła się.
- Jasieńku, jesteś genialny. Tylko niech ja znajdę gdzie takie coś robią. Siebie może nie nadrukuję, ale jakiś tekst. Wymyślę. Jeju.
- Koło dworca – - Słucham?
- Robią takie rzeczy koło dworca na nowym mieście – powtórzył i uzupełnił wcześniejsze zdanie. - Wiem, bo kiedyś Waschdiemu tam coś zamawiałem.
- I my możemy tam jutro pojechać? – upewniła się.
- Możemy.
- Jasiu – powiedziała niby poważnie, ale oczy się jej śmiały, twarz się jej śmiała, cała była radością. – Kocham cię!
- Ja ciebie też. Mniej tę kość, którą mi się wbijasz w udo, ale nie takie rzeczy w historii przetrzymywałem.
Misia umościła się wygodniej na Saskich kolanach.
- Nie dramatyzuj. Ty nie Felek.
- Unie personalne – przypomniał tonem, jakby w ogóle bardziej do siebie mówił aniżeli do niej. Pociągnęła go za kosmyk włosów i roześmiała się. W głowie jej nieco szumiało. Lubiła ten stan, ale zwykle trudno było go utrzymać. Nie pić więcej od tego momentu oznaczało go stracić niebawem. Za to wypicie szybko niweczyło subtelną równowagę, a teraz bardzo nie chciała do tego dopuścić. Westchnęła i objęła go.
- A tam unie – stwierdziła. – Ile ja pod Austro-Węgrami siedziałam i co? Ani do niego, ani tym bardziej do niej podobna nie jestem. - Twój brat bardziej zaraźliwy? – zaproponował.
- A to możliwe w sumie – zawahała się. – Ale wiesz co, Jasiu? Spojrzał na nią kątem oka. Całym sobą mówił „Nie, wcale nie patrzę się na ciebie, ani nie chcę usłyszeć tego, co miałaś do powiedzenia. Skądże znowu!"
- Uodporniłeś się już nieco na nas, Słowian, jako takich, więc pewnie i na Felka masz już odporność. - Słowianie – powiedział w zamyśleniu. – Nowa jednostka chorobowa.
Wbiła mu pazurki w ramię. - Au?
- Bądź mężczyzną – powiedziała uśmiechając się przymilnie.
- Kwestionujesz? Odchyliła się, na ile mogła nie ruszając się z jego kolan, i zmierzyła go wzrokiem. Pomijając koafiurę, która wedle pewnych kanonów za męską nie uchodziła, to Johannowi raczej niczego nie brakowało. Przynajmniej wedle jej obecnej wiedzy i przypuszczeń.
- W sumie… - powiedziała niby zamyślona. Chrząknął. W odpowiedzi wbiła mu pazurki mocniej w ramię. Zmrużył oczy. To jej się nie podobało, bo miał ładne. Nawet w słabym świetle lampy stojącej przy kanapie. - W sumie… - powtórzyła.
Objął ją mocno w pasie. - Byłeś w unii z Felkiem – podjęła. – Może i lubią mu przypinać etykietkę takiego, co w kieckach biega, ale przecież chyba oboje wiemy, że to nie do końca tak. Ja wiem, że nie każdą unię trzeba skonsumować, ale w sumie... Auć! Masz zimne dłonie!
Uniósł brew w wyrazie bezbrzeżnego zdziwienia o cóż jej chodzić może. Zmarszczyła nosek niezadowolona i prychnęła, ale to nijak nie zmieniło sytuacji. Zimna dłoń Johanna nadal rezydowała na jej talii zdecydowanie pod bluzką. To drugie jej nie wadziło. - Sadysto! – zachichotała. – Gdzieś ty te rękę trzymał, że taka zimna?
- Brak kawy – powiedział filozoficznie. - Wino masz! Alkohol też ci powinien pomagać. Poza tym mogłeś te ręce trzymać w jakimś cieplejszym miejscu. Ja wiem? Siedzieć na nich, kocykiem nakryć…?
- To przecież trzymam w ciepłym – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Jedną, ale to zawsze pięćdziesiąt procent. W dodatku to prawa, a ja jestem bardziej prawo niż lewo ręczny, więc można powiedzieć, że to ta cenniejsza, a zatem większa połowa.
Pokręciła głową z rozbawieniem. Objęła go za szyję i cmoknęła na chybił trafił. Wyszło w skroń. Zmrużył oko, jakby się na chwilę przestraszył, że mu je wydziabie. Roześmiała się. Odchyliła głowę i zapatrzyła się w sufit. Chichotała. Dłoń Johanna już nie wydawała się taka zimna i teraz stanowiła punkt, z którego przyjemne ciepełko rozchodziło się po całym ciele. Ale drugą pewnie nadal ma lodowatą – pomyślała. Jako kobieta dobrze wiedziała, jak to jest z tymi marznącymi dłońmi i stopami. Gdzieś z odmętów pamięci wypłynęło jej wspomnienie budzenia Joszki na zimne stópki. Dawne czasy tu i teraz nieważne. Znów spojrzała na niego.
- A druga zamarznie i odpadnie – zachichotała. Wyglądał na nieco zawiedzionego. – I będzie szkoda – ciągnęła, - bo jedną ręką na gitarze nie zagrasz. Smutno będzie, wiesz? I…
Nie dał jej dokończyć. Podskoczyła, gdy druga zimna dłoń wsunęła się pod jej bluzkę. Zacisnęła na moment ząbki, a gdy pierwszy szok minął roześmiała się. - Tak? – zapytał.
- Nie za dobrze ci? - Nie… Chyba nie. Moim dłoniom w sam raz, a mi… - zawahał się. – Nie mam powodów, aby się skarżyć. Widoki mam ładne…
Zadarła dumnie brodę. Śmiałby tylko na widoki narzekać. Wybranie bluzek na ten wyjazd zajęło jej dłuższą chwilę. Nie żeby kiedykolwiek ktokolwiek miał się o tym dowiedzieć. I nie żeby Johann o tym myślał. Tu i teraz interesowało go bardziej. Pocałował ją w odsłoniętą szyje. Nie zaprotestowała. Wtuliła się w niego i westchnęła.
- Wino – odpowiedział na niezadane pytanie.
- Może. Nie wiem. Jedna z jego dłoni wymeldowała się spod bluzeczki i teraz głaskała Michaelę po włosach. Kobieta czuła się ukontentowana. - A ponoć tacy dorośli jesteśmy. Tyle wieków doświadczenia i w ogóle – ciągnęła. – A nie wiemy. - Jak dzieci…?
- Jak napalani nastolatkowie – zachichotała.
- Źle z nami?
- Nie wiem… - Pocałowała go w policzek, bo tak miała najbliżej. – Czy to w sumie ważne? Kiedyś, to czynniki zewnętrzne zmieniały się chyba wolniej i łatwiej było sobie sformować zasady, a teraz? Polityka wywraca się czasami z kadencji na kadencję, więc czemu raz na jakiś czas nie pobyć apolitycznym? Tak dla siebie, dla zabawy?
- W sumie…
- Przedrzeźniasz mnie!
- Ja?
- Ty! - I romantyzm szlag trafił – westchnął.
- Oj. Rozchmurz się. Zostaję jeszcze kilka dni.
- Jutro Ludowit wraca.
Skrzywiła się. - A nie dałoby się mu zasugerować, aby wiesz? Jakiś dzień dłużej w jednej ze swoich stolic posiedział? - Rano może do niego zadzwonię – zdeklarował. Uśmiechnęła się. Nieco wyswobodziła się z jego objęć i sięgnęła po butelkę i kieliszek. Napełniła go i wzniosła w górę.
- To za to, aby Ludek trochę dłużej u siebie posiedział – powiedziała i upiła nieco poczym podała mu. - Za Ludka, Chociebuż i Budziszyn oraz dzielące je od Drezna odległości - dodał i sam się napił. – A teraz co?
- Spać i byle do jutra? Prezent z rana i potem niech się dzieje wola nieba – zaproponowała nie do końca sama pewna, czy tego teraz chce. Dobrze jej było tu, na fotelu. Ciepło i bezpiecznie. Łóżko w gościnnym było duże i zimne, ale atmosfera rozwiała się i Michaela nic nie umiała na to poradzić. Spojrzała kątem oka na Johanna. Nie rwał się do wstawania. – Jak tu zaśniemy, to jutro będziemy chodzili jak połamani. - Adekwatnie do naszego wieku.
- Dokładnie – szepnęła mu do ucha. – A wtedy nawet, jeśli Ludek nie wróci, to nic nam z tego nie przyjdzie.
- Stajesz się praktyczna w podejrzanie germański sposób, wiesz?
- Jesteś zaraźliwy – parsknęła śmiechem na krótką chwilę, nim Johann pocałował ją tak, że śmiech nie miał już racji bytu. Rozpłynęła się na moment, ale atmosfera i tak nie powróciła, a oni jednak nie byli napalonymi nastolatkami. Pozwoliła się zanieść do gościnnego i pocałowała Johanna na dobranoc, i tyle było tego dnia dla niej. Zasnęła szybko ukołysana całodziennym łażeniem, winem, obiadokolacją i powidokami chwil ledwie co minionych.

Obudziła się z lekkim kacem. Znała się z nim raczej dobrze i wiedziała, że za góra godzinę nie będzie po nim śladu. Czasami odbijał się czkawką wyrzutów sumienia, ale tym razem się ich nie spodziewała. Uśmiechnęła się i przeciągnęła, aż jej w kościach strzyknęło. - Starość – westchnęła i roześmiała się. Koleżanki mówiły, że przesadza, że młoda jest… Dla nich była! Dla nich miała te dwadzieścia lat z haczykiem. Gdzież temu było do jej prawdziwego wieku? - I jakie to ma dzisiaj znaczenie? – zapytała sama siebie na głos. – Żadne – odpowiedziała. Nie mogła zdecydować czy się wyspała, czy nie. Ciepły półmrok zachęcał do powtórnego zagrzebania się w pościeli, ale jasne światło tuż pod krawędzią rolety sugerowało, że dzień się już zaczął i może należałoby się jednak ruszyć z łóżka. Niekoniecznie gdzieś daleko. Na przykład tylko sprawdzić, czy Johann jeszcze śpi. Jeśli będzie, to ona z czystym sumieniem sama też zaśnie. Jeśli nie będzie, to cóż. Spodobał się jej ten plan. Wychynęła na korytarz. Pokój Johanna, pokój Ludowita, graciarnia – zamknięte drzwi budziły w niej dziecięcą ciekawość, może zatem jeszcze nie była taka stara? Uśmiechnęła się. Nigdy pokoju Ludowita nie widziała. Ani tu, ani jak jeszcze mieszkał w Budziszynie lub Chociebużu. Nigdy w ogóle w Chociebużu nie była. Nie miała nawet pewności, co do powodów tego, że zamieszkał z Johannem. Nie pytała o to, albo już zapomniała, jak brzmiała odpowiedź. Może zresztą odpowiadał Ludowit i zagubiła się w jego dygresjach. Może odpowiadał Johann i też do końca historii nie doszedł, bo zeszedł na inny temat. Jemu również się to zdarzało. Teraz drewniane drzwi z żółtą szybą kusiły, żeby tylko zajrzeć. Rzucić okiem czy panuje tam porządek, czy bałagan podobny do tego w Ludowitowych myślach. Poranna cisza ośmielała. Nikt się przecież nie dowie – szeptała. Michaela wsłuchała się w nią i wtedy dopiero wychwyciła coś jeszcze. Muzykę dochodzącą z graciarni. Saint-Saëns. Ciekawość zmieniła swój obiekt zainteresowania równie szybko, co ulotniła się odwaga. Zapukała i zajrzała do środka. Gospodarz leżał na kanapie z książką.
- Dzień dobry.
- O! – Spojrzał na nią ponad lekturą. – Jak się spało?
- Krótkawo jakoś. Przyłożyłam głowę do poduszki i już było rano – odpowiedziała zgodnie z prawdą i usadowiła się obok niego. Zerknęła na tytuł książki, ale z niczym nie mogła go skojarzyć. – Która jest godzina?
- Koło dziewiątej.
- Jeju. Jasiu – powiedziała przesadnie poważnym tonem. – Ja myślałam, że z nas dwojga, to ty tutaj jesteś zdechlakiem porannym i powinieneś spać do południa, a tymczasem ty już na nogach. Będę miała wyrzuty sumienia. - Czynniki zewnętrzne – roześmiał się i wskazał jej okno.
Spojrzała w nie. Okno jak okno. Dłuższą chwilę zajęło jej dojście do tego, co konkretnie miał na myśli. Filtrowany białą firanką dzień wlewał się do pokoju i…
- Słoneczko! A tyle dobrego się czasami słyszy o niemieckich prognozach pogody – zaśmiała się. - Na szczęście, czasami się mylimy. Zresztą nie dam sobie ręki uciąć, że to się długo utrzyma - - Nie kracz pan, panie Wärzner! – przerwała mu. – Ja lecę pod prysznic i jedziemy załatwić ten kufelek. Wiem, co chcę na nim mieć. Ludowit będzie kiedy?
Johann wzruszył bezradnie ramionami.
- Nie udało mi się do niego dodzwonić – wyjaśnił.
Westchnęła. Wolałaby wiedzieć ile ma jeszcze czasu.
- To ja tym bardziej zmykam do łazienki.
- Jakaś kawa, śniadanie?
- To ceduję na ciebie. Przygotowuj strategię pod ten mój syndrom sztokholmski, chyba że jednak pogodziłeś się ze swym marnym losem? Mam nadzieję, że nie. Przykro by mi było. Bardzo.
Gdy przekraczała próg kuchni już czuła się kupiona. Tym razem nie na słodko, bo jajeczniczką. Prawdziwy męski standard. Tutaj w dodatku wyćwiczony przez naprawdę wiele lat. Do niej dostała soczek. Ku jej zdumieniu Johann też go pił, a już przywykła do niego i kawy jako nierozłącznej pary. W zaledwie dwa dni. – Aż sama była zdziwiona. No może nie dwa – poprawiła się w myślach po chwili. – Po prostu teraz bardziej zwróciłam na to uwagę.
- Tak? - Hym? - Uśmiechnęłaś się tak, jakbyś chciała coś powiedzieć.
- Nic a nic – zarzekła się. – Dzisiaj znów rowerujemy?
- Raczej nie. Chyba, że skłonna jesteś jeździć na moim lub Ludowita rowerze, ale mogą być trochę za duże. Koleżanka potrzebuje swojego. - Ludowit na rowerze. W tłumie. Wiem, przesadzam pewnikiem, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mógłby się tak zamyślić, że w kogoś by wjechał. Jestem złą siostrą, ale chyba nawet nie zamierzam tego specjalnie zmieniać. - Możemy pojechać autem, albo komunikacja miejską – dokończył poprzednią myśl, jakby zupełnie nie zwrócił uwagi na to, co powiedziała Michaela.

Padło na auto.