- Nie jestem pewien, czy to moja przyszłość, bo na moje ucho to oni bardziej z północy, ale wezmę to na siebie. - Nie wnikam. Nie rozeznaję się i pewnie nigdy nie zacznę. Nawet nie będę próbowała. Ja chcę tylko wyjść stąd w jednym kawałku. I zwolnij nieco, bo ja mam za krótkie nóżki na twoje tempo – poskarżyła się.
- Maleństwo…
- Co mówiłeś? - Nic.
- Już ci wierzę – mruknęła. – Coś powiedziałeś, ale ja nie zrozumiałam, bo zrobiłeś to cicho. Tu natomiast jest głośno, a mój niemiecki jest, jaki jest. Bo ci po słowacku zacznę mówić.
Johann wzruszył ramionami, a raczej ramieniem, bo drugie nadal tkwiło w uścisku Michaeli. - Można wiedzieć, co takiego będziesz chciała na tym kuflu? Spojrzała na niego i westchnęła teatralnie. Nie skomentowała tak niedelikatnej zmiany tematu. Ostatecznie mogła się pogodzić z tym, że się nigdy nie dowie, jak nazwał ją tam w tunelu pod peronami. Była pewna, że mówił o niej. Inaczej, po co by się z tym tajniaczył? Faceci są niczym książki – pomyślała. - Taki jeden dowcip sprzed jakiś dwudziestu lat. Jeszcze czechosłowacki. Mam nadzieję, że haczki w nim nie będą problemem. - Haczki? - Haczki – powtórzyła. – Takie haczyki nad literkami. Na pewno je widziałeś, bo są zarówno w słowackim, jak i w czeskim, a czeskiego tu w Dreźnie całkiem sporo. Zresztą dowcip będzie po czesku, ale chyba ci go nie opowiem, bo i tak nie zrozumiesz – wyjaśniła i znowu zerknęła na niego. - Uważaj na krawężnik. Parsknęła śmiechem. - Czyżbym męską dumę uraziła? To dowcip polityczny. To, czy zrozumiesz go w pełni zależy od tego, na ile orientujesz się w politykach moich i Joszki sprzed kilku dekad. - Nie orientuję się – przyznał bez żalu. – A moja duma ma się dobrze. Po prostu mi się skojarzyło, jak raz tu Saskia w podobnej sytuacji omal się nie wywróciła.
- Znowu mówisz o kimś, kogo nie znam – stwierdziła zadbawszy o urażoną nutę w swoim głosie. - Czy mam być zazdrosna? - Saskia, to taka doszywana siostra dla mnie, więc raczej nie. Chociaż w tych naszych rodzinach, to nigdy nic nie wiadomo. A z tym dowcipem, to zaryzykuję.
- Rozumiem. A żart jest taki. Premier Czech - Pithart, premier Słowacji - Čarnogursky i premier Czechosłowacji - Čalfa przechodzą w poprzek zamarzniętej rzeki. Nagle lód pęka, kto jest uratowany? – zapytała.
- Hym?
- Czechosłowacja – roześmiała się. - Polityczne, faktycznie – przyznał. - Skojarzenia czechosłowackie będzie miał Joszka na pewno.
- Wolałabym same słowackie, ale jakoś nic takiego nie przyszło mi do głowy. Zatem będzie tak bardziej refleksyjnie. Sama się pewnikiem nigdy nie przekonam, jak on to zinterpretuje, ale jakby co, Jasiu, to wiesz…
Tyrpnęła go lekko w bok.
- Nie wiem – odparł bardzo szybko. - Wiesz – powiedziała z przekonaniem. – Daleko jeszcze?
- Wyskakuj, ja jeszcze do sklepu podjadę.
- Beze mnie? Spojrzała na niego podejrzliwie. Nie było jej jakoś specjalnie spieszno do domu, bo kuflowe formalności załatwili nad podziw szybko i miała wrażenie, że ledwie wyszli, a już wrócili. Pogoda zachęcała nawet do jakiegoś spacerku. - Bez ciebie – przytaknął. Zatrzymał Trampolo przy krawężniku i włączył awaryjne. - Ciebie zostawię w ciekawszym towarzystwie.
- Mi tam twoje odpowiada – zapewniła. - Miałem na myśli ciekawsze niż półki w spożywczym – sprostował. Na twarzy odmalowało mu się rozbawienie lekko zabarwione niedowierzaniem albo zwątpieniem. Nie umiała zdecydować, a napatrzyć się nie dał. - Wyskakuj, a ja zaraz do was dojadę.
- Was?
Wskazał podjazd koło własnego domu. Zaraz za bramą stała szara Jetta. - Ludowit – powiedziała nieco do siebie. Nie była pewna, czy jest zadowolona z tego, że jej brat już wrócił do domu. Trochę liczyła na to, że nie nastąpi to przed wieczorem. Oczywiście starała się nie dać tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się i szybko wysiadła. – Nie zapomnij mu tego wina odkupić – roześmiała się i pobiegła ku furtce.
Drzwi do domu były niezakluczone. W salonie telewizor gadał sam do siebie – zajrzała i nikogo innego tam nie znalazła. W kuchni na stole stał kubek z parującą herbatą, ale po Ludowicie też nie było śladu. Jakby się pod ziemię zapadł.
- Ludek! – zawołała. Telewizor zagadał nie na temat. – Ludowit! - Misia? - Wołany pojawił się w drzwiach do składziko-spiżarni. – Co ty tu robisz? – zdziwił się szczerze. - Przyjechałam po prezent dla Josefa – odpowiedziała. – I tak w ogóle w odwiedziny. Co tam u ciebie? – zapytała zanim zdążyła się ugryźć w język. Zadziałał odruch wyrobiony w czasie spotkań ze zwykłymi znajomymi. Brawo Michaelo, co może być u kogoś, kto mimo wszystko stara się o jakąś niepodległość od wieków z wiadomym skutkiem?
- W porządku – odparł Ludowit. – Chcesz herbaty z konfiturą? O ile znajdę tę konfiturę, bo jak nie znajdę to będzie bez niej. – Znowu zniknął za uchylonymi drzwiami. – Szykujemy się do małego festiwalu w Chociebużu i trochę jeżdżę między nim, Budziszynem a Dreznem. Dobrze, że Trabant jest już na chodzie, bo na jednym aucie byłoby trudniej, to wszystko zorganizować, a tak jest dobrze, bo Hans chętnie Trabantem jeździ i mogę pożyczać drugie… Może wpadniesz na początku października do Chociebuża?
- Może –
- Będzie mi miło. O ile pogoda dopisze, to będzie naprawdę fajnie. Już namówiłem Maxa i Heinricha. Może nawet Albrecht się ruszy z Poczdamu, ale z nim to nigdy nie wiadomo, czy mu się nie odechce. Kto ją postawił na tej półce? Pewnikiem ja. Nieważne. Może jeszcze kogoś namówię.
Usiadła przy stole i słuchała tego potoku słów. Nawet nie próbowała dodać czegoś od siebie. Nie miała pojęcia, o kim on mówi. Czy to są jacyś zwykli ludzie, czy nie. Łatwiej jej było z Ludowitem rozmawiać, gdy tematem była przeszłość. Był kopalnią ciekawych historyjek i lubiła je z niego wydobywać, ale Ludowit i współczesność już mniej jej podchodzili. I naprawdę nie obraziłaby się, gdyby mu się powrót do Drezna opóźnił o dzień lub dwa. Bo widzisz, braciszku, ja tu przyjechałam pod pretekstem szukania prezentu, ale tak naprawdę, to mi się ostatnio straszliwie nudzi i samotno mi, bo znajome powychodziły za mąż lub znalazły gachów tymczasowych i w ogóle, więc postanowiłam sobie zafundować mały anty-depresyjny romansik z twoim współlokatorem, więc mógłbyś wrócić, do swojego Chociebuża, Budziszyna, czy gdzie tam cię jeszcze mogą potrzebować? – powiedziała sobie w myślach i aż się jej wyć chciało od stężenia brutalnej szczerości w tym zdaniu. Ludowit opowiadał o jakimś festynie. Trzasnęły drzwi wejściowe. Na chwilę poczuła się wykluczona z rozmowy. Nie nadążała z kojarzeniem różnych wydarzeń, ludzi i miejsc. Piła swoją herbatę i oddała się prostej obserwacji. Bez dwóch zdań Johann i Ludowit byli do siebie podobni. Pewnie nie raz ich brano za rodzinę, ale jeśli nie dać się zwieść pierwszemu wrażeniu, to całe podobieństwo opierało się na włosach i podobnej posturze. Może trochę rysach twarzy, ale tylko trochę. Jakby im tu jeszcze dostawić Josefa – rozważała w myślach, a oni tak byli zajęci rozmową, że nie zwrócili uwagi na jej badawcze spojrzenie. – Może nie rodzeństwo, ale jakiś więzów krwi ktoś mógłby się zacząć dopatrywać. Do zapamiętania: unikać tego – pomyślała. - Jeszcze mi kto będzie próbował wmówić jakiś kompleks, że się oglądam za podobnymi do starszych braci. Skrzywiła się, ale i to przeszło niezauważone.
Przypadek – wyjaśniła sobie. – Wszak nie tylko za takimi się oglądam. Przyjrzała się Ludowitowi. Siedział po drugiej stronie stołu i coś opisywał. Łapała pojedyncze słówka z tej niemiecko-górnołóżyckojęzycznej rzeki. Chyba chodziło o ten festiwal, ale pewna nie była. Johann jednak wyglądał na zainteresowanego. Stał oparty o kuchenną ladę, w ręce miał kubek z kawą i słuchał.
Kawusia – roześmiała się w myślach. - Świat wrócił do normy. Tylko teraz Ludek taki nie Ludkowy. Taki niezagubiony, chociaż dygresja pewnie nadal goni dygresję. Może podrzucę Joszce i Felkowi informacje o tym festiwalu? Że łużycki to ich pewnie nie ruszy, ale zawsze okazja do wycieczki, napicia się piwa i zabawy, więc a nuż dadzą się namówić? Ludowit by się ucieszył. Chyba – zwątpiła. – Chyba by się ucieszył. Tak mi się wydaje, bo –
Głos Ludowita ucichł. Skupiona na własnych myślach zauważyła to dopiero po chwili. Zamrugała i spojrzała na gospodarzy pytająco. - Odpłynęłaś – stwierdził Johann i roześmiał się. Ludowit też. Nie chciała wiedzieć, jak głupią musiała mieć minę, że tak ich to rozbawiło.
- Troszeczkę, a o co chodzi?
- Zbieram się – oznajmił Ludowit. – Przyjechałem tylko po czyste ubrania i wracam. Zachorował jeden z organizatorów i wziąłem na siebie cześć jego pracy, i muszę tam teraz być, choć nie planowałem. Trzeba to i tamto pozawozić w różne miejsca. No i ładowarki do komórki zapomniałem też.
Roześmiała się.
- Mam nadzieję, że nic innego mi się nie przypomni ledwie wyjadę na autostradę -
- Mi się przypomniało – przerwał mu Johann. – Że Friedrich dzwonił na stacjonarny tutaj, bo się do ciebie na komórkę nie mógł dodzwonić. Teraz już wiem, dlaczego. Oddzwoń do niego. - A. Yhym, oddzwonię. - Nawigację masz naładowaną?
- Mam wpiętą w gniazdko w aucie. Poza tym do Chociebuża trafię bez niej.
Michaela przygryzła wargę, aby się nie roześmiać. Mina Johanna sugerowała, że ma jakieś „ale" odnośnie tego trafiania. Była ciekawa, co to za „ale", jednak pozostało to milczeniem. Pięć minut chaotycznych pożegnań później została w kuchni sama. Z okna widziała Ludowita wsiadającego do auta. Po chwili Jetta znikła, a na jej miejscu pojawiło się słoneczne Trampolo, wcześniej zaparkowane na chodniku. - Fajny dzień. Jak w kalejdoskopie – powiedziała na głos. Przeciągnęła się i utkwiła wzrok w wejściu. Odezwała się ledwie pojawił się w nim Johann. – I co poczniemy z takim miłym popołudniem? Wzruszył bezradnie ramionami. - No gospodarzu – zachęciła. Wstała od stołu i oparła się o ladę tam, gdzie jeszcze nie tak dawno on sam stał. – Wiemy kiedy Ludowit znów wróci?
Zaprzeczył ruchem głowy. Podsiadł ją na krześle i wydal z siebie pomruk sugerujący bardzo skomplikowane procesy myślowe. Zmarszczył brwi i zapatrzył się na wiszący nad lodówką landszafcik. - A ty kiedy dokładnie masz pociąg powrotny? – zapytał.
- Nie mam – odparła pogodnie. – W sumie mogłam dzisiaj bilet kupić, ale… - przeciągnęła ostatnią samogłoskę i nie dodała już nic więcej. - Tak? – Podjął zabawę.
- Jasiu… - Podeszła do niego, wsparła się dłońmi o stół i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się. - Tak? - A tobie nie chciałoby się może Rodericha odwiedzić?
- Wiedeń…?
- Jest ładny o tej porze roku – zachęciła.
- I czasami człowiek zagapia się na autostradzie i dojeżdża trochę dalej niż planował, tak?
- Czytasz mi w myślach – roześmiała się i usiadła mu na kolanach. – Czasami nawet nawigacja się tak gubi i prowadzi licho wie gdzie.
- Podejrzewasz, że moja mogłaby – - Moglibyśmy to sprawdzić. Nie dziś, czy jutro, ale może pojutrze. Jak już kufelek będzie. Pomyśl, że mogłaby mi gdzieś torba upaść tak niefortunnie, że by się stłukł – dodała z emfazą. Johann skapitulował. I tak od samego początku tej rozmowy zamierzał to zrobić. Wiedeń. Cóż, może faktycznie do niego wpadnie w drodze powrotnej. Po tym, jak mu się uprzednio omskną zjazdy na autostradzie i dojedzie do Bratysławy.
Josef patrzył na rozpakowaną paczkę, którą chwilę wcześniej odebrał od kuriera. Była od Michaeli – to wyczytał łatwo, na papierze, jakim owinięto pudełko. Rozpoznał też jej charakter pisma na włożonej do środka kartce z życzeniami. Kufel był już niespodzianką. Postawił go na stole i przyglądał mu się z rozbawieniem. A to go zaszła, wredota jedna. - Český premiér Pithart, slovenský premiér Černogurský a federálnípremiér Čalfa jdou přes zamrzlou řeku, když tu náhle se prolomí led. Kdo bude zachráněn? Československo – przeczytał na głos. Pamiętał ten żart. Budził wspomnienia. Trochę dobrych, trochę gorszych, a wszystkie sprowadzały się do Czechosłowacji. - Tak, Misiu – roześmiał się nieco zrezygnowany. – Pamiętam. Wziął kufel w ręce i obejrzał dokładnie. Do napisu się ktoś przyłożył. Ładnie go rozplanował. „Československo" miało trochę większe litery niż cała reszta. Szkoda było mu postawić go gdzieś w głębi półki i był pewien, że na to właśnie liczyła jego siostra. Nie schowa go głęboko i będzie patrzył na niego wiele razy. A wtedy będzie mu się kojarzyło. Spojrzał na niego pod światło i coś rzuciło mu się w oczy. Mała sygnatura producenta samego naczynia. Zmarszczył brwi. Z pamięci wypłynęło mu gadanie Gilberta sprzed dwóch tygodni. Szkło było niemieckie. Gilbert był pewien, że widział Michaelę w Dreźnie. Nie wspominała, że tam jedzie, ale może pojechała. Po kufel? Takie coś mogła załatwić nie ruszając się z domu przez Internet i to w Bratysławie. Zresztą mogła robić, co chciała… Spojrzał na komórkę. Zadzwonić? Zapytać niezobowiązująco…
- Jeszcze czego! – przerwał własnym myślom. – I usłyszę, że niby znowu próbuję ją kontrolować. Napisał tylko smsa z podziękowaniami, a kufel wprowadził do służby czynnej. Na stanie za szybką jeszcze będzie miał czas. Przepłukał go i nalał do niego piwa. Usiadł w wygodnym fotelu i wrócił do przerwanej przez kuriera lektury. I tylko gadanie Gilberta ciągle dzwoniło mu między uszami i nie pozwalało się skupić ani na książce, ani na muzyce. - I tak się kiedyś dowiem – uciszył własną ciekawość. Z głośników wieży popłynęła kolejna piosenka. Jęknął pod naporem skojarzeń, ale nie chciało mu się sięgać po pilota i jej przełączyć.
"I loved you for a long, long time I know this love is real It don't matter how it all went wrong That don't change the way I feel And I can't believe that time's…"
Drezno – Wrocław – Paryż 2010/2011
-
Sprostowania: Nie wiem, czemu Jetta, tak o.
Haczki to termin czeski, wiem o tym. Po polsku czy słowacku nazywa się to inaczej.
