Rozdział 1.2

Harry powoli otworzył oczy. Czuł się jak w niebie. Miękkość otaczała go ze wszystkich stron. Było mu tak dobrze. Do chwili, gdy zdecydował się poruszyć i błyskawica bólu przeszyła jego bok. Jęknął przeciągle, przewracając się na drugą stronę, trzymając za centrum swojego cierpienia. Wspomnienia z poprzedniego dnia natychmiast wróciły z pełną mocą. Zadrżał, kuląc się jeszcze bardziej. Natychmiast też uniósł lekko głowę, rozglądając się dookoła. Leżał w ogromnym łóżku, które spokojnie pomieściłoby stado takich jak on. A to było tylko łóżko. Przestrzeń pokoju początkowo przestraszyła go, ale tylko w pierwszej chwili.. Trzymając się za bolący bok, wstał powoli, zauważając, że jest w samej bieliźnie. Nie przejął się tym zbytnio, jako że ciepłe promienie słońca wpadały przez otwarte na całą szerokość drzwi balkonowe. Przyjrzał się uważniej komnacie. Widok ogromnego lustra nad kominkiem sprawił, że chłopak podskoczył z przestrachem, choć tak naprawdę to mały chłopiec, który odbił się w szklanej tafli, spowodował taką reakcję. Potargany, chudy, z wielkimi zielonymi oczami skrywającymi się za brzydkimi, czarnymi oprawkami okularów. Spróbował przegarnąć trochę fryzurę, ale kosmyki jego włosów w efekcie zaczęły tylko odstawać jeszcze bardziej. Harry westchnął i wzruszając ramionami, ruszył na dalszy rekonesans. Starał się niczego nie dotykać, by niepotrzebnie nie zdenerwować gospodarza. Poza tym wszystko wydawało mu się bardzo drogie i nie chciał niczego zniszczyć. Najbardziej zafascynował go widok, jaki rozpościerał się z balkonu. Był na pierwszym piętrze, a u stóp miał cały pas kwiatów w najprzeróżniejszych barwach i odmianach. Gdy poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę, zareagował tylko odwróceniem głowy. Czyżby już zaczął się przyzwyczajać, że każdy może do niego niespodziewanie podejść?

Stał za nim jakiś nieznany, starszy mężczyzna w białej szacie i, według niego, dziwnie splecionych włosach. Uśmiechnął się ciepło i pociągnął go delikatnie do środka. Gdy tylko dorosły pstryknął palcami, na stoliku w mgnieniu oka pojawiły się różne potrawy. Harry zmarszczył zaniepokojony brwi, stając w miejscu. Co tu się działo? Posiłek nie powinien pojawiać się ot tak.

— [i]Nie bój się. To normalne w tym domu. Jako czarodziej powinieneś być do tego przyzwyczajony[/i] — Usłyszał czyjś głos w swojej głowie, a mężczyzna u jego boku tylko mrugnął do niego porozumiewawczo. — [i]No, śmiało. Jedz, zanim wystygnie i skrzaty będą złe za zmarnowanie ich pracy. Po posiłku zmienimy opatrunki i zerknę na twoje uszy. Może da się coś z tym zrobić.[/i]

Harry cofnął się zdumiony. Może jeszcze śpi? Czarodziej? To na pewno jest sen. Miły, przyjemny sen. Gdy się obudzi, nadal będzie w komórce. Nie będzie czuł tego smakowitego zapachu smażonych kiełbasek ani świeżo zaparzonej herbaty. Bok przestanie mu dokuczać.

Chwilę!

Podczas snu nie powinno się czuć bólu. Więc to nie jest nocna mara.

Podczas gdy Harry zastanawiał się, co się wokół niego dzieje, ten dziwny mężczyzna usiadł przy stole i poczęstował się kilkoma potrawami, nakładając sobie sporą porcję na talerz. Chłopiec nie wiedział, co ma robić. Był głodny, ale nigdy nie było mu wolno usiąść przy stole, gdy ktoś przy nim jadł. Nauczono go czekać na swoją kolej. Zawahał się i przystanął.

Czuł, jak nogi drżą mu ze zmęczenia po przeżyciach poprzedniego dnia. Gospodarz przyglądał mu się przez chwilę. W końcu zmarszczył brwi, niezadowolony z takiego zachowania swojego gościa. Wstał, odsuwając głośno krzesło. Chłopiec nie zareagował na ten nagły ruch, zapatrzony w swoje stopy. Został delikatnie popchnięty w stronę krzesła z wyraźnym nakazem zajęcia go. Tak więc zrobił i gdy tylko usiadł, jego talerz zapełnił się jedzeniem. Jego gospodarz nic nie mówił, ani w myślach, ani tym bardziej w normalny sposób. Zachowanie dziecka nie było naturalne, nawet biorąc pod uwagę ostatnią przygodę z wilkołakiem. Mistrz Artur zaczął mieć swoje podejrzenia. I znał sposób, by je potwierdzić. Delikatnie, tak jak za pierwszym razem, musnął swoją świadomością umysł rannego dziecka. Z każdym wspomnieniem bruzda pomiędzy brwiami starca pogłębiała się coraz bardziej. Opuścił niepostrzeżenie wspomnienia i umysł dziecka. Dopiero wtedy zauważył utkwione w sobie zielone oczy i pojedynczą łzę spływającą po policzku chłopca. Sapnął zszokowany. Mały jednak wyczuł ingerencję. Ostrożnie, ale bardzo przerażonym ruchem, odłożył sztućce i wstał od stołu. Chłopiec przesunął krzesło i kryjąc się za jego oparciem, powiedział cichutko:

— Nie wiem, co pan zrobił, ale bolało. O tutaj. — Dotknął swojej piersi.

Odwrócił się od dorosłego i odszedł na drugi koniec komnaty, po czym usiadł w kącie, w fotelu koło małego stoliczka, z lękiem obserwując gospodarza.

Mistrz poczuł się dziwnie. Jak dotąd nikt nie zauważył jego „wejść", a tu małe dziecko robi coś takiego.

W tym momencie drzwi uchyliły się nieznacznie i do pokoju wszedł Severus. Od razu zauważył niepokojące zachowanie dwójki.

— Co załatwiłeś, Severusie? — spytał Artur, wstając od stołu i jednym ruchem różdżki odsyłając większość posiłku.

Pozostawił jednak herbatę i ciastka, gdyby mały zdecydował się jednak jeszcze coś zjeść. Młody uczeń, lekko zdziwiony tak krótkim pytaniem bez zwyczajowej dłuższej przemowy, uniósł brwi.

— Co tu się stało, mistrzu? — zapytał, przypatrując się chłopcu.

Ten siedział sztywno wyprostowany z dłońmi ściśniętymi w pięści i położonymi na kolanach.

— Chciałbym najpierw dowiedzieć się, co udało ci się załatwić. Czy jego opiekunowie pozwolą nam na dostęp do niego? Po dostarczeniu im eliksiru musieliby być idiotami, żeby się nie zgodzić. Nie wyrazili zgody, prawda? Chcą mieć święty spokój? I najlepiej nie widzieć chłopca na oczy. Jego wspomnienia bardzo wyraźnie pokazują, jak traktowali go w domu. Wiem, że się nie zgubił. Oni go porzucili. Z premedytacją. — Dla niewtajemniczonego ten długi monolog mógłby wydać się odrobinę chaotyczny, ale nie dla Severusa.

— Twierdzą, że nie mają zamiaru utrzymywać kaleki, a teraz to już w ogóle nie chcą mieć z nim do czynienia. „Dziwoląg" to jedno z łagodniejszych określeń, jakie na jego temat usłyszałem. Zrzekli się wszelkich praw do niego. Albus Dumbledore na razie zostawił go pod naszą opieką, twierdząc, że tu będzie miał najlepiej.

Młody mężczyzna spokojnie przekazał informację, choć w duchu był wściekły. Nie wiedział jeszcze tylko na kogo. On, zagorzały wróg Jamesa Pottera, miał teraz zajmować się jego bachorem? Gdy przekazywał wstępne wiadomości Albusowi, nawet nie podejrzewał takiego obrotu sprawy. Jednak potem, gdy został skierowany na Privet Drive, miał przez chwilę mieszane uczucia.

Mieszkańcy spod czwórki okazali się oschłym małżeństwem z rozpieszczonym gówniarzem, wchodzącym wszystkim na głowę. Zbeształ go za obłapianie i domaganie się prezentu w tak okrutny i złośliwy sposób, na jaki tylko mógł się zdobyć. Potem zwrócił się do obserwującego go podejrzliwie, zszokowanego mężczyzny. Ten patrzył, jak jego syn potulnie wraca na piętro, nie tupiąc po schodach, by skryć się w swoim pokoju.

— Przybyłem w sprawie Harry'ego Pottera.

Zauważył nagłe spięcie u dwójki dorosłych. Teraz czekał, co powiedzą.

— Ten wasz dziwoląg i darmozjad uciekł. Pewnie zamarzyły mu się wycieczki — rzucił szybko Vernon.

— Znalazłem go, jest bezpieczny. Niestety ukąsił go wilkołak i raz w miesiącu będzie trzeba go odseparowywać.

I tu rozpoczęła się litania. Sporej części Severus nie zrozumiał. Jakieś wydatki na leczenie. Ciągłe kłopoty z chłopcem, jego wybryki oraz koszta z tym związane. Zdecydował się w końcu załatwić tę sprawę szybko.

— [i]Legilimens[/i] — szepnął i wkroczył swoimi myślami w umysł opiekuna Harry'ego.

Zaraz potem opuścił go z obrzydzeniem widocznym na twarzy. Nie krępując się obecnością mugoli, rzucił zaklęcie przywołujące. Jakie było jego zadziwienie, gdy z małej komórki pod schodami wyleciał stary, czerwono złoty kocyk niemowlęcy. Kolory można już było z trudem rozróżnić pod brudem i śladami zużycia.

— Mogę wiedzieć, co to jest? — Uniósł w ich stronę zdobycz. — I gdzie są rzeczy Pottera? Otrzymywaliście wystarczająco pieniędzy, by utrzymać dziecko. Nie mówcie, że już się wszystkiego pozbyliście, bo i tak wam nie uwierzę. Widziałem, jak go traktowaliście.

Blada Petunia skryła się za mężem. Vernon w przeciwieństwie do żony był czerwony z gniewu.

— Nie chcemy go tutaj. Tym bardziej teraz. Zrzekamy się do niego wszelkich praw. Jeśli chcecie, podpiszę odpowiednie dokumenty. Trudno było wytrzymać z dziwolągiem, tym bardziej nie mam zamiaru mieszkać pod jednym dachem z dziwadłem-potworem. Jeszcze w nocy by nas pozagryzał.

— Jakaż by to była ulga dla świata — rzucił Severus, podchodząc do drzwi. — Jutro zgłosi się do państwa prawnik. — Już miał wyjść, gdy zdecydował się jeszcze coś dodać: — I proszę się przygotować na dokładny wykaz, na co wydali państwo pieniądze Harry'ego Pottera.

Trzasnął drzwiami tak donośnie, że aż alarmy w pobliskich samochodach aktywowały się, wyjąc w ciszy wieczoru.

Teraz, stojąc w komnacie chłopca, Severus Snape myślał nad tym, co się stało. Może i był wściekły na Jamesa Pottera, ale takiego losu nie życzył żadnemu dziecku. Nie było przecież niczemu winne.

— Dlaczego on tam siedzi, mistrzu? Wystraszył się? — odezwał się, przypominając sobie swoje wcześniejsze pytanie.

— I tak, i nie. Sam dokładnie nie wiem. Chciałem zobaczyć jego wspomnienia. Wiesz, jak jestem delikatny, a on jednak to wyczuł. Chyba mamy tu naturalnego legilimentę, Severusie. Będzie z nim sporo kłopotów. Jeśli moje podejrzenia okażą się prawdziwe, chłopiec w bardzo krótkim czasie nauczy się tego daru. Nawet jeśli tego nie chcemy, musimy nauczyć go, jak nad tym zapanować, żeby przypadkiem nie zrobił komuś krzywdy, zwłaszcza sobie samemu.

Severus zgodził się z mistrzem. Sam był bardzo utalentowany w legilimencji i bardzo dobrze rozumiał jej zasady. Gdyby chłopiec zaczął w zdenerwowaniu lub strachu zaglądać do umysłów pobliskich osób, mógłby narobić przerażających szkód. Zostanie śliniącą się roślinką jakoś nie było w planach Snape'a w najbliższej przyszłości.

— Zostawiam cię z nim. Wytłumacz mu jego sytuację. Jak na sześciolatka wydaje się być bardzo inteligentny, a wiedząc, w jakich żył warunkach, wcale mnie to nie dziwi. Jest jak dzikie zwierzę dostosowujące się do nagłych zmian. Szybko się uczy, by nie zginąć. Zmień opatrunki i zerknij na jego uszy.

Artur zostawił Severusa i wyszedł. Drugi mężczyzna zauważył jakby ulgę na twarzy dziecka po wyjściu mistrza.

Westchnął i przyzwał skrzata, prosząc go o śniadanie dla siebie i, na wszelki wypadek, dla chłopca, bo nie przypuszczał, by po interwencji starszego mężczyzny ten zjadł cokolwiek. Wskazał mu krzesło, sam zajmując drugie.

Harry zrozumiał zaproszenie. Był już tak głodny, że nie dał się dwa razy namawiać. Wstał ostrożnie, nie bardzo ufając swoim nogom. Na krzesło opadł z ulgą. Nie sądził, by utrzymały go jeszcze chwilę.

Tak pysznego śniadania nie jadł jeszcze nigdy w życiu. Jajecznica na boczku zniknęła z jego talerza w zatrważającym tempie. Gdy żołądek zaczął go aż boleć z przepełnienia, mruknął z zadowolenia, całkowicie zapominając o otoczeniu. Ale tylko na krótką chwilę. Spiął się nagle, przypominając sobie, gdzie jest. Severus wykorzystał ten moment nieuwagi na wejście w umysł dziecka.

— [i]Spokojnie, Potter [/i]— zaczął. — [i]Jestem w twoim umyśle, by z tobą porozmawiać. Nie wiem, ile zrozumiesz z tej rozmowy, ale wystarczy, że pomyślisz pytanie, a ja je usłyszę. [/i]

— [i]Jak pan to robi, że nie boli, tak jak wcześniej? [/i]— chłopiec z trudem zadał pytanie.

— [i]Przypuszczam, że mistrz Artur chciał zobaczyć twoją przeszłość i to właśnie wspomnienia cię bolały. My jedynie rozmawiamy. Nie chcę widzieć twoich wspomnień i dlatego nie boli. [/i]

— [i]Kim pan jest? Co to za patyki w waszych rękach? Czym był ten stwór z wczoraj? Gdzie ja w ogóle jestem? [/i]— Jego pytania zalewały umysł Severusa.

— [i]Spokojnie! [/i]— przerwał mu ostro. — [i]Po kolei. Jestem Severus Snape, uczeń mistrza Artura. Chwilowo, żebyś od razu wiedział, jesteśmy twoimi opiekunami. Twoi poprzedni zrzekli się do ciebie praw. Jak zauważyłem, nie powiedzieli ci prawdy ani o tobie, ani o twoich rodzicach. Jesteś czarodziejem... [/i]

— [i]Kim? [/i]

— [i]Nie przerywaj mi! [/i]— Dziecko zadrżało, czując ten lodowaty gniew w każdej komórce swego ciała.

—[i] Przepraszam, proszę pana [/i]— mruknął w umyśle, o ile myśl może mruknąć.

— [i]Możesz tego nie rozumieć, bo jesteś mały, ale jesteś czarodziejem. Niestety od wczoraj także wilkołakiem. [/i]— Severus wyczuł, że dziecko znów chciało o coś zapytać, ale się powstrzymało. — [i]Nie musisz się obawiać. Mistrz wynalazł eliksir powstrzymujący agresywność podczas pełni. W większości będziesz przesypiał pełnię spokojnie.

Czyli nie zrobię nikomu krzywdy? To dobrze.

Głupi bachor. Powinieneś martwić się o siebie. Jesteś głuchym wilkołakiem. Nie masz szans przeżyć na zewnątrz podczas pełni. Inni mogą cię bez problemu zaatakować i zabić.

I co z tego? Przynajmniej nikomu nie zagrożę. [/i]

Ten dzieciak go zaskakiwał. Woli sam zginąć, niż pogryźć innych. Czekaj! Stop! Przecież on ma sześć lat! Nie powinien mieć tak poważnych myśli. To nadal dziecko.

— [i]Czyli te patyki [/i]— Harry zmienił nagle temat — [i]to naprawdę różdżki? [/i]

—[i] Tak. Gdy będziesz miał jedenaście lat, kupisz sobie własną i pojedziesz do Hogwartu - szkoły dla czarodziejów. Ale o tym na razie nie myśl, masz jeszcze czas. Na razie zajmiemy się tobą. [/i]

4