NIŻ 1.3
Dworzec King's Cross był przepełniony ludźmi zmierzającymi w różne części wyspy. Każdy się spieszył, nikt nie zwracał uwagi na innych.
Pewien wyrośnięty jedenastolatek szedł za swym drugim opiekunem szybkim i pewnym krokiem. Nie robił na nim wrażenia hałas ogromnego dworca, bo i tak go nie słyszał. Ogłuchł, będąc jeszcze malcem, i zdążył się już do tej niewielkiej ułomności przyzwyczaić. Miał na nią kilka sposobów i prawie już nie zwracał uwagi na to, że nie słyszy. Zerknął na starszego mężczyznę przed sobą. Zachowanie Mistrza Artura nic się nie zmieniło. Nadal potrafił zagadać każdego prawie na śmierć. Harry w tym wypadku miał nad nim przewagę. Gdy znudziło mu się trajkotanie wujko-dziadka, po prostu go blokował. Jego kalectwo dawało mu przynajmniej chwilę spokoju. Czasami żal mu było Severusa, ale opiekun chyba miał na to swój własny sposób.
Chłopak nie mógł już się doczekać wyjazdu. Severus od tygodnia przebywał w szkole, ale jego nie zabrał, twierdząc, że to tradycja, by uczeń przyjeżdżał pociągiem. Westchnął, ale teraz nie żałował. Skoro Severus twierdził, że tak należy, to ma zamiar się dostosować. Przejście na peron 9 i ¾ obyło się bez jakichkolwiek wypadków, choć po drugiej stronie omal nie stratowali rodziny z grupą bardzo rudych dzieci.
Mistrz przelewitował kufer Harry'ego do pustego przedziału przez otwarte okno, najpierw trochę go zmniejszając, by zmieścił się na półce. Sam Harry wsiadł do pociągu i po dotarciu do swego przedziału, wychylił się przez okno.
— [i]Dziękuję, mistrzu. Proszę się zbytnio nie przemęczać.[/i]
— [i]Ty mnie nie pouczaj, bachorze! Dobrze wiem, co mi wolno, a co nie. Wreszcie odpocznę od ciebie i twoich wybryków. A za ogród i tak ci się dostanie. Przekazałem wszystko Severusowi. [/i]— Mistrz pomimo złości uśmiechał się do niego szczerze.
— [i]Hej! To nie była moja wina! To ten... [/i]— bronił się chłopiec.
—[i] Nie interesuje mnie zachowanie twojego gościa. Jesteś gospodarzem Snape Manor i byłeś za wszystko odpowiedzialny. Wiesz, ile dla Severusa znaczy ten ogród.[/i]
Harry posmutniał. Niestety opiekun miał rację. To była jego wina. Dał się wtedy sprowokować i efekty były raczej opłakane.
—[i] Za tobą. Harry [/i]— usłyszał jeszcze i zerwał mentalne połączenie, by się odwrócić.
W drzwiach przedziału stał chłopiec o płomiennorudej czuprynie. Coś do niego mówił. Harry wyciągnął z kieszeni lusterko od Severusa.
[i][b]Ktoś tu siedzi? Wszędzie jest pełno[/i][/b] — głosił napis na szkle.
— Proszę, jestem tu sam. — Uśmiechnął się do chłopaka, wskazując wolne miejsca.
Sam zajął siedzenie przy oknie, machając Arturowi, który wskazał na swoją rękę. W odpowiedzi uśmiechnął się do niego i uniósł kciuk do góry.
Poczuł nagle dotknięcie na ramieniu. To jego współpasażer coś do niego mówił. Uniósł znów lusterko i przeczytał.
[i][b]Co jest z tobą? Mówię do ciebie, a ty nic. Głuchy jesteś czy co?[/i][/b]
— Masz niestety rację. Jestem głuchy. Głuchy jak pień — odparł mu spokojnie.
Chłopak lekko zbladł, zrozumiawszy swoją gafę i zaczął coś mamrotać.
[i][b]Przepraszam, nie chciałem cię obrazić. Nie wiedziałem...[/i][/b]
— Nie przejmuj się tak. Przywykłem. To nic strasznego. A tak przy okazji jestem Harry. — Wyciągnął w jego stronę rękę. — Harry Potter-Snape.
Chłopak na te słowa otworzył szeroko oczy, machinalnie ściskając wyciągniętą dłoń.
— Tak, ten Potter — dodał, widząc jego minę. — I nie , nie jestem animagiem zmieniającym się w wilka. Jestem wilkołakiem i nie wstydzę się tego, wbrew temu, co piszą w „Proroku".
Chłopak znów zaczął szybko mówić i Harry nie nadążał z odczytywaniem jego niezbyt sensownych czasami słów.
— Czekaj! Czekaj! Nie nadążam. Jeśli mi pozwolisz, będę czytał prosto z twoich myśli. Dla nas obu będzie to o wiele łatwiejsze.
Ron kiwnął głową na zgodę i usiadł naprzeciw Harry'ego, gdy ten go o to poprosił.
— Zaczynam. Nie wystrasz się — ostrzegł go. — [i]Witaj, spróbuj na początek się przedstawić. Wystarczy, że o tym pomyślisz.
— Jestem Ronald Weasley, ale wszyscy wołają na mnie Ron.
— Cześć, Ron. Miło cię poznać.
— Naprawdę masz bliznę na czole? I to w kształcie błyskawicy?[/i]
Nie mógł zerwać kontaktu wzrokowego, więc tylko potwierdził w myślach.
— [i]Tak. I po ukąszeniu wilkołaka także, i parę innych też by się znalazło.
— Nie boisz się reakcji innych? Będą cię unikać, gdy dowiedzą się prawdy.
— Ty się mnie nie boisz [/i]— zauważył.
—[i] Nie ma pełni. Gdy ta nastąpi, będę się starać trzymać z daleka, a skoro to nie tajemnica, masz pewnie przygotowane pomieszczenie na te kilka nocy. Mój brat zajmuje się smokami, a one są niebezpieczne cały czas. Teraz nie wydajesz się niebezpieczny. Przynajmniej nie za bardzo.[/i]
Nawet nie zauważyli, jak pociąg ruszył. Po chwili dosiadła się do nich dziewczyna, ale nie słysząc żadnej rozmowy, zatopiła się w jakiejś grubej księdze.
Nagle drzwi przedziału otworzyły się i stanął w nich blondyn o pełnym wyższości wyrazie twarzy. Za jego plecami stało dwóch wysokich drabów.
— Na Merlina, Potter! Nie mogłeś wybrać sobie innego przedziału? Dlaczego Weasley?
Harry szybko rzucił okiem na lusterko. Żaden z chłopców nie był zdziwiony tym ruchem. Jednak dziewczyna przypatrywała mu się z ciekawością.
— Draco, daj spokój. Nie jesteś moim panem, by mi rozkazywać. Będę siedział i rozmawiał z kim chcę. Nawet gdyby to był sam Voldemort, nie masz tu nic do gadania. Spadaj! I lepiej się przygotuj! Nie mam zamiaru sam przyjmować kary za ogród.
Malfoy wkroczył w głąb przedziału, pochylając się nad Harrym i opierając na jego kolanach dłonie.
— [i]Nie byłem tam sam, pamiętasz? [/i]— warknął w myślach.
—[i] Tego nie powiedziałem [/i]— bronił się brunet. — [i]Ale ogród Severusa uległ zniszczeniu i nieważne, kto się do tego przyczynił. Obaj jesteśmy winni i ...
— I co? [/i]— przerwał mu. —[i] Zobaczymy, komu się dostanie.[/i]
Draco odwrócił się od Harry'ego z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Zmierzył dziewczynę krytycznym wzrokiem i opuścił przedział, zamykając głośno drzwi.
— Dupek! — rzucił Ron.
Tego Harry nawet nie musiał odczytywać z lusterka.
— Taki już jest Malfoy. Przyzwyczaiłem się — rzekł, wzruszając ramionami.
Po chwili drzwi przedziału znów się otworzyły i za nimi pojawił się wózek ze smakołykami. Harry wziął trochę, by poczęstować współpasażerów, którzy nic nie kupili. Trochę późno chłopiec zreflektował się, że dosiadła się do nich dziewczyna.
— Przepraszam, że dopiero teraz, ale Malfoy trochę mnie rozproszył. Harry Potter-Snape — przedstawił się i wyciągnął do niej czekoladową żabę.
— Dziękuję, Hermiona Granger. Wiem trochę o tobie. Piszą w...
— Tak, wiem — przerwał jej, odrywając wzrok od lusterka. — Sporo rzeczy to bzdury.
— O co chodzi z tym lusterkiem? Ciągle w niego patrzysz? — zaciekawiła się.
Harry uśmiechnął się, odczytując pytanie.
— Jestem niesłyszący. Ono pomaga mi się porozumiewać. Severus miał załatwić coś innego w szkole, bo nie mogę ciągle gapić się to durne szkło.
Drzwi przedziału znów się otworzyły i do środka zajrzał pulchny chłopak.
— Nie widzieliście może mojej żaby, taka duża, zielona? Uciekła mi.
Gdy trójka jedenastolatków zaprzeczyła, przy czym Harry, z wiadomego powodu, z lekkim opóźnieniem, nieznajomy chłopak ruszył dalej.
— Tu jest ruchliwiej niż w Miodowym Królestwie — zauważył Potter.
— Lepiej się przebierzmy. Niedługo chyba dojedziemy. Na zewnątrz zrobiło się ciemno.
Dziewczyna miała rację. Okna zrobiły się czarne, jakby wjechali do tunelu, a nie tylko z powodu zapadającego mroku.
Po dwudziestu minutach pociąg wjechał na niewielka stację.
— Pierwszoroczni za mną! — Jeszcze nie wysiedli, a już słyszeli bardzo donośny głos rozlegający się na peronie.
Trójka dzieciaków szybko zmierzała w stronę ogromnego, mężczyzny, przy którym poczuli się jak krasnale.
— O, panicz Harry! Miło znów cię widzieć! Mam nadzieję, że w wolnej chwili mnie odwiedzisz? — zawołał w ich stronę wielkolud.
— Dobrze, Hagridzie — odparł Harry po odczytaniu słów mężczyzny ze szklanej tafli.
Ron klepnął go w ramię, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
— Skąd go znasz?
— Byłem tu kilka razy, przeważnie podczas wakacji, gdy Severus musiał coś załatwić dla dyrektora. Zaprzyjaźniłem się z nim.
Reszta rozmowy została przerwana przez Hagrida, który skierował ich w stronę jeziora. Harry wzdrygnął się. Nie przepadał za wodą. Wsiadł jednak do łódki.
Przepłynięcie jeziora odbyło się bez niespodzianek. Harry kurczowo trzymał się boku łódki, ani na sekundę nie przestając spoglądać w taflę wody.
Nikt nie zwracał uwagi na jego zachowanie. Wszyscy zapatrzeni byli w bajeczny zamek, rosnący przed nimi z każdą chwilą.
Młody wilkołak prawie uciekł pędem znad brzegu jeziora, gdy w końcu przybili do małego molo. Uspokoił się dopiero na schodach zamku, gdzie czekała na nich dystyngowana, starsza czarownica. Bez słowa podeszła do Pottera i założyła mu na szyję srebrny łańcuszek z niewielkim, czarnym kamieniem. Chłopak aż się zatoczył od nagłego hałasu, jaki wokół niego wybuchnął. Wszyscy wkoło coś mówili, a on to słyszał.
— Cisza! — nakazała donośnie kobieta. — Panie Potter, czy to działa? — zwróciła się do trochę oszołomionego chłopca.
— Tak, profesor McGonagall. Muszę się tylko przyzwyczaić — odparł chłopak, biorąc głęboki oddech.
— Bardzo dobrze. — Skinęła mu głową i zwróciła się do pozostałych zebranych: — Jak już słyszeliście, nazywam się McGonagall. Jestem zastępcą dyrektora szkoły i mam zaszczyt powitać was w progach tej magicznej uczelni. Zapraszam na Przydział.
Otworzyła ruchem różdżki ogromne drzwi i ruszyła pierwsza. Szybko minęli hol i wkroczyli do sali. Do Wielkiej Sali.
Na Harrym nie robiła już ona takiego wrażenia jak za pierwszym razem, ale inni nie mieli przywileju być tu wcześniej, więc zachwyt był słyszalny w każdym słowie.
Denerwował go ten ciągły hałas. Przyzwyczajony do ciszy, musiał dostosować się do nowych warunków.
Dzisiejszego wieczoru sufit wyglądał jak niebo nocą, a unoszące się trochę niżej płonące świece dodawały mu jeszcze większego magicznego uroku.
Severus siedział sztywno na swoim miejscu przy stole nauczycielskim, ale Harry nie odważył się wykonać w jego stronę żadnego ruchu na powitanie. Już na pierwszy rzut oka rozpoznał, że opiekun jest wściekły. Westchnął i zaczął wsłuchiwać się w mowę Tiary Przydziału, ale bez większego zaangażowania. Szepty ze wszystkich stron napływały do niego nieustającą falą. Miał coraz większą ochotę zdjąć naszyjnik.
Nagle do jego wyczulonych nozdrzy dotarł dziwny zapach. Bardzo drażniący i czosnkowo nieprzyjemny aromat zła, jeśli zło może mieć jakąś woń, oraz zgnilizny. Zaczął się ukradkowo rozglądać, ale na sali było zbyt dużo osób, by mógł dokładnie określić, do kogo ona by pasowała. Dodatkowo poczuł niepokojące kłucie w czole, w miejscu jego sławetnej, dla niego wkurzającej, blizny.
McGonagall zaczęła wyczytywać nazwiska nowych uczniów, wzywając ich do siebie. Ci nakładali stary kapelusz na głowę, a on przydzielał ich według własnego widzimisię do odpowiedniego domu.
— Harry Potter-Snape! — zawołała McGonagall.
Szepty osiągnęły apogeum, doprowadzając Harry'ego do szału. Miał coraz większą chęć zawarczeć na nich wszystkich. Całe szczęście, że pełnia dopiero za dwa tygodnie.
Założył Tiarę.
— [i]Witaj, Harry. Znów się spotykamy.
— Witaj, Tiaro. Tamten raz to była ciekawość. Teraz to chyba nie mam wyboru.
— Nie jestem taka straszna [/i]— zaśmiał się kapelusz.
—[i] Przynajmniej tym razem postaraj się niczego nie wyrzucać na moją głowę. Ten miecz jest naprawdę ciężki [/i]— zauważył.
— [i]Potrzebowałeś go.
— To fakt bezsprzeczny, ale wolę uprzedzić zawczasu. Mam nadzieję, że nikomu nie mówiłaś o tej naszej małej przygodzie?
— Przecież ci obiecałam. A teraz do rzeczy...
— Jeśli wciśniesz mnie do Malfoya, to na miejscu coś ci zrobię [/i]— warknął ostrzegawczo. —[i] Z nim nie da się wytrzymać jednego dnia bez awantury! Nie chcę być z nim na okrągło przez dziesięć miesięcy!
— Jesteś pewien? Twój opiekun...
— To moja decyzja, nie Severusa.[/i]
Tiara zamilkła, jakby się nad czymś głęboko zastanawiając.
— GRYFFINDOR! — krzyknęła głośno.
—[i] Trochę ci to zajęło, ale dzięki.[/i]
Ściągnął Tiarę i podał ją kobiecie. Sala, w szczególności jeden ze stołów, wiwatowała, że zdobyła Pottera. Ruszył w stronę źródła najgłośniejszego krzyku.
Usiadł koło Hermiony, a po chwili dołączył do nich Ron. Po przydzieleniu uczniów wstał dyrektor i zapanowała cisza, na którą Harry aż odetchnął z ulgą.
— Witam wszystkich. Do starszych i nowych roczników: zasady nadal obowiązują. Nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu bez opieki nauczyciela. To chyba jasne? Teraz chciałbym, zanim plotki rozniosą ten wiekowy przybytek, poinformować o wilkołaku przebywającym wśród nas.
— O, jakże delikatnie, dyrektorze — mruknął Harry, gdy zaniepokojenie innych zaczęło go wyraźnie drażnić.
— Proszę o ciszę! — Dumbledore uniósł tylko nieznacznie głos. — Cóż, chyba zbyt ogólnikowo to przedstawiłem. Nic wam nie zrobi.
— Tak, jestem oswojony — znów mruknął Harry, wstając i zwracając się do wpatrzonych w niego kolegów. — Nie mam zamiaru rzucać się nikomu do gardła. Przynajmniej bez wyraźnego powodu. Regularnie zażywam Eliksir Tojadowy. Podczas pełni będę od was odseparowany, więc nie macie się czego bać. Poza tym jest na mnie nałożone zaklęcie kontrolujące. Gdybym z jakiegoś powodu wpadł we wściekłość, ono mnie powstrzyma. Z resztą, możecie się mnie obawiać, nie robi mi to różnicy. Nie jestem jednak potworem i tych, którzy zostaną moimi przyjaciółmi, prawdziwymi przyjaciółmi, będę chronić.
Usiadł i rzucił spojrzenie w stronę Severusa. Ten jednak nie patrzył na niego, lecz na mężczyznę siedzącego tuż obok. Ten okropny zapach znów uderzył go w nos. Czyżby Severus coś podejrzewał? A dokładniej kogoś? Pomasował czoło, gdy ból znów się odezwał krótkim sygnałem.
— Harry? — Ron wytrącił go z rozmyślań. — Jedz!
Nawet nie zauważył, że dyrektor skończył przemawiać i stoły zapełniły się jedzeniem.
— Wiesz, że teraz wszyscy będą cię unikać? — zauważyła Hermiona.
— Już to robią. — Wskazał na przestrzeń, która nagle zrobiła się wokół nich. — Mam to gdzieś. Jeśli nie potrafią przyjąć mnie takiego, jakim jestem, to trudno — sapnął sarkastycznie.
— O, wilczek ma charakterek swego opiekuna — rzucił nagle jakiś wysoki rudzielec, zajmując wolne miejsce tuż przed nimi.
Drugi, najwyraźniej brat bliźniak, usiadł obok.
— To Fred i George. Moi starsi bracia — przedstawił Ron. — Uważaj na nich.
— Słyszałem o waszych wybrykach od Severusa. Nieźle załazicie za skórę — stwierdził Harry wesoło, ale nagle spoważniał i pochylił się w ich stronę. — Jeśli jeszcze raz zrobicie krzywdę mojemu opiekunowi, ja stanę na waszej drodze.
Powiało chłodem. Bliźniacy wpatrywali się w niego, szukając śladu żartu. Gdy przez szmaragdową zieleń przebiło się chwilowo złoto, kiwnęli tylko głowami.
— Okej. To sprawa załatwiona. — Uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic. — I powinniście bardziej przyłożyć się do eliksirów. On was naprawdę chwali.
— Snape? Nas? Chwali? — zdziwili się jednocześnie bracia.
— Powiedzmy, że robicie na nim wrażenie swoją inwencją. Na mistrzu Arturze także — rzekł.
— Na tym mistrzu Arturze? To prawda, że mieszkasz z największym mistrzem eliksirów na świecie? — spytała Hermiona z entuzjazmem.
— Już nie. Odkąd Severus ukończył mistrzostwo, mieszkam w Snape Manor, ale mistrz często nas odwiedza. Myślę, że przypadlibyście sobie do gustu, tym bardziej, że z tego, co o was słyszałem, macie podobne poczucie humoru.
— Czy mogę wiedzieć, na co jeszcze czekacie? — Nad pogrążoną w rozmowie grupie stanęła profesor McGonagall. — Wszyscy już kończą i zbierają się przy wyjściu.
Dopiero teraz zauważyli, że większość uczniów skończyła posiłek i podchodzi do prefektów swoich domów.
— Chodźmy — stwierdziła krótko Hermiona, ciągnąc Rona, który jeszcze próbował schować coś jadalnego do kieszeni.
Harry zauważył, że Fred i George robią podobnie, tyle że pakują zapasy w mniejszej ilości. Czyżby wielki apetyt był u nich rodzinny? Uśmiechnął się do siebie. Z historii Severusa poznał trochę bliźniaków i coś mu się zdawało, że młodszy będzie trochę do nich podobny. Potarł znowu czoło. Ten hałas robił się męczący.
— Możesz go ściągnąć, Potter. Nikt cię nie zmusza do ciągłego noszenia.
Zaraz za plecami Harry'ego zmaterializował się nie kto inny a Severus.
— Dziękuję, chyba tak zrobię, Se... panie profesorze — zmitygował się na koniec.
Zmarszczenie brwi opiekuna mówiło mu, że dobrze zrobił.
— Chcę cię widzieć jutro z samego rana w moim gabinecie. Godzina ósma, Potter. Ustalimy twoją karę.
Chłopiec spuścił smętnie głowę. Przed tym nie ucieknie, ale chociaż dostał odroczenie do jutrzejszego poranka.
— Zrozumiałeś?
— Tak, profesorze. Jutro o ósmej w pana gabinecie — odezwał się szybko, wiedząc, że ten czeka na jego odpowiedź.
— Natychmiast do swojego dormitorium! — nakazał mężczyzna i sam ruszył w kierunku stołu swego Domu, przy którym jeszcze ktoś marudził.
— Coś ty zmalował? Szlaban pierwszego dnia szkoły? — spytał George, popychając go lekko w stronę wyjścia. — Chodźmy, bo jeszcze i nam się dostanie.
— To raczej będzie prywatny szlaban. Nabroiłem jeszcze w domu i on został o tym powiadomiony — tłumaczył się Harry, wspinając się po schodach na siódme piętro.
Po kilkunastu minutach zostali wprowadzeni do pokoju wspólnego Gryffindoru przez portret naprawdę grubej damy i rozdzieleni do dormitoriów. Ron był przydzielony do tego samego co on, co nawet im obu odpowiadało. Inaczej sprawa miała się z pozostałymi trzema współlokatorami Harry'ego. Zaraz po przekroczeniu progu trójka stanęła przed nimi. Choć bardziej prawdziwie brzmiałoby dwójka, bo ostatni stał trochę z boku.
— O co chodzi? — spytał Potter, choć raczej domyślał się tematu rozmowy.
— Powiem wprost — odezwał się pierwszy z chłopaków. — Nie bardzo podoba mi się spanie w jednym pokoju z wilkołakiem. Powiedzmy, że wystawię ci votum zaufania i zobaczymy. Nie chcę sobie robić z ciebie wroga, ale nie chcę też wyjść na idiotę. Stawiam tylko sprawę jasno.
— Rozumiem i nie przeszkadza mi to. Jak już mówiłem, nie jestem potworem. Podczas pełni nie będzie mnie tutaj, a w pozostałe dni jestem całkiem normalny.
— Nie wiem, czy pokonanie Sam-Wiesz-Kogo, gdy jeszcze nosiłeś pieluchę, można nazwać normalnością, ale niech ci będzie. Jestem Seamus, a to Dean Thomas. Tam jest Neville Longbottom. — Wskazał ostatniego.
— Już widzieliśmy się w pociągu. Szukałeś żaby — zauważył Ron, zaczynając się rozpakowywać.
— Tak. Teodory. Znalazłem ją. — Chłopak wyciągnął przed siebie wspomnianego płaza. — Naprawdę nie ugryziesz mnie, jak będę spał? — zwrócił się do Harry'ego.
— Jestem wilkołakiem, nie wampirem, Neville — zaśmiał się Harry i ruszył do swego kufra.
Krzątali się, rozpakowując rzeczy takie jak książki, przybory do eliksirów czy prywatne przedmioty na swoich półkach.
— Normalnie ogolę Malfoya do łysej czaszki. Znów wcisnął mi swoje rzeczy — warknął w pewnym momencie Potter, wyciągając oliwkowo-srebrny sweter i kilka podobnych koszul.
— Jesteś pewien? — zauważył Ron, biorąc jedną i przykładając ją do jego piersi. — Malfoy jest od ciebie o głowę niższy i trochę dziwnie wyglądałby w przydużej koszuli. To wydaje mi się być twój rozmiar.
Harry obejrzał zielony zestaw i przyznał Weasleyowi rację.
— Pewnie Severus maczał w tym palce. Albo mistrz Artur. Idę o zakład, że to on — mruknął i odłożył wszystko do szafy, a kufer wsunął pod łóżko.
Harry zasnął bardzo szybko. Na nim magiczność szkoły nie robiła większego wrażenia. Wychował się w miejscu przepełnionym różnymi jej postaciami i wiele z nich było w nim. Już samo to, że był wilkołakiem, było niezwykłą potęgą. Potęgą, której zwykli ludzie się lękali. Może i wielu dziwiła jego dorosłość, ale po tym, co przeżył przez ostatnie pięć lat, każdy nabyłby pewnych doświadczeń, a już z pewnością nawyków. Nawyków, które kiedyś mogą uratować życie, może jemu, a może komuś innemu.
Śnił. Znów znajdował się w laboratorium mistrza Artura, ale stał jakby z boku. Spojrzał w okno.
Pełnia.
Skulił się, oczekując bólu, ale nic takiego nie nastąpiło. Wyprostował się, gdy usłyszał krzyk. Swój własny krzyk, ale nie dobywający się z jego gardła. Obrócił się od okna i zrozumiał, że to tylko wspomnienie jego pierwszej przemiany.
Wzdrygnął się. Nie chciał na to patrzeć. Całe szczęście sen zmienił się w jakieś zwyczajne senne bzdury. Ktoś go woła, on nie wie skąd, próbuje szukać i budzi się z wyciągniętą przed siebie dłonią.
Zerknął na zegar. W pół do ósmej. Odpowiedni czas, by wstać i przygotować się na rozmowę z Severusem.
Obudził chłopaków, gdy wychodził, by nie zaspali w pierwszy dzień szkoły. Po drodze do kwater Severusa, minął kilkoro Ślizgonów. Nie było to nic miłego, wręcz lodowato chłodny respekt.
Zapukał po dotarciu do gabinetu.
— Wejść!
Nie zapowiadało się wesoło. Głos Severusa był bardziej niż ostry. Wszedł niepewnie, po czym stanął przed biurkiem z opuszczonymi luźno rękoma i czekał. Opiekun miał dziwny zwyczaj ignorowania. Nie wiedział, co chce tym osiągnąć, ale zbyt dobrze znał Severusa, by mu jeszcze bardziej podpaść.
Po dobrych pięciu lub więcej minutach nauczyciel uniósł głowę znad jakichś dokumentów i jeszcze chwilę taksował go spojrzeniem głodnej hydry.
— Dlaczego znów dałeś się sprowokować Draco?
— Nie sprowokował mnie. Po prostu...
— Nie istnieje nic prostego, Harry. Obaj wiemy, jaki jest młody Malfoy. Jego rodzice przygotowują go. Jest jedynakiem i musi nauczyć się sprawować władzę. On testuje swoje umiejętności na tobie.
— Wiem, Severusie, ale to nie było tak. Moja magia trochę wymknęła mi się spod kontroli...
Severus wstał i podszedł bliżej. Położył obie ręce na ramionach Harry'ego i przytulił go do siebie.
— Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne, ale nikt nie może się o tym dowiedzieć. To twoja broń i tarcza.
— Rozumiem, Severusie.
Mężczyzna puścił go i wskazał fotel, sam zajmując drugi.
— Jak poważne jest to „trochę"?
Harry pochylił głowę, nie bardzo chcąc mówić. W końcu jednak westchnął ciężko i zaczął:
— Uszkodziło drugą szklarnię i połowę lustrzanego ogrodu. Trzy białe dęby i brzoza złocista złamane. Krzewy od północnej do wschodniej ściany nie zaowocują. — Z każdym słowem Severus coraz bardziej marszczył brwi. — Szklarnia została naprawiona w ciągu godziny. Drzewa uzdrowione, a złamane gałęzie umieszczone w magazynie.
Umilkł po zdaniu relacji i czekał na wybuch. Bo ten zawsze następował.
— Ty durny bachorze! Wiesz, ile lat musiałem poświęcić, by te krzewy w ogóle przyjęły się w ogrodzie? — Cichy szept był gorszy od krzyku. — Mam nadzieję, że zawartość szklarni nie uległa zniszczeniu, bo wtedy porozmawiamy inaczej. Wiesz, jaka czeka cię kara?
Harry ścisnął dłonie, wstając. Ściągnął szatę i przewiesił ją przez oparcie fotela. Potem zaczął ściągać spodnie.
