Rozdział 2.1

Całe szczęście pierwsze zajęcia miały odbyć się dopiero o jedenastej i Harry miał szansę zdążyć się pozbierać po karze Severusa. Podejrzewał, że tak będzie, w końcu jego opiekun wiedział, jak jednocześnie ukarać go i nauczyć. Przynajmniej nie należał do ludzi, którzy biją swoich podopiecznych. Po tym, co robił wuj Vernon, Harry chyba nie wytrzymałby kolejnego takiego traktowania i sam uciekły od nowego opiekuna

Nie miał tego za złe mistrzowi eliksirów. Rozumiał go, przecież zawsze miał na względzie tylko jego dobro, nigdy by go nie skrzywdził, a już na pewno nie cieleśnie. Ale z drugiej strony nie cierpiał [i]tego[/i] sposobu.

— Hej, stary! Jadłeś coś w ogóle? Nie widziałem cię na śniadaniu. — Ron złapał go przed salą transmutacji.

— Miałem szlaban, zapomniałeś? Dopiero co wyszedłem — rzekł spokojnie Harry, chowając naszyjnik pod koszulę i poprawiając szatę.

— Co ci kazał robić? Jesteś okropnie blady. Chyba nie zmusił cię do wypicia jakiejś eksperymentalnej mikstury? Fred i George czasami opowiadają o takich przypadkach podczas zajęć.

— Nie wierz w każde ich słowo — obruszył się natychmiast Potter. — Severus nigdy by nie testował eliksirów na dzieciach. Wie, czym to grozi.

Potarł lekko czoło w zdenerwowaniu. Nie lubił, gdy ktoś oskarżał o coś jego opiekuna. Był na tym punkcie przeczulony.

— Ja tylko... — Ron chciał coś jeszcze dodać, ale kolega mu przerwał:

— Nieważne. Po prostu zastanów się nad zachowaniem swoich braci i doszukuj się prawdy w niedomówieniach. Chodźmy już, Hermiona do nas macha.

Ruszył w stronę czekającej na nich niedaleko dziewczyny, ciągnąc Rona za ramię.

— Coś się stało? — zapytała ich przyjaciółka, widząc miny chłopaków.

— Nie. Właśnie informuję Rona, że nauczyciel nie może poić ucznia eliksirami o nieznanych efektach.

— Harry ma rację, Ron. Domyślam się, że chodzi o profesora Snape'a? — Widząc potwierdzenie, dodała: — On sam zaproponował ten dopisek w regulaminie szkoły. Nie wiem dlaczego, ale istnieje bardzo dokładny przepis dotyczący zażywania eliksirów przez uczniów. Wszystko jest napisane w [i]Historii Hogwartu.[/i] Też ją czytałeś, Harry?

— Raczej zostałem do tego przymuszony po którejś z afer w laboratorium mistrza Artura. Chyba wysadziłem wtedy jego stuletnią skorupę żółwia, który też podobno żył setkę. To była sroga kara — jęknął. — I nudna.

Klasa transmutacji była już prawie pełna, ale nauczycielki nie było, gdy weszli. Tak przynajmniej myślała większość uczniów, spoglądając na szarego kota, siedzącego niczym posąg na skraju biurka. Harry uśmiechnął się lekko, sam dał się nabrać za pierwszym razem, gdy spotkał profesorkę w jej animagicznej postaci. Pogłaskał ją nawet, za co miauknęła na niego tak, jakby obdzierał ją żywcem ze skóry.

Zajął miejsce koło Rona i czekał. Byli ostatni, więc nie trwało to długo. Kot zeskoczył na podłogę, ale dotknęły jej już nie kocie łapy, ale buty nauczycielki, w ciągu sekundy zmieniającej zwierzęcą postać w ludzką.

Zachwyt, który ogarnął całą klasę, tak samo szybko jednak został ugaszony listą zasad, regułkami i całą masą wiadomości, które musieli zapisać. McGonagall okazała się surową nauczycielką, ale Harry mógł się tego po niej spodziewać, jako że zdążył ją trochę poznać podczas wcześniejszych wizyt. Na koniec otrzymali po zapałce, formułę zaklęcia na tablicy wraz z instrukcją i nakaz zamiany zapałki w igłę.

Wszyscy zabrali się do tej praktycznej części zajęć z dużą ochotą. Zapałka Hermiony bardzo szybko zaczęła metalicznie błyszczeć. Rona spaliła się doszczętnie już przy pierwszej próbie i chłopak z miną męczennika odbierał właśnie kolejną z rąk nauczycielki.

— Panie Potter, to są ćwiczenia praktyczne. Nie musi pan prosić przedmiotu wzrokiem. Proszę użyć różdżki.

Harry miał cichą nadzieję, że kobieta może jednak nie zauważy braku jego zaangażowania na zajęciach. Westchnął i uniósł różdżkę, skupiając się nad swoją magią.

Nie było to proste zadanie. Przynajmniej dla niego. Znał tylko tę ludzką magię i jedynie ona go słuchała. Wilcza niestety robiła, co jej się żywnie podobało. Żadne zaklęcia ani mikstury nie potrafiły jej okiełznać. Przypuszczał, że gdyby się to udało, rozwiązałoby to też problem przemiany, bo przecież ta związana była z magią.

Cicho, prawie niesłyszalnie, wyszeptał inkantację. Nic się nie stało. Profesorka spojrzała na niego krytycznie, zatrzymując się przy ich ławce.

— Musi pan powiedzieć zaklęcie głośniej. Należy tego chcieć. Magia, która jest w tobie, musi usłyszeć nakaz.

Przymknął oczy. Na razie panował nad magią tylko kilku prostych zaklęć i naprawdę nie wiedział, co może się stać.

Rzucił głośniej czar, wskazując różdżką leżącą na stole zapałkę. I na tym jego kontrola się skończyła. Poczuł, jak ta druga magia wkrada się w niego samego niczym pasażer na gapę i przejmuje dowodzenie. Promyk czaru dotknął zapałki oraz stołu. Sekundę później wszystko, co na nim stało, spadło na ziemię, bo stołu już nie było. Piękny, lśniący stos igieł różnej wielkości leżał u jego stóp.

— Dobrze, panie Potter. — Kobieta pochwaliła go, unosząc tylko brwi. — Następnym razem mniej magii, a więcej precyzji.

Przywróciła stół do poprzedniego wyglądu. Nie do końca jednak. Jego blat lśnił metalem, jakby nie całkiem zapanowała nad jego przemianą. Nie skomentowała tego, tylko zerknęła na chłopca niepewnie.

Harry więcej nie próbował, przynajmniej na razie. Wolał ćwiczyć przy Severusie, który już nauczył się wyczuwać tę drugą magię i jej zrywy. Byłoby mu pewnie łatwiej, gdyby miał czas się z nią oswoić. Gdyby obudziła się wraz z pierwszą przemianą. Niestety, stało się to dopiero kilka tygodni temu i Harry nie miał wiele czasu ani sposobności na jej opanowanie. Nie miał też wcześniej prawdziwej różdżki, lecz zwykłą, dziecięcą, do ćwiczeń. Nawet z tą próbną miał sporo kłopotów. Szarpała się, jakby się go bała. Słuchała go, co prawda, wykonując polecenia, jakie jej dawał, ale mimo to chłopak miał z tym niezwykłe trudności. Teraz, po kupieniu takiej z prawdziwego zdarzenia, sytuacja wyglądała o niebo lepiej. Ale co z tego, skoro wilcza magia robiła, co chciała, tak jak w przypadku ogrodu, gdzie zwykły [i]Expelliarmus[/i] rozwalił sto jardów kwadratowych. Jakby dwie magiczne istoty w nim walczyły o przywództwo. Severus kazał mu się wyciszać i wsłuchiwać w tę drugą moc, by ją poznać i zrozumieć, ale on, pomimo wielu starań, nie nawiązał z nią „kontaktu".

Ku uldze Harry'ego lekcje nareszcie dobiegły końca. Ale to był dopiero początek roku szkolnego.

W towarzystwie Rona i Hermiony chłopak ruszył na obiad, ponaglany przez warczący donośnie żołądek wilkołaka.

Po obiedzie mieli pierwszą lekcję latania. Harry już zacierał ręce. To była jego ulubiona dziedzina sportu. Mógł latać godzinami. Wyciągnął swoją miotłę z szafy, wyganiając jednocześnie burego szczura Rona. Zwierzak ostatnio ciągle siedział ukryty w jego ubraniach, zamiast wśród rzeczy swojego właściciela.

— Parszywek jest już stary, nie zwracaj na niego uwagi — rzucił Ron, jednocześnie z zachwytem patrząc na miotłę przyjaciela. — Z takim sprzętem przyćmisz szkolne miotły. Tu są tylko stare Zmiatacze.

— Jak chcesz, mogę ci pożyczyć. Mnie nie robi różnicy, na czym latam. Samo wzbicie się w niebo mnie zadowala. Severus często pozwalał mi latać, to właśnie prezent od niego i mistrza Artura.

— Naprawdę mogę? — upewniał się rudzielec.

— No, pewnie. — Wręczył mu miotłę. — Przecież korona mi z głowy nie spadnie, jak się z tobą podzielę.

— Jesteś wielki! — Ron już wybiegał na zewnątrz pokoju, pewnie chciał przed lekcją złapać braci i się pochwalić.

Dean dziwnie na niego popatrzył.

— Jeśli też chcesz pożyczyć, wystarczy zapytać — rzucił w jego stronę Harry i ruszył za Ronem.

Chłopak natychmiast wybiegł za nim i krzyknął:

— Jesteś pewien? Naprawdę pożyczysz mi swoją miotłę?

— Jak tylko uda ci się oderwać od niej Rona, to możesz nawet dzisiaj. Tylko potem ją wyczyśćcie.

— Dzięki, Harry!

— Proszę.

Nie widząc w pokoju wspólnym Weasleya, Harry opuścił go i ruszył prosto na boisko.

Pani Hooch, trenerka i opiekunka meczy, bez zbędnych wstępów powiedziała im, co mają robić i zaczęła obserwować ich poczynania. Wezwanie miotły, nawet tej szkolnej, nie było dla chłopca problemem. Hermionie i Malfoyowi, cóż, znów mieli zajęcia połączone ze Slytherinem, także udało się to za pierwszym razem. Ron walczył chwilę z jego miotłą i ta po trzeciej próbie posłuchała go. Inni musieli trochę się jeszcze pomęczyć, ale zajęło im to tylko kilka minut. Potem nauczycielka kazała im ich dosiąść i spróbować się unieść.

Harry z Draco wystartowali jak z procy, natychmiast przełączając się na swój standardowy tryb rywalizacji. Malfoy wyciągnął z kieszeni swój ulubiony złoty znicz i rzucił go w niebo.

Nauczycielka krzyczała na nich, ale na wysokości, na której się znaleźli, nie docierał do nich jej głos. Po chwili przestała, nakazując reszcie ćwiczyć w jej pobliżu i obserwowała dwójkę szalejących wysoko w górze jedenastolatków.

Uniki i zwody bruneta robiły na niej wrażenie, a i blondyn niewiele mu ustępował. Zauważyła też, jak w ciągu paru minut lotu Potter kilka razy łapał i zaraz na powrót wypuszczał znicz, by przedłużyć zabawę.

Po półgodzinie chłopcy wylądowali koło reszty klasy.

— Obaj macie szlaban! Nie pozwoliłam wzbijać się tak wysoko! — zagrzmiała niczym piorun pani Hooch, gdy tylko ich stopy dotknęły ziemi.

— Nie określiła pani limitu wysokości ani czasu trwania lotu — zauważył Draco swoim perfekcyjnie wyuczonym, arystokratycznym tonem.

Tu musiała przyznać mu rację, choć nie powiedziała tego głośno.

— Obaj i tak zgłosicie się do opiekunów swoich domów.

— Nie będzie takiej potrzeby. Potter od razu może ze mną iść. — McGonagall podeszła do nich z groźną miną. — Natychmiast!

Odwróciła się, widząc, że chłopak wykonał polecenie.

— Czy mogę prosić, by szlaban był z kimś innym niż profesor Snape? Już dość czasu zająłem mu dziś rano. — Dwóch jego kar w ciągu dnia Harry raczej nie był w stanie psychicznie przetrwać.

— Dobrze, mogę rozpatrzyć tę prośbę — rzekła McGonagall, pukając jednocześnie do drzwi jednej z klas. — Profesorze Quirrel, czy mogę na chwilę prosić Wooda?

Gdy tylko drzwi się otworzyły, Harry znów poczuł ten okropny zapach. Lekcje akurat miał Gryffindor, a on wcześniej od nikogo nie wyczuł tej woni. Czyżby to nauczyciel? Spojrzał na niego i on zrobił to samo. Czoło zabolało go w tej samej chwili. Syknął, odsuwając się w głąb korytarza i pomasował głowę. Musi o tym powiedzieć Severusowi.

Tęgi chłopak ze starszego rocznika wyszedł z klasy z niepewną miną.

— Panie Wood, chyba znalazłam panu szukającego.

Teraz to już na pewno musi porozmawiać z opiekunem. Sapnął ciężko, gdy został poinformowany o zaszczycie, jaki otrzymał. Najmłodszy szukający.

— Coś nie tak, panie Potter? — Nauczycielka zauważyła jego lekkie niezadowolenie.

— Wszystko zależy od profesora Snape'a, proszę pani. Jeśli się nie zgodzi, to nie będę grał. — Harry postawił sprawę jasno.

— Porozmawiam z nim. Na pewno się zgodzi.

Och, jak bardzo chciałby być przy tej rozmowie. Dwa mocne charaktery i osobowości będą o niego walczyć. Był bardzo ciekaw, kto wygra.

— Ty chyba oszalałaś, kobieto! Oczywiście, że się nie zgadzam!

Severus nawet nie przerwał pisania, gdy McGonagall wyłuszczyła mu sprawę, z którą wtargnęła do jego prywatnego gabinetu.

— Severusie, to szansa dla Harry'ego! — Minerwa nie miała zamiaru się poddać. — Gdy wygra mecz, inni przestaną widzieć w nim odszczepieńca. To może zmienić zachowanie uczniów w stosunku do niego.

— On ma dopiero jedenaście lat. To jest dziecko. — Snape wstał, obszedł biurko, by oprzeć się o blat z przodu. Minerwa zajmowała krzesło tuż przed nim. — Jak chcesz go zabezpieczyć przed niespodziewanymi wypadkami podczas meczu, gdybym zgodził się na jego udział? Znam jego możliwości, jeśli chodzi o latanie, ale podczas rozgrywek wszystko się może wydarzyć.

Splótł ręce na piersi i czekał na odpowiedź opiekunki domu, do którego dziwnym trafem dostał się jego podopieczny. Ta okropna Tiara twierdziła, że nie mogła spełnić jego polecenia, bo było sprzeczne z jej magią.

Też coś! Wredny kawałek przeterminowanego filcu!

— Zaklęcia amortyzujące założone na miotłę powinny wystarczyć, to nie są rozgrywki światowe. Nikt nie będzie chciał go z niej zrzucić.

— Chyba zapominasz, jak grają Ślizgoni.

— To jest twój dom, Severusie. Powinieneś im zabronić takiej gry — zauważyła sucho kobieta.

— I gdzie wtedy podziałaby się rywalizacja? Jak na razie tylko mój dom potrafi zdobywać Puchar Quidditcha rok po roku. To chyba o czymś świadczy. — Mistrz eliksirów uśmiechnął się ironicznie.

— To o niczym nie świadczy — oburzyła się Minerva. — Masz po prostu dobrych zawodników.

— Którzy chcą wygrać za wszelką cenę i nie powstrzyma ich od tego głupia zasada [i]fair-play.[/i] Jeśli będą mieć okazję sfaulować Pottera, to to zrobią. A Draco już na pewno się nie powstrzyma.

McGonagall zerwała się z krzesła na tę wiadomość.

— Pozwoliłeś Malfoyowi grać, a nie chcesz zgodzić się na udział Pottera? — Prawie na niego krzyknęła.

— Zgodę udzielił jego ojciec, ja nie miałem tu nic do powiedzenia. To ja jestem opiekunem Pottera i bardzo nie podoba mi się pomysł jego udziału w tej grze.

Minerwa uśmiechnęła się złośliwie.

— Boisz się, że twój dom przegra, bo wiesz, jak dobry jest twój podopieczny.

Kobieta wyciągnęła ostrą broń. Snape uśmiechnął się półgębkiem.

— Wiesz, że zwycięstwo twojego domu nie robi na mnie żadnego wrażenia. Mam teraz na względzie tylko i wyłącznie dobro chłopca.

[i]Nawet z nim nie macie szans,[/i] dodał w myślach, ale niezbyt pewnie i, na swoje nieszczęście, był tego w pełni świadom.

— Nic mu nie będzie, mogę ci to obiecać. Oczywiście nie wliczam siniaków i stłuczeń, bo to naturalne.

Snape zmarszczył brwi. Poza bezpieczeństwem Harry'ego nie miał żadnej rozsądnej wymówki, by chłopak nie mógł uczestniczyć w szkolnych rozgrywkach.

— Niech ci będzie, kobieto. Ale pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Będzie latał na swojej miotle, ma już nałożone odpowiednie zaklęcia.

— To wbrew regulaminowi.

— Lucjusz Malfoy podarował naszej drużynie nowiutkie miotły wprost z wystawy. Nie chcę, by potem mówiono, że wygraliśmy tylko dzięki lepszemu sprzętowi.

McGonagall westchnęła. Nawet z Potterem mieli niewielkie szanse na zwycięstwo przeciwko nowym miotłom. Te szkolne może i były wytrzymałe, ale nie należały do najszybszych.

— Zgoda. Czyli mogę przekazać Potterowi, że pozwalasz mu grać?

— Tak, możesz. Ale jeśli zauważę, że przez treningi obniża się poziom jego wiedzy, wycofam pozwolenie.

— Stawiasz sprawę bardzo jasno, Severusie. Jednak dziękuję. — Kiwnęła mu głową na pożegnanie i wyszła.

Za drzwiami kwater mistrza eliksirów odetchnęła. Rozmowy z tym mężczyzną dziwnie ją wyczerpywały. Czuła się jak po przebiegnięciu maratonu, a nie zwykłej rozmowie nauczyciela z opiekunem dziecka, znajdującego się pod jej opieką.