Rozdział 2.2
Następnego poranka Harry zaraz po przebudzeniu zastanowił się, jak ten dzień się zakończy. Oczywiście dla niego. Był piątek i według planu zajęć zaraz po śniadaniu rozpoczynały się dwie godziny eliksirów i to ze Ślizgonami.
Na dokładkę Malfoy zatrzymał go przed Wielką Salą, z tą samą wielkogabarytową obstawą, którą Harry spotkał już w pociągu.
— Potter, chodź ze mną — rzucił głosem nie znoszącym sprzeciwu i wszedł do pustej klasy zaraz obok.
Harry omal nie parsknął śmiechem na takie zachowanie i nie ruszył się z miejsca. Ron wraz z Hermioną czekali koło niego, milcząc i najwyraźniej spodziewając się takiego obrotu sprawy.
Po chwili Draco wychylił się z sali, stając w progu.
— Potter, mówiłem coś do ciebie! — warknął na Gryfona.
— Chyba o czymś zapomniałeś — odparł lekceważąco Harry.
Malfoya uniosło ze złości i już chciał wrzasnąć, ale w ostatnim momencie się powstrzymał.
— Czy mogę zamienić z tobą słowo? Na osobności? — spytał, tym razem z odrobiną uległości i grzeczności.
Ale tylko z maleńką. Jego głos nadal był arystokratycznie nudny. W dodatku chłopak pretensjonalnie przeciągał sylaby.
— A co jeśli nie mamy o czym rozmawiać? — odparł pytaniem Harry.
— Potter! Nie wnerwiaj mnie! Wystarczy, że pałętasz się ze szlamą i zdrajcą krwi. Jesteśmy ponad nich, jeśli już zapomniałeś.
Harry zmrużył oczy, a z jego gardła wyrwał się cichy warkot. Wszyscy zebrani, poza Draco, odsunęli się.
— Waruj, Potter! — zadrwił z niego blondyn. — Nie przestraszysz mnie. Pełnia dopiero za tydzień.
— Malfoy! — Gryfon doskoczył do niespodziewającego się tego Ślizgona i przygwoździł go do ściany, trzymając za gardło. — Znowu zaczynasz mnie wkurzać. Wiesz, jak to się ostatnio skończyło.
Dzieciak przyszpilony przez wilkołaka wyraźnie zadrżał. Uniósł ręce w górę w geście poddania, a Harry puścił go i odstąpił o krok.
— Jeszcze raz usłyszę, jak tak nazywasz kogokolwiek, kto przebywa w moim towarzystwie, to pożałujesz. I gdybyś zapomniał – jestem półkrwi, więc obrażasz i mnie. Chyba nie chcesz, bym w napadzie gniewu przyłączył cię do mojego stada?
Na te słowa zadrżeli już wszyscy. Kłótnia przyciągała od kilku minut coraz więcej widzów, powodując w holu zator.
— Co tu się dzieje? — Jak na złość od strony lochów nadszedł Snape.
Spojrzał tylko na wolną przestrzeń i dwójkę chłopców, wokół której ona powstała.
— Potter! Malfoy! Szlaban! — oznajmił krótko i sucho.
— Za co? — zapytali obaj, jakby to, że dopiero co obrzucali się inwektywami, nie było jasne.
— Za zakłócanie porządku! Za utrudnianie mi przejścia na śniadanie! Za denerwowanie mnie waszym widokiem z samego rana! Mam wymieniać dalej? — Spojrzał na nich lodowato, gdy opuścili głowy.
— Nie, panie profesorze — odparł Malfoy.
— Minus dziesięć punktów od Gryffindoru, panie Potter, za brak odpowiedzi.
Harry ścisnął dłonie, ale i tym razem nic nie powiedział. Wilk zaczął wyrywać się i starał się nad nim zapanować. Chłopak przygryzł wargi, koncentrując się na wewnętrznej walce. Severus natychmiast wyczuł, co się dzieje.
— Rozejść się! — krzyknął ostro na uczniów.
Nikt nie chciał stawać na drodze Snape'owi, który pchnął Pottera do tej samej sali, z której chwilę wcześniej chciał skorzystać Malfoy.
Gdy weszli, profesor zabezpieczył drzwi i wyciszył salę. Następnie odwrócił się do chłopca i czekał. Nie miał na razie zamiaru interweniować. Skoro zaklęcie nie zadziałało, to znaczyło, że dzieciak jeszcze nad sobą panuje i stara się uspokoić. Gdy Potter spojrzał na niego, z zieleni oczu nie było ani grama, zastało w nich jedynie czyste złoto.
— Oddychaj, Harry. Zapanuj nad nim — poradził na pozór spokojnym głosem.
— Wiem! — warknął ostro młody czarodziej.
Jego głos nie był nawet minimalnie podobny do zwykłego, łagodnego głosu Harry'ego Pottera. Był ciężki, gardłowy i z całą pewnością obcy. Głębokie oddechy świadczyły, że Gryfon naprawdę się stara. Pot perlił mu się na czole i powoli zieleń zwyciężała ze złotem.
— Dobrze. Rób tak dalej, Harry. — Profesor zbliżył się do niego i położył dłoń na jego ramieniu. — Wspaniale ci idzie.
Harry przymknął oczy i odetchnął w końcu, rozluźniając się.
— Nie wytrzymam dziś szlabanu, Severusie. Możesz wymyślić coś innego? — poprosił cicho.
— Wiesz, że ucieczka nic nie da. Musisz się do tego w końcu przyzwyczaić, a to jest jeden z łagodniejszych sposobów — tłumaczył mu już chyba niewiadomo który raz, zdejmując zabezpieczenia. — Chcę cię widzieć dziś o siódmej.
To powiedziawszy, wyszedł, zostawiając chłopaka samego. Zaraz potem do sali wpadł Ron, a za nim trochę niepewnie weszła Hermiona.
— Wszystko w porządku? — upewnił się Weasley, na wszelki wypadek stając w niewielkim oddaleniu.
— Już tak. Musiałem się trochę uspokoić — rzekł spokojnie Harry, ciężko wzdychając. — Z każdym dniem będę coraz bardziej rozchwiany emocjonalnie, ale postaram się nad tym panować.
— Myślałam, że wilkołaki stają się słabsze przed i po pełni, a nie nadpobudliwe? — zdziwiła się Hermiona, machając na nich, by wyszli z sali.
— Chodź, śniadanie nam stygnie — skojarzył nagle Ron.
Malfoy już siedział przy stole Ślizgonów i tylko zmrużył oczy, gdy Harry wszedł do sali. Zaraz też wrócił do posiłku, jednocześnie starając się odkleić jakąś dziewczynę od swojego ramienia.
Harry, odrobinę zmęczony, nie miał w ogóle apetytu, ale zmusił się do zjedzenia przynajmniej jednej kanapki, bo wiedział, że gdyby tego nie zrobił, pożałowałby tego w bardzo krótkim czasie.
— Harry, możesz mi to wytłumaczyć? — odezwała się nagle siedząca koło Rona dziewczyna.
— Co? — zamrugał, odrywając wzrok od stołu Slytherinu.
— Dlaczego robisz się nerwowy, a nie słabszy? Z tego, co czytałam dotychczas... Przestań, Ron! Chcę wiedzieć, czy Harry ma jakieś szanse na wyleczenie...
— Na razie nie znaleziono lekarstwa na likantropię, Hermiono — przerwał jej Harry, zanim zakłuła rudego chłopaka widelcem.
— A eliksir tojadowy?
— On tylko przytłumia bestię podczas pełni, ale ja nadal przechodzę transformację — tłumaczył.
— Dlaczego unikasz odpowiedzi, Harry? Czy to jakaś tajemnica? — Dziewczyna nie dała się zwieść.
Chłopak rozejrzał się dookoła, ale nikt nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Przysunął się więc bliżej i szepnął:
— To właśnie jeden z powodów, dlaczego Severus nakazał zmienić regulamin. On testował na mnie eliksiry.
— Har...! — Uciszył jej krzyk dłonią.
— Powiem krótko, ale ma to pozostać między nami. Do zwykłego wilkołaka jest mi bardzo, naprawdę bardzo daleko. Czy to ci wystarczy?
Kiwnęła głową, a gdy zabrał rękę, dodała;
— Ale tylko na razie, Harry. A teraz lepiej się pośpieszmy.
Dopiero teraz zauważyli, że tylko ich trójka została z pierwszego rocznika. Nawet Ślizgoni już wyszli. Pędem wypadli z Wielkiej Sali i pobiegli w stronę lochów.
Gdy dobiegali, Severus już wpuszczał uczniów do sali laboratoryjnej. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Poczekał przy drzwiach, aż wszyscy zajmą miejsca, i łopocząc szatą, przeszedł na środek sali, po czym zmierzył ich wzrokiem bazyliszka na głodzie, doprowadzając Neville'a do jakiejś nerwowej drgawki.
— Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów...
Na te słowa Harry musiał chwycić się stołu, by nie zerwać się z miejsca i czegoś nie powiedzieć. Ulubiona przemowa mistrza Artura, w trochę zmienionej na liczbę mnogą formie. Znając na pamięć dalszy ciąg, chłopak zaczął bawić się piórem i pergaminem, skrobiąc jakieś bohomazy. Zapomniał na chwilę, z kim ma do czynienia.
— Potter, co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?
Harry, zajęty rysowaniem wielkiego nietoperza topiącego się we wrzącym kociołku i wpychanego pod powierzchnię przez chochlę z wygrawerowanym imieniem „Artur", nawet nie podniósł głowy, gdy odpowiadał.
— Wywar Żywej Śmierci. Ostatnia partia zrobiona trzy tygodnie temu. Drugi regał po prawej, trzecia półka, niebieskie butelki. — I dalej rysował.
W ogóle nie zauważył, że wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w stronę wskazanego mebla. Na trzeciej półce najzwyczajniej w świecie w równym rządku stały błękitne fiolki.
— Potter! — Tym razem w głosie profesora wyraźnie słychać było gniew. — Gdzie będziesz szukać bezoaru?
I znów sytuacja się powtórzyła. Harry zaabsorbowany swoim dziełem, udzielił odpowiedzi bez unoszenia głowy.
— Jeśli nie ma w czwartej szufladzie w magazynie, to przydałby się jakiś kozi żołądek.
W tej samej chwili, w której Ron kopnął go pod ławką, Harry przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Zerwał się ze swego miejsca, stając prosto jak struna.
— Przepraszam, panie profesorze. Nie chciałem być niegrzeczny, to tak z przyzwyczajenia.
Severus patrzył na niego takim wzrokiem, jakiego Harry nie pamiętał już od dłuższego czasu. Coś mrocznego i strasznie pustego widać było w tych czarnych oczach. Harry spuścił głowę, ale ostry głos nauczyciela zmusił go do ponownego jej podniesienia.
— Potter! — Wskazał pojedyncze stanowisko z boku sali. — Pięć porcji eliksiru przeciwbólowego. Masz dwie godziny.
Ci, którzy pochodzili z rodzin czarodziejskich i znali podstawy nauczania, sapnęli zszokowani. Eliksir przeciwbólowy był w piątej klasie, a i wtedy mało komu udawało się go zrobić poprawnie. Jednak nic w zachowaniu Gryfona nie świadczyło o tym, że nie zna sposobu przyrządzania. Najdziwniejsze dla wielu było to, że nawet nie pofatygował się szukaniem instrukcji czy spisu składników, tylko od razu podszedł do szafki z ingrediencjami i wyjął kilka.
— Wersja zwykła czy ulepszona? — zapytał nagle, odwracając się do profesora.
Malfoy coś warknął do sąsiada w ławce. Jego dłonie, dotychczas bawiące się piórem, teraz maltretowały pergamin.
— Dwie i trzy — rzucił tylko Snape i zwrócił się do klasy: — A wy dlaczego nie notujecie? Odpowiedzi Pottera, poza wskazaniem miejsc przechowywania, już powinny być na waszych pergaminach.
— Musiałeś się popisać, co Potter? — Malfoy nie wytrzymał długo i znów zatrzymał go w holu, tuż przy schodach. — Zawsze w centrum uwagi.
— Czyżbyś mi zazdrościł, Malfoy? A tak w ogóle to czego się spodziewałeś? Mieszkałem z dwoma mistrzami eliksirów i nie miałbym się nauczyć podstawowych mikstur leczących. Co ty? Z księżyca spadłeś? Przecież byłeś u nas nie raz? — Chyba do ich rutyny spotkań dojdzie jeszcze automatyczne przyciąganie uczniów. — Może do ciebie dotrze, że nie jesteś pępkiem świata, wbrew temu, co próbuje ci wmówić ojciec.
— Nie mieszaj do tego mojego ojca, wilku! Przynajmniej żyje, a nie...
Huk, jaki rozniósł się po korytarzu, wywołał panikę wśród obserwujących kłótnię uczniów. W chwili, gdy Harry uderzył pięścią w kamienną balustradę, spora jej część rozpadła się. Niszcząca siła wilkołaka posłała ją w kawałkach w przeciwległą ścianę. Wszyscy nagle nabrali ochoty znaleźć się gdzie indziej.
Malfoy chyba był tego samego zdania, bo cofnął się o kilka kroków. Gryfon ściskał w dłoni resztki barierki, a jego oczy – złote w całej okazałości – śledziły każdy jego ruch. Nagle obrócił się na pięcie i zaczął wchodzić na wyższe piętro, całkowicie ignorując Ślizgona. Wszyscy schodzili mu z drogi, gdy tylko spojrzeli na jego twarz. Kolor oczu był bardzo wyraźnie widoczny.
