Rozdział 3.1
.pl/w_mam_
.pl/_m/,14,
Kolejne trzy dni minęły mu prawie w całości samotnie. Ron z Hermioną byli jedynymi, którzy nie odsunęli się od niego, ale przecież nie mógł przebywać z nimi na okrągło. Większość czasu spędzał więc w dormitorium z Nim. Dzięki naszyjnikowi odkrył coś dziwnego, ale jednocześnie wspaniałego. Swojego zwierzaka ukrywał przed innymi z kilku powodów. Teraz, będąc Gryfonem, mogliby to źle przyjąć. Drugi powód był sporą częścią pierwszego. Jego ulubieniec był jadowity.
— Możesz wyjść. Nikogo nie ma — zasyczał jak wąż, choć dla niego to była nadal zwykła mowa.
Wąż, jego pupil, sam go poinformował, że nagle przestał mówić normalnie. Dotychczas porozumiewali się w większości mentalnie. Opiekunowie kupili mu go, gdy był jeszcze w jajku i nauczyli tego sposobu komunikacji z dziewięcioletnim dzieckiem.
Pain był mambą, ale o tym dowiedzieli się dopiero po jego wykluciu. Nikt się tego nie spodziewał i dlatego zamierzali oddać węża do sklepu, w którym kupiono go jako niegroźną odmianę gadziego rodzaju. Harry się jednak wtedy nie zgodził, od razu zachwycony prezentem. Nie pozwolił go sobie odebrać. Nawet, gdy wąż go ukąsił i omal przez to nie zabił.
— Jesteś podenerwowany, Harry — zauważyła mamba, wysuwając się spod poduszki.
Nie była zbyt duża jak na swój gatunek. Coś musiało się stać jeszcze, gdy była w skorupie, bo pomimo swego wieku nadal była wielkości młodego osobnika. Tylko ubarwienie świadczyło o tym, kim tak naprawdę jest. Czarną mambą, choć z przebłyskami zieleni - najbardziej jadowitym wężem świata.
— Nic się nie dzieje. Wkrótce pełnia, to dlatego.
— Wiesz, że mnie nie oszukasz. Wyczuwam twoje nastroje po zapachu, przecież wiesz, Harry.
+++WSPOMNIENIE+++
Severus Snape był na granicy paniki. Dziecko przelewało mu się przez ręce, blade i coraz bardziej zimne.
— Szybciej — ponaglił go niepotrzebnie mistrz Artur, otwierając kolejne drzwi.
Musieli przebiec całą drogę, od pokoi mieszkalnych do laboratoriów. Wpadli do pierwszej sali.
— Zajmij się nim, dopóki nie przygotuję antidotum. Nie pozwól mu zasnąć, ale też niech się nie rusza. Jad będzie się wolniej rozprzestrzeniał.
Severus położył chłopca na jednym ze stołów. Ściągnął z siebie szatę i przykrył go.
— Boli mnie ręka. I przestałem czuć palce — przekazał słabo Harry.
— Wiem, musisz chwilę wytrzymać. Za moment dostaniesz eliksir.
Chłopiec zamknął oczy, a mężczyzna natychmiast lekko nim potrząsnął.
— Nie możesz spać — powiedział, gdy chłopczyk znów je otworzył.
— Ale mi się tak strasznie chce. — Powieki znów opadły.
Potrząsanie tym razem nic nie dało.
— Mistrzu, nie mogę go obudzić!
Artur szybko podszedł i zerknął w źrenice chłopca, który nawet nie zareagował.
— Jad działa zbyt szybko. — Podszedł do jednej z szafek i zdjął maleńką, błękitną fiolkę z trzeciej półki. — Trzy krople, Severusie. To powinno dać nam trochę czasu.
— Wywar Żywej Śmierci? U siedmiolatka mogą nastąpić uczulenia i nieznane reakcje. Nie wiadomo jak zadziała z jego likantropią.
— A masz inny sposób? Antidotum potrzebuje jeszcze dwudziestu minut, aby pokonać tak silny jad.
Severus wlał, już bez sprzeciwu, trzy krople w usta dziecka. Ciało natychmiast stało się jeszcze bardziej wiotkie i dużo chłodniejsze. Oddech zanikł całkowicie.
— Skąd mogłem wiedzieć, że w jajku jest mamba ognista?
— Czarna. Ognista jest czerwona i niejadowita.
Machinalnie pogłaskał Harry'ego po głowie, zdejmując mu okulary.
Mistrz Artur krzątał się przy stole, przygotowując bezoar do następnego stadium warzenia. Gdyby nie wywar z niego, antidotum byłoby już gotowe. Jednak pewnych czynników nawet magia nie potrafi ominąć. Jedną z nich jest wydostanie esencji bezoaru.
Ciało dziecka pod dłonią Snape'a szarpnęło się i wygięło w łuk.
— Mistrzu! — krzyknął mężczyzna, przytrzymując go na stole, gdy drgawki wzmogły się jeszcze bardziej.
+++KONIEC WSPOMNIENIA+++
Nawet Pain nie mógł mu pomóc w całej zaistniałej sytuacji. Jak na nieszczęście, na drugi dzień miał obronę, a on zapomniał opowiedzieć Severusowi o niezwykłych reakcjach ciała na widok tego jednego nauczyciela. Teraz było już za późno i musiał udać się na zajęcia.
— Wi...witam wszy...wszystkich — zająknął się profesor, wpuszczając ich do salki.
Harry od samego początku, gdy tylko mężczyzna pojawił się na korytarzu, zaczął odczuwać nieprzyjemny, tępy nacisk na bliznę. Jakby ktoś drażnił ją od środka.
Niewiele zapamiętał z tej pierwszej lekcji. Prawdę powiedziawszy, to nie zapamiętał nic. Jąkanie się nauczyciela, czosnkowo-zgniły aromat w klasie i natarczywe dudnienie pod czaszką skutecznie odciągało jego uwagę. Prawie biegiem opuścił salę, gdy rozbrzmiał dzwonek oznajmiający koniec zajęć.
To nie było normalne. Jeszcze na dobre nie stracił z oczu profesora, a ból momentalnie zniknął.
Jak na złość ta dolegliwość rozproszyła jego koncentrację, tak bardzo, że zaraz po wyjściu z klasy wpadł na kogoś z impetem.
— Jak łazisz, Potter! — Oczywiście przy jego szczęściu musiał napatoczyć się na Draco.
— Daj mi spokój, Malfoy! — warknął na niego ostro, starając się go wyminąć.
— Nie ma tak dobrze, Potter. Jeszcze nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy. — chłopak przytrzymał go za ramię.
+++WSPOMNIENIE+++
— I pamiętaj, nie denerwuj Harry'ego. Może w złości zrobić ci coś złego.
Ostrzeżenie wuja Severusa przeleciało przez blond główkę z prędkością błyskawicy, nawet się nie zatrzymując. Ani na chwilę nie spuszczał wzroku z małej postaci w ogrodzie. Dwa tygodnie temu ojciec poinformował go o nowym wychowanku jego chrzestnego. „Znajda", jak delikatnie określił „TO", co teraz siedziało w ogrodzie na ławce i przypatrywało się małym rybkom w sadzawce.
— Czy mogę już do niego iść? — spytał cicho.
— Zrozumiałeś wszystko? — upewniał się Snape, obserwując jednocześnie zmagania dziecka Malfoyów.
Z jednej strony mały aż rwał się, by poznać Harry'ego, a z drugiej powstrzymywały go zasady dobrego wychowania wpojone przez rodziców, szczególnie przez głowę rodu.
— Tak. Głuchy równa się legilimencja. Nie drażnić – nie oswojony. Wszystko proste.
— Lucjusz nauczył cię legilimencji?
— Podstaw. Myślę, że powinienem dać radę z nim porozmawiać.
Ten sześciolatek czasami go przerażał. Nauki, i to bardzo rygorystyczne, ojca odcisnęły wyraźne piętno na jego zachowaniu, w szczególności zaś na psychice.
— Idź. W razie kłopotów krzycz. Będę w żółtym laboratorium. Wiesz gdzie ono jest?
— Tak, sala z tarasem od wschodniej strony. — I tyle go widział.
Nie pobiegł ani tym bardziej nie wypadł na złamanie karku do ogrodu. Jego zapał objawił się tylko minimalnie szybszym krokiem.
Severus pokiwał z pobłażaniem głową, kierując się do laboratorium. Bał się, co wyrośnie z takiego dziecka. Nie mógł jednak separować Pottera od rówieśników. Jeśli pozytywnie zareaguje na Draco, to z resztą też nie powinno być kłopotów.
Specjalnie tak zorganizował dzisiejsze plany, by pracować w żółtym pokoju. Stąd miał widok na większą część ogrodu.
Mistrza Artura nie było. Wyjechał na kilka dni w poszukiwaniu ingrediencji do kolejnej fazy eliksiru. Został jeszcze tydzień do pierwszej przemiany chłopca i musieli przygotować odpowiednią ilość mikstur. Pierwsza transformacja jest najgorsza ze wszystkich. Ciało, które nigdy nie doświadczyło przemiany, cierpi najbardziej.
— Witaj — odezwał się w myślach Draco, gdy chłopiec spojrzał na niego i kontakt wzrokowy utrwalił się wystarczająco, by użyć legilimencji.
— Dzień dobry. — Harry drgnął nieznacznie, czując obcą jaźń, ale poza tym nie zareagował większym strachem.
— Czyli ty jesteś znajdą wuja Severusa? Spodziewałem się kogoś bardziej mrocznego i emanującego potęgą, a nie takiego chuchra. — Nie trzeba było się mocno starać, by wyczuć w mentalnym połączeniu złośliwość i wyraźną kpinę.
— Nie jestem znajdą! — oburzył się Harry.
— Ależ oczywiście, że nie jesteś. Tylko ot tak zabrał cię pod swoje skrzydła, by się tobą zająć — zironizował.
Blondyn chyba nie bardzo rozumiał, co robi i mówi.
— Severus się mną opiekuje! Nie obrażaj go, tleniony wymoczku!
Harry zerwał się z miejsca i stanął naprzeciw Malfoya.
— Bo co mi zrobisz? Zaszczekasz na śmierć? Uważaj, bo się przestraszę.
Cios sześciolatka nie był mocny, ale wystarczający, by wrzucić rówieśnika do stawu. Harry nie miał zamiaru dłużej przejmować się dziwnym chłopakiem i nieważne dla niego było, że to chrześniak Severusa, o którym ten ostatnio tyle mówił. Nie podobał mu się on i tyle.
Ruszył na taras, skąd dolatywały ciche stukania i zapach gotujących się mikstur.
Wiedział, że nie wolno mu wchodzić bez uprzedzenia, więc tylko usiadł na ławce na tarasie i z satysfakcjonującym uśmieszkiem obserwował gramolącego się z wody blondyna.
— Gdzie jest Draco, Harry? — Severus wyszedł przez szklane drzwi zaraz po tym, jak Potter usiadł, a on zaniepokoił się brakiem chrześniaka.
Ruch przy zbiorniku wodnym odwrócił jego uwagę. Sporo wysiłku kosztowało go utrzymanie poważnej twarzy na widok oblepionego trawą i mułem młodego arystokraty. Przywołał skrzata i nakazał zająć się paniczem, potem zwrócił się do swojego podopiecznego:
— Co ci powiedział Draco, że zdecydowałeś się go ostudzić?
— Nic, naprawdę. Chyba się potknął. — Harry przypomniał teraz uosobienie niewinności.
— Czy to działało na twoich poprzednich opiekunów? — zapytał i zobaczył natychmiastową zmianę w zachowaniu dziecka.
Wyprostował się i usiadł sztywno. Nie miał się czemu dziwić. W końcu mieszkał tu dopiero od dwóch tygodni i nie przyzwyczaił się jeszcze do nowego otoczenia.
— Na nich nic nie działało. Kara mogła być nawet bez przewinienia.
Przynajmniej chłopiec nauczył się powoli otwierać, opowiadać o tym, co działo się z nim wcześniej.
+++KONIEC WSPOMNIENIA+++
— Czego chcesz? — Harry starał się panować nad sobą.
Wilk jak na zawołanie także zaczął domagać się uwagi. On tego nie widział, ale Malfoy od razu zauważył zmianę w kolorze tęczówek. Zmarszczył brwi i puścił przyszywanego kuzyna.
— Przestań tak się zachowywać!
— Jak? — Nie bardzo rozumiał, o co mu chodzi.
— Jakbyś był królem świata. Jesteś tylko przybłędą. No, dobra, coś tam zrobiłeś z Czarnym Panem, ale to nie czyni cię od razu nie wiadomo kim.
Potter zamrugał.
— Jesteś zazdrosny o uwagę, jaką mi wszyscy poświęcają? Nieważne, że to wcale nie jest miłe? Ty chyba jednak zostałeś upuszczony po urodzeniu! Upadłeś na głowę i teraz ci odbija! — nie wytrzymał.
— Potter! — wrzasnął na niego Ślizgon.
Harry złapał go za ramię i pochylił się nad jego uchem, szepcząc tak, by wychodzący z klasy uczniowie nie słyszeli.
— Przestań mnie drażnić, przyszły śmierciojadzie! — Głos już nie należał do Harry'ego, lecz do wilka, mroczny i oschły. — Jesteś kolejny na mojej liście, więc uważaj.
Harry odskoczył od Malfoy, łapiąc się za głowę. Nienawidził, jak bestia brała nad nim górę.
Trzy dni minęły w miarę spokojnie. Incydent z Draco przeszedł tym razem bezgłośnie, gdy ten po prostu odszedł bez słowa.
Wszyscy omijali go szerokim łukiem, gdy zmierzał do Severusa. I na to machnął ręką. Nie miał ochoty, szczególnie teraz, wkurzać się bez powodu, i tak wystarczająco trudno panowało mu się nad bestią. Wilk potrafił reagować nagle i niespodziewanie na każdy, nawet najmniejszy atak.
Severus czekał na niego tuż przy swoich kwaterach. Bez słowa wskazał mu głąb korytarza i ruszył przodem. Nawet nie zauważyli dziwnego cienia, który podążył tuż za nimi.
Opiekun prowadził go coraz dalej w głąb zamku. Pojedyncze pochodnie dawały niewiele światła. Po dobrych dwudziestu minutach dotarli do sporych, okutych metalem na kształt krat drzwi. Severus otworzył je zaklęciem i wszedł do środka. Pokoik nie był duży. Trzy na trzy, nie więcej. Nie było w nim ani jednego mebla. Kilka materacy leżało pod jedną ze ścian.
— Zostaniesz tu sam do jutra rana, tak jak zawsze. Proszę, oto eliksir tojadowy. — Severus podał mu miksturę. — Drzwi będą zamknięte, aż sam je otworzę, to też już wiesz.
— Tak, Severusie.
Usiadł na materacach i przyglądał się fiolce. Severus pogłaskał go po głowie i ciężko westchnął.
— Wiesz, że bardzo chciałbym ci towarzyszyć, ale nie mogę.
— Oczywiście, że to rozumiem. Nie martw się i tak większość czasu prześpię.
Nagle uniósł głowę, czując znajomy zapach. Warkot sam wyrwał mu się z gardzieli.
— Lepiej już idź, Severusie. On się denerwuje.
Drzwi zamknęły się za profesorem i zalśniły zaklęciem.
— Teraz jesteś mój. — Warkot przeszedł w okropny śmiech i krwiożerczy uśmiech zagościł na twarzy Harry'ego, który zgniótł fiolkę w dłoni i podszedł do jednej ze ścian. — Nie chowaj się, Draco.
