Rozdział 3.3
Sytuacja zaczęła robić się niebezpieczna, wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.
Harry nagle potrząsnął głową. Rozejrzał się po gabinecie, najpierw blednąc, potem czerwieniąc się. Wypuścił Draco i ciężko westchnął.
— Przepraszam bardzo. On czasami przejmuje kontrolę, jeśli ktoś zagraża jego stadu — zaczął się cicho tłumaczyć.
— Chcesz powiedzieć, że Malfoy nie jest twoim pierwszym ugryzionym? — zapytał Albus, patrząc jednoznacznie na Severusa, którego twarz nie wyrażała niczego.
Harry milczał. I tak uważał, że powiedział za dużo.
— Żądam natychmiastowego usunięcia tego potwora ze szkoły! — zaczął na nowo Lucjusz.
— Wie pan, że jeśli ja stąd odejdę, to Draco także będzie musiał. Teraz obaj jesteśmy likantropami. — Potter postawił sprawę bardzo jasno. — Poza tym jestem Alfą i będzie mnie słuchał, a jeśli powiem, żeby szedł za mną, to on pójdzie.
— Powstrzymam go — stwierdził lodowato Malfoy senior.
— Jak? Jak długo? Nakaz jest stały. Nieważne jak daleko będę, jeśli zechcę go widzieć, on przybędzie. — Harry patrzył mu prosto w oczy i ten szybko odwrócił od niego wzrok.
Chłopak wyraźnie się uspokoił. Draco nadal stał w jego pobliżu. On też już się opanował, uniósł głowę i wyprostował się jak przystało na Malfoya.
— To nie zmienia faktu, że mnie ugryzłeś — zwrócił się nagle do Gryfona.
— To po co przyszedłeś do mnie podczas pełni? Odkąd po raz pierwszy go rozdrażniłeś, ciągle cię chciał. Ostrzegałem cię, raz już omal cię nie ugryzł, a ty nadal niczego się nie nauczyłeś. — Przeczesał włosy z westchnieniem, kryjąc lekkie rozdrażnienie.
— To prawda, Severusie? — dopytywał się Albus, gdy chłopcy stali w bojowych pozach naprzeciw siebie.
— Tak, Draco często denerwuje Harry'ego, nawet tu, w szkole. Nie patrz tak na mnie, Lucjuszu. Sam chciałeś, by się spotykali. Myślisz, że nie domyśliłem się dlaczego? —Tym razem starszy z Malfoyów zmrużył tylko oczy, nie mówiąc chwilowo nic. — Czekasz na swego Pana, Lucjuszu. Jak każdy z jego sług — kontynuował Severus chłodno. — A Pottera chcesz użyć jako karty przetargowej, by odzyskać jego zaufanie.
— Severusie! — ostrzegł go dyrektor, zerkając na obu chłopców.
— Są poinformowani. Każdy z nich stoi po przeciwnej stronie. Przynajmniej tak było cztery dni temu. Teraz, jak sądzę, ta sytuacja ulegnie drastycznej zmianie — zadrwił ironicznie profesor, uśmiechając się do starszego Malfoya.
— Snape! — Lucjusz znów uniósł się gniewem.
Harry przeciwnie, zdecydował się usiąść. Ta rozmowa raczej nie zakończy się szybko. Draco zajął drugi fotel. Dorośli zaczęli odrobinę ciszej kłócić się na drugim końcu gabinetu.
— Wiesz, że jest duża szansa na to, że obaj wylecimy ze szkoły, Potter? — zapytał nagle Ślizgon.
— Jestem tego świadom, Malfoy. Tyle że ja mam dokąd iść, a co z tobą? Jak potraktuje cię teraz ojciec? Jesteś pewien, że cię nie wydziedziczy?
Chyba trafił w czuły punkt. Malfoy zbladł i zerknął w stronę rodzica, który gestykulował dosyć dosadnie, ale ani razu nie spojrzał w ich stronę. Potter oczywiście nie miał zamiaru pozostawiać „pięknego", jak nazywała go bestia, na pastwę losu. Po prostu chociaż raz chciał porządnie mu dogryźć, tak jak on robił to wielokrotnie.
++WSPOMNIENIE++
Harry leżał skulony w swoim łóżku. Wszystko go bolało. Każdy mięsień odzywał się przy najmniejszym poruszeniu. Minęło już południe, sądząc po słońcu wpadającym przez okno, a on nadal nie mógł wstać. Dopiero co się obudził i zastanawiał się teraz, czy jednak nie wrócić do tego stanu ponownie.
Do pokoju ktoś wszedł cicho, prawie niesłyszalnie, choć dla chłopca nie robiło to żadnej różnicy, nawet gdyby trzaśnięto drzwiami. Gdy nad nim pojawił się Snape, podskoczył i jęknął. Ciało nie zniosło tak gwałtownego ruchu i eksplodowało bólem.
Harry zagryzł wargi, by nie okazać cierpienia, ale i tak zostało to zauważone. Severus pokiwał tylko głową i podstawiając do ust chłopca fiolkę z eliksirem, zmusił go do wypicia wszystkiego. Zaraz po wypiciu przez Harry'ego mikstury wszedł ostrożnie w jego umysł.
— Jak się czujesz?
— Teraz już dobrze. Wszystko mnie bolało, proszę pana. — Nawet myśli wydawały się być zmęczone.
— Wcale mnie to nie dziwi. Sporą część poranka składaliśmy cię do kupy. Gdyby nie my, nie miałbyś najmniejszej szansy przeżycia w tym stanie. — Poinformował go o wydarzeniach z przemiany, a dokładniej z jej końcowego efektu.
— Dziękuję panu.
— Nie mówię ci tego, by oczekiwać podziękowań. — Nawet myśli mogły okazywać gniew, który Harry wyczuł. — Chcę cię tylko przestrzec, że musisz zacząć o siebie dbać. Jesteś jak najsłabszy szczeniak w miocie. Jeśli nie nabierzesz sił, to zostaniesz zagryziony i w twoim wypadku jest to bardzo dosadne określenie.
Harry milczał. Co miał powiedzieć? Przecież to nie jego wina, że poprzedni opiekunowie traktowali go gorzej niż psa.
— Od teraz będziesz wykonywał wszystkie polecenia moje i mistrza Artura. Opracujemy dla ciebie dietę i ćwiczenia. Oczywiście nie ominie cię też nauka, a ponieważ jesteś kim jesteś, będzie ona bardzo specjalna. Nie chcę słyszeć grymaszeń. Mogę przyjąć do wiadomości zmęczenie czy chorobę, ale nie lenistwo. Nie ominą cię wtedy kary. — Czując, jak dziecko się spina i zaczyna nerwowo oddychać, dodał szybko: — Nikt cię nie uderzy, nie będzie żadnych kar cielesnych. Kary będą w większości polegały na dodatkowej nauce albo na zakazie zabaw.
Dziecko odprężyło się wyraźnie, nawet oddech stał się lżejszy.
— Będziesz jadł to, co ci każemy i kiedy ci każemy. Rozumiemy się?
— Tak, proszę pana — odparł szybko Harry.
Nie chciał niczym denerwować nowego opiekuna. Nie chciał stąd odchodzić. Nie teraz, gdy ktoś się w końcu o niego troszczył.
— Uczyć będziesz się w większości ze mną, ale jeśli mistrz Artur zechce także wziąć cię pod swoje skrzydła, masz go słuchać i wykonywać jego polecenia.
— Rozumiem. Jakie domowe obowiązki mam wykonywać w zamian?
— Obowiązki? — zdziwił się Snape.
Choć wiedział, jak traktowali go Dursleyowie, nadal nie mógł zrozumieć ich zachowania względem dziecka.
— Zawsze musiałem coś zrobić w domu lub w ogrodzie. Umiem kosić trawniki i wypielić grządki. Nie potrafię jeszcze dobrze gotować, ale posprzątać w kuchni już tak...
— Nie będziesz wykonywał niczego takiego, chyba że samemu najdzie cię ochota. Pomoc w ogrodzie się przyda, ale to nie jest twój obowiązek. — Mężczyzna zaczynał coraz bardziej nienawidzić Dursleyów. — Jesteś jeszcze dzieckiem i twoi poprzedni opiekunowie nie mieli prawa zaganiać cię do takich prac. To był ich obowiązek, nie twój.
Severus opuścił umysł dziecka, by ten nie wyczuł, jak bardzo jest zdenerwowany, i nakazał mu jeszcze odpocząć.
Nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Chłopak zasnął chwilę później.
++KONIEC WSPOMNIENIA++
Dorośli doszli wreszcie do porozumienia, choć wyjście Lucjusza bardzo ostentacyjnym krokiem nie wróżyło niczego dobrego. Mężczyzna nawet nie spojrzał na swego jedynego syna. Draco nie zareagował na to w żaden widoczny sposób. Po prostu siedział wyprostowany jak struna i patrzył na blat biurka dyrektora.
— Na razie zostajesz pod moją opieką, Draco. Muszę podać ci kilka eliksirów przed kolejną pełnią, by przemiana nie była zbyt bolesna — odezwał się chłodno Snape. — Lucjusz chce się zastanowić, co z tobą zrobić.
— Nie potrzebuję litości — odparł tak samo oschle Ślizgon. — Potrafię o siebie zadbać.
— W tej właśnie chwili twój majątek zostaje zablokowany — rzucił Severus, siadając na powrót w fotelu i nie spuszczając wzroku ze swojego chrześniaka.
— Nie mógł... — zaczął Draco, ale prawie natychmiast przerwał, rozumiejąc postępowanie rodzica.
— Masz jedenaście lat, mógł to zrobić. Teraz wszystko zależy od Narcyzy. Jeśli i ona cię wydziedziczy, cały majątek Blacków po śmierci jej i Syriusza przypadnie Potterowi.
Harry zmarszczył brwi i zgromił wzrokiem opiekuna. Tego ostatniego nie musiał dodawać. Ślizgon nie byłby sobą, pozostawiając tę aluzję bez odzewu.
— O to ci chodziło, co, Potter? Chciałeś mojego majątku! Tylko to cię interesowało!
Choć Gryfon spodziewał się takiej reakcji i tak wybuchł śmiechem nad idiotycznością tej sytuacji. To jeszcze bardziej rozwścieczyło blondyna. Skoczył na niego, starając się go przydusić. Nie miał na razie żadnych szans. Nie przeszedłszy przemiany, nie mógł równać się sile wilkołaka. Harry z łatwością strącił go z siebie, a następnie przygwoździł do podłogi, trzymając jedną rękę na jego piersi. Kątem oka zarejestrował, że Severus powstrzymuje Albusa przed zareagowaniem, kiwając tylko głową.
— Uspokój się, Malfoy! — warknął na Ślizgona, z powrotem zwracając na niego swoją uwagę i przyciskając mocniej do podłogi. — I lepiej zrób to szybko albo dostaniesz nauczkę. Sam jesteś sobie winien i niech to w końcu dotrze do tego twojego tlenionego mózgu. Nigdy nie interesowały mnie pieniądze. Czy to twoje, czy to mojego ojca chrzestnego. Wolałbym, by był na wolności, niż gnił w Azkabanie. On pewnie sam oddałby całe to złoto, by wyjść.
Draco jednak się nie uspokoił. Zaczął się szarpać, ale bez większego skutku. Dotychczas Harry'emu wystarczała jedna ręka na piersi Malfoya. Gdy ten znów spróbował się wyrwać, drugą ręką chwycił go za gardło i przydusił.
— Waruj, szczeniaku! — Oczy zalśniły krótko złotem i głos zmienił ton.
Reakcja była błyskawiczna. Gdyby Draco miał już ogon, to pewnie podkuliłby go pod siebie. Strach był wyraźnie widoczny w jego oczach. Opuścił ręce na podłogę i przestał się ruszać.
— Harry, możesz go już puścić — zauważył Severus. — Chyba do niego dotarło.
Potter uniósł powoli głowę i spojrzał na niego, warcząc. Natychmiast też się uspokoił i wstał. Nie przejął się wcale nadal leżącym w pokorze Malfoyem.
— Jeśli mogę, to już pójdę na zajęcia. Raczej nie będę tu dłużej potrzebny. Panie dyrektorze, gdyby chciał mnie pan jeszcze widzieć, to proszę to przekazać przez Severusa.
— Dobrze, chłopcze. Możesz iść — zgodził się Dumbledore, choć wyraźnie zaskoczony takimi nagłymi zmianami w zachowaniu ucznia. — Mógłbyś to wytłumaczyć, Severusie? — zapytał profesora, gdy Gryfon wyszedł.
— Co? — odparł tamten pytaniem.
— Zachowanie Harry'ego. Dlaczego tak się zachowuje? Jakby żyły w nim dwie różne istoty.
Draco z uwagą zaczął się przysłuchiwać rozmowie, podnosząc się z podłogi i otrzepując ubranie. Nerwy trochę już się uspokoiły, choć nadal miał ochotę kogoś skrzywdzić. Przez cały czas, gdy Potter był w pobliżu, czuł się niespokojnie, tak jakby coś trzymało jego wnętrze i nie chciało puścić. Sam nie wiedział czy to miłe uczucie, czy wręcz odwrotnie. Tak jakby jednocześnie chciał i zagryźć Pottera, i być przy nim. Frustrowało go to tak samo jak cała sytuacja z ojcem. Czuł, że nie skończy się ona dla niego za dobrze. Matka zawsze postępowała tak, jak chciał ojciec.
— Tyle razy ci już mówiłem, Albusie. — Snape ciężko westchnął, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. — On ma w sobie dwie istoty. Swoją własną i bestii. Gdy kolor oczu zmienia się na złoty, na przykład podczas kłótni, wtedy Rumuar wydobywa się na wierzch osobowości Harry'ego.
— Rumuar?
— Tak nazywa siebie bestia. Jest Alfą, w pewnym sensie, co prawda, bo dla niego Alfą jest ten, który go ugryzł. Gdyby w przyszłości zdarzyła się sytuacja, że obaj staną sobie na drodze, idę o zakład, że zaczną rywalizować o przywództwo. Może nawet dojść do rozlewu krwi i czyjejś śmieci.
— Czy Harry choć trochę panuje nad Rumuarem?
— Nie wiem. Czasami wydaje się, że tak, a za chwilę robi coś, czego z całą pewnością nie zrobiłby prawdziwy Harry. On sam nie chce powiedzieć, ale osobiście uważam, że nadal nad nim nie panuje. Gdyby go opanował, nie miałby kłopotów z zaklęciami. Rumuar posiada inny rodzaj magii.
— Harry nadal nie potrafi rzucać zaklęć?
— Raczej powiedziałbym, że ma z tym mały problem. Wszystko zależy od bestii i od jej zachcianek.
++WSPOMNIENIE++
— Nie zrobię ci nic tylko dlatego, że opiekujesz się moim nosicielem. — Wilkołak klęczał na brzuchu Snape'a, trzymając go jednocześnie mocno za ręce, by nie mógł rzucić zaklęcia. — Jesteś mu potrzebny do przeżycia.
Severus wyrzucał sobie błąd, jaki popełnił, wchodząc do pomieszczenia, gdzie urzędował przemieniony Harry. Dotychczas dzieciak całą pełnię przesypiał prawie na granicy śpiączki. Dziś jednak stało się coś niespotykanego.
Gdy wszedł do komnaty, został natychmiast zaatakowany przez wilkołaka w ogóle niepodobnego do tego z poprzedniej pełni. Czyżby zmiany dokonane w eliksirze tojadowym aż tak wpłynęły na Harry'ego? Nie starał się opierać, nawet gdyby chciał, nie miał szans. Nawet jeśli to tylko kilkuletnie dziecko, siła wilkołaka była dużo większa niż jego.
W końcu został puszczony i bestia odsunęła się kilka kroków do tyłu.
— Kim jesteś? — zapytał, wstając.
— Rumuar. Alfa tego stada.
— Jakiego stada? Harry nikogo nie pogryzł.
Wilkołak zaśmiał się lodowato i po plecach Severusa przeszły ciarki.
— Czyli jednak ugryzł.
— Może tak, może nie. — Harry-Rumuar zaczął chodzić po komnacie powoli. — Nie zdradzę ci jego tajemnic.
++KONIEC WSPOMNIENIA++
