NIŻ 4.1

Harry opuścił gabinet nie dlatego, że już nie był potrzebny. Miał bardziej naglący powód. Taki, o którym nie chciał informować Severusa.

Ukrył się w pierwszej napotkanej łazience i zamknął w kabinie. Oparł czoło o zimną ścianę i cicho jęknął, łapiąc się za klatkę piersiową. Starał się głęboko oddychać, ale niewiele to pomagało.

Boli jak zwykle, mały — odezwał się ten drugi w jego ciele.

Nie prosiłem cię o opinię — pomyślał w odpowiedzi Harry, jednocześnie dziękując, że nie jest tak do końca sam.

Zawsze tu będę.

O, dzięki za przeterminowane wiadomości — burknął. — Tyle, to zdążyłem zauważyć już na początku.

Ból dawał się we znaki słabiej lub mocniej. Zwykle ataki nie trwały długo, tak było i tym razem.

Mógłbyś mu powiedzieć. Może byłby w stanie ci pomóc.

Ar, proszę. Mógłbyś dać mi już spokój? Nie zmienię zdania. Severus nadal nie może sobie wybaczyć tamtych eliksirów. Nie zmuszę go do kolejnych eksperymentów na mnie.

W końcu Harry wstał z sedesu i wyszedł z łazienki.

Wolisz niepotrzebnie cierpieć, niż poprosić o pomoc? — Rumuar był dziwnie spokojny.

Dziwnie się zachowujesz, Ar — zauważył Harry, zastanawiając się, co mogło być tego przyczyną.

Mam pięknego. — Wilkołak zaśmiał się szczerze, a Harry całym sobą poczuł jego radość.

Sapnął rozbawiony.

Czasami przypominasz dziecko, a nie kilkusetletnią osobowość, wiesz?

To nie moja wina, że przez tyle czasu byłem zaklęty w nosicielach. Dlatego dotychczas nie zrobiłem nic twojemu opiekunowi, choć już nieraz miałem ku temu sposobność. Tylko dzięki niemu zostałem przebudzony. Nie jestem teraz bezmyślną bestią, mordującą wszystko, co się rusza.

Harry szedł korytarzem, słuchając bestii.

Szkoda, że nie jesteś taki pobłażliwy, jeśli chodzi o mnie. Chciałbym w końcu nauczyć się kilku praktycznych zaklęć, a ty ciągle się wtrącasz.

Wiesz, że mogę cię nauczyć lepszych, bardziej skutecznych.

Nie. Nie chcę używać twojej magii! Chcę swojej!

Rumuar uciszył się i Harry mógł wreszcie bez towarzystwa zabrać z dormitorium przybory i książki do kolejnych zajęć. Akurat wróżbiarstwo nie było jakimś jego specjalnie ulubionym przedmiotem, ale pierwszoroczni nie mieli zbytniego wyboru. Przedmioty były standardowe i trzeba było na nie uczęszczać bez wyjątku. Samą Trelawney Harry uważał za dziwaczkę, zresztą tak samo jak Severus, który uprzedził go już jakiś czas temu o jej nietypowym witaniu nowych uczniów.

Ma zginąć! Nie interesuje mnie, w jaki sposób! Ma zapłacić za moje męki!

Ależ Panie, nie mogę go zabić w szkole. Jako nowy nauczyciel byłbym pierwszym podejrzanym.

Nie interesuje mnie to! Chcę widzieć jego ścierwo u moich stóp.

Dobrze, mój Panie.

Następne dni wydawały się być jak wycięte z kalendarza. Rumuar zachowywał się potulnie jak baranek.

Malfoy zaś niepokojąco jak pod działaniem Imperiusa.

Snape był złośliwy jak… cóż, jak Snape.

Chyba tylko on nie zmienił swego zachowania względem Pottera, no i jeszcze dwójka jego przyjaciół.

Lucjusz Malfoy delikatnie ogłosił w Proroku Codziennym o wydziedziczeniu całkowitym z wszelkich praw swego jedynego syna. Nie byłby sobą, gdyby nie poinformował całego magicznego świata o powodzie swojej decyzji. Dostało się najwięcej Harry'emu i dyrektorowi, który nie chciał spełnić wcześniejszych żądań arystokraty.

Potter nie pozostał mu jednak dłużny. Z niewielką pomocą Severusa ogłosił się wilczym opiekunem Bety, jak dokładnie to opisał. Prawnym kuratorem Draco stał się Severus, jako że Harry nie był pełnoletni. Jednak prawa wilkołaków były traktowane na równi z ludzkimi i musiano się do nich dostosować. Gdyby tego nie zrobiono, wilkołacza społeczność mogłaby podnieść bunt, a tego nie chciano.

To, że normalni ludzie nienawidzili każdą inną rasę humanoidalną, nie miało w tym wypadku znaczenia.

Bestia co jakiś czas przejmowała kontrolę nad ciałem Harry'ego, ale o dziwo, prosząc najpierw o pozwolenie, i zaznaczała dosyć dosadnie, do kogo należy teraz blondyn. Nie robiła tego jakoś drastycznie. Raczej wyglądało to tak, jakby domagała się uwagi ze strony lekko sfrustrowanego Ślizgona.

Harry'emu nie przeszkadzało zachowanie Rumuara, choć było może trochę nazbyt władcze. Po kilku latach ciągłych uszczypliwych i niedomówionych uwag bawiła go niepewność Draco. Może było to szczeniackie zachowanie z jego strony, ale chyba coś mu się od życia należało. Nie pozwalał bestii robić krzywdy chłopakowi, zresztą ta sama oznajmiła, że ma dla niego zbyt dużą wartość.

Za to Malfoy był wyraźnie podenerwowany. Węże także. Jego pozycja w społeczności uczniowskiej drastycznie spadła. Brak pieniędzy równał się utracie władzy. Obstawa zniknęła, nawet różowe coś przestało go prześladować, choć z tego ostatniego był raczej zadowolony.

Severus jednak nie był zbyt szczęśliwy z decyzji Harry'ego, ale przynajmniej go rozumiał. No, i nie wypadało mu nie zająć się własnym chrześniakiem. Tym bardziej, że i tak dosyć często spotykali się na tak zwanych „tankowaniach", jak Potter określał picie odpowiednich eliksirów. Sam Gryfon nie musiał już tego robić, ale przygotowanie ciała Malfoya do pierwszej przemiany było teraz priorytetem.

Przy okazji spotkań i wolnej chwili, gdy Draco odsypiał efekty któregoś z eliksirów, Harry miał w końcu okazję poinformować o swoich spostrzeżeniach, jeśli chodzi o profesora Quirrella.

Severus nakazał mu ostrożność. Nie podejrzewał niczego niebezpiecznego, ale zachowanie dystansu do wyjaśnienia sprawy było logicznym rozwiązaniem. Może to tylko reakcja na zapach, ale miał zamiar bliżej przypatrzeć się mężczyźnie.

Gdyby tylko wiedział co się stanie, zamknąłby Harry'ego w swoich kwaterach i to na długo.

Quirrell czekał na swoją ofiarę. Wszystko miał już dopięte na ostatni guzik. Nie wystraszyła go nawet dziwna rozmowa ze Snape'em, który niby przypadkiem wiedział, czego szuka i oświadczył, że go powstrzyma.

Dobra, trochę się zaniepokoił, bo nikt nie mógł wiedzieć, co takiego ukryte jest w jednym z zamkniętych korytarzy. Podobno tylko dyrektor nakładał odpowiednie zabezpieczenia, ale kto tam wie, co starzec w końcu wymyślił. Teraz jego zadaniem numer jeden był Potter. Rozumiał nienawiść Pana. Kto chciałby skończyć w ten sposób? I to przez kogo – roczne niemowlę.

Ukrył się i czekał. Wiedział, że za chwilę Potter będzie tędy wracał do dormitorium. Jego wizyty u Snape'a dawno weszły w harmonogram poczynań chłopca. I oczywiście profesor nie zawiódł się i tym razem. Stłumiony krzyk nastolatka został natychmiast zagłuszony przez potężny huk eksplozji. Krzywy uśmiech zagościł na twarzy profesora obrony, gdy szedł sprawdzić efekty swojej pracy. Nie musiał się śpieszyć, zaklęcie wyciszające nie wypuściło nawet najmniejszego dźwięku poza obręb korytarza, w którym zastawił pułapkę. Jego oczom ukazał się niezbyt przyjemny widok. To, że wszędzie rozpościerały się plamy krwi, było spodziewanym efektem, jednak jakimś cudem plan nie wypalił i chłopak był przytomny.

Warkot wydobywający się z gardła dzieciaka i te złote oczy świadczyły, że niewesoło się skończy to spotkanie i to nie dla niego. Quirrell zaczął się cofać. I to był błąd, za który zapłacił bardzo drogo.

Potter dopadł go w jednym skoku.

W chwili, gdy dłonie Harry'ego dotknęły ciała profesora, Quirrell zaczął krzyczeć. Jego ciało boleśnie powoli spalało się, a skóra dymiła pod wpływem dotyku Złotego Chłopca.

Krzyk mężczyzny ranił uszy, ale Potter go nie puszczał, warcząc tylko, jakby sam odczuwał ten ból. W pewnej chwili nie wytrzymał i puścił adwersarza, odrzucając go pod ścianę i zataczając się w drugą stronę. Ciało chłopaka było mocno poranione, ale Rumuar nie pozwolił mu upaść. Głośny pomruk nie cichł nawet na moment.

Zostaw go!

Nie ma mowy! Zagraża mi!

Ar, to jest nauczyciel!

I co z tego! Chce cię zabić! To wystarczający powód, by go zniszczyć.

— Potter! Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Nie tym razem. — Dziwny szept, przerywany drażniącym sykiem, dolatywał od strony unieruchomionego Quirrella. — Wstań, głupcze. Chcę nim porozmawiać — powiedział profesor nie swoim głosem.

Mężczyzna z trudem odrzucił część ściany, która zawaliła się na niego po odrzuceniu przez dzieciaka. Powolnym ruchem ściągnął z głowy turban i odwrócił się do Pottera plecami. Chłopak cofnął się o krok, widząc wężowatą twarz na tyle głowy Quirrella.

— Widzisz jak teraz wyglądam? To wszystko przez ciebie. Nie powinno było nic takiego się stać. Byłeś tylko niemowlakiem. Teraz zaczynam rozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Nie możemy znieść swojego dotyku, choć ja odczuwam to o wiele gorzej niż ty — syczał. — Twoja matka była inteligentna, wiedziała, co robi chroniąc cię swoim własnym życiem. Ale to nic i tak nie jesteś teraz wiele lepszy ode mnie — prychnął niby rozbawiony. — Jesteś wyrzutkiem społeczeństwa, choć pozwolono ci chodzić do tej szkoły. Jak długo jednak? Ilu jeszcze pogryziesz, zanim w końcu zostaniesz wykluczony z czarodziejskiego świata, nie bacząc nawet kim dla nich jesteś? Gdzie wtedy pójdziesz? — pytał. — Narazisz na potępienie swego opiekuna?

— Mógłbyś łaskawie się zamknąć? Zaczyna mnie od tego syczenie boleć głowa. — Wyraźny głos Rumuara przerwał wywód zniekształconej twarzy. — Jak się domyślam, to ty jesteś Tom, ten który zamordował rodziców Harry'ego.

— Lord Voldemort — warknął potwór, rozdrażniony takim lekceważeniem. — Kim lub czym jesteś? Dlaczego nagle zmienił ci się głos?

— Czyżby twoje ciało nie poinformowało cię o czymś tak ważnym? — zakpił Rumuar. — Jestem wilkiem, który zamieszkuje to ciało.

— Pasożyt.

— Zwij, jak chcesz. My z Harrym mamy pewnego rodzaju umowę, że nie drażnimy się nawzajem niekontrolowanymi wybuchami, ale ty zaczynasz mnie już denerwować. Samo to, że próbujesz zabić mojego gospodarza, jest nie do przyjęcia. Dobrze ci radzę - znikaj stąd albo sam zaraz cię wykopię na zbity pysk.

— Grozisz mi, kundlu? Mnie?

— A widzisz tu jeszcze kogoś innego?

Rumuarowi znudziła się ta rozmowa, doskoczył z powrotem do osobnika i przytrzymał go za twarz z dzikim śmiechem, czując jak skóra, mięśnie rozpadają sie pod wpływem jego dotyku. Krzyki obu osobowości – Voldemorta i Quirrella, złączyły się w jeden wrzask bólu. Cierpienie jednak zaczęło coraz bardziej opanowywać także ciało Pottera, a co za tym idzie i Rumuara. Ostatnim co zobaczył, była czarna smuga dymu, uciekająca z ciała zmieniającego się w pył Quirrella, sunąca w górę schodów, wprost w stronę wyjścia. Potem był tylko huk osypujących się resztek ścian i czyjś krzyk.