NIŻ 4.3
Malfoy od kilku dni obserwował nie tylko Pottera, ale także Zabiniego. Nigdy nawet nie podejrzewałby go o bycie wilkołakiem. Dlaczego to zrobił albo dlaczego pozwolił sobie to zrobić? Kto jeszcze wśród Ślizgonów jest wilkołakiem? Dlaczego Blaise chciałby w ogóle nim być?
Czy to ma związek z profesją jego ojca? Czy chciał w ten sposób się uchronić? Czy to właśnie dlatego on został ukąszony? Czy Potter z jakiegoś powodu chce chronić jego? Niemożliwe! Dlaczego miałby chcieć go chronić? Nigdy nie zrobił nic, by zasłużyć na taką opiekę.
Teraz za to zaczął się bać. Potter nie zachowywał się normalnie. Nigdy dotąd nie uciekał, a teraz zdawało się, że kuli się w sobie i podwija ogon. Co jest z tym nauczycielem, że wywołuje w Potterze taką reakcję, a co gorzej także i w nim samym? Nawet Blaise zachowuje się dziwnie spokojnie, usłużnie, powiedziałby nawet
Rozumiał respekt, w końcu to profesor, dorosły i w ogóle siła wyższa w szkole, ale żeby od razu uległość.
Od tamtego ujawnienia w pustej sali Zabini nie rozmawiał z nim, każdą próbę zbywając wymówkami.
To, co teraz działo się z Potterem, było naprawdę dziwne. Jakby bał się nowego nauczyciela, i to panicznie. A może też odczuwał ten dziwny dyskomfort, który kojarzył mu się z posłuszeństwem wobec wilczej natury Harry'ego… Czyżby profesor nie był normalnym człowiekiem?
Na całe szczęście zajęcia skończyły się i zaraz po wyjściu z Sali to dziwne uczucie odeszło.
— Witaj, Harry — odezwał się po wyjściu wszystkich uczniów Lupin, podchodząc do ławki Pottera.
— Zabiję cię! — Ryk Rumuara ranił uszy, zatrzymując mężczyznę w miejscu. — Wcześniej czy później zabiję cię!
— Harry, musisz się uspokoić. Zapanuj nad tym. — Profesor starał się mówić cicho, by nie denerwować drugiej natury chłopca.
— Panuję, pozwoliłem tylko mówić Rumuarowi. — Głos Harry'ego wrócił do normalności.
— Rumuar?
— Mój wilk wyczuwa, że pan też jest wilkołakiem. Czy to prawda? — Wiedział, że tak, ale wolał to usłyszeć.
— Tak, jestem likantropem. A także przyjacielem twoich rodziców, Harry.
Chłopak nie odrywał oczu od Remusa. Wiadomość nie zadowoliła go.
— I co z tego? Nie znam pana. Nie wiem, czy mówi pan prawdę. Może chce pan tylko uśpić moją czujność. Nie dam się na to nabrać — rzucił cierpko, wstając i kierując się ku wyjściu. — Proszę powiedzieć, co mam zrobić w ramach szlabanu za moje zachowanie.
— Nie daję ci żadnego szlabanu. Chciałem tylko porozmawiać z tobą o kontroli nad wilkiem.
— Nie potrzebuję pana pomocy. — Zatrzymał się. — Szczególnie pana. Z Severusem... Profesorem Snape'em dajemy sobie radę.
Zaczął znów zbliżać się do drzwi.
— Harry...
— Dla pana Potter albo Snape! — prawie krzyknął chłopak.
— Dlaczego tak się zachowujesz? Nie zrobiłem nic, co mogłoby spowodować twój gniew.
Harry doskoczył do niego w ułamku sekundy. Nie dotknął profesora nawet palcem. Po prostu stanął przed nim wyprostowany, unosząc wysoko głowę.
— Nic? Nic, mówisz? A myślisz, że przez kogo taki jestem! Myślisz, że nie rozpoznam swojego Alfy?
Lupin zbladł i zachwiał się, przytrzymując najbliższej ławki.
Harry nie przejął się tym ani trochę.
— Wiedz, że w którymś momencie pozwolę Rumuarowi spełnić obietnicę. Nie interesuje mnie, kim byłeś dla moich rodziców. Zniszczyłeś mi życie, więc ja zniszczę twoje.
Obrócił się na pięcie i opuścił salę, trzaskając drzwiami. Przed klasą czekali na niego przyjaciele, spora część jego stada i prawie całe oba roczniki Ślizgonów i Gryfonów, chociaż nie wiedział dlaczego.
Odetchnął, uspokajając się. Czuł się o wiele lepiej w tym otoczeniu. Prawie jak w rodzinie, w gronie rodzeństwa i kuzynostwa.
— Mów, stary. Czego chciał? — zapytał Ron, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Dał ci szlaban?
— Nie. Jak na wilkołaka był zupełnie normalny — stwierdził Harry i ruszył na następne zajęcia.
Wiadomość zrobiła swoje. Jeszcze nie zaczęły się kolejne lekcje, a Krukoni, którzy mieli z nimi zaklęcia, już dyskutowali o kolejnym likantropie w szkole.
Jakby nie patrząc, zniszczyć życie można na wiele sposobów, a najlepszym z nich są plotki.
Harry zapukał do kwater swego opiekuna, trzymając pudełko opakowane w czerwony papier.
— Harry, co ty tu robisz? — Severus zdziwił się na jego widok, gdy otworzył drzwi.
— Znalazłem to przy moim łóżku. I list, że to należało do mojego ojca. Nie wiem, kto mógłby mi to przysłać.
Chłopiec wszedł do gabinetu i postawił pudło na biurku.
— Nie powinieneś nawet tego dotykać. Mogłeś kogoś wezwać, choćby mnie.
Severus rzucił kilka zaklęć na nieznany prezent, ale niczego nie wykrył.
— Zanim zdążyłem to zrobić, koledzy już położyli mi go na kolanach, myśląc, że mam urodziny. Dopiero potem przypomnieli sobie, że jestem z lipca. Nienawidzę być sławny. Wszyscy wiedzą o mnie więcej niż ja sam. To co z tym pudłem? — zmienił szybko temat, nie chcąc się złościć bez powodu.
— Możesz otworzyć, ale nie dotykaj przedmiotu w środku, zanim go nie sprawdzę.
— Dobrze, Severusie.
Rozpakował ostrożnie prezent.
— Słyszałem o twoim słownym pojedynku z profesorem Lupinem. Cała szkoła już o tym mówi.
Harry zamarł w pół ruchu.
— Zabiję go przy pierwszej nadarzającej się okazji. — Rumuar spojrzał na opiekuna swojego nosiciela złotymi oczami.
— Dlaczego? — Severus minimalnie drgnął na tę nagłą zmianę osobowości.
— Zagraża mojemu stadu.
— Jak to? Rumuar, uspokój się. Niszczysz mi biurko — zauważył chłodno Snape, wskazując na pazury wbijające się w drewno.
Ryk wściekłości był jedyną odpowiedzią.
— Przepraszam, Severusie. — Harry wrócił do siebie. — Ar jest wściekły i trudno mi nad nim panować, szczególnie w pobliżu profesora obrony.
Mistrz eliksirów ponaglił go gestem, by kontynuował rozpakowywanie. W pudełku leżał lśniący materiał. I na nim nie było żadnych niebezpiecznych zaklęć. Na aprobujące kiwnięcie Severusa Harry podniósł materiał, który okazał się być płaszczem.
— Jest duży. To dla dorosłego — spostrzegł Harry, gdy spora część ubrania nadal leżała na ziemi, nawet gdy podniósł płaszcz wyżej.
Profesora jednak zaciekawiło wnętrze.
— To z demimoza. Ubierz go na moment.
Chłopiec założył płaszcz. Na widok miny opiekuna spojrzał w dół i zobaczył dywan. Jego ciało zniknęło.
— Wow!
— Czyli już wiemy, że to peleryna-niewidka. Rzadki przedmiot w świecie czarodziejów...
— Bo demimozy są trudne do złapania. — Harry przewrócił oczami, zdejmując prezent. — Nie wiem, czy by mi się spodobało widzieć samą głowę wiszącą w powietrzu. Twoja mina była dla mnie wystarczająca. Mam ją zatrzymać, czy oddać tobie?
Mistrz zamyślił się na chwilę.
— Ufam, że jesteś już wystarczająco doświadczony przez życie, dlatego pozwolę ci ją zatrzymać. Tylko bez żadnych nieuzasadnionych wypadów nocnych. Randek nie zaliczam do uzasadnionych — ostrzegł srogo.
— Dobrze, Severusie — uśmiechnął się do niego chłopiec, a mężczyzna już zaczął żałować, że się zgodził.
— Co masz zamiar zrobić z profesorem Lupinem? Czy wiesz, że to jeden z przyjaciół twoich rodziców?
Harry natychmiast stężał.
— Powiedział mi, ale to nie zmieni mojego i Rumuara zadania. Zginie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Znam swoje wilcze prawa.
Tym razem to Severus zamarł. Wystarczająco długo uczyli się tych praw, by teraz zrozumieć, co chłopak chce mu powiedzieć.
— To on? Lupin cię ugryzł?
— Tak. I nawet nie był tego świadom. Ale to go nie tłumaczy. Sprawdzałem wielokrotnie archiwa mistrza Artura. Był wśród tych, którzy tego miesiąca nie przyjęli eliksiru. — Harry znów zaczął się nakręcać. — Nie interesuje mnie żadne wytłumaczenie. Wiedział, kim jest, i miał obowiązek odpowiednio się zabezpieczyć. Nie zrobił tego i pogryzł człowieka. Jego pechem jest to, że okazałem się to być ja.
— Harry, uspokój się! — Severus posadził dzieciaka na siłę w fotelu. — Nie możesz go zabić! Wylądujesz w Azkabanie.
— Znam swoje prawa. Jeśli tylko mnie sprowokuje – zaatakuję. Idę o zakład, że mam większe stado niż on, a teraz Lupin mu zagraża. Nie będzie potrafił się nim zająć. Jego bestia jest uśpiona.
— Dlaczego go nie zdominujesz? Nie wystarczy, że to zrobisz i włączysz go do stada?
Harry zmroził go spojrzeniem, gdzie tęczówka miała więcej złota niż zieleni.
— Nic nie mówiłem. — Severus uniósł dłonie w obronnym geście, cofając się do biurka.
++WSPOMNIENIE++
— Zawsze będę z tobą, Harry.
Te myśli nigdy nie opuszczały jego nosiciela, nawet gdy Rumuar przejmował ciało.
— Nie wolno wychodzić po zmierzchu.
— Cicho, mały. Nic ci nie będzie. Idę tylko na spacer — wytłumaczył.
Przez dłuższy czas czuł zacięcie gospodarza, starającego się go powstrzymać, ale w te dni nie miał na to zbyt wielkiego wpływu.
— Severus i mistrz będą źli.
— To będą, ale i tak nic nie zrobią. Mnie nie ukarzą.
— Ale mnie tak!
— Nauka jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
— I mówi to ktoś, kto nigdy nie chodził do szkoły.
— Za życia – nie. Potem to już inna sprawa.
Następnie wilkołak już całkowicie przejął kontrolę. Mieszkanie w tej części Anglii miało sporo zalet. Mugoli było tu niewielu, ale była też i druga strona tego medalu. Tereny te obrały sobie za legowiska magiczne stworzenia nie należące do klasy pojedynczego X.
Na nieszczęście dla Harry'ego wilcza natura właśnie w stronę jednego z takich legowisk zmierzała.
Trzy dni zajęło Severusowi szukanie dzieciaka, choć ten w końcu znalazł się sam. Kolejny tydzień zajęło przywrócenie go do stanu używalności.
— Harry, dlaczego pozwalasz mu się tak traktować? Walcz z nim. — Snape z niepokojem obserwował ostrożne ruchy chłopca, nadal mocno poowijanego bandażami. — To ty jesteś w tym układzie panem i władcą.
Harry nie odpowiedział. Jego myśli stanowiły zagadkę.
Mężczyzna wiedział, że Harry coś ukrywał i że nie chce się podzielić tym, co zdarzyło się podczas pełni.
Nie chciał na niego naciskać. I tak długo trwało, zanim sześcioletnie dziecko zaufało dostatecznie dwóm dorosłym mężczyznom. Teraz, gdy Harry podrósł i przeżył kilka drastycznych przygód, nie chciał zmieniać jego oddania w nienawiść. Severus nikomu nie przyznałby się, że przywiązał się do tego wiecznie rozczochranego bachora, syna jego szkolnego wroga.
Zostawił chłopca w sypialni. Skoro nie chce mówić, nie będzie go zmuszał.
— Dlaczego mnie bronisz? — zapytał Rumuar, gdy drzwi zamknęły się za dorosłym.
— Pomogłeś mi, gdy poprosiłem.
— Przecież to było tylko młode, dlaczego tak ci zależało, by zostało uratowane? To tylko durne zwierzę.
— Gdybyś zapomniał, teraz też należymy do zwierząt.
— Ale inteligentnych! Ta kobyła dała się głupio zabić, by bronić źrebaka. Powinna uciekać, była w stanie urodzić jeszcze niejedno młode.
— Jesteś głupim, bezuczuciowym potworem! — rozłościł się Harry.
Nawet nie mógł się na czymś wyładować po tych słowach, bo ledwo się ruszał.
Walka z dwoma samcami gryfów nawet dla w pełni dorosłego wilkołaka była bardzo niebezpieczna, a on był tylko dzieckiem. Uratowała go tylko szybkość i magia wilka.
Gryfy, mocno poranione, zabrały martwą już klacz jednorożca i odleciały. Samiec przybył chwilę później, próbując go stratować. Wtedy źrebak stanął w jego obronie.
Harry nie wiedział, jak ten gatunek się porozumiewa, ale na koniec ogier zaniósł go w pobliże domu. Cały czas pamiętał aksamitną miękkość białej sierści i strugi krwi, jego krwi, plamiącej tę czystość.
++KONIEC WSPOMNIENIA++
Kolejne dni mijały niepokojąco cicho. Zbliżała się kolejna pełnia. Malfoy już nie mógł być bardziej gotowy. Nafaszerowany eliksirami niczym indyk na święta, prawie lśnił energią. Teraz często można było zobaczyć w jego pobliżu Zabiniego, co jednocześnie denerwowało Rumuara. Dopiero, gdy czarnoskóry chłopak okazał poddaństwo i przyznał się, że tylko chroni plecy „pięknego" pod nieobecność Alfy, Ar trochę się uspokoił.
Nadszedł wieczór pełni. Remus Lupin zniknął wszystkim z oczu. Severus potwierdził przypuszczenia Harry'ego, że także otrzymał eliksir tojadowy i został odseparowany. Malfoy dostał do towarzystwa na czas pełni Blaise'a i profesora Snape'a, jako że to miała być jego pierwsza przemiana.
Harry, już przyzwyczajony, miał zostać sam w swojej celi.
— Młody, co się dzieje? — zaniepokoił się Rumuar, gdy jego nosiciel po wypiciu eliksiru zaczął zachowywać się podejrzanie niepokojąco.
— Dziwnie się czuję.
Bestia zaczęła warczeć, zauważając coraz słabszy kontakt mentalny z gospodarzem, co dotychczas nigdy się nie zdarzyło.
— Młody!
