NIŻ 5.3
Harry chciał się obudzić. Bardzo pragnął uciec z tego koszmaru, w którym się znalazł. Oglądanie tego było ponad jego siły, ale nie mógł nic zrobić.
Czym było to coś? Dlaczego ten człowiek odciął sobie dłoń? Czy wszyscy poszaleli?
Krzyczał, ale nikt go nie słuchał. Nikt nie chciał pomóc mu uwolnić się z tego horroru.
— Jak długo to już trwa, Severusie? — zapytał Artur, wchodząc do pokoju.
— Od trzech godzin. — Profesor zmienił zimny okład na czole targanego konwulsjami chłopaka.
Pasy obejmowały większą część ciała dziecka - nawet głowę, blokując nieskoordynowane ruchy drobnego ciała.
— To nie wygląda za dobrze. Nadal cię nie wpuszcza?
Severus zaprzeczył, znów diagnozując chłopca.
— Co na górze? — zapytał.
— Lepiej. Wszyscy już się obudzili, ale są słabi. Najdrobniejsze czynności ich męczą. Przyjaciele im pomagają. Wiesz, że ten Longbottom to ciekawy przypadek? Zna sporo niezwykłych roślin — zauważył nagle mistrz.
— Ale z eliksirów jest słaby. — Snape'owi już nie podobał się tok rozmowy.
— Mnie wydawał się całkiem rozsądny. Płochliwy jak łania, ale za to jaki intelekt. — Snape spojrzał na niego ostro, na co mistrz zaśmiał się głośno. — O! Teraz już jestem całkiem pewien. Nie lubisz go. Czyżby zazdrość?
— Nie... Zrobisz... Tego! — wywarczał profesor.
— Ależ... Zrobię — wyartykułował powoli Artur, nadal się śmiejąc. — Będzie z niego wspaniały mistrz z taką znajomością zielarstwa.
— Nieee — jęknął Severus cicho. — Za co? Co ja takiego zrobiłem, żeby mnie tak karać?
— Nie rozumiem cię, Severusie. Przecież to nie ty będziesz go szkolił — zdziwił się mistrz.
— Ale znając twoje metody nauki, to wytresujesz go na swoje podobieństwo. Was dwóch ten świat nie udźwignie.
— Ty jakoś nie dałeś się ukształtować.
— Bo ja jestem stal, i to hartowana, a Longbottom to tylko glina. Da się uformować, jak tylko będziesz chciał.
Mistrz zerknął na chorego, który właśnie przestał się szarpać.
— W takim razie w nim musi płonąć niezły żar, skoro dałeś mu się tak łatwo — mruknął.
Severus nie skomentował tego, bo chłopiec w tej chwili otworzył oczy. Czując krępujące jego ruchy więzy, zaczął się szarpać ze spanikowanym wyrazem twarzy.
— Już cię rozwiązuję. Uspokój się — zażądał Snape, usuwając pasy.
Chłopiec ciężko oddychał, a na policzkach nadal kwitł niezdrowy rumieniec.
— Harry, połóż się — poprosił Artur, gdy chłopiec zaczął wstawać. — Jesteś chory.
Dzieciak jednak nie posłuchał, stanął chwiejnie przy łóżku i sięgnął po rękę Severusa. Ten, nie wiedząc o co chodzi podopiecznemu, pozwolił mu na to. Harry podwinął rękaw szaty i Snape się szarpnął, nie mogąc uwierzyć.
— Merlinie, to niemożliwe!
Blady dotąd Mroczny Znak był teraz doskonale widoczny. Czarny niczym noc. Jak na zawołanie zapłonął bólem, który ściął Severusa z nóg swoją intensywnością. Mężczyzna jęknął głośno, tuląc rękę do piersi.
Harry tylko patrzył lekko zamglonym wzrokiem. Po jego policzku spłynęła nagle łza.
— On znów żyje — szepnął. — Odrodził się. Nie wolno ci do niego iść. On cię zabije.
Artur pomógł Severusowi usiąść na łóżku. Podał mu eliksir przeciwbólowy, który ten wypił bez sprzeciwu. Wezwanie minęło po krótkiej chwili.
— Skąd wiesz, Harry? — zwrócił się nagle do chłopca. — Skąd wiesz, że się odrodził?
— Widziałem to. Nie wiem, jak to zrobił, ale ma teraz ciało. Pomógł mu jakiś zastraszony mężczyzna. Obciął sobie dłoń, by go odrodzić.
Nagle nogi ugięły się pod chłopcem i tylko szybka reakcja mężczyzn zapobiegła jego upadkowi. Znów został położony do łóżka. Severus spojrzał wymownie na Artura, a ten tylko kiwnął głową i opuścił sypialnię.
— Harry, musimy poważnie porozmawiać.
— Nie pójdziesz do niego, prawda? On przecież wie, że się mną zajmujesz. Quirrell wiedział, więc on też. W końcu siedział w jego głowie.
— Nie gorączkuj się tak. Nie, nie pójdę. Już o tym kiedyś rozmawiałem z Dumbledore'em. Teraz to nie miałoby sensu. Natychmiast zostałbym zdemaskowany.
— A wezwania?
— Kilka minut bólu jestem w stanie wytrzymać.
— A jeśli będzie cię karał przez Znak?
— Wtedy będzie karał wszystkich sojuszników. Znak służy tylko do zwoływania, nie do kar. Nie taki był zamysł przy jego tworzeniu. A teraz chciałbym poznać dokładną liczebność twojego stada, Harry — zmienił nagle temat.
Chłopiec spiął się. Jego dłonie ścisnęły pościel.
— Mówiłem przez sen?
— Nie. Dwanaście osób leży w skrzydle szpitalnym. Wszystkie straciły przytomność w tym samym czasie, co ty. Wszyscy mają bliznę po ukąszeniu. Ilu jeszcze pogryzłeś i dlaczego?
Chłopak spuścił głowę i zaczął skubać zębami dolną wargę.
— Harry, nie ukarzę cię za to. To i tak niczego już by nie zmieniło. Chcę tylko wiedzieć, ilu jest podobnych do Malfoya — nalegał profesor.
— Około dwudziestu wraz z tymi ze szpitala. Prosili o ochronę przed Voldemortem.
— Ochronę? Będąc wilkołakami? Jak? — dopytywał się profesor.
— Wiedzieli, że będę pod ochroną twoją lub Dumbledore'a i że nie pozwolicie mnie porwać. Gdyby któreś z dzieci zostało w przyszłości zmuszone do przyjęcia Znaku, nadal musiałoby słuchać mnie. Władza Alfy jest potężniejsza od Znaku.
— Jak to się zaczęło?
— Od Blaise'a. A dokładniej od jego mamy. Nie chciała, by syn poszedł w ślady ojca. On też nie chciał za nim podążać. Ugryzłem go, a jego mama powiedziała, że wszystkim się zajmie. Potem to się cicho rozeszło po rodzinach czystokrwistych. Nigdy nie wydawało ci się dziwne, że prawie zawsze przychodziły mamy? Tylko raz czy dwa byli to ojcowie.
Teraz Severus to skojarzył. Myślał, że chciały sprawić Harry'emu przyjemność. By pobył trochę z kobietami, zamiast ciągle z mężczyznami. Przynosiły różne drobne prezenty, rozpieszczając malca.
— Skoro i tak już byli w twoim stadzie, dlaczego nie przychodzili częściej? Przeważnie wizyty urywały się nagle.
— Żebyście z mistrzem niczego nie zauważyli. Oni za bardzo się mnie słuchali. Nie umiałem jeszcze panować nad „rozkazem". Nadal przecież zdarza mi się wybuchnąć, a Ar robi też straszne problemy z Draco.
— Muszę to przemyśleć, ale nie oznacza to, że rozmowa dobiegła końca — stwierdził w końcu Severus, wstając. — Odpocznij teraz. Idę poinformować Dumbledore'a o Czarnym Panie. Nawet gdybym nie uwierzył w twój sen, mój Znak go potwierdza.
Harry poczekał, aż Severus wyjdzie, i wstał na przekór poleceniom. Cicho przeszedł do salonu, ale mistrza nie było, więc pewnie poszedł wraz z profesorem.
Aktywował sieć Fiuu i udał się do szpitala. Pani Pomfrey popatrzyła na niego zdziwiona, gdy wyłonił się z jej kominka.
— Co ty tu robisz? Powinieneś leżeć w łóżku. Profesor Snape mówił, że ciągle jesteś chory.
— Ja tylko na chwilę, proszę pani. Chcę się zobaczyć z przyjaciółmi.
— No, dobrze. Mam nadzieję, że skoro ty się lepiej czujesz, to i oni wyzdrowieją.
Wpuściła go na salę, sama zostając w swoim kantorku.
— Cześć wszystkim — odezwał się Harry, stając pośrodku sali.
Głowy wszystkich natychmiast skierowały się w jego stronę. Pacjenci usiedli. Kilkoro uczniów odwiedzających przyjaciół zdziwiło się tak szybką reakcją.
Nagle drzwi za plecami Harry'ego otworzyły się i do sali wszedł profesor Lupin. Zatrzymał się, widząc chłopca. Ledwo słyszalne warknięcie wydostało się z gardła Pottera.
— Nie warcz na mnie — odezwał się chłodno Remus. — Ja przynajmniej nie gryzłem świadom tego faktu.
— Nie porównuj mnie do siebie. Miałem ważny powód.
Ciszę na sali przerwały skrzypnięcia łóżek, z których schodzili likantropi.
Każdy krok zbliżającego się do Pottera Lupina zwiększał liczbę wstających.
— Powód? Żaden powód nie jest wyjaśnieniem. Zamieniłeś ich wszystkich w bestie! — Mężczyzna stał już przed chłopcem.
Za jego plecami pojawiła się Poppy, ale poza wysłaniem patronusa nic nie zrobiła. Nawet gdyby chciała, nie mogła zrobić nic w sali pełnej wilkołaków? I to wilkołaków na ścieżce wojennej.
— Są inteligentne. Nie zagryzą w amoku tak jak twoi.
— Nie ma czegoś takiego jak inteligentny wilkołak. Śnisz na jawie.
Cichy dotąd warkot za plecami Harry'ego zaczął narastać. Przy jego boku pojawił się Neville.
— On cię prowokuje.
— Wiem, Neville. Czas dotrzymać obietnicy. — Odwrócił się z powrotem do Lupina.
— Pozwól nam. Nadal jesteś słaby. My odzyskaliśmy siły — zaproponował Blaise, stając z drugiej strony.
— To nieuczciwe.
— On ci zagraża, a to znaczy, że zagraża i nam. Pozwól nam. Jego rozkaz nie działa na nas tak mocno jak na ciebie. I jest nas więcej. W pojedynkę z nim nie wygrasz.
Harry powoli dawał się przekonać. Nadal nie czuł się dobrze i wiedział, że chłopak ma rację. Poza tym...
— Nie zabijajcie go. On jest mój.
To, co stało się potem, jeszcze długo krążyło po korytarzach szkoły jako niezwykła historia.
Warkoty, skowyty, jęki rannych odbijały się od ścian szpitala wraz z ciałami ofiar, które i tak zaraz znów wracały na pole walki.
Remus, choć był dorosłym osobnikiem, nie miał szans przy takiej liczebności przeciwnika, tym bardziej, że on nie mógł się przemienić. Ten fakt zaskoczył go w pierwszej chwili, ale nie przeszkodził w obronie.
Wejście dyrektora w towarzystwie Snape'a i Artura niczego nie zmieniło.
Nagle tylko stało się cicho. Młode bestie, nie wracając do swych ludzkich form, przysiadły wokół leżącego mężczyzny.
Harry, nie biorący udziału w walce, podszedł teraz do niego.
— Nie jesteśmy tacy jak ty. Nasze bestie nas szanują. Wiedzą, że jeśli my zrobimy coś złego, haniebnego z ich udziałem, to one też poniosą karę. — Chłopak zerknął na dyrektora, mrużąc oczy. — On należy teraz do mnie. Przykro mi, ale nie mogę go oddać ani panu, ani Flamelowi.
Ugryzł własną dłoń i pozwolił, by kilkanaście kropel spadło w otwarte usta dyszącego ciężko Lupina.
— To powinno załatwić sprawę. Teraz lepiej uważaj, bo kolejne ukąszenie może już być dla ciebie śmiertelne.
Remus wygiął się z jękiem, gdy krople spłynęły do gardła. Trwało to dosłownie kilkanaście sekund, po czym mężczyzna opadł na podłogę nieprzytomny.
=WSPOMNIENIE=
— Dlaczego pan ciągle chowa ten tatuaż?
Chłopiec usiadł wygodniej na stole, przyglądając się ciekawie obu mężczyznom. Młodszy właśnie kończył myć ręce i poprawiał rękawy, które podwinął wcześniej do pracy, by ich nie wybrudzić.
— Nie twój interes — rzucił krótko i natychmiast wycofał się z umysłu dziecka.
Harry posmutniał i bezwiednie potarł bliznę, nie odrywając jednak wzroku od Severusa.
Artur obserwował swojego ucznia, ale nic nie mówił. Nie trwało to jednak długo. Nigdy nie lubił milczenia.
— On tylko zapytał, Severusie. To dziecko. Jest ciekaw wszystkiego. Jeśli zadaje pytania, należy mu udzielić odpowiedzi. W ten sposób zdobywa wiedzę.
— I co? Mam mu powiedzieć, że byłem w grupie, której lider zamordował jego rodziców?
Głośne wciągnięcie powietrza przez chłopca zwróciło ich uwagę. Harry patrzył na Snape'a zszokowany.
— On podsłuchiwał mentalnie — zauważył smutno Artur.
Chłopiec zeskoczył ze stolika i wybiegł z pracowni.
— Lepiej idź za nim, jeszcze wpadnie na jakiś głupi pomysł.
=KONIEC WSPOMNIENIA=
Harry wykorzystał chwilę nieuwagi wszystkich i wymknął się ze skrzydła szpitalnego. Severus z Arturem zajmowali się Remusem, a dyrektor rozmawiał z pielęgniarką, która w międzyczasie sprawdzała stan pacjentów. Ci już wracali do swoich ludzkich postaci.
Potter chciał się teraz tylko ukryć. Nie miał siły. Pragnął tylko spokoju i żeby dano mu wreszcie trochę wolności. Schował się nad jeziorem, wśród opadających do samej wody gałęzi wierzby płaczącej. Ukrył twarz w dłoniach i załkał.
Co on sobie myślał? Chciał zabić człowieka! Dlaczego tak się zachowuje? Przecież nigdy nie chciał nikogo skrzywdzić.
— Mały, nie załamuj się tak. Nie zrobiłeś tego. Stałeś się Alfą bez zabijania. Nawet nie zdominowałeś go, by dołączyć do stada. Nie czujesz tego? On stracił nad tobą wszelką władzę, a twoje stado ci w tym pomogło.
— Wcale mi nie pomagasz, Ar. I co z tego, że go nie zabiłem? Omal do tego nie doprowadziłem. Gdyby nie Kamień, nie żyłby pewnie teraz, bo chciałem to zrobić. — Nie dał się przekonać.
Rumuar milczał. Odkąd Harry ocknął się z koszmaru, dowiedział się sporo. Umysł chłopca był tak szeroko otwarty, że zalewał drugą jaźń informacjami, którymi dotąd nie chciał się dzielić. Między innymi właśnie o Kamieniu.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego cię wybrał i w ogóle jak to się stało? Przecież to przedmiot.
— Też tak myślałem. — Chłopiec odetchnął, rozluźniając się trochę i opierając o pień drzewa. — Słyszałeś jednak jego opowieść. Wiesz, jak powstaje Kamień Filozoficzny. Flamel dlatego nie chce zdradzić, jak go zrobić, bo wiążę się z tym czyjaś ofiara. Czyjeś życie. Jednocześnie Kamień zyskał coś w rodzaju duszy. I naprawdę nie wiem, czemu wybrał właśnie mnie. Może jego moc się wyczerpuje i potrzebuje mojej krwi, magii, ofiary? Nie wiem.
— Harry? — Wesoły głos Severusa był dla chłopca czymś podejrzanie nowym.
Odwrócił się do mężczyzny i jego wzrok napotkał coś, co naprawdę bardzo rzadko się zdarzało.
Severus Snape się uśmiechał.
— Przerażasz mnie, Severusie — zauważył, odsuwając się na wszelki wypadek. — Nie podoba mi się ta mina.
— I nie powinna, Harry Potterze.
Dłoń mężczyzny dotknęła ramienia chłopca. W tym samym momencie wśród gałęzi rozbłysło światło.
