— Jesteś całkowicie zdrowy.
Lupin siedział na łóżku. Większość jego ciała zakryta była opatrunkami.
— Słucham?
— Nie jesteś już likantropem.
Severus stał za skrzyżowanymi na piersi rękoma, klnąc w duszy na swego mistrza za ubranie, które musiał teraz nosić. Wyglądał, jakby wyszedł z rzeźni. Plamy krwi po opatrywaniu uczniów i Lupina odznaczały się aż nazbyt wyraźnie na bieli stroju. Mistrz Artur właśnie próbował wytłumaczyć Remusowi, coś, czego sami nie rozumieli.
— Nie masz w sobie nawet grama choroby. Poza obrażeniami z walki nic innego ci nie dolega.
Severus w międzyczasie pozbył się plam odpowiednim zaklęciem i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu Harry'ego. Był przekonany, że chłopak siedzi gdzieś w pobliżu Draco, ale jednak go tam nie było.
— Czy ktoś widział Pottera? — zapytał głośno.
Nawet nie musiał czekać na odpowiedź. Reakcja stada wyraźnie mówiła, że go tutaj nie ma. Panika była bardzo dobrze widoczna.
— Wskaż mi Harry'ego Pottera — rzucił zaklęcie naprowadzające.
Różdżka nawet nie drgnęła. Czar nie miał dużego zasięgu, ale z całą pewnością obejmował teren zamku.
Severus opuścił szpital i skierował się w stronę wyjścia. Musiał się upewnić, czy chłopak znajduje się na błoniach. Jeśli nie, to będzie oznaczało bardzo złą wiadomość.
I niestety nie znalazł chłopca.
Harry stwierdził, że raczej nigdy nie polubi tego sposobu transportu. Ani nie był on przyjemny, ani też sam Harry nie będzie miał dobrych wspomnień po pierwszym razie. Fałszywy Severus, bo był pewien, że to nie prawdziwy, popchnął go przed siebie, rzucając jednocześnie zaklęcie na jego ciało. Liny na rękach związały je na plecach, uniemożliwiając sięgnięcie po różdżkę.
Miejsce, gdzie został przeniesiony, było ponure. I to nawet nie przez pozbawione liści drzewa czy zasypane uschłym listowiem ścieżki. Najbardziej okropny był sam dom, do którego zmierzali. Niski, z odchodzącą wszędzie farbą, na pewno niezamieszkany od dłuższego czasu.
— Jesteś dziś bardzo ważnym gościem, panie Potter. Czarny Pan zorganizował to przyjęcie specjalnie dla ciebie.
Głos „Severusa" zaczął się zmieniać na bardziej piskliwy, kobiecy. Dosyć szybko postać męska została zastąpiona przez żeńską. Zwichrzone włosy, choć widać było w nich rękę artysty. Odzież oryginalna, ale nie w standardowym modelu. Cóż, kobieta, która go uprowadziła, miała gust. Może i trochę szalony, ale jednak dobry.
Poganiany niczym bydło na rzeź, a czuł, że to określenie jest bardzo bliskie jego sytuacji, dotarł do sporych drzwi. Znając aż nazbyt dobrze dziwne gusta czarodziei, stał pewnie przed salą balową – największym pokojem w budynku. Odrzwia uchyliły się cicho, prawie bezszelestnie.
— Ar, odetnij połączenie ze stadem — poprosił w myślach.
— Nie będą mogli cię znaleźć, jak ich zawołasz.
— Nie będą też czuć bólu.
— Chyba nie sądzisz, że oni...?
— A jak ci się zdaje? Nie widzisz klatki?
Klatka, o której mówił, zajmowała centralne miejsce w sali. Otaczało ją kilka zebranych w pomieszczeniu osób, pozostawiając miejsce tylko na jego przejście. Drzwi metalowego więzienia zatrzasnęły się, a huk rozszedł się echem.
— Witam, Harry Potterze-Snape. Miło, że przyjąłeś zaproszenie Belli. Choć przypuszczam, że trudno byłoby odmówić takiej kobiecie. W twoim wieku pewnie jeszcze nie tak trudno, ale za kilka lat miałbyś inne zdanie. — Postać z jego koszmarów wyszła z cienia obok jednego z dużych okien.
Harry milczał wyczekująco. Bestia wewnątrz niego zaczęła się denerwować.
Kobieta nazwana Bellą przywołała naszyjnik na bezgłośne polecenie Voldemorta. Cisza otoczyła Pottera szczelnym całunem. Niezbyt się tym przejął, przyzwyczajony do dźwięku, już od dawna był świadom, że nie jest on dany mu na zawsze. Przynajmniej oszczędzi mu to słuchania ględzenia wężowej mordy.
Nacisk na umysł wyczuł natychmiast. Czerwone oczy nie spuszczały z niego spojrzenia, więc pewnie to ich właściciel próbował się włamać. Pozwolił mu wejść. Opuszczenie pierwszej osłony niczym mu nie zagrażało. Tu nie było niczego, ani wspomnień, ani żadnych ważnych informacji.
— Tak łatwo się poddajesz? Nie walczysz?
— Chwilowo nie czuję się zagrożony twoją obecnością tutaj — odparł zgodnie z prawdą.
— Nie czujesz się zagrożony? — Lodowaty śmiech wstrząsnął jaźnią chłopca, ale na nim samym nie zrobił jakiegoś specjalnego wrażenia. — To w każdej chwili może się zmienić.
— Nie sądzę. Możesz atakować moje ciało, ale umysł należy do mnie.
Warkot bestii wyrzucił niechcianego gościa tam, skąd przybył.
Nawet bez naszyjnika Harry wiedział, że lord jest więcej niż wściekły. Pierwsze zaklęcie utwierdziło go w tym przekonaniu. Wiedział, że zaczął krzyczeć, choć tego nie słyszał. Cierpienie zwaliło go z nóg, a Rumuar zaczął wołać wewnątrz niego.
— Broń się! Nie jesteś zwyczajnym dzieciakiem!
— Nie potrafię. Nie znam... żadnych użytecznych... w walce zaklęć... — Kontakt urywał się co chwilę, gdy ból nie dawał mu jasno myśleć. — No, dobra. Znam, ale nie miałem... jak ich przećwiczyć. No i... jest jeszcze... twoja magia.
— Pozwól mi działać. Znam się na walce.
Harry stracił przytomność, zanim Rumuar skończył mówić. Zaklęcie tnące w połączeniu z łamiącym kości było dla niego zbyt potężne, nawet biorąc pod uwagę fakt, że był wilkołakiem. Rumuar natomiast nie dał się tak łatwo. Trudno, wręcz na granicy niemożliwego, jest zapanować nad nieprzytomnym ciałem, ale jednak to zrobił. Trzask pękającego powrozu i głośne sapnięcie zebranych połączyły się w jeden dźwięk. Złote spojrzenie obiegło salę, a głośne warknięcia wydobywające się z gardła jedenastoletniego chłopca wywoływało drżącą reakcję.
— Jest w klatce! — wrzeszczał rozłoszczony takim obrotem sprawy lord. — Może najwyżej na was naszczekać.
Jego czerwone oczy szybko otworzyły się jeszcze szerzej, gdy posrebrzane pręty wygięły się, a bestia zbliżyła się do niego. Ktoś zaklął głośno, próbując dostać się bliżej drzwi.
— Nawet nie waż się uciekać, Glizdogonie.
Jednak Rumuar nawet nie zwrócił uwagi na śmierdzącego tchórzostwem człowieka. Kucnął naprzeciw Voldemorta, warcząc groźnie. Jego magia otaczała go iskrzącą kopułą.
— Czego stoicie? Atakujcie go! — rozkazał przywódca, sam sięgając po różdżkę.
Czary uderzyły w ziemię tam, gdzie jeszcze sekundę wcześniej przysiadł chłopak. Teraz, w tej samej pozie, zajmował szczyt klatki. Nadal nie odrywał oczu od Czarnego Pana. Kolejna seria zaklęć spowodowała, że odbił się od podłoża i skoczył w stronę swego celu.
Voldemort wygiął wargi w ironicznym uśmiechu i zszedł z toru skoku wilkołaka. Zrozumiał swój błąd, gdy ujrzał podobny uśmiech u swego specjalnego gościa, który jednak już przebijał ciałem szklaną taflę okna i znikał w ogrodzie.
Rumuar zatrzymał się dopiero wtedy, gdy był pewien, że nikt go nie ściga.
Czuł, że ciało nosiciela nie zniesie więcej, a choroba nadal nie dawała za wygraną. Nawet jako świadomość czuł, jak bardzo rozpalony znów jest Harry.
Zdjął nałożoną wcześniej blokadę i wezwał najstarszego ze stada. Potem schronił się pod drzewem i czekał.
Wezwany przybył w ciągu dziesięciu minut z donośnym dźwiękiem aportacji.
— Musimy wrócić do Hogwartu — powiedział Rumuar krótko, bo i tak nie słyszał, co mówi do niego wezwany mężczyzna.
==WSPOMNIENIE==
— Musimy sprawdzić, na jakim poziomie jest jego legilimencja. Nie mam zamiaru trzymać oszalałego wilkołaka, bo zobaczy coś w naszych umysłach, jak wejdzie w nie przypadkiem lub na siłę. Musimy go minimalnie kontrolować, zanim nie opanuje podstaw.
— A my mamy go nauczyć? Naturalnego legilimentę? — zauważył ironicznie Severus, odkładając gotowe i przelane do fiolek mikstury do szafki.
— A masz inny pomysł?
Severus wzruszył ramionami i ruszył za mistrzem. Skoro chce to zrobić od razu, to nikt mu tego teraz nie wyperswaduje. Harry bawił się w swoim pokoju. Zawsze był cichy. Nawet nie słysząc, starał się nie robić hałasu. Oczywiście, nie zareagował na ich wejście. Siedział zatopiony w fotelu i zajęty czytaniem książki z bajkami czarodziei. Dopiero dotknięcie przez Severusa wyrwało go z zaczytania. Przeskoczył spojrzeniem od jednego mężczyzny do drugiego i spokojnie odłożył książkę, wstając.
— Tak?
Pierwszy połączył się z nim mentalnie Artur.
— Harry, chcemy z Severusem sprawdzić, jak dobrze posługujesz się legilimencją – czytaniem w myślach.
— Po co?
— Chcemy wiedzieć, czy nie zrobisz sobie lub komuś krzywdy.
— Jak można zrobić komuś krzywdę, czytając w myślach?
Artur zaczął mu tłumaczyć, a Severus w międzyczasie obserwował obu złączonych. Początkowo nic się nie działo. Potem mars na czole Pottera został przez Snape'a odebrany jako pierwsze ostrzeżenie, że coś jest nie w porządku. Gdy z nosa mistrza zaczęła płynąć krew, zdecydował się ruszyć na pomoc. Przerwanie kontaktu wzrokowego było najprostszym wyjściem. Stanął przed chłopcem, odgradzając go od Artura i potrząsnął za ramiona. Efekt był taki, że dzieciak zamknął oczy, a Severus poczuł, jak jest wciągany w umysł Pottera.
Nagle nie wiedział, gdzie się znalazł. Nieraz był przecież w czyjeś głowie, ale zobrazowanie myśli zdarzyło mu się po raz pierwszy. Miejsce wydawało mu się znajome. Potem przypomniał sobie, że w podobnym skrzaty przechowują szczotki i sprzęt do sprzątania.
Komórka.
— Wynoś się! Wynoś się! Wynoś się! Wynoś się!
Paniczny, mentalny krzyk zabolał Severusa. I to naprawdę poważnie. Bolało go, jakby ktoś wbijał mu noże w całe ciało, a przecież to tylko umysł.
Potem zapadła ciemność.
==KONIEC WSPOMNIENIA==
