NIŻ 6.3

==WSPOMNIENIE==

Harry zamarł. Raczej nikogo nie spodziewał się spotkać na spacerze. Mężczyzna nie był normalny, tego był pewien. Dlaczego? Bo nie patrzył na niego jak każdy inny dopiero co napotkany człowiek. Ten czegoś od niego chciał i po okrutnym spojrzeniu Harry już wiedział, że to nie będzie nic dobrego.

— Hej, mały! — Pomachał w jego stronę, nalegając, by podszedł bliżej.

Chłopiec odwrócił się, szukając wzrokiem Severusa, ale chyba odszedł za daleko, bo jego opiekuna nigdzie nie było widać. To, że nie słyszał, co do niego mówi nieznajomy, nie przeszkadzało mu ani trochę. Miał już swoje zdanie na jego temat i nie było ono pochlebne. Chwila, w której się rozglądał za opiekunem, wystarczyła, by mężczyzna zbliżył się do niego.

— Zgubiłeś się? Jesteś tu sam?

Harry odsunął się, a przynajmniej taki miał zamiar, ale mocny uścisk na ramieniu go powstrzymał. Złośliwy błysk w szarawych oczach nieznajomego nie wróżył mu dobrze.

— Nie uciekaj, mam ochotę się z tobą zabawić. — Uśmiechnął się złowrogo.

— Zostaw mnie! — krzyknął Harry, gdy uścisk się wzmocnił.

Severus usłyszał krzyk chłopca dobiegający z dosyć dużej odległości. Natychmiast porzucił zbieranie ziół i ruszył w tym kierunku, dodatkowo pomagając sobie czarem naprowadzającym. Kolejny krzyk utwierdził go w przekonaniu, że chłopcu coś się stało. W wołaniu wyraźnie słychać było cierpienie. Ale kto mógłby krążyć po lasach chronionych tyloma barierami? Czyżby jakiś zarażony przyszedł wcześniej, bez wcześniejszego powiadomienia o przybyciu? Nagle czarodziej wpadł na polanę, na której zobaczył nieprzytomnego mężczyznę, jednak chłopca nie było w pobliżu. Obrócił rannego na plecy i sapnął w szoku.

— Fenrir, co ty tu robisz? — warknął, ale z powodu stanu mężczyzny nie otrzymał odpowiedzi.

Po sprawdzeniu okazało się, że coś naprawdę potężnego zgruchotało mu żebra i biodro, a także spowodowało kilka ran otwartych na plecach. Po rozejrzeniu się po polanie Severus zrozumiał, że sporą część obrażeń dokonało drzewo, o które przypuszczalnie wilkołak został rzucony. Już miał zamiar zawołać chłopca, ale zreflektował się, że to nie ma przecież sensu. Różdżka wskazywała co chwilę inny kierunek, więc Harry nadal musiał być w szoku. Snape miał nadzieję, że Rumuar przyprowadzi dzieciaka do domu albo chociaż da znać, gdzie jest. Szukanie na oślep nie miało sensu, tak samo jak wołanie.

Ruszył w stronę domu, by powiadomić mistrza i następnie podążyć za Harrym. Gdy trochę ochłonie, będzie mu łatwiej go znaleźć. Fenrir nie zajął ani kawałka jego myśli. Ktoś, kto potrafi spowodować przebudzenie naturalnej magii u dziecka, raczej nie ma dobrych intencji. Poza tym za dobrze znał tego szczególnego wilkołaka, by choćby przypuszczać, że miał inne zamiary.

==KONIEC WSPOMNIENIA==

Malfoy krążył po swoim pokoju niczym zwierzę zamknięte w klatce.

— Draco, co się z tobą dzieje? — Parkinson pomachała mu doskonale wypielęgnowaną dłonią przed oczami, gdy zatrzymał się przy oknie i zamyślił na dłuższą chwilę.

— Nic. Zostaw mnie. Chcę zostać sam

Dziewczyna próbowała go przekonać, że z nim zostanie, ale jej umizgi zostały bardzo ostro ukrócone, a ona sama brutalnie wypchnięta za drzwi.

Potter, oszaleję przez ciebie, pomyślał wściekle Draco. Co ty ze mną zrobiłeś?

Chłopak był cały czas podenerwowany i sam nie wiedział, co się dzieje. Fakt, że Potter gdzieś znikł i nikt nie chciał powiedzieć, gdzie jest, choć nie wydawało mu się, by ot tak opuścił szkołę, doprowadzał go do szału. Inni też zachowywali się z lekka nerwowo, ale u niego ten efekt wyraźnie był głębszy.

Był tak zagłębiony w rozmyślaniach, że nawet nie zauważył wejścia Zabiniego.

— Draco? — zwrócił na siebie jego uwagę Ślizgon. Głośne westchnienie było jedyną odpowiedzią. — Mógłbyś łaskawie przestać się nad sobą użalać.

Reakcja była natychmiastowa.

— Nie użalam się nad sobą!

— Ale tak właśnie wygląda. Chodź, Potter jest w szpitalu.

Ostatnie zdanie zadziałało na niego jak prąd na krowę przy płocie. Podskoczył i złapał Blaise'a za ramię.

— Coś ty powiedział?

— Potter jest w skrzydle szpitalnym. Reszta Złotej Trójcy krąży tam od godziny, więc on musi tam być.

Potter wyglądał okropnie. Podkrążone oczy i wypieki na twarzy, ale poza tym nic. Zwyczajny, przeziębiony nastolatek.

— Był u Voldemorta — stwierdziła nagle Granger, gdy zostali w bardzo małym gronie. — I uciekł mu.

— Czarnemu Panu nie można ot tak uciec. Po prostu jest chory i majaczył, jak go zapytali, gdzie był — rzucił Malfoy. — Granger, on byłby torturowany zaraz po złapaniu. Śmierciożercy nie dają najmniejszej szansy ofierze na jakąkolwiek próbę ucieczki.

— Oczywiście, ty to wiesz najlepiej, bo z pierwszej ręki? Ojciec ci się chwalił?

— Nie mieszaj w to mojego ojca!

Draco z trudem nad sobą panował, gdy wracał do dormitorium. Jednak jego odczucia nic a nic się nie zmieniły. Dopiero późnym wieczorem, zajmując swój ulubiony fotel w pokoju wspólnym, zrozumiał.

— On nas blokuje! — sapnął.

— Kto? — Blaise spojrzał na niego znad zadania domowego.

— Potter. Zablokował w jakiś sposób więź i nie wyczuwamy go.

— Możliwe, ale nawet jeśli, to co z tego?

— Nie rozumiesz? On naprawdę był u Czarnego Pana. Z powodu głupiego przeziębienia nie blokowałby nas. Granger mówiła prawdę.

— Czyli Potter znowu postawił się Sam-Wiesz-Komu? Czarny Pan musi być wściekły. Aż się cieszę, że jestem za młody na dołączenie w jego szeregi. Już nie mówiąc o mugolach, których złapie.

Zabini wzdrygnął się na tę myśl.

— Ale dlaczego nam nie powiedzieli? Świat musi wiedzieć, że Potter znów przeżył.

— Głupiś i tyle. Daj sobie spokój — burknął czarnoskóry chłopak, wracając do nauki. — Kto ci uwierzy?

Malfoy, choć bardzo chciał, nie napisał do „Proroka Codziennego". Miał za mało informacji by był to wiarygodny list. Poczeka, kiedyś będzie miał ich wystarczająco.

— A tak przy okazji, Draco. Kiedy zmieniasz nazwisko? Skoro ojciec cię wydziedziczył, to powinieneś teraz mieć inne.

— Na razie mogę je nosić. Gdy otrzymam wszystkie dokumenty, zmienię na panieńskie matki.

— Black, prawda?

— Tak — mruknął.

— I co potem?

— Nie wiem. Zwyczajnie nie wiem.

Severus stał zapatrzony w kominek w kantorku pielęgniarki. Chłopak znów gorączkował, a oni nie wiedzieli, jak mu pomóc. Mistrz Artur zajmował się teraz Gryfonem, ale nawet on niewiele mógł zdziałać.

— Severusie?

Albus Dumbledore stał w drzwiach, przeczesując palcami brodę.

— Tak?

— Jak mają się sprawy, o których rozmawialiśmy wcześniej?

Snape właśnie w tej chwili miał wielką ochotę skoczyć w stronę dyrektora i wygadać mu, i to ostro. Zupełnie nie interesował go los chłopca. Chciał tylko ten swój Kamień. Czas trochę namieszać w nieskazitelnych planach starego czarodzieja.

— Harry nie ma Kamienia Filozoficznego.

— Ale mówił...

— Tak, że nie może ci go oddać, Albusie — rzucił szybko, biorąc głębszy oddech, by nie wybuchnąć. — Nie może, bo już go nie ma. I nie wie, gdzie jest.

— To wielka strata.

— Wiem. — Udał, i to całkiem nieźle, smutek. — Chłopiec także jest tym zmartwiony i...

W tej chwili ból w ramieniu mógł oznaczać tylko jedno.

— Spotkanie. Wzywa sługi. — Zgarbił się, czując palenie aż do łokcia, które całe szczęście nie trwało długo.

— To nie wróży nic dobrego — zauważył Dumbledore, odwracając się i wracając do sali szpitalnej.

— Dla mugoli na pewno, ale nic nie możemy teraz zrobić.

— Ucieczka chłopca musiała go rozwścieczyć więcej niż sądzimy, skoro znów zwołuje zebranie.

Starzec obrócił się nagle w stronę Severusa, który kontynuował.

— Zawsze był nadpobudliwy, a biorąc pod uwagę, że ucieczka Pottera odbyła się przy większości Wewnętrznego Kręgu, to tym bardziej mu się nie dziwię. Morale jego „stowarzyszenia" — jak określił to bardzo sarkastycznie Snape — spadło drastycznie.

Nagły krzyk chłopca spowodował natychmiastową reakcję. Obaj mężczyźni rzucili się w stronę łóżka zajmowanego przez Gryfona. Kilka kroków przed zostali zatrzymani przez barierę. Dyrektor próbował ją przełamać, ale nawet po połączeniu z Severusem i Arturem niczego nie zdziałał.

Krzyk Harry'ego urywał się tylko na tyle, by chłopak mógł złapać kolejny oddech, i wszystko zaczynało się od początku.

— Musimy mu pomóc. Jak przedostać się przez tę barierę? — spytał Severus, nadal starając się przez nią przedrzeć.

— Nie dajemy rady nawet łącząc siły, więc jak chcesz się przez nią przedostać?

W tej chwili szarpiący się na łóżku chłopiec stężał, wyginając się prawie w łuk.

— Harry! — Snape uderzył pięścią w powstrzymujące go pole.

Rozbłysk mocy pokaleczył mu dłoń, ale on nie przestał uderzać. Dopiero, gdy Artur siłą go odciągnął, przestał, spinając się cały i patrząc na cierpiącego podopiecznego. Czerwona poświata została natychmiast spostrzeżona, tym bardziej, że wraz z nią ciało uniosło się w powietrze. Krzyki ucichły jak nożem ucięte.

Teraz słychać było tylko urywane oddechy czarodziejów obserwujących lewitującego chłopca. Krwiste światło tańczyło na całym jego ciele, najbardziej kumulując się na dłoniach. I tak samo nagle jak się zaczęło, wszystko się skończyło.

Bariera zamigotała i znikła.

Severus w mgnieniu oka podbiegł do opadającego powoli chłopca i złapał go, przytulając mocno do siebie zachłannym gestem.

— Co z nim? — zapytał Dumbledore, zbliżając się.

Mistrz eliksirów miał wielką ochotę schować Harry'ego przed tym szczególnym starcem, ale niestety nie mógł.

— Jeszcze nie wiem. Poppy, pomóż mi.

Kobieta, która przez cały ten czas stała z boku zszokowana, ocknęła się w końcu.

Na czole Albusa pojawiła się zmarszczka, wyrażająca skupienie, a dobroduszny uśmiech wydawał się teraz lekko nieszczery.

— Zajmijcie się dobrze chłopcem — polecił i wyszedł.

Artur obserwował wychodzącego ze skupieniem na twarzy. Nie podobał mu się ten czarodziej, ani trochę. Poznali się tylko pobieżnie, gdy dyrektor poszukiwał nauczyciela eliksirów, ale wtedy wydawał się inny. Bardziej ludzki. Sam Artur może i miał trochę na sumieniu, ale żeby tak traktować dziecko? I to chore dziecko! Zaczynał rozumieć stosunek swego ucznia do pracodawcy. Może i mu pomagał w zdobywaniu informacji z kręgu śmierciożerców, ale to nie oznaczało, że musiał być od razu jego niewolnikiem, który wykonuje bezsprzecznie wszystkie rozkazy.

— Mistrzu! — Wołanie Severusa wyrwało go z rozmyślań.

— Idę!