Notka 4 - Naruto podchodzi pedagogicznie


Klęczał na krawędzi skały, nad brzegiem jeziora skąpanego światłem zachodu słońca. Patrzył bezmyślnie w toń. Ze spuszczoną głową i włosami opadającymi na twarz wyglądał jak upadły aniołek z www . deviantart. com. Powierzchnię migotliwej wody marszczyły łzy.

Usłyszał kroki. Skurczył się jeszcze bardziej, sądząc, że ktoś przyszedł, by ukarać go za okrutny czyn albo się zemścić,

Zamiast bólu poczuł łagodne szturchnięcie w ramię.

- Kankun - Naruto wreszcie odnalazł zagadkowego dzieciaka.

Oroczi, pokryty jarzącymi się kropelkami rosy, bo nad akwenem o tej porze panowała wilgoć, ukazał swój blady, koci pyszczek. Nie śmiał nawet spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy.

- Skąd pan zna moje imię? I to to... właściwe? – zapytał cicho.

Uzumaki usiadł obok, co było bardzo psychologicznym posunięciem ( nie za blisko jednak, by nie stać się bohaterem kolejnej historyjki yaoi ).

- Hokage powinien orientować się, kto przebywa w wiosce oraz dbać o wszystkich jej mieszkańców. Widziałem całe zajście - rzekł oficjalnym tonem.

- Jakim cudem pan jeszcze ze mną rozmawia? Wszystko wskazuje na to, że... jestem tą bestią... - szeptał Oroczi, próbując powstrzymać płacz.

„Dżiiz, ile razy jeszcze będę musiał powtarzać takie kwestie? Po raz tysięczny przekonywać kogoś, że nie jest potworem..." - Uzumaki w wyobraźni postawił kolejną kreskę w podręcznym zeszyciku. Przekreślił komplet siedmiu. - „Chociaż... On to usłyszy po raz pierwszy w życiu" - pomyślał. - Nie, Kankun, nie jesteś - rzekł na głos. - Wyobraź sobie, że... Kiedyś byłem taki sam - niegrzeczny, głupi i ciężko kapujący, robiłem idiotyczne miny, gadałem do siebie, nie zmieniałem majtek i wsypywałem cement do akwarium. Zupełnie jak ty... - zaczął Naruto, ale przerwał, widząc uniesioną brew orochimarukształtnego. - Yyy, nie to chciałem powiedzieć - zreflektował się. - Może zaczniemy jeszcze raz?

- Pan... był taki sam? - zdziwił się „wężowiec".

- Może dalej jestem? Wyobraź sobie, że mam w środku demona - lisa o dziewięciu ogonach. To nie przysparza sympatii.

- Pan nie jest przecież żadnym monstrum, tylko bohaterem. To przecież wyczyn, panować nad tak ogromnym, złośliwym bijuu. Budzi pan powszechny szacunek.

- Kiedyś tak nie było. Wszyscy utożsamiali mnie z tym potworem. Chcę powiedzieć, że... ty też masz w sobie takiego demona, którego musisz okiełznać. Nazywa się nienawiść. Każdy z nas go posiada. Ważne, żeby monstrum nad nami nie zapanowało - prawił Uzumaki tonem osoby, która posiadła wszystkie tajemnice wszechświata.

- Naprawdę?

- Tak. Nie wiem, jak ci to inaczej wytłumaczyć - roześmiał się Naruto. Zdjął swój szeroki, trójkątny kapelusz i zaczął drapać się po blond - łbie. – O, popatrz! - wskazał na ciemniejące niebo.

Na firmamencie pojawiły się pierwsze gwiazdy.

- Widzisz te małe punkciki na niebie? To wszyscy wielcy Hokage patrzą na nas z góry i pomagają nam. Tego, rozumiesz?

- Nie... - przyznał wstydliwie Kankun.

- To znaczy, że i ja będę patrzył na ciebie i pomagał ci.

- Yyyy...?

- Kuźwa, nie ta kreskówka! Dobra, nieważne, zostawmy to na inny raz.

- Mimo wszystko rozumiem - rzekł Oroczi po chwili namysłu. - Tylko...Czy mogę jeszcze o coś zapytać? - upewnił się nieśmiało.

- No. - Naruto mimo wszystko skończył podstawówkę.

- Czy...to...z tym demonem... Czy to oznacza, że nie jestem zły?

- Oczywiście, że nie. Nie pochwalam tego, co zrobiłeś, ale... jestem pewien, że w twoim wieku zrobiłbym to samo.

- Czyli jest szansa, że nie będę drugim Orochimaru?

- Tak. I to duża. Widziałem, jak potraktowałeś „Sarutobiego" - zaśmiał się Uzumaki i puścił doń oczko. - A teraz idź już. Przyjaciele na ciebie czekają. Porozmawiałem z nimi.

- Naprawdę? Dziękuję - powiedział Kankun i pozbierał się z ziemi. Już chciał odejść, kiedy Hokage go zatrzymał.

- Poczekaj chwilę... Istnieje jednak pewien warunek. Spójrz na mnie. Nie możesz się poddać - powiedział poważnie mężczyzna. Zobaczył w gadzich ślepkach, z natury robiących nieprzyjemne wrażenie, że nienawiść zagości w wężowym sercu o wiele częściej, niż u wielu innych ludzi. Zaraz po bólu i trwodze. Zobaczył, jak w najdoskonalszym ze zwierciadeł.

- Postaram się - obiecał chłopiec i pochylił głowę. Widać było, że coś chce jeszcze powiedzieć. - Czasem...Czasem...

Siódmy milczał, pozwalając krewniakowi Orochimaru się wysłowić.

- Czasem przestaję się bać i wtedy... wszystko jest możliwe - powiedział Kankun, zaciskając mocno pięści.


Koleżanka, która miała na imię Okashi, oczekiwała zaraz po drugiej stronie krzaków.

- Kankun... przepraszam, że cię tak nazwałam - powiedziała.

- Nie szkodzi - odparł cicho Oroczi.

Spojrzała na niego. Ze swoją miną pełną niepewności, wilgotnymi jeszcze oczami, w których odbijała się zorza, śladami łez na bladej powierzchni skóry nie przypominał już Sannina z fotografii, którymi naszpikowane były podręczniki do historii. Jakoś wyrażał sobą dużo więcej... niż tamten o twarzy nieruchomej jak maska. Przedziwne, jak trudno było pozbyć się wrażenia identyczności.

Zaległo milczenie. Tylko łagodny wiatr trącał liście i kwiaty japońskich drzew.

- Chodźmy - rzekła blondynka w końcu.

Słońce wisiało już nad horyzontem, tak nisko, że wypadało już znaleźć się w domu.


- Znalazłem go.

- Widział normalnie jak z plakatów propagandowych Mao Tse - Tsunga „Władza kocha dzieci". Brakowało tylko czerwonych kwiatów i żółtych, pięcioramiennych gwiazd.

- Gaara, geju. Nie żartuj. To było niesamowite.

- Co takiego?

- On przywołał węża bez pomocy krwi!

- Nie przygryzł sobie palca?

- Nie. Jego ręce były czyste.

- Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Dlaczego nie jest w Akademii?

- Nie mam pojęż się nad tym zastanawiałem. Podejrzewam, że nie nadawał się charakterologicznie. Sam widziałeś zresztą. To jest większe emo niż Sasek w swoim apogeum. Kaziu*****, mam pytanie, tak z innej beczki.

- Dawaj śmiało, Naruto.

- Czy ja jestem głupi?