INFORMACJA

Kolejne rozdziały niniejszego tłumaczenia będą publikowane w różnych odstępach czasu, a częstotliwość ich ukazywania się jest w znacznej mierze uzależniona od aktywności czytelników. Aktywność czytelników jest zaś mierzona liczbą konstruktywnych komentarzy do danego rozdziału. Więcej szczegółów można znaleźć w moim profilu, pod spisem tłumaczeń.


oryginał: Eight (link w moim profilu)

autor: Lily Elizabeth Snape (link w moim profilu)

Tłumaczenie za zgodą autorki


Rozdział szósty


Nigdy nie spał w łóżku? Jakże żałosne. Ci zepsuci, diabelscy, obrzydliwi mugole! Miriady innych pytań paliły się, aby je zadać, lecz to dziecko potrzebowało odpoczynku i jedzenia, zanim o cokolwiek je spytam.

- No cóż, Harry, zobaczysz, że ci się spodoba.

Poklepałem starą, sfatygowaną kołdrę, ale on się nie ruszył.

- Chodź, dziecko. Wskakuj do łóżka; musisz odpocząć.

Nie spuszczając mnie z szeroko otwartych, zielonych oczu, wdrapał się na sprężysty materac, balansując na samym brzeżku. Badał sytuację. Mój gniew stopniowo rósł; czy będę musiał dokładnie określać wszystko, co dzieciak miał robić?

- Połóż się, chłopcze - poleciłem półgłosem, w który już zaczął wkradać się gniew.

Natychmiast padł plackiem, wyprężony jak łuk. Siłą odsunąłem od siebie irytację, przypominając sobie, żebym zachował cierpliwość. "Niby co? Severus Snape nie ma cierpliwości!"

Będę musiał po prostu odegrać tę część. Uklęknąłem przy łóżku i spojrzałem w zapadnięte, pociemniałe oczy mojego nowego podopiecznego.

- Odpręż się, dziecko. Nie zmienię zdania: chcę, abyś odpoczął w tym łóżku. Nie chciałbyś się położyć pod nakryciem?

W jednej chwili bardzo się podekscytował.

- Koc też dostanę, proszę pana?

Ci cholerni mugole!

- Oczywiście, dziecko.

Odsunąłem kołdrę i patrzyłem, jak chłopiec mości się na prześcieradle z miną wyrażającą czysty zachwyt. Położył głowę na materacu; zamiast wdawać się w kolejną nieuniknioną wymianę zdań, po prostu podniosłem jego główkę i wsunąłem pod nią poduszkę z pierza.

- Dziękuję panu! - zaszczebiotał, jakby łóżko było jakimś luksusowym, egzotycznym prezentem.

"Zupełnie jakbym ja się zachował."

xXxXx

To łóżko było takie niesamowite! Było mi ciepło, ciężkie nakrycie przegnało wszystkie dreszcze i drgawki. Nie byłem w stanie uwierzyć w swoje szczęście! Najpierw ten Snape pozwolił mi bawić się na dworze całe wczorajsze popołudnie, potem wyleczył wszystkie moje rany, potem położył mnie do łóżka... mówił też coś o śniadaniu, prawda? Wyglądało na to, że miał to być najlepszy dzień mojego życia! Wiedziałem, że wciąż czeka mnie kara, ale w tamtej chwili nie potrafiłem się zmusić do przejmowania się tym. Było mi tak wygodnie. Zacząłem się zastanawiać: "Czy tak się czuje, jak się jest obejmowanym?"

Planowałem nie spać; naprawdę próbowałem! Nie czułem się właściwie, śpiąc w dzień, szczególnie jeśli on gotował. To była moja praca. I wtedy uderzyła mnie dręcząca myśl: "Czemu jest dla mnie taki miły?"

Czemu był dla mnie taki miły? Z całą pewnością nie zrobiłem nic, żeby na to zasłużyć. Wręcz przeciwnie, przez ostatnie dwa dni wciąż tylko wpadałem w kłopoty. Nadal się nad tym głowiłem, kiedy zapadłem w niespokojną drzemkę.

xXxXx

Znalazłem sobie zajęcie w kuchni i spróbowałem odnaleźć sens w tym wszystkim, czego się dowiedziałem. To dziecko najwyraźniej było barbarzyńsko bite, wielokrotnie. Wyglądało, jakby było głodzone. Biorąc pod uwagę zaopatrzenie spiżarni, tu też niewiele zjadło. Zachwyt, z jakim podeszło do zwykłego łóżka i koca, mówił wiele o zaniedbaniu, jakie wycierpiało. Dlaczego nie spostrzegłem tego wcześniej? "Odkąd zauważyłem, że wygląda jak identyczna kopia Jamesa, prawie na niego nie patrzyłem. Nie widziałem go; nie naprawdę." Wkrótce po tym, jak zakończyły się piekielne dni mojej służby w roli podwójnego agenta, praktycznie zarżnąłem tę część mojego umysłu, która analizowała każdą sytuację z różnych perspektyw. Życie było o tyleż prostsze, kiedy mogłem zamknąć się na innych, a czyniąc to, nie musiałem się nikim przejmować. Nie musiałem widzieć i nie musiałem wiedzieć. Mogłem żyć jedynie z własnym cierpieniem, a nie z własnym i wszystkich pozostałych.

Lecz nie byłem już sam i - czy mi się to podobało, czy nie - miałem dług u Lily. Widząc zaś w Harrym koszmary, jakie przeżyłem w dzieciństwie, i jeszcze więcej, chciałem go wyleczyć. Chciałem dać mu troskę, której sam nigdy nie znałem. Może moje wewnętrzne demony mogłyby zostać przegnane przez...

Mrożący krew w żyłach wrzask przetoczył się przez pierwsze piętro nasze skromnej chaty. Czysto odruchowo znalazłem się w jego drzwiach w przeciągu sekund. Nadal spał, z ciałem przez ten okrutny paroksyzm wygiętym w łuk. Mamrotał i przymilał się pomiędzy krzykami.

- Harry! Harry, obudź się. Masz zły sen.

Nie zareagował na mój głos, więc delikatnie potrząsnąłem go za ramię. Gdy tylko go dotknąłem, obudził się i gwałtownie ode mnie odsunął. Zdawał się nie zauważać, że upadł jak długi plecami na podłogę. Wcisnąwszy się w ten cholerny kąt, zaczął błagać, jakby zależało od tego jego życie:

- Przepraszam pana! Tak mi przykro, nie chciałem robić zamieszania! Nigdy więcej tego nie zrobię, proszę pana!

Zaraz potem przestał i ogarnął go niesamowity spokój. Wstał, jedną ręką obejmując swoje wychudłe ciało. Bez poprzedniego zaniepokojenia i desperacji, odezwał się słabym, ledwie słyszalnym głosem:

- Przepraszam pana. - Oba słowa wypowiedziane zostały powoli, ostrożnie, jakby powtarzał je sobie monotonnie. Mówił z rezygnacją nieprzystającą do ośmiolatka.

- Harry? Dziecko, spójrz na mnie.

Nie był w stanie albo nie chciał. Pomyślałem, że może najlepiej będzie, jeżeli spróbuję odwrócić jego uwagę. Łatwo rozproszyć uwagę dziecka, nieprawdaż?

- Czas coś zjeść, a potem na trochę wyjdziemy.

Zszedł za mną po schodach, prawie potykając się o moją szatę. Wiedziałem, że wkrótce będę musiał przebrać się w mój cudowne mugolskie ubranie, więc przetransmutowałem swój strój. Zdawał się tego nie zauważyć. "Magia musiała mu już spowszednieć. Jakże kapryśna jest młodzież!"

Usiadł na starym krześle, które mu wskazałem, i zaczekał, aż przystąpię do jedzenia, aby samemu zacząć skubać resztki naszego chleba.

- O co chodzi, dziecko? Za czerstwy dla ciebie?

- Nie, proszę pana - szepnął, przełykając z trudem.

- Harry, ile razy jadłeś, od kiedy tu jesteś?

Na jego twarzy pojawił się cień... poczucia winy?

- Dwa, proszę pana.

Było źle. Nie tylko zostawiłem to dziecko w przeklętym kącie przez całą noc, to jeszcze je głodziłem. To musiało się natychmiast zmienić. Tylko że jego obecne zachowanie nie pasowało do ostatniej wypowiedzi.

- Nie jesteś głodny?

- Tak, proszę pana.

Nadal nie zjadł więcej niż okruszynę. To stawało się irytujące!

- To dlaczego nie jesz, do jasnej cholery!

Zobaczyłem, jak się wzdryga, i od razu pożałowałem swojego tonu.

- Przepraszam pana! - zaskrzeczał.

Jego ciągłe przepraszanie też już mnie męczyło.

- "Przepraszam" nie jest odpowiedzią, dziecko. Powiedz mi, dlaczego nie jesz. - Proszę, tym razem mój głos był nieco łagodniejszy.

- Przepraszam, po prostu... - zamilkł i kaszlnął.

- Tak? Po prostu co? Mów dalej.

Wziął głęboki wdech, jakby był skoczkiem spadochronowym stojącym w otwartych drzwiach samolotu i przygotowującym się do skoku.

- Myślę, proszę pana, że będę w stanie zjeść więcej po... po mojej, eee, karze, proszę pana.

- Jakiej karze? - Co on, na Merlina, sądził, że zrobił tym razem?

- Mojej karze za to, że zostałem na dworze po zachodzie słońca i poszedłem do pana ogrodu, i narobiłem b-bałaganu, i krzyczałem.

Porzucenie sposobu myślenia bitego dziecka zajmie mu dużo, dużo czasu. Będziemy po prostu musieli zajmować się jednym kryzysem na raz. "A ja muszę zwracać uwagę na swoje zachowanie!"

- Dziecko, posłuchaj mnie. Twoją karą za zostanie na dworze i przebywanie w ogrodzie było stanie w kącie. Nie zamierzałem trzymać cię tam dłużej niż pół godziny. To moja wina, że się zmoczyłeś; żadne dziecko nie powinno stać w kącie całą noc! Krzyczałeś, bo przyśnił ci się zły sen; nie masz nad tym kontroli.

- W-więc mnie pan nie wychłosta? - zapytał z nadzieją.

- Nie, Harry. Nie zamierzam cię wychłostać ani ukarać w żaden inny sposób. Zastanawiałem się jednakże, dlaczego właściwie zostałeś na zewnątrz, skoro padało?

Wziął łyka wody i widziałem, jak w tym czasie pracują jego szare komórki. Cokolwiek rozważał, usiłował to wyrazić w odpowiedni sposób.

- No bo, proszę pana, kiedy pan, eee, nie czuł się dobrze, p-powiedział pan, że mam iść na dwór i się bawić. Pomyślałem, że nie powinłem wracać, dopóki mnie pan nie zawoła, więc zostałem, aż pan przyszedł i mnie zabrał.

- Masz na myśli, kiedy byłem pijany, zgadza się? - upewniłem się, już wściekły na siebie za tak głupie upicie się.

Zagryzł dolną wargę i opuścił wzrok. Czyli ukarałem go też niesłusznie. Z każdą minutą coraz bardziej się nienawidziłem.

- Jedz śniadanie. Za moment wrócę.

Z rozmachem otworzyłem drzwi do piwnicy, zbiegłem na dół i wylałem całą ognistą whisky oraz każdy inny alkohol, jaki miałem, do ścieków. Pozbyłem się również zepsutych eliksirów: uspokajającego i bezsennego snu.

Gdy wróciłem do kuchni, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem; w ręce luźno trzymał na wpół zjedzoną kromkę. Obserwowałem go przez chwilę, zastanawiając się, o czym myślał, jak się czuł. Nie mogło mu tu być zbyt dobrze, miałem też spore wątpliwości co do tego, czy było mu dobrze u ciotki i wuja. Czy to dziecko kiedykolwiek poznało, co to szczęście? Miłość? Ciepło? Nie chciałem go wystraszyć, pragnąłem jednak coś tego dnia zrobić. Chłopiec będzie musiał wcześnie iść do łóżka po tej ostatniej nocy. Parę godzin snu nie utrzyma go na nogach zbyt długo, byłem tego pewny.

- Harry? - odezwałem się cicho, powoli podchodząc do żałosnej figurki. - Harry?

- Och! Tak, proszę pana? Przepraszam pana!

Wstał, przewrócił krzesło i upuścił chleb.

- Przepraszam! Już go podnoszę, proszę pana!

- Harry - powiedziałem, kucnąwszy obok niego. - Nie musisz przepraszać. To był wypadek. Nie masz kłopotów.

Postawiłem krzesło, on zaś zaczął zjadać okruchy z podłogi.

- Nie jedz tego, chłopcze. Wyrzuć to.

Z tęsknotą spojrzał na resztę jedzenia, ale mechanicznie usłuchał. "to dziecko wciąż musi umierać z głodu." Odkaszlnąłem.

- Przekąsimy coś w Dziurawym Kotle, zanim zajmiemy się naszymi sprawami. Zmęczył mnie już ten chleb z serem, a ciebie?

Nie odezwał się, ale drżał tak mocno, że szczękały mu zęby.

- Chodź, mały, ubierzemy cię.


KONIEC
rozdziału szóstego


Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).