A/N: W tekście występują skreślone fragmenty, a nie da się/nie umiem wstawić skreśleń w tym serwisie, w związku z czym umówmy się, że tekst PODKREŚLONY oznacza tekst SKREŚLONY. Dziękuję i przepraszam za niedogodności. ;)
Beta: SzmaragDrac
2. Piątek, piąteczek, piątunio
(a Sever ma kuku na muniu)
Jak załatwić (sprawę) Lucjusza, Pottera i Draco:
1. Zabić Pottera w obronie własnej.
2. Imperius. (ewentualnie do przemyślenia)
3. Zabić Pottera w afekcie.
4. Podać amortencję. Któremukolwiek. Obu. (?)
5. Zabić Pottera, po prostu.
6. Odesłać Pottera Czarnemu Panu.
7. Zmodyfikować pamięć Lucjuszowi. (?)
8. Felix Felicis. (ostateczność!)
9. Wielosokowy. (uuuuuuuuuuuuuuuugh)
10. Amożejednakavada.
Severus z ponurym (no, ponurym bardziej niż zwykle) wyrazem twarzy wpatrywał się w leżący przed nim pergamin. Wielka Sala podczas śniadania nie była odpowiednim miejscem na uskutecznianie burzy mózgów. Nie dość, że Albus wlepiał w niego to wszystkowiedzące spojrzenie, to jeszcze Minerwa co rusz próbowała czytać mu przez ramię (a Severus bardzo dobrze pamiętał, jak bolesny efekt daje połączenie opiekunki Gryffindoru z jego notatkami).
– Czy ty nie masz własnego życia? Prywatnego? – syknął doprowadzony do ostateczności, kiedy McGonagall niemal położyła się na nim. Co za durne babsko, pomyślał z irytacją. Nic dziwnego, że prawie wszystko, co przychodzi mi do głowy, jest nielegalne. Jej istnienie powinno usprawiedliwiać użycie dowolnego z Niewybaczalnych.
– Och, ja mam, mam. Dziwię się raczej, że ty masz – parsknęła Minerwa.
– Co mam, przepraszam?
– Życie. Prywatne.
Severus uniósł brwi.
– Bredzisz – wycedził i zaklął w myślach, kiedy zorientował się, jak to zabrzmiało.
Do McGonagall również musiało to dotrzeć, gdyż posłała mu pełen kpiącego rozbawienia uśmieszek.
– Cóż, tak… Też mnie to zaskoczyło – oznajmiła z udawaną powagą. – Ale skoro od samego rana tak pieczołowicie uprawiasz miłosną korespondencję, to…
Że co, do cholery?!
– Zechcesz. Wyjaśnić.
Minerwa wzruszyła ramionami.
– Piszesz w takim skupieniu; tu kreślisz, tu poprawiasz, końcówkę pióra pogryzłeś… No list miłosny jak się patrzy!
– Zwariowa… – Severus urwał wpół słowa i obrzucił koleżankę po fachu podejrzliwym spojrzeniem. Czy to możliwe, że go podpuszczała? Ale jeśli nie… Jeśli po prostu, najzwyczajniej w świecie, bez żadnych podtekstów chciała go wyprowadzić z równowagi… Tak poprzekomarzać się tylko, tradycyjnie już wręcz… To wtedy… Salazarze, był uratowany! – Genialna… Jesteś genialna! – oświadczył z atencją, nie mogąc sobie odmówić tej drobnej przyjemności, jaką było wprawienie Minerwy w osłupienie. A potem wymaszerował z Wielkiej Sali, powstrzymując się z całych sił od bardzo nieślizgońskiego zachowania. Na przykład od odśpiewania pełną piersią „We are the champions". W końcu miał plan. Plan przez duże P.
Kiedy Severus z szerokim uśmiechem przywitał się z trzecim rokiem Ravenclawu i Hufflepuffu, po czym polecił uwarzyć dowolnie wybrane eliksiry, uczniowie w popłochu zaczęli robić rachunek sumienia. Nauczyciel jednakże nie zwrócił na to uwagi. Położył na biurku zwitek pergaminów i rozpoczął pracę twórczą. Bo może i rzeczywiście większość pozycji z jego listy wiązała się z użyciem magii powszechnie nieakceptowanym, ale Minerwa przecież podrzuciła mu tak wspaniały pomysł! List miłosny! I ileż rodziło to możliwości! Mógł spróbować ich skłócić, mógł anonimowo donieść o zdradzie, mógł zerwać, mógł spróbować zwrócić ich uwagę na kogoś innego… Mógł wszystko. Po prostu wszystko.
– Dziesięć punktów od Ravenclawu, Belby – warknął, chcąc sprawiać wrażenie skupionego na lekcji.
Dobrze… To teraz kto, co i do kogo… Severus podrapał się po haczykowatym nosie. Szczeniak-Który-Przeżył był zbyt prostolinijny, żeby zrobić z niego zdradzającego, uznał, ale Draco to co innego. A więc list do Pottera… Hm…
Po dłuższej chwili Severus wiedział już, co dokładnie powinien napisać. Po pierwsze list miał być skierowany do dziewczyny, jako że Draco gustował w przedstawicielach obu płci, przez co Potter miał uznać, że on, jako mężczyzna, Malfoyowi nie wystarcza. Po drugie wyimaginowana ukochana musiała odznaczać się takimi cechami fizycznymi jak Potter, żeby tępy bachor mógł się początkowo uznać za adresata listu. Po trzecie list musiał być odpowiednio nasiąknięty miłosnymi wyznaniami, by – po sugestii, że odbiorcą miała być istota płci pięknej – nawet tak tępe i aroganckie stworzenie zrozumiało, że nie jest jedynym obiektem uczuć Dracona.
– Belby, co ja mówiłem? – syknął nagle Severus. – Kolejne dziesięć punktów od Ravenclawu. I następnym razem będzie dwadzieścia.
No to zaczynamy, pomyślał entuzjastycznie, obrzucając jednakże klasę złowrogim spojrzeniem. W końcu musi wyjść idealnie, uznał, zacierając ręce.
Jednak mijały minuty, a zapał Severusa opadał. W końcu, kilkanaście pokreślonych pergaminów później, mistrz eliksirów musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Mimo najszczerszych chęci (oraz palącej konieczności) kategorycznie, absolutnie, definitywnie nie potrafił napisać listu miłosnego. Zwłaszcza do Pottera.
– I jest dwadzieścia, Belby! – warknął rozdrażniony. – Jesteście wolni, koniec zajęć – dodał, przyglądając się uczniom z niechęcią.
Niechęcią, która sięgnęła zenitu, kiedy ostatni z Krukonów odwrócił się w drzwiach i mruknął:
– Do widzenia. A Marcus Belby skończył szkołę w zeszłym roku, profesorze.
Bez sensu. Wszystko jest bez sensu, oddawał się ponurym rozmyślaniom mistrz eliksirów. Do przerwy obiadowej miał same okienka, na których wszakże powinien pisać ten cholerny list, ale nie… Pewnie. Pustka w głowie i kompletny brak wena weny. I żeby choć ktoś, ktokolwiek podrzucił mu prompta pomysł. Nie. Severus był sam i zdawał sobie z tego sprawę. Sam, samotny, osamotniony, jedyny, wyliczał bezwiednie w myślach. Jak palec, jak szara komórka Pottera, jak Grindelwald w Nurmengardzie, jak… Zaraz. Jak Grindelwald?
Severus uśmiechnął się z satysfakcją. Jeśli będzie działał znienacka, a przy tym z odpowiednią dozą niewinności i życzliwości… Musi się udać, po prostu musi, uznał, ćwicząc przed lustrem cnotliwe spojrzenia.
– Albusie, o czym najczęściej pisaliście z Gellertem?
– Och. O zaawansowanej transmutacji. I polityce. I, hm… Insygniach Śmierci. Ale, drogi chło…
– A nazywałeś go jakoś specjalnie?
– Ochsssevssssiemmmtoeeenniejestochmmmdopsznnnowłasąrżżżkiwłaśśściwie.
– Albusie?
– Hmpf… Władcą różdżki.
– Hagridzie, czy zdarza ci się nazywać Olimpię w jakiś, hm… szczególny sposób?
– O, cholibka, hehe. „Smoczątko" na nią mówię. I, tego, no… „Skląteczko" czasem.
– Minerwo, pamiętasz Dougala McGregora?
– NIE! Zaraz, Severusie, a skąd ty…
– A ten, jak mu tam, Elephant?
– Anteoculatia!
– …
– On miał na imię Elphinstone, zapamiętaj to w końcu.
– Umm… Ee… Witaj.
– Witaj, Severusie.
– Czy ty, ee… uch… Czy ty masz kogoś?
– Och, Severusie! Nie bądź taki nieśmiały!
– Mm… ale że co?
– Nie martw się, moje wewnętrzne oko poinformowało mnie, że w końcu się odważysz!
(…)
– Severusie? Severusie?!
No dobrze, to może jednak nie był najlepszy pomysł, stwierdził jakiś czas później Severus. Grono pedagogiczne wyjątkowo niechętnie przyjmowało jego ofertę pogawędek od serca (przynajmniej takie wnioski wyciągnął ze wszystkich klątw, inwektyw i znaków krzyża, którymi najczęściej reagowali pracownicy Hogwartu), a ponadto legilimencja stosowana na uczniach również nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Młodzież wydawała się opętana burzą hormonów, czego szczytem okazała się Bulstrode – Severus obawiał się, że po znalezieniu w jej umyśle sceny okraszonej dziarskim, acz nieco chrapliwym: „o, stary, w tym składziku jest stanowczo za mało miejsca dla nas i dla naszych ubrań" część nauczycielskiej pensji będzie musiał przeznaczyć na magopsychologa. Tak, to albo przyjaźń z Lockhartem i prośba o małe Obliviate. Jedynym wyjątkiem okazała się para Granger – Weasley, jednak i ona nie zainspirowała Severusa. Co prawda Gryfoni nie spowodowali żadnej traumy, jako że najodważniejszym kontaktem fizycznym w wykonaniu rudego potwora było złapanie Panny Wiem-To-Wszystko za rękę, ale też za największy przejaw czułości Severus musiał uznać zgodę Granger na podzielenie się notatkami.
Czy oni, cholera jasna, nie zakochują się tak bardziej romantycznie? Mniej… cóż, mniej cieleśnie? Tak na przekór wszystkim i wszystkiemu, bez względu na okoliczności, tak po prostu na… Severus przerwał nagle wewnętrzny monolog i przełknął ślinę. Głośno. Miał wrażenie, że się poci. Bo przecież… przecież to by była profanacja. Nie powinien, absolutnie nie powinien, ale czy miał jakieś inne wyjście? Jakiekolwiek? Westchnął głęboko i przeczesał włosy dłonią, a następnie zasiadł do pisania. Profanacja czy nie, jeśli chodzi o „na zawsze", nie potrzebował dodatkowej inspiracji.
To durne ptaszysko musiało być z Gryffindoru, uznał Severus gdzieś tak na przełomie zupy i drugiego dania. Wszak wyraźnie polecił sowie, aby list dostarczyła podczas obiadu, tymczasem Potter, owszem, otrzymał jakąś korespondencję, ale nie przyniosła jej wybrana przez Severusa płomykówka. Żeby nawet zwierzęta były przeciwko niemu, no tego jeszcze nie było! Przecież nie mogła zabłądzić na trasie sowiarnia – Wielka Sala!
Severusowi jednak nie dane było zbyt długo roztrząsać kwestii, czy lepsza jest sowa pieczona czy też w buraczkach. Grono pedagogiczne dyskutowało zawzięcie o ostatnim ataku Voldemorta i mistrz eliksirów, choć nieco zawstydzony swoim brakiem informacji na ten temat, włączył się w rozważania, które dość szybko przerodziły się w wymianę opinii dotyczących samego Czarnego Pana.
Trzeba będzie list wysłać jeszcze raz, pomyślał Snape, przysłuchując się jednym uchem Minerwie upierającej się przy „Sami-Wiecie-Kto był zły od zawsze".
– Być może – zgodził się z nią uprzejmie Dumbledore. – Chociaż myślę, że raczej miał ku temu pewne predyspozycje, a trudne dzieciństwo w połączeniu z ponadprzeciętnymi umiejętnościami zrobiły resztę.
Severus mimowolnie zaczął się nad tym zastanawiać.
– Może i tak – mruknął Flitwick. – W końcu co mogło wyrosnąć z dziecka, które najpierw dorastało jako jedno z wielu, bez miłości, ciepła i tak dalej, a nagle okazało się kimś według swego dotychczasowego pojmowania wyjątkowym? Czy to takie dziwne, że – wyszedłszy z szarego tłumu – zapragnął, by ten tłum za nim podążał? Kim innym mogło stać się dziecko, które nie miało wpojonych zasad moralnych, które po prostu nie rozróżniało dobra i zła?
– Odpowiadam: profesorem Severusem Snapem – powiedział głośno i wyraźnie przechodzący obok stołu nauczycielskiego Ron Weasley.
I nawet to, że tym razem nie uniknął kary, nie poprawiło Snape'owi humoru. Może dlatego, że McGonagall nie wlepiła Weasleyowi szlabanu, tylko odjęła punkty. Może dlatego, że parskała przy tym śmiechem tak bardzo, że zajęło jej to dobry kwadrans. A może dlatego, że – jak się okazało – wieści w Hogwarcie szybko się rozeszły i Minerwa, kiedy już udało jej się wysapać „dwadzieścia pięć punktów od Gryffindoru", dodała konspiracyjnym tonem, żeby Severus się nie martwił, bo Sybilla na pewno Severusa pocieszy.
I nawet nie mógł mieć jej tego za złe. Naprawdę potrzebował pocieszenia. Wiedział jednak, że nie ma na co liczyć. Dumbledore był nieugięty w kwestii stosowania zaklęć niewybaczalnych na uczniach.
Kiedy Severus skonstatował podczas kolacji, że i druga sowa nie dotarła, zrozumiał, że to nie był przypadek. Ktoś wiedział, nie, KTOŚ WIEDZIAŁ o jego planie. Mistrz eliksirów nie zwykł jednak się poddawać. Cóż, oczywiście pomijając tłumaczenie Albusowi, że naprawdę istnieje coś takiego jak napady kompulsywnego jedzenia słodyczy. Teraz w każdym razie widział szanse na powodzenie, więc list napisał po raz trzeci i skierował się do sowiarni. Był tak skupiony na swoim zadaniu, że nawet nie przeklął przypadkowo napotkanej Minerwy, która z wdzięcznym uśmiechem poinformowała go, iż pomylił drogę, bo Sybilla mieszka w Wieży Północnej.
– No to czekamy – mruknął do siebie, kiedy kolejna sowa poleciała z listem.
Nie czekał długo. Właściwie to nim zdążył dokończyć zdanie, ciemne już niebo przecięły czerwone strumienie światła.
Co, do cholery…, pomyślał i wychylił się przez okno. W mroku majaczyła niewyraźnie jakaś postać, jednak nie był w stanie jej rozpoznać.
– Drętwota!
Severus uśmiechnął się z satysfakcją. Mógł nie rozpoznać twarzy, ale głos wypowiadający zaklęcie był mu zdecydowanie znajomy.
– Parkinson, zechcesz wyjaśnić mi to małe polowanie? – syknął Severus, łapiąc dziewczynę za ramię i odwracając ją gwałtownie w swoją stronę.
Zamrugał gwałtownie. Może nie oczekiwał rzewnych łez i skruchy, ale na pewno też nie spodziewał się też wyzywająco wysuniętego podbródka i spojrzenia pełnego złości.
– Parkinson, zadałem pytanie – warknął, gdy tylko się otrząsnął.
– Od RANA musimy pana pilnować – rzuciła Pansy oskarżycielsko. – Naprawdę, czy pan myślał, że jest jedyną osobą, która chce ich rozdzielić? – dodała, patrząc z jawnym politowaniem, kiedy Severus nie bardzo kwapił się do odpowiedzi. – Tylko że to dopiero trzeci dzień, a pan narobił więcej szkody niż ktokolwiek inny!
Severus wciąż patrzył z osłupieniem.
– Proszę, niech pan więcej nie wysyła takich listów – dodała nagle Parkinson, jakby zmęczona. – Mamy zupełnie inną strategię, oni mają się zmęczyć swoją obecnością. Przecież żadne z nich nie jest tak głupie, by uwierzyć w takie afiszowanie się ze zdradą!
Severus po raz pierwszy od kilku lat zaczął rozważać odjęcie punktów własnemu domowi.
– Parkinson – syknął. – Czy ty czytałaś te listy?
– Nie – odparła, przewracając oczami. – Ale i tak mniej więcej wiem, co w nich było. I nie, nie powiem panu skąd – dodała, poprawnie odczytując wyraz twarzy mistrza eliksirów.
– Dziewczyna Weasleyów? – strzelił jeszcze Severus, ale jak się okazało, niecelnie.
Pansy roześmiała się tylko.
– Nie. Ona teraz jest na etapie bronienia ich własną piersią przed tym całym złym światem. Zero z niej pożytku.
Severus, wciąż nie do końca doszedłszy do siebie, skinął tylko głową. Parkinson przyglądała mu się z pobłażaniem.
– A propos pożytku – mruknęła, rozrywając kopertę. – Skoro wszystko już wyjaśnione, to może moglibyśmy coś stąd wykorzystać w naszych listach.
I zanim Severus zdążył zareagować, zaczęła czytać. Z każdą minutą jej twarz robiła się coraz bledsza i chociaż mistrz eliksirów nie rozumiał dlaczego, był pewny, że to mu się nie spodoba.
– Parkinson, nie będzie żadnego „my" w tym przypadku, czy to jasne? – syknął, chcąc ponownie przejąć kontrolę nad sytuacją. W końcu nic się takiego nie stało. Gówniara przeczytała list, on jej wlepi szlaban i po sprawie. Nic nadzwyczajnego. Nawet jeśli Ślizgonka z niewiadomych powodów wyglądała, jakby miała mdłości.
– Jasne, panie profesorze – odparła drżącym głosem. – I ja naprawdę nie chcę wiedzieć, dlaczego tak dokładnie potrafił pan opisać oczy Pottera, ale – na przyszłość – dopiski „wybacz, to nie do ciebie" radziłabym robić na innym pergaminie. I wysyłać inną sową.
