A/N: W tekście występują skreślenia, więc standardowo umówmy się, że podkreślenie = skreślenie.

Beta: SzmaragDrac


3. Sobota

(w sobotę nie ma wierszyka,

bo rym ałtorce umyka)


Severus obudził się w całkiem niezłym – jak na okoliczności – humorze. Owszem, może i z Parkinson nie wyszło za dobrze (i naprawdę wolał nie zastanawiać się nad tym, co by się stało, jeśli dziewczyna zdradziłaby komuś swoje podejrzenia co do powodów, dla których chciał rozdzielić Pottera i Malfoya – „nie, szanowna komisjo, naprawdę nie spędzam zajęć, wpatrując się w oczy Wybrańca… I bardzo nie chcę do dementorów" nie brzmiało zbyt dobrze, z kolei gdyby wmieszał się w to Dumbledore… Może i prawdziwa natura jego relacji z oczami Pottera zostałaby odkryta, jednak najpewniej stałoby się to kosztem wyjawienia relacji zupełnie innej, nawet jeśli w gruncie rzeczy oczy pozostałyby te same. Cóż. W każdym razie Severus wolałby wyprowadzać Blacka na spacer niż publicznie się do tego przyznać, więc w najlepszym interesie Parkinson leżało ćwiczenie się w daleko posuniętej dyskrecji), ale ostatecznie zaczynał się weekend, co oznaczało, że a) nie będzie żadnych zajęć, na których nie mógłby ukarać uczniów za pewne powiązania z czerwienią i złotem; oraz b) będzie miał więcej czasu na ostateczne rozprawienie się z romansem z pierwszych stron Proroka.

Co właściwie było całkiem satysfakcjonującą myślą. Lucjusz Lucjuszem, ale żeby on, który kłamał Czarnemu Panu prosto w oczy, nie mógł poradzić sobie z młodzieńczym romansem tego tępego owocu chuci Jamesa Pottera? No doprawdy… Dzisiaj im wszystkim pokaże. I nawet plan Parkinson, który Severus zrozumiał od razu – i nie wspomagał się przy tym legilimencją… no, w każdym razie nie za bardzo… – mógł mu tylko pomóc.

Dziewucha razem ze swoimi tajemniczymi pomagierami zasypywała zakochanych listami miłosnymi, by jak najszybciej znudzili się swoją obecnością, co w sumie nie było głupie, ale zbyt czasochłonne dla Severusa, jednak… Jednak te listy mogły również stanowić coś… jak kupowanie kwiatów po zdradzie. Nie żeby Severus miał w tym doświadczenie; być może dlatego, że nigdy nie zdradził nikogo z wyjątkiem Czarnego Pana (co też nie do końca było zasługą Severusa – ostatecznie Voldemort był nie tylko jedyną osobą, którą Severus zdradził, ale i jedyną, którą Severus w ogóle miał szansę zdradzić), a tam, obawiał się, i dwa tuziny róż by nie pomogły. W każdym razie coś, co można było uznać za odkupienie win nieco na zapas, zgrywało się idealnie z tym, co Severus zamierzał zrobić.

– Jak leziesz, Weasley?! – warknął, kiedy rudy idiota wpadł na niego w drodze do Wielkiej Sali i wyrwał tym samym z przyjemnego rozmarzenia. – Czyżby jednak istniały jednostki, którym inteligencja nie pozwala na jednoczesne chodzenie i oddychanie? Weasley, mówię do ciebie – syknął, kiedy Gryfon nie wykazał odpowiedniej skruchy i rozdzierającego żalu w związku z zaistniałą sytuacją. – Inteligencja. In-te-li-gen-cja, Weasley. Wiesz w ogóle, co to znaczy?

– Oczywiście, profesorze – odparł z nienaganną uprzejmością w głosie Ron. – Podać panu definicję na piśmie czy uda się panu zapamiętać?

Severus – z nagła dziwnie pozbawiony apetytu – odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Czasami naprawdę popierał Filcha w staraniach o przywrócenie dawnych metod dyscyplinowania uczniów.


Po śniadaniu w całym Pokoju Wspólnym Gryffindoru słychać było podekscytowane szepty.

– Nie wierzę, że to zrobił – wymamrotała Ginny, zerkając niespokojnie na Harry'ego.

Ten nie wydawał się specjalnie przejęty. Wzruszył ramionami i wyciągnął się na swoim ulubionym fotelu przy kominku.

– Wciąż jest ze Slytherinu – powiedział. – Nawet jeśli, no wiesz…

– Nawet jeśli jest twoim chłopakiem? – rzuciła Hermiona z wyraźnym rozbawieniem.

Ron spiorunował ją wzrokiem, ale zanim doszło do kłótni pierwszej pary Gryffindoru, Harry parsknął śmiechem.

– Nawet jeśli przestał życzyć nam śmierci – poprawił. – Ale i tak z nim sobie porozmawiam – dodał złowieszczo.


Korytarz w lochach był dziwnie wyludniony, kiedy Harry odnalazł Dracona. Bez namysłu pchnął go na ścianę i przyparł do zimnych kamieni własnym ciałem.

– Nieźle, mój wężyku – wymruczał, gładząc chłopaka po policzku. – Ale to ci i tak nie pomoże… – dodał, obrysowując palcem jego usta.

Draco spojrzał na Harry'ego nieco spłoszony.

– Ja…

– Nie rób takiej miny. Wiem, że wciąż jesteś Ślizgonem, nawet jeśli… trochę oswojonym – zakpił Harry. – Ale właściwie… Uważam, że to całkiem pociągające… – powiedział już zupełnie innym tonem i zmrużył oczy.

Draco przełknął ślinę, kiedy Harry pochylił się nad nim i wplótł mu palce we włosy. Nie pocałował go jednak. Musnął kciukiem szyję Dracona i uśmiechnął się lekko.

– Tak, dobry plan, skarbie – szepnął. – Podoba mi się. – Odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając drżącego Dracona niemal wtulonego w ścianę.


Severus Snape drżał i tulił się do ściany. Miał poważne obawy, że gdyby nie ona, wylądowałby przed złotym chłopcem na kolanach, co – w połączeniu z jego obecnym wyglądem – mogłoby zrodzić niepożądane… Nie umiał znaleźć odpowiedniego słowa, jednak nie miało to znaczenia – wszystko, co wiązało się z klęczeniem przed Potterem, musiało być niepożądane.

Nie mógł jednak zastanawiać się nad tym zbyt długo. Osunął się nieco po ścianie i odgarnął jasne włosy z twarzy. Plan, skup się na planie, powtórzył sobie w myślach kilka razy, ale nie przyniosło to większego rezultatu. Ostatecznie Potter prawie go pocałował, co plasowało się na drugim miejscu listy „Najgorszych rzeczy, jakie mogły mu się przytrafić" (pierwsze zajmowało całowanie się z innym Potterem, co – zważywszy, że pierwszą lokatę wśród „Najlepszych rzeczy, jakie mogły mu się przytrafić" niezmiennie piastowało całowanie się z pewną kobietą o takim samym nazwisku – zakrawało na ironię; i fakt, że nazwiska tego nie nosiła zbyt długo, wcale nie pomagał), więc miał pełne prawo do bycia rozkojarzonym (tu Severus osunął się po ścianie jeszcze ociupinkę). Zwłaszcza że pierwsze słowa chłopaka sugerowały, że on, najlepszy szpieg Zakonu, został zdemaskowany…

– Pieprzony Potter – mruknął z odrazą Severus, myśląc o tym, co przekonało go, że jednak zdemaskowany nie został. – Mój wężyku… – Niemal splunął i skrzywił się paskudnie. – Dobry plan, skarbie…

Wreszcie Severus westchnął, mimowolnie otarł usta, wzdrygnął się porządnie na poprawę humoru i już-już był gotowy do wprowadzenia w życie swoich zamierzeń, gdy nagle… O nie, tylko nie…

Severus ukrył twarz w dłoniach.

O jakim cholernym planie…

Severus osunął się po ścianie aż na podłogę.

Co takiego zrobił ten blond bęcwał, zanim spoczął unieruchomiony pod swoim własnym łóżkiem?!


Severus stał na środku Pokoju Wspólnego Slytherinu nieco osłupiały. Oczywiście zdawał sobie sprawę z popularności Dracona, ale nie spodziewał się… tego. Wszyscy wydawali się cieszyć z jego widoku, jakby sprawiał im jednocześnie wielką radość i dumę, ale także… coś w rodzaju ulgi?

– Super, Draco! Genialnie!

– Jesteś najlepszy!

– No wreszcie przyszedłeś! Nie mogliśmy się doczekać!

Severus rozejrzał się odrobinkę niepewnie. To już na pewno było przesadą. To znaczy… Widzieli się z Malfoyem jeszcze na śniadaniu, jak bardzo mogli w międzyczasie za nim zatęsknić?

– Mam urodziny? – spytał słabo.

– Jasne, stary – parsknął Baddock, a kilka osób roześmiało się, chociaż, wydawałoby się, nie na jego słowa, a raczej by dać wyraz ogarniającej wszystkich radości. – W końcu zorganizowałeś imprezę.

Severus jęknął w duchu. Czy naprawdę szpiegowanie Czarnego Pana miało być łatwiejsze niż pociągnięcie za język bandy nastolatków?

– A gdzie Crabbe i Goyle?

Baddock uniósł brwi.

– Poszli sprawdzić, co z Summerbym, tak jak im kazałeś. Spokojnie, wszystko idzie zgodnie z planem, są już przebrani – powiedział. – Zresztą pozostali też gotowi. No, jeszcze tylko my, ale gdzieś zniknąłeś, więc wolałem na ciebie poczekać.

Severus poczuł, że oblewa go zimny pot. Crabbe i Goyle są przebrani? Wszyscy są gotowi? Poza Malfoyem i Baddockiem, którzy… A do tego… Przecież Summerby jest…

– Serio, Draco, wyluzuj, wszystko w porządku. Wyeliminowanie szukającego Hufflepuffu było genialnym pomysłem! Przez to, że Gryfoni grali już z Krukonami, nie musieliśmy nawet proponować zmiany kolejki; miałeś rację, byliśmy jedyną możliwą opcją, więc nikt nas o nic nie podejrzewa!


Severus wlókł się noga za nogą w stronę boiska. Z okrzyków podekscytowanego Baddocka, które przebijały się co jakiś czas przez mur rozpaczy, jaki naprędce ustawił wokół siebie, zrozumiał, że Ślizgoni od tygodni szykowali się na mecz z Gryfonami (co było naprawdę świetnym pomysłem, Draco, nie wierzę, Draco, że się udało, jesteś wspaniały Draco…), upatrując szybkiej porażki Gryfonów w nagłej zmianie przeciwnika (ale żeś to wykombinował, no normalnie mistrz, he he, Pott… ee, Gryfoni się nie podniosą…), jako że taktyka Ślizgonów i Puchonów na boisku różniły się od siebie… cóż, jak Ślizgoni i Puchoni gdziekolwiek indziej. Znaczy, bardzo.

Wreszcie, kiedy dotarli do szatni, gdzie musiał zmierzyć się z kolejną porcją wyrazów uwielbienia, a rozochoceni członkowie drużyny niemalże wciągnęli mu na grzbiet szatę do quidditcha, Severus uświadomił sobie w pełni, co go czeka. Miał zagrać mecz przeciwko Gryfonom. Miał wygrać mecz przeciwko Gryfonom. Miał złapać pieprzony złoty znicz przed pieprzonym Złotym Chłopcem, bo Ślizgoni w przeciwieństwie do Gryfonów przygotowywali się do tego od dawna.

Prawdopodobnie byłby nawet dumny ze swoich podopiecznych, gdyby tylko tak bardzo nie chciało mu się wymiotować.


Nie będzie tak źle, powtarzał sobie w myślach Severus, wychodząc na boisko. Nie będzie aż tak źle, skoro on był tylko jednym z siedmiu zawodników i miał tylko jedno zadanie do wykonania, więc nawet jeśli by mu się nie udało, to nikt nie odkryje dlaczego. Nie zrobi z siebie idioty, tak jak mogłoby się stać, gdyby na przykład miał bronić obręczy. Albo – jeszcze gorzej – podawać sobie kafla ze ścigającymi, czego nie zrobiłby, nawet gdyby od tego zależał wynik wojny, zerwanie Pottera i Malfoya albo przegrana Gryffindoru w Pucharze Domów. Wtedy musiałby mieć kontakt z piłką. Teraz, jeśli dobrze źle pójdzie, nie będzie miał go ani razu, a to wciąż będzie tylko jedna wpadka.

Zaraz, ale właściwie dlaczego nie miałby złapać znicza? Przecież miał na to takie same szanse jak Potter. Obaj mogli po prostu znaleźć się w pewnym momencie bliżej złotej piłeczki, obaj mogli dostrzec ją szybciej, a jeśli Severus dobrze pamiętał z lekcji numerologii (tylko na poziomie SUM-ów i to z początków III klasy, bo potem – prawie nikt o tym nie wiedział, więc się nie liczyło – przeniósł się na wróżbiarstwo, by pytać kupki fusów, kiedy najlepiej spróbować umówić się z Lily; kupka nie chciała współpracować. Lily też nie), oznaczało to, że obaj mają po pięćdziesiąt procent szans na wygraną. Co prawda kołatało mu w głowie coś o jakichś zmiennych i warunkach, musiałby dopytać Vector, ale to na pewno nie miało związku z ich umiejętnościami. Ostatecznie do złapania znicza wystarczyło umieć wyciągnąć rękę i… złapać znicz, a – Severus był pewien – to nie mogło być trudniejsze od ukradkowego wrzucania oczu skarabeuszy do talerza Minerwy.

Z tą myślą całkiem pewnie uścisnął dłoń Potterowi (pewność nieco zmalała, kiedy bachor oblizał się znacząco na jego widok i puścił mu oczko) i na gwizdek pani Hooch wzbił się w powietrze.

A potem latał. Latał i wypatrywał. Starał się wyglądać tak, jakby wiedział, co robi, bo, cóż, w teorii właściwie wiedział, tylko z trybun te wszystkie manewry wydawały się jakby… łatwiejsze. I to nie tak, że Severus nie umiał latać na miotle. Umiał, oczywiście, że umiał, po prostu… Używał jej raczej jako środka transportu (i to raczej z końca listy ulubionych; znajdowała się o pozycję za testralem, a kilka oczek przed „na ramieniu Albusa, zmieniony w słowika, zabić Weasleyów"), tyle że wtedy… jakby… miał o wiele więcej miejsca na cokolwiek i mógł beztrosko nie przywiązywać wagi do takich bzdur jak „minimalny promień skrętu". I „środek ciężkości". I „czy ten cholerny tłuczek zamierza we mnie…".

Kiedy Severus leciał w objęciach Pottera na boisko, a wokół niego kręcili się członkowie obu drużyn (bo, jak się okazało, Potter najpierw złapał znicza, a dopiero potem ruszył na ratunek ukochanemu, co – sądząc po okrzykach – wszyscy obecni na stadionie chłopcy uznawali za „super, ekstra i cool", a dziewczyny za „bezduszne" lub „słodkie" w zależności od interpretacji), było źle. Było gorzej, kiedy po wylądowaniu Potter pogłaskał Severusa po włosach i spytał z troską, czy nic mu nie jest. Najgorzej… Cóż. Kiedy Potter zdał sobie sprawę, że jego miłość przeżyje, i w euforii zwycięstwa pocałował go na środku stadionu, a publiczność wydała z siebie dziki wrzask entuzjazmu… Severus po raz pierwszy od niemal dwudziestu lat rozpłakał się rzewnymi łzami.