A/N: W tekście występują skreślenia, więc standardowo. Podkreślenie = skreślenie.

Beta: SzmaragDrac


4. Ta ostatnia niedziela...

(Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,

Sever bardzo cienko przędzie)


Niedzielny poranek zapowiadał się całkiem nieźle. Było zimno, deszczowo i ponuro. Ptaszki co prawda śpiewały, ale te dźwięki – dzięki niech będą Salazarowi – do lochów nie dochodziły, toteż Severus mógł we względnym spokoju oddawać się kontemplowaniu sufitu.
Sufit był czarny.
Równie czarne były nieproszone myśli Severusa o wczorajszych wydarzeniach, które ten odganiał usilnie, układając plan dnia i analizując właśnie wyżej wymienione (oraz aktualnie – znaczy, na etapie „pozycja embrionalna, gnicie w łóżku i małe użalanko nad sobą" – jedyne dostępne) sklepienie.
Sklepienie miało wzorki. Ale nie było ich widać, bo też były czarne.
Czarne jak otchłań rozpaczy, w której Severus znalazł się po tym, jak ten ohydny Potter ohydnie się zachował, ohydnie go całując, ale przecież nie było żadnej potrzeby do tego wracać, lepiej patrzeć w przyszłość jak Trelawney. Zwłaszcza że przyszłość malowała się obiecująco, bo a) była niedziela, więc nie miał żadnych lekcji z gryfopotworami, a także b) chociaż zaplanowano wyjście do Hogsmeade, to on, Severus, nie musiał akurat nadzorować uczniów i mógł swobodnie uzupełnić zapasy najpotrzebniejszych składników. Na przykład karaluchowego bloku. I może jeszcze kajmakowych eklerków, tych oblanych czekoladą tak gorzką i ciemną, że aż niemal czarną.
Tak czarną jak włosy tego wstrętnego, obrzydliwego, opętanego nieokiełznaną chucią monstrum, które nie wiadomo jakim cudem miało połowę genów po tak wspaniałej… Severus jęknął cichutko i spojrzał ponownie na sufit. Coś mu się przewróciło w żołądku (Severusowi, sufit miał się świetnie, chociaż wciąż był, cóż, czarny), więc zerknął jeszcze na ściany.
Ściany były różowe. Ale w lochach brakowało okien, więc wydawały się czarne.
Skrzat, który chwilę później przyniósł Severusowi śniadanie, zdumiał się nieco, kiedy w znalazł swojego pana z obłędem w oczach przetrząsającego zawartość swojej szafy i mamroczącego coś wybitnie niepochlebnego pod adresem tejże zawartości.
Sypialnia była rzęsiście oświetlona.

Kiedy atak paniki minął, co w wolnym tłumaczeniu oznacza mniej więcej tyle, że Severus przywrócił swoim szatom pierwotną barwę i zaprzestał prób pomalowania mrocznego znaku na jakiś sympatyczniejszy kolorek farbkami do ciała, mistrz eliksirów już ze standardową – kamienną, znaczy – miną pomaszerował na śniadanie.
Bo nic się w gruncie rzeczy nie dzieje, tłumaczył sobie, smarując tosty dżemem. Nie ma powodu do obaw. Zadbał przecież o to, by Draco był przekonany, że na skutek stresu wywołanego upadkiem z miotły zupełnie stracił pamięć o meczu i związanych z nim wydarzeniach. Nikt nie mógł jego, Severusa, wydać. Po stronie strat należało zapisać właściwie wyłącznie przegrany mecz, ale sezon dopiero się zaczynał, więc Ślizgoni mieli jeszcze szansę wszystko odrobić. A poza tym przyjemnie słuchało się docinków pod adresem młodego Malfoya. W końcu wszystko to była jego wina.
Taaak, wszystko jest w porządku, myślał Severus, z prawdziwą przyjemnością zatapiając śnieżnobiałe [no przecież nie żółte, Sev jest bogiem seksu, a Rowling pisała niekanoniczne brednie! Wszyscy autorzy fików o tym wiedzą! - dop. aut.] ząbki w grzance. Czuł się już nawet na tyle pewnie, że gdy do stołu nauczycielskiego podleciała olbrzymia czarna sowa, a Trelawney zaczęła wykrzykiwać coś o nadchodzących mrocznych czasach, wyszydził ją całkiem udanie. Jednak zanim zdążył zanotować w pamięci, by umieścić te drwiny w swoim pamiętniczku w swoim specjalnym kalendarzu (Sybilla miała tam miejsce za Gryfonami, a oczko przed Minerwą), sowa wylądowała tuż przed nim i wystawiła nóżkę z listem. Z listem w czarnej w kopercie.
A poza tym przyglądała mu się z jawną bezczelnością. I miała coś złośliwego w skrzywieniu dzioba.
– Spodziewasz się wybuchu? – spytała Minerwa na tyle donośnie, że co bliżej siedzący uczniowie natychmiast przenieśli swoją uwagę na nauczycieli.
Severus zacisnął wargi i bez słowa rozerwał kopertę, przezornie ukrywając jej zawartość przed wścibskim babskiem. A potem zamarł. Na pergaminie napisane było jedno słowo. Wiemy.
Po chwili potrząsnął głową, chcąc odegnać obezwładniającą go niemoc, i zerknął na Parkinson, ale przeklęta dziewucha z niezmąconym spokojem pochłaniała śniadanie; wydawała się absolutnie niezainteresowana poranną pocztą. Severus przełknął ślinę. Był rozdarty. Z jednej strony Parkinson wyglądała – przynajmniej w tym momencie – na wcielenie niewinności, z drugiej – był przekonany, że to jej sprawka. Tym bardziej że kiedy przyłapał ją na kradzieży listów do Pottera, idiotka przyznała się, że nie działała sama… Z kolei ze strony sam-już-nie-wiedział-której, on, Severus, mógł – przyznawał to ostrożnie – popadać w lekką, leciusieńką nawet, paranoję. Bo niby ile osób mogło być powiązanych z rozdzielaniem Pottera i Dracona?
Severus dla pewności potoczył spojrzeniem po całej sali, ale nie dostrzegł nic podejrzanego. Owszem, część uczniów, która słyszała zaczepkę Minerwy, wciąż przyglądała mu się z zaciekawieniem, owszem, Gryfoni z tej części dorzucali do wzroku niechęć i podejrzliwość, ale nie było to niczym niespodziewanym. Wreszcie Severus, sfrustrowany, poddał się, zmrużył oczy i z wręcz namacalną nienawiścią zaczął zgniatać list.
Problem w tym, że podszedł do tego ze sporym zacięciem i nie mniejszą energią. A także z tym, że – kiedy zaczynał – na jego talerzu wciąż leżał stosik tostów obficie posmarowanych dżemem, które w trakcie wykonywanej przez Severusa czynności przemieściły się żwawo na przód jego szaty. Czarnej, oczywiście.
Gryfoni płakali. Nie pierwszy raz przez Snape'a. Pierwszy raz ze śmiechu.
– Minerwo – wysyczał Severus przez zaciśnięte zęby, gdy tylko machnięciem różdżki pozbył się ostatnich śladów kompromitacji. – Zakład zakładem, ale czy nie uważasz, że powinnaś choć raz w życiu zachować się jak na opiekunkę domu przystało? I nie chcę co prawda za bardzo podpowiadać, ale, hm… Może jakoś ZAREAGOWAĆ?!
Minerwa, zaciskając usta, posłusznie pokiwała głową, ale jej wyraźnie trzęsące się ramiona znacznie osłabiły efekt, jaki chciała osiągnąć. Pozostali członkowie grona pedagogicznego również wydawali się dalecy od powagi. Dumbledore chichotał beztrosko, nawet Sybilla straciła nieco ze zwykłej tajemniczości na rzecz swawolnych parsknięć. Jedynie Hagrid wpatrywał się w Snape'a ze współczuciem.
– To. Się. W głowie. Nie mieści – wycedził wibrującym nienawiścią głosem Severus. – Oczywiście twoi Gryfoni, jak zawsze, są ponad prawem. Lekceważące podejście do nauczyciela, rażący brak szacunku… – Z każdym drgnieniem ramion Minerwy robił się coraz bardziej wściekły. – Ależ to nic, absolutnie! Bo też oczywiście ja praw nie mam żadnych! Żadne się według ciebie nie należą!
– Nie no, co pan opowiada, panie psorze… – mruknął Hagrid i wyciągając rękę nad Minerwą, poklepał Severusa po plecach, tak że ten niemal wylądował twarzą w talerzu. – Skoro nawet gumochłony jakieś swoje prawa mają, to…
Severus nie usłyszał, co w związku z tym, bo Minerwa wreszcie uspokoiła się na tyle, żeby się odezwać. A jako że „masz resztki dżemu na policzku" nie było tym, co chciał usłyszeć, po prostu wymaszerował z Wielkiej Sali.

Od razu lepiej, uznał Severus, maszerując raźnym krokiem do Hogsmeade. Deszcz ograniczał się do lekkiej mżawki, kojącej rozedrgane nerwy, i wystarczyło skupić się na przeskakiwaniu kałuż, by zmoknąć ledwie odrobinę. Chociaż trzeba było przyznać, że nawet przy burzy pełnej grzmotów i błyskawic mistrz eliksirów wybrałby się na wycieczkę do wioski o tej samej porze – póki Gryfoni uczniowie kończyli śniadanie i dopiero zbierali się do wyjścia, był bezpieczny.
Cóż, względnie bezpieczny, Severus musiał dość szybko zweryfikować swoje poglądy. To jest kiedy ktoś w ciemnej pelerynie spróbował zaskoczyć go tuż obok Świńskiego Łba, wymachując idiotycznie różdżką.
– To było bardzo nierozważne z twojej strony, Lucjuszu – powiedział spokojnie Severus, bezwiednie przekładając różdżkę Malfoya między palcami. – Gdybym w porę nie spostrzegł, kto jest dzisiaj w nastroju do żartów, mógłbym ci zrobić krzywdę – dodał z troską, patrząc na przeciwnika usiłującego niezdarnie wygramolić się z kałuży (cóż, pewnych rzeczy nie mógł sobie odmówić mimo rozpoznania mężczyzny). – Bo oczywiście to były żarty, prawda, przyjacielu?
Malfoy łypnął na niego nieprzyjaźnie, ale nie wyrzekł ani słowa. Severus, wzdychając, podał mu rękę, pomógł się podnieść i obserwował z niesmakiem, jak ten wyjętym z kieszeni kościanym grzebykiem rozczesywał włosy.
– Masz błoto. O, tam – mruknął Severus, kiedy Malfoy zaczął przeglądać się w owalnym lusterku. W odpowiedzi otrzymał łypnięcie jeszcze bardziej nieprzyjazne. – No dobrze, jakie to polecenie Czarnego Pana masz mi przekazać?
– Polecenie? Severusie, czy nie wolno mi po prostu odwiedzić starego przyjaciela?
Rzeczony przyjaciel jedynie przewrócił oczami.
– Mam kilka spraw do załatwienia, tak więc do rzeczy. Proszę.
– Jak sobie życzysz. – Malfoy rozłożył ręce. – Jak tam postępy w naszym małym sabotażu?
– W naszym… Co?! Wpadasz do Hogsmeade, urządzasz jakąś dziwaczną parodię ataku niemalże na środku ulicy, narażasz swoją i, co ważniejsze, moją pozycję dla kaprysu? Wyłącznie po to, żeby sprawdzić, z kim aktualnie twoje dziecię migdali się po kątach?!
– Severusie…
– Ty chyba oszalałeś. Istnieje Sieć Fiuu. Istnieją też sowy, do cholery jasnej! – warknął Severus, zastanawiając się gorączkowo, jak pozbyć się Lucjusza bez raportowania mu serii porażek. – Ryzykowałeś zdemaskowaniem mnie, co oznacza, że ryzykowałeś powodzeniem planów naszego Mistrza. Nie masz do tego prawa. Gdyby Czarny Pan się o tym dowie…
– Tak, tak, oczywiście, masz rację. Ale skoro o migdaleniu mowa… Jak tam figle z Potterem?
Severus zbladł.
– Bo muszę przyznać, mój drogi, że jestem ci prawdziwie wdzięczny za takie zaangażowanie w ochronę mojego syna, chociaż nie jestem pewien, czy sprawdzanie jakości elementów fizycznych w jego związku jest sprawą priorytetową. Niemniej jednak – podziwiam.
Severus zachwiał się.
– Tym bardziej że ryzykowałeś tak wiele – kontynuował Malfoy z bardzo zadowolonym uśmieszkiem. – Ostatecznie gdyby Czarny Pan dowiedział się o swawolach, jakich dopuszczasz się z jego nemezis*… Albo może gdyby Dumbledore odkrył, kto tak naprawdę…
Severus jęknął, złapał Lucjusza pod rękę i pociągnął do Świńskiego Łba.

Pochmurny niczym niebo nad Hogsmeade Severus kierował się w stronę Miodowego Królestwa. Oczywiście wioska musiała być już pełna tych małych rozwrzeszczanych idiotów, co jeszcze pogarszało kiepski już po rozmowie z Lucjuszem humor mistrza eliksirów (jego tłumaczenia o długofalowym planie zawierającym atakujące popiersie Salazara, listy miłosne i przerżnięcie meczu z Gryfonami nie spotkały się ze zrozumieniem; na pewno nie pomagało też to, że Lucjusz dziwnie niechętnie podszedł do pomysłu podszywania się pod jego jedynego syna).
W Miodowym Królestwie na szczęście nie było jeszcze tłumów. Ot, kilka tępych głów, wśród których Severus z prawdziwą przykrością zauważył jedną rudą. Zdegustowany, zrozumiał, że w takim razie właściciel czarnej czupryny szlaja się gdzieś w celach bardzo towarzyskich z posiadaczem blond pukli, i podziękował w myślach Salazarowi za oszczędzenie mu przynajmniej tego, licząc jednocześnie, że słodka do porzygu parka nie wlezie w oczy Lucjuszowi, prowokując go do bardziej energicznych nacisków.
– Patrz, gdzie leziesz – warknął, oderwany od nie najprzyjemniejszych myśli, kiedy Ronald Weasley szturchnął go, zmierzając w stronę kolejki.
W odpowiedzi otrzymał jedynie spojrzenie spode łba. Chciał zrobić coś, COŚ właściwie, ale był dziwnie przekonany, że wysadzenie ucznia w powietrze może nieco utrudnić jego zakupy, a przecież bardzo, och, tak bardzo potrzebował słodyczy... Zmełł więc tylko w ustach przekleństwo (a nawet kilka) i ustawił się grzecznie w kolejce za ryżym pomiotem, po drodze ściągnąwszy z półek dwie paczki kajmakowych eklerków oblanych gorzką czekoladą, puszkę lukrecjowych pałeczek oraz – Salazar go jednak kochał! – ostatni – najostatniejszy, najmilszy, najczarniejszy, najbardziej jego – słoik lukrecjowych powideł.
Kolejka przesuwała się do przodu wyjątkowo powoli, jak z obrzydzeniem zauważył Severus. Troje pierwszoklasistów przeliczało gorączkowo, czy wystarczy im i na kwachy, i na miętowe ropuchy, czy jednak będą musieli z czegoś zrezygnować, jedna Puchonka, jeśli Severus dobrze pamiętał, z szóstej klasy, trzy razy zmieniała zdanie w kwestii smaku lodowych myszy („nie, nie, jednak nie śmietankowe, wezmę waniliowe… Albo jednak… Może…"), a jakaś starsza korpulentna czarownica dopytywała z godną podziwu werwą, czy te dyniowe paszteciki to aby świeże (według pani Flume tak, były świeże, pieczone dzisiaj w nocy, tak, była tego najzupełniej pewna, sama wyciągała z pieca, i nie, nie było możliwości, żeby użyto do nich zleżałych dyń). Wreszcie, kiedy starsza pani zdecydowała się ostatecznie zaryzykować i na podanie należnej kwoty wydała z siebie okrzyk zdziwienia, zaczynając gwałtownie przeszukiwać torebkę, Severus nie wytrzymał.
– Doprawdy, zaskakująca sprawa, obowiązek zapłaty za zakupy – wycedził ze zwodniczym uśmiechem. – Mogła się pani tego nie spodziewać. Accio sakiewka tego babska – warknął i rzucił kobiecie pieniądze.
Starsza pani speszyła się wyraźnie, ale zaraz obrzuciła Severusa bystrym spojrzeniem.
– Dziękuję panu bardzo za pomoc – odparła z przyjaznym uśmiechem. – I najmocniej przepraszam za zwłokę; nie wyglądał mi pan na kogoś, kto miałby do kogo się spieszyć – dodała i odmaszerowała, zanim Severus zdążył odpowiedzieć.
Nie była to wielka strata, bo i tak nie wiedział, co tą odpowiedzią stać się powinno, toteż rzucił tylko swoje zakupy na ladę, nie zważając na to, że stojący przed nim Weasley wciąż dzierżył słodycze w objęciach i teraz nawet nie miał gdzie ich położyć. Jednak mimo że tempo kolejki wciąż można było porównać do pracy Longbottoma na lekcjach eliksirów (minus zagrożenie i wybuchy), następna osoba opuściła sklep, a Weasley z wyzywającym spojrzeniem wcisnął swoje zakupy na kontuar, tuż przed lukrecjowo–eklerkowe szczęście Severusa.
– Rozumiem, że jest was tylu w domu, że na ciebie, Weasley, przypada tylko ułamek działań wychowawczych, ale po tylu latach w Hogwarcie chyba powinieneś zapamiętać choć jedno. Starszym należy się szacunek, więc powinieneś przepuszczać ich w kolejce.
Ron zerknął nieuważnie do tyłu i wzruszył ramionami.
– Trzeba było poprosić – oznajmił tonem sugerującym, że dobrze zdawał sobie sprawę, iż mówi o rzeczy absolutnie niewykonalnej.
Severus zazgrzytał zębami i przesunął się do przodu, ignorując zupełnie fakt, że drogę zagradzali poprzedzający go klienci.
– Jesteś zakałą czarodziejskiego społeczeństwa, ale nie powinno mnie to dziwić, skoro wylądowałeś w Gryff…
– Czy mógłby pan przestać mnie pchać?
– …indorze. Do tego jednego Tiara nadaje się idealnie, do oddzielania miernot od reszty i umieszczania ich w…
– Slytherinie, wiemy. Ale to nie daje panu prawa, żeby na mnie wchodzić.
Severus się niemal zachłysnął, patrząc w bezczelnie śmiejące się oczy Weasleya. Z wściekłością pchnął jeszcze swoje zakupy, licząc, że może zrzucą paskudztwa tego bachora na podłogę, ale niestety, jedynie rozsunęły je na boki.
– Weasley… Pożałujesz. Przysięgam. Jak tylko ten tydzień się skończy, pożałujesz każdego jednego wypowiedzianego kiedykolwiek słowa. Od „mama, kaka" począwszy – syczał, czując rosnącą wściekłość.
Weasley odwrócił się, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale w końcu tylko zerknął na ladę, uśmiechnął się pod nosem, skinął Severusowi głową i zaczął szukać po kieszeniach sakiewki.
Severus zacisnął wargi. Oczywiście, imbecyl może sobie być wielkoduszny i się wycofać, skoro wygrał i mógł już sobie zapłacić i zabrać swoje słodycze, i to naprawdę było najzupełniej niesprawiedliwe, i… Nagle zamrugał gwałtownie, zdjęty przerażeniem.
– Co pani robi?! To moje rzeczy! – wrzasnął, opryskując panią Flume kropelkami śliny.
Kobieta niepewnie wyciągnęła rękę po lukrecjowe specjały, ale Ron był szybszy. Zgarnął wszystkie słodycze – swoje i Severusa – do torby.
– Ja zapłaciłem, teraz już moje – rzucił z łobuzerskim uśmiechem, skłonił się z galanterią i oddalił się trybie natychmiastowym. A razem z nim pałeczki, eklerki i ostatni, najostatniejszy słoik powideł.


*Opko, w którym nie padnie to określenie w ramach synonimu przynajmniej jednej postaci, opkiem straconym.