Aby przetrwać... – fanfic Solain Rhyo

ROZDZIAŁ II

To niesamowite jak umysł zaczyna reagować kiedy człowiek znajduje się w stanie totalnego i absolutnego zatrwożenia. Stając twarzą w twarz z tym potężnym łowcą, tym drapieżcą, zaczęłam nagle spostrzegać z rozproszoną uwagą drobne, nieistotne detale – miriadę malutkich kosteczek i dziwacznych czaszek zwisających z jego pasa, moje własne przerażone odbicie w metalicznym wizjerze jego maski, a także trio czerwonych kropek jaśniejących po lewej stronie jego hełmu. Sekundę później uświadomiłam sobie czym naprawdę są te świecące punkty, i bardzo powoli pochyliłam głowę, aby ujrzeć ten sam purpurowo połyskujący laserowy celownik skoncentrowany na mojej piersi.

A czego tak naprawdę się spodziewałaś? z lekko histeryczną ironią zbeształ mnie mój wewnętrzny głos. Przecież w końcu sama zwróciłam mu jego własną broń. Jak głupia byłam wierząc, że wróg mojego wroga będziemy moim przyjacielem – kto w tej sytuacji jest prawdziwym wrogiem?! A teraz, znalazłszy mnie tutaj, przywłaszczającą sobie broń od jego zmarłego towarzysza... Działko na jego ramieniu wydało jękliwy pogłos kiedy poruszyło się lekko i wycelowało we mnie – nie oczekiwałam już żadnej litości czy pobłażania ze strony tej istoty...

...więc zrobiłam jedyną rzecz jaką w tej sytuacji mogłam uczynić – z oszalałym z rozpaczy krzykiem rzuciłam w niego włócznią. Nie był to dobry rzut, ani tym bardziej celny. Oszczep lekko uderzył pod kątem w bok jego maski. Stwór tylko zwrócił głowę w stronę miejsca, gdzie włócznia zaklekotała o podłogę, a następnie ponownie spojrzał na mnie – wystraszoną i rozdygotaną jak galareta. Potrząsnął głową, a jego przypominające włosy dredy zatańczyły jak na wietrze, i wydał z siebie niski wibrujący głos...

Śmiech.

Ten sukinsyn śmiał się ze mnie.

Spodziewałam się wszelkich reakcji, ale rozbawienie do nich zdecydowanie nie należało. Wywołało ono u mnie tylko irracjonalną wściekłość. Po tym wszystkim co zdarzyło się w ciągu ostatnich czterech godzin mojego życia, bycie wyśmianym przez jakiegoś stwora to jak dodawanie ciężkich obelg do już odniesionych ran. W nagłym ataku furii chwyciłam niedawno zdobyty nóż i rzuciłam nim w stronę łowcy z całą siłą na jaką mogłam się w tym momencie zdobyć. Zasilony przez mój gniew oręż wznosił się i wznosił w powietrzu, aby w końcu trafić w prawe ramię łowcy, pozostawiając tam nacięcie. Zielono fosforyzująca ciecz natychmiast wytrysła z rany, a odgłos który wydał stwór zmienił barwę na wyraźnie mniej przyjemną. Działko na jego ramieniu znów się poruszyło, ja zaś z desperackim okrzykiem gwałtownym ruchem naprzód uskoczyłam w stronę tunelu. Kątem oka zauważyłam że coś niebieskiego eksplodowało za moimi plecami, po czym siła wybuchu rzuciła mną – ostro – o ścianę. Moja głowa uderzyła w mur na tyle silno, że straciłam oddech. Jedyne co mogłam teraz robić to leżeć bez czucia i czekać aż mój wzrok ponownie nabierze ostrości.

Oj, zły to był pomysł, bo gdy mogłam już ponownie podziwiać świat, ujrzałam łowcę górującego nad moim bezwładnym ciałem. I ponownie krwistoczerwone punkty skupiły się na mojej klatce piersiowej. Zacharczałam coś rzężącym głosem, nie pamiętam co, wznosząc roztrzęsioną rękę w próżnym geście obrony. I znów usłyszałam ten dziwny pomruk rozbawienia – zacisnęłam mocno powieki...

Czy będzie bolało?

Wtem moje uszy rozdarł przeraźliwy jazgot. Po otwarciu oczu ujrzałam Predatora, który jednym ruchem ręki strącił Obcego, wściekle czepiającego się jego ramienia, i rzucił nim z impetem prosto w tunel. Obcy zniknął z pola widzenia, po drodze obijając się o ściany, aż zatrzęsły się mury. Łowca natychmiast ruszył za nim, po drodze strzelając swoim działkiem raz, a potem kolejny; w międzyczasie udało mi się z wysiłkiem podnieść na nogi, chwytając się ściany jako podpory. Dobiegł mnie pełen agonii wrzask z tunelu, ale nawet nie oglądnęłam się za siebie. Zamiast tego na wpół potoczyłam się, a na wpół podpełzłam w stronę porzuconej włóczni, chwyciłam ją, i zataczając się ponownie rzuciłam się do biegu w przejście, którym się tutaj przedostałam. Dopiero kiedy dosięgłam rogu, zatrzymałam się opierając ciężko na włóczni i próbując uspokoić swój oddech na tyle aby móc cokolwiek usłyszeć. W uszach jednak słyszałam wyłącznie zwariowany rytm bicia mojego serca. Kiedy jednak odwróciłam się, aby ponownie zerwać się do biegu, kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. To Predator - szybko zbliżał się do mnie długimi krokami. Kiedy zobaczyłam jego laserowy celownik tańczący na podłodze zaraz przede mną, obróciłam się o 180 stopni i rozpaczliwie, co sił w nogach popędziłam z powrotem korytarzem, z którego dopiero co wybiegłam. Szepcząc gorączkowo modlitwy, przemknęłam przez następny zakręt...

... i gwałtownie cofnęłam się upadając, kiedy wprost przede mną wyrósł jak spod ziemi następny obcy. Krzycząc przeraźliwie, potoczyłam się do tyłu, kopiąc nogami ziemię, aż poczułam za plecami ścianę. Z tej odległości mogłam łatwo dojrzeć ostre jak sztylety zęby wysadzające jego pokryty śliną pysk, a moje nozdrza wypełnił duszący kwaskowaty odór. Obcy wykonał długi sus w moim kierunku, ja zaś, nie zastanawiając się ani sekundę, wysunęłam przed siebie w obronnym geście moją jedyną broń – włócznię. Palący ból natychmiast przeszył moje ramię kiedy ciężar ciała obcego nabitego na oszczep rzucił mną twardo o podłogę. Nie puściłam jednak broni. Leżałam płasko na podłodze unikając podwójnych szczęk obcego raz po raz wysuwających się wściekle w moim kierunku – zimne, metalowe ostrze dzidy to jedyne co oddzielało mnie od natychmiastowej śmierci. Szlochając w upiornej ciszy, która zaraz nastała, zdołałam się z wysiłkiem podnieść i zrzucić z siebie potwora, wciąż nadzianego na oręż. Kiedy stanęłam na nogi, stwór wydał z siebie ostatni rozdzierający skrzek zanim w końcu zastygł nieruchomo. Puściłam dzidę i cofnęłam się zdrętwiała o kilka kroków – fakt, że zabiłam jednego z tych demonów, tych monstrum, nie mógł przebić się do mojego zaćmionego umysłu. Ja. Sama. Zaczęłam się śmiać, ale nie był to radosny śmiech. To był głos kogoś kto powoli uginał się pod nieznośnym ciężarem strachu. Powinnaś uciekać – rzeczowo podpowiedział mój wewnętrzny głos – Predator nadchodzi...

I jakby na potwierdzenie, zza zakrętu rzeczywiście wyłonił się mój prześladowca. Predator spojrzał na ścierwo obcego rozpostarte na ziemi, przeniósł wzrok na mnie, a następnie znów na zabitego stwora.

„Taa, ja go zabiłam" – wymruczałam głosem w którym zmęczenie mieszało się z wojowniczością. Nie miałam już sił na ucieczkę, choć każdy skrawek mojego ciała wołał, że powinnam uciekać jeśli mi życie miłe. Łowca wykonał krok w moją stronę, i w tym momencie świat zaczął się trząść w posadach. Nad nami rozległ się ciężki pomruk, gdy piramida znów zaczęła zmieniać swój kształt. Gruba ściana granitu zaczęła wznosić się pomiędzy mną a Łowcą, ponownie nas rozdzielając, a ja aż zasłabłam z ulgi. Patrzyłam poprzez szybko kurczący się otwór jak Predator jednym płynnym ruchem wyjmuje oszczep z ciała obcego i odwraca się...

... a następnie rzuca nim w moją stronę. Nie był to rzut który miał zabić – łatwo złapałam broń jedną ręką. Łowca znikł mi z oczu – znów pozostałam sama. Stałam tak przez długie minuty, całkowicie oszołomiona zaskakującym biegiem wydarzeń.

Predator doskonale wiedział, że jestem bezbronna, więc podarował mi swoją broń. Czy był to znak szacunku? A może raczej obietnica, że kiedy już mnie znajdzie, niechybnie mnie wykończy i załatwi niedokończony interes? Nie miałam pojęcia. I to byłoby najbardziej wygodne, gdybym tylko miała pewność że ta broń zagwarantuje moje przeżycie.

Minęło dużo czasu, zanim znów kontynuowałam swoją wędrówkę.

TBC