Aby przetrwać... – fanfic Solain Rhyo
ROZDZIAŁ III
Piekące doznanie, które nawiedziło moje ramię zaraz po nabiciu na włócznię obcego, rzeczywiście pochodziło, jak odkryłam, od oparzenia. Cuchnąca, zielonkawa posoka tego stworzenia posiadała silne właściwości żrące – natychmiast przegryzła się ona nie tylko przez lewy rękaw mojej ocieplanej kurtki, ale także poprzez wełnianą bluzkę oraz gruby podkoszulek. Odłożyłam więc broń na bok, zdjęłam kurtkę po czym spróbowałam odwinąć przeżarty rękaw. W rezultacie poczułam tak obezwładniający ból, że prawie padłam na kolana: materiał ubrania właściwie wtopił się w moje ciało. Zagryzłam mocno wargi i jednym ruchem oderwałam rękawy obu ubrań siłą od mojego ramienia, ale nie mogłam powstrzymać się od stłumionego jęku, który wyrwał się z moich ust. Ciężko dysząc, delikatnie pomacałam ranę – skrzywiłam się z bólu. Rana zaczynała boleć w sposób typowy dla poważnego oparzenia: pulsujące uczucie przejmującego bólu, które stopniowo narastało i z czasem stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Nie miałam ani wody, aby przemyć to miejsce, ani żadnych antybiotyków. Uklękłam więc i nerwowo rozglądając się na boki, aby upewnić się, że nic mi nie zagraża, wyciągnęłam z kieszeni swojej kurtki rolkę gazy, którą zawsze nosiłam przy sobie.
Opatrzenie rany okazało się ciężką robotą. Jednak kiedy się z tym w końcu uporałam, zsunęłam z powrotem rękawy i nałożyłam kurtkę. Moje ciało najwyraźniej uświadomiło sobie, że skoro udało mi się poradzić z jedną raną, ono również zasługuje na uwagę, ponieważ zaczęło nagle całe domagać się opieki. Wyciągnęłam dłoń, aby zidentyfikować miejsce, gdzie moja głowa napotkała nieustępliwy mur. Było porządnie spuchnięte i nawet delikatny dotyk moich palców spowodował, że z bólu i nagłych zawrotów głowy zatoczyłam się pod ścianę. Jednocześnie mój żołądek burzliwie zaprotestował; znalazłam się na kolanach, próbując opanować nagłe nudności. W końcu jednak opróżniłam żołądek z całej jego zawartości, podpełzłam do włóczni, chwyciłam ją kurczliwie i przy jej pomocy ponownie powoli wspięłam się na nogi. Przez długi czas po prostu stałam tak w miejscu, próbując zwalczyć zawroty głowy oraz zebrać w sobie siły, co, miałam nadzieję, pomoże mi w wydostaniu się z tego miejsca żywym. Może...
Wtedy usłyszałam stłumiony odgłos strzałów, dochodzący zza ściany – to Predator próbował uporać się z hordami obcych za pomocą swojego działka ramiennego. Po upewnieniu się, że wrzaski jego ofiar ucichły, rozpoczęłam swój ciężki marsz, wciąż ciężko opierając się na włóczni jak na lasce. Przez chwilę nawet rozważałam, czy nie lepiej byłoby po prostu zostać w jednym miejscu, ale szybko odsunęłam tę myśl – to byłoby daremne: albo obcy albo Łowca szybko by mnie dopadli, a sama nie byłam pewna, kogo wolałabym spotkać. Przez długie godziny wałęsałam się więc po świątyni tak cicho jak tylko mogłam, przebywając meandry szybko zmieniających swój kształt korytarzy. Mogłam uznać, że szczęście wciąż się mnie trzymało, ponieważ podczas całej wędrówki nie napotkałam żywej istoty. Jednak wkrótce zaczęło mnie nawiedzać niesamowite pragnienie, do którego dołączył wilczy głód. Wprawdzie miałam kilka odżywczych batoników w wewnętrznych kieszeniach kurtki, ale żadnej wody – Sebastian miał ze sobą pojemnik z wodą, zaś inne butelki znajdowały się przy reszcie osób z załogi, teraz martwej lub zaginionej. Po zdecydowaniu, że należy mi się przerwa na odpoczynek, prędko sięgnęłam po jeden z batoników, szybko odpakowałam i zaczęłam łapczywie pożerać. Zagryzając go, pozwoliłam sobie poobserwować korytarz rozciągający się przede mną. Nagle przestałam żuć, bowiem niedaleko od siebie dojrzałam coś, co wyglądało jak duży otwór w skale. Krawędzie tego otworu wydały się stopione, tak jakby zostały utworzone w rezultacie jakiegoś gorącego promienia energii, sam zaś otwór prowadził w tunel o nierównych, jakby prążkowanych bokach.
Moja intuicja znów zaczęła siać spustoszenie w mojej wyobraźni, ale pomimo tego zacisnęłam dłoń na drzewcu broni i zbliżyłam się ostrożnie do tunelu. Para unosiła się z boków tego dziwnego przejścia. Po kilku krokach spostrzegłam coś leżącego na dnie, co sprawiło, że dech zatrzymał mi się w piersiach. Cyfrowa kamera Millera! Uchwyciłam ją, jakaś ciepła, nieprawdopodobnie lepka i obrzydliwa substancja pokryła moją rękawiczkę. Natychmiast cofnęłam dłoń, pospiesznie wycierając ją o spodnie. Nie chciałam dotykać tego czegoś, czymkolwiek to było: śluzem wydzielanym przez obcego albo jego śliną. Kontynuowałam swoją podróż wzdłuż tunelu, będąc teraz bardziej ostrożną. Nadstawiłam uszu, ale jedyne co mogłam usłyszeć to swój płytki, nierównomierny oddech i niepewne kroki, których echo odbijało się od ścian korytarza. W pewnym momencie przejście skręciło lekko – znalazłam się w wielkiej komnacie. Wszędzie, gdzie tylko spojrzałam leżały dziwne brązowawe twory w kształcie jaj. Nagle zrozumiałam: przypomniała mi się moja wcześniejsza rozmowa z Sebastianem – to były rzeczywiście jaja! My, ludzie, byliśmy tym, co potrzebowały obce, aby się rozmnażać...
Jeszcze raz pospiesznie powiodłam wzrokiem po komnacie. Nie mogłam powstrzymać szlochu kiedy mój wzrok skupił się na parze pokrytych śluzem butów. Powoli powędrował wyżej – ujrzałam wielką, rozwartą ranę na torsie mężczyzny, a następnie wykrzywioną nieopisanym bólem twarz Graeme Millera. Nie miałam jednak nawet czasu, aby opłakiwać jego śmierć, gdy ruch nieopodal zwrócił moją uwagę. Na podwyższeniu utworzonym przez skalną półkę przycupnął bowiem jeden z czarnych obcych. Na szczęście był on o wiele mniejszy od tych, które dotychczas napotkałam – sięgał zaledwie do moich kolan. Przypatrywał mi się badawczo, przekrzywiając swoją wydłużoną, walcowatą głowę na bok. Natychmiast mocniej zacisnęłam dłonie na włóczni, i ustawiłam się, jak miałam nadzieję, w pozycji obronnej. Obcy tylko drgnął...
Może nie zaatakuje... Może jest za młody...
Próżna nadzieja, bo gdy tylko te myśli przebiegły mi przez głowę, obcy nagłym ruchem wystrzelił w moim kierunku. Rzuciłam się na bok, stworek z impetem uderzył o ziemię i przeturlał się po niej, ale natychmiast powstał i ruszył za mną, bardzo szybko. Rzuciłam w niego oszczepem, chybiłam, a następnie wrzasnęłam kiedy stwór uderzył mnie z rozpędu w okolice pasa. Przewróciłam się na plecy, z obcym uczepionym mojej piersi, pazurami rozdzierającym moje ubranie, desperacko starającym się kąsać swoimi podwójnymi szczękami. Jego mały ogon wirował w powietrzu jak oszalały. Zdobywając się na całą siłę, jaką mogłam wykrzesać ze swojej desperacji, chwyciłam kreaturę za kościstą szyję i odrzuciłam jak najdalej mogłam od siebie. Uderzyła o półkę skalną, z której wcześniej mnie zaatakowała. Skoczyłam na równe nogi i szybko zbliżyłam się do swojej ofiary, ściskając w obu dłoniach swoją włócznię. Stworek poruszał się jak ogłuszony, wydając z siebie świergot, ale kiedy mnie zauważył, było już za późno – bezlitośnie, dzikim ruchem przebiłam jego wydłużoną głowę na wylot. Nie wydał żadnego dźwięku, kiedy zdychał – po prostu padł na ziemię bez czucia, zwijając się wokół siebie, podobnie jak robią to pająki po śmierci. Jedną stopę opierając na jego łbie, wydarłam z niego ostrze, uważając, aby nie pochlapać się jego kwasowatą krwią. Otworzyłam usta – miałam właśnie krzyknąć coś wojowniczego, coś błyskotliwego i pełnego tryumfu, pomimo faktu, że całe moje ciało drżało jak w febrze, kiedy jakiś cichy dźwięk zwrócił moją uwagę.
Ktoś krztusząc się wyszeptał moje imię.
„Och nie..." – jęknęłam, bo natychmiast rozpoznałam ten głos. I wtedy zobaczyłam go. Sebastian wisiał przyszpilony do ściany powyżej w równie bezsilny sposób jak Graeme. Nie miał nawet siły utrzymać na wprost głowy, a jego skóra była chorobliwie zszarzała i blada. „Sebastian!" – wyrzuciłam z siebie przerażona, i natychmiast podbiegłam do jego zniewolonego ciała.
„Lex..." – z trudem łapał oddech, jego twarz przecinał grymas bólu – „Pomóż mi..."
„Wydostanę cię stąd, zobaczysz" – wyszlochałam z zaciśniętym gardłem, porzucając włócznię i łapiąc desperacko za lepkie narośla, które przytrzymywały go przy ścianie. Gwałtownie potrząsnął głową:
„Zabij mnie, Lex" – wysapał, a jego ciało przeszył dreszcz spazmu – „Proszę!"
Zawahałam się przez chwilę. Mogłam już usłyszeć chrupot żeber pękających w jego ciele, odgłos nie dający się pomylić z niczym innym. Wiedziałam, że kryje się tam bestia szykująca się do potwornych narodzin. Sebastian ponownie wykrzyczał moje imię; chwyciłam więc włócznię i wbiłam ją z całą siłą prosto w środek jego piersi. Jego ostatnie przeszyte dreszczem westchnięcie zmieszało się z odgłosem przypominającym drapanie pazurami po tablicy – był to przedśmiertny pisk kreatury ginącej w jego ciele. Kiedy Sebastian zwiesił w końcu głowę na piersi, a jego ciało się rozluźniło, usłyszałam nagle cichy szloch i zdałam sobie sprawę, że to ja opłakiwałam śmierć przyjaciela.
„Przepraszam, tak mi przykro" – wyszeptałam jak odrętwiała, po czym trzęsącymi się rękoma objęłam włócznię i wyszarpnęłam ją z ciała. Ostrze na końcu pokryte było szkarłatną czerwienią i zielonkawą posoką – ponury dowód uśmiercenia dwóch istot, którego przed chwilą dokonałam. Walcząc ze spazmatycznymi atakami szlochów, zbliżyłam się do ciała Sebastiana, i sięgając poprzez paskudną substancję, która go oblepiała, próbowałam wymacać u jego boków pojemnik z wodą. Po kilku nieudanych próbach dosięgłam go, i nagłym ruchem wyszarpnęłam razem z paskiem. Usłyszałam cichy chlupot przelewającej się wody – w kontekście tego co niedawno przeżyłam odgłos ten wydał mi się najwspanialszą rzeczą na świecie. Mając teraz obie ręce zajęte, jeszcze raz rzuciłam Sebastianowi ostatnie, pełne boleści spojrzenie, i odwróciłam się, aby odejść.
Jednak zanim jeszcze zdążyłam wykonać półobrót, wiedziałam już co będzie na mnie czekało. Tak jak poprzednim razem, moja intuicja wysłała mi ostrzegawczy sygnał. Najcichszy odgłos nie uszedł z moich płuc, kiedy stanęłam twarzą w twarz z Predatorem. Tkwiłam tak bez ruchu, w jednej ręce ściskając pojemnik z wodą, a w drugiej włócznię, i po prostu czekałam.
Stał z głową przekrzywioną na bok, co nadawało mu podobny do ludzkiego wyraz zaciekawienia. Wiedziałam, ze był świadkiem wszystkiego co tutaj zaszło. Jeśli zechciałby mnie uśmiercić tu i teraz, mógłby to zrobić bez przeszkód – straciłam całą wolę walki. Ale zamiast tego spoza jego beznamiętnej maski doszedł mnie odgłos przypominający pomrukiwanie dzikiego kota, sam zaś łowca wskazał uzbrojonym w szpon palcem na coś za mną. Wyciągnęłam głowę, aby zobaczyć co wskazywał – było to ciało młodego obcego. Odwróciłam się pomału w stronę Predatora, kiwając głową na znak że istotnie to ja zabiłam tę kreaturę. Łowca wydał z siebie kolejny głęboki dudniący pomruk, a następnie przeszedł obok mnie i przyklęknął przy zwłokach. Rzucił mi szybkie spojrzenie, po czym jednym ruchem ułamał obcemu jego długi, zakrzywiony pazur. Nie będąc całkiem pewna jego poczynań, nieświadomie zaczęłam się cofać. Predator tylko przytroczył szpon do swojego pasa za pomocą drutu i przekrzywił głowę aby spojrzeć na Sebastiana. Najwyraźniej zadowolony z tego co zobaczył, odwrócił się i ponownie przeszedł obok mnie. Nie spuszczałam go z oka, oszołomiona i porządnie już zaniepokojona. Tymczasem on zatrzymał się niedaleko wejścia do tunelu, spojrzał na mnie ponownie i wydał z siebie warkliwy pomruk. Choć nie rozumiałam co do mnie mówił, pojęłam instynktownie jakie pytanie mi zadaje.
Było to zaproszenie, aby do niego dołączyć i towarzyszyć mu w czasie podróży przez te czeluście, które do tej pory udało mi się pokonać tylko dzięki niesamowitemu szczęściu. Zawahałam się przez krótki jak mgnienie oka moment; choć nie byłam pewna czy w przyszłości ten stwór nie okaże się dla mnie równie niebezpieczny jak obce jaszczury, zdawałam sobie sprawę, że oto zyskuję całkiem realną szansę na przeżycie będąc u jego boku. Przebyłam więc szybko dzielący nas dystans, a kiedy Predator odezwał się świergotliwym warknięciem, pokiwałam głową. Przez dłuższy czas przyglądał mi się spoza swojej beznamiętnej maski, a następnie odwrócił się i zaczął biec.
Ja zaś, czując rozpalającą się we mnie iskierkę nadziei, podążyłam zaraz za nim.
