Notatka: Pierwsza całkowicie oryginalna postać.

~~oOo~~

Część 2: Duchy i Duchy

~~oOo~~

Kobieta klęcząca przed niskim stolikiem, ubrana w tradycyjny strój z szerokimi rękawami, zdawała się być pozbawiona wieku, chociaż linie jej twarzy i srebro przetykające włosy zdradzały doświadczenie. Każdy jej ruch był kontrolowany.

Cienkie palce ujęły drobny czajniczek stojący nad niewielkim płomieniem i zalały ostrożnie susz na dnie porcelanowej czarki. Odstawiła naczynie i czekała, aż wywar nabierze odpowiedniej barwy. Lewa dłoń otworzyła niewielkie hebanowe pudełko i wyjęła z niego fiolkę wypełnioną do połowy złocistozieloną substancją.

Kobieta umoczyła w płynie igłę – na jej końcówce zawisła pojedyncza kropla, którą strzepnęła do herbaty. Przez moment na powierzchni wywaru zatańczyły szmaragdowe refleksy.

- Sensei.

- Lady Kisaragi,- kobieta nie odwróciła się. Uniosła czarkę do ust, i jednocześnie powstała, wirując. Zwiewny rękaw oplątał rzucony sztylet. Dokończyła napój.- Zbyt wolno.

Księżniczka prychnęła odrzucając lekko głowę do tyłu.

- Gdybym chciała trafić…

- …nadal byś nie trafiła,- kobieta ruchem pełnym gracji upuściła sztylet na miękki dywan, po czym spojrzała na dziewczynę. Wśród jej włosów już nie dało się dostrzec siwizny.

- Oh. Jak mam dorównać komuś takiemu,- Yuffie wskazała ją palcem.- Masz nieuczciwą przewagę, sensei Saph.

- Pobierasz u mnie nauki, Lady Kisaragi, by wiedzieć jak postępować z przeciwnikiem mojego typu.

- Masz na myśli płatnego mordercę?

- Również,- czarka została rzucona w stronę księżniczki. Rozprysła się na drobne fragmenty, gdy trafił ją w locie drugi sztylet.- Tłumaczyłam ci wielokrotnie, że nigdy nie należy pozbywać się swojej broni.

- Ty jej nie masz, sensei.

- W przeciwieństwie do ciebie, moje dziecko, ja jej nie potrzebuję.- Kobieta przeszła parę kroków w kierunku księżniczki, pozornie powolnych, a jednak trudnych do uchwycenia, prawie jakby znikała i pojawiała się w innym miejscu. Yuffie uskoczyła przed uderzeniem, które jednak jej nie ominęło. Wystarczyło dotknięcie opuszków palców na jej piersi, tuż pod obojczykiem, i wiedziała, że w innej sytuacji byłaby już ranna. A nawet martwa.

- Sensei,- dziedziczka uśmiechnęła się, pokazując zęby.- Dziś zaczynamy na ostro?

Kolejnego ataku też nie udało się jej uniknąć. Mrowienie dotkniętej skóry podnosiło poziom adrenaliny. Yuffie cudem wywinęła się, przyklękając i odskakując z tej pozycji do tyłu. Na próżno jednak, jak przekonała się, kiedy poczuła gorący oddech przy uchu.

- Lady Kisaragi, jestem pod wrażeniem,- w głosie kobiety nie było nawet cienia szyderstwa. Komplementy w jej ustach stanowiły rzadkość, i Yuffie nauczyła się czerpać dumę z suchych stwierdzeń, które kiedyś uznałaby za obraźliwe. Zadrżała.

Prawda była taka, że nawet nie chcąc dorosnąć, Yuffie powoli stawała się przyszłą władczynią Wutai. Już w chwili obecnej sprawowała większość oficjalnych funkcji w imieniu swego ojca, Godo - teraz coraz bardziej podupadającego na zdrowiu, a niegdyś dumnego i potężnego wojownika. Zapewne, za kilka lat, ponieważ tyle dawali mu ostrożni lekarze, zasiądzie na tronie i poślubi odpowiedniego mężczyznę, który zapewni ciągłość królewskiej krwi. Spekulacje już teraz rozbrzmiewały za zasłonami dworu.

Vincent Valentine byłby zaskoczony tym, jak często padało jego imię. Yuffie jednak wiedziała, że o ile zaspokoiłoby to wymagane pozory, tego typu układ nie miał najmniejszych szans. W końcu celem małżeństwa były dzieci. Ród ojca nie miał takiego znaczenia, jeśliby on sam mógł poszczycić się odpowiednią sławą, czego rewolwerowcowi nie można było odmówić. Sama przez pewien czas zastanawiała się, czy aby nie zaproponować pozycji Cloudowi. Myśl była uciszana równie szybko jak pojawiała się. Popatrzyłby na nią dziwnie i odwrócił się, wychodząc. Na tyle to go znała.

- Lady Kisaragi,- kobieta upomniała ją delikatnie.- Nie powinnaś zapominać o sytuacji, w której się znajdujesz, i oddawać marzeniom.

- Przestań. Dziś nie mam ochoty na naukę.- Yuffie stwierdziła agresywnie. Odwróciła się i zarzuciła ramiona na szyję kobiety.- Mam ochotę na coś całkowicie innego, teraz,- uniosła się na palcach i zbliżyła do siebie twarz kobiety, całując ją głęboko, wpijając palce w jej włosy. Jeden oddech później uderzyła plecami o kolumnę, i te zwinne, utalentowane dłonie przesuwały się po wewnętrznej stronie uda… I nagle zniknęły.

Yuffie syknęła, otwierając oczy na kaszlnięcie.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

- Tak!

- Nie,- kobieta powróciła do stolika, nie zwracając uwagi na rozczarowaną księżniczkę. Wskazała miejsce naprzeciw siebie wyczuwając wahanie mężczyzny.- Przy mnie nie musisz się krępować, Veld.

- Czas ci służy, Teela,- były Turk skinął nieznacznie głową.

- Z niewielką pomocą, służy wszystkim,- kobieta uśmiechnęła się. Yuffie poczuła przypływ zazdrości, jak za każdym razem, kiedy widziała ich oboje razem. Nie łączyło ich nic więcej, niż znajomość i wspólna przeszłość, ale swoboda, która odczuwali w swoim towarzystwie i lekkość, z jaką Teela odnosiła się do Velda… Księżniczka mogła tylko o tym marzyć.

- Mam nowiny od naszych przyjaciół,- mężczyzna spojrzał przelotnie na Yuffie siadającą obok brunetki.

- Jesteś w towarzystwie przyszłej królowej Wutai, możesz mówić swobodnie,- księżniczka sarknęła. Teela tylko przymknęła oczy.

- Widziano Czarodzieja w okolicach Północnego Krateru. Rudy donosi też o podwyższonej aktywności na obrzeżach Midgaru, najprawdopodobniej nasz stary przyjaciel,- ton, jakim Veld wymówił ostatnie słowa nie pozostawiał wątpliwości, że nie była to osoba darzona sympatią w najmniejszym stopniu.- Na chwilę obecną nie może zebrać więcej informacji nie demaskując się.

- Wiemy, czego poszukuje Czarodziej?

Veld pokręcił głową.

- Nie. Pomijając kwestie jego… stabilności, możemy przewidzieć kilka celów. Łącznie z dziedzictwem Kilmistera albo pozostałościami Projektu J.

- Myślisz, że chce schwytać Kameleona?- Teela westchnęła, przesuwając palcami po blacie stolika.

- Stworzono 'tylko' trójkę,- mężczyzna spojrzał jej prosto w oczy.- Oboje wiemy, gdzie się znajdują. Wiemy też, który dokładnie byłby jego celem.

- Kage.

- Dokładnie. Pozostaje pytanie, po co byłby potrzebny mu Kameleon w jego obecnym stanie?

- Jeśli zbiera armię, Kameleon byłby bezcenny, gdyby posiadał kody dostępu. Kodów Kage nie zna nikt. Jeśli chce uzyskać współpracę starego przyjaciela, nawet martwy, Kage wart jest każdego ryzyka. Na razie mamy zbyt mało danych, Veld.

- Shinra odnalazł fragment akt Gestalt,- Turk powiedział nagle.- Wprowadził je do gry natychmiastowo. Musimy liczyć się z interferencją z jego strony.

- Sheesh, Shinra zawsze knuje. Mówisz, jakby było to coś nowego,- Yuffie nie wytrzymała, wystawiając oskarżycielsko palec w stronę Velda.- Z tego, co gadasz, to to jedno rozumiem.

- Czy nasz drugi stary przyjaciel może chronić Kameleona?- Teela zignorowała wybuch księżniczki.

- Nie mam z nim kontaktu. Jeśli odezwie się, zamierzam go o to poprosić.

- A ktoś może mi powiedzieć, o co tak w zasadzie w tym wszystkim chodzi?- Kobieta ujęła dłoń Yuffie i uniosła jej palce ku swoim ustom.

- Lady Kisaragi, niewykluczone, że niedługo rozpęta się nowa wojna, do której przygotowujemy się już od dłuższego czasu i zajdzie potrzeba, byś wykorzystała wszystkie moje nauki. Wszystkie,- podkreśliła.

- …jak niedługo?- Księżniczka zbladła, widząc w myślach obraz, którego nie chciała nigdy więcej oglądać.

- Jutro, za tydzień, miesiąc, może dziesięć lat. Mimo to zawsze za wcześnie.

- Jak zwykle, mówicie samymi zagadkami. Myślę, że ktoś powinien mi to wszystko wytłumaczyć,- Yuffie wstała, niezadowolona.- Mam dużo zajęć,- dodała.

Veld odezwał się chwilę po ucichnięciu jej kroków.

- Może powinnaś przedstawić jej sytuację?

- Wiedza jest obosiecznym ostrzem. Wystarczy, że wie o niebezpieczeństwie. Nie musi obawiać się potencjalnego horroru tego, co się zbliża.

- Znalazłaś swój spokój, jak widzę. Cieszę się.

Teela uśmiechnęła się, trochę przekornie.

- Krew na moich rękach niemal już wyblakła. Ta, która splami moje dłonie w przyszłości, nie będzie wymagała pokuty.- Veld roześmiał się. Potarł bliznę na policzku.

- Wszyscy zadajemy sobie pokutę, w ten czy inny sposób,- westchnął.- Dobrze było cię zobaczyć.

- Przekaż moje pozdrowienia Felicji.

- Dziękuję, przekażę. Dbaj o siebie, Teela,- Veld skłonił się lekko i wyszedł.

Teraz już samotnie, kobieta siedziała, rozmyślając nad przeszłością. Tej samej nocy Yuffie sennie wtuliła się w jej ramię i wymruczała cicho:

- …twoje dłonie są czyste, sensei…

Teela nie zmrużyła oka do rana.


Wytropienie smoka nie było trudne – pozostawił za sobą bardzo wyraźny ślad. Połamana roślinność, w tym drzewa, nie rozmazywały się nawet w najbardziej ulewnym deszczu. Z przekleństwem na ustach Cloud odsunął z oczu mokre włosy.

W obecnej sytuacji, co było jej jedyną zaletą, smok nie był w stanie go wywęszyć, ale on sam miał ograniczoną widoczność, a ulewa zagłuszała nawet jego własny oddech. Blondyn przesunął palcami po żółtej materii i podążył w wyczuwanym kierunku. Na samej granicy pola działania zaklęcia było coś jeszcze, ze znajomą nutą czerwonej barwy, ale tym mógł zając się później. Teraz był zbyt blisko osiedli.

Grzęznąc w błocie Cloud mozolnie pokonywał kolejne metry, aż dotarł do polany z powyrywanymi z gleby drzewami. Smok najwyraźniej spał skulony w namiastce gniazda wzniesionego z pni. Na oko był młody, pewnie miał zaledwie kilkanaście lat, sądząc po kształcie płyt kostnych samica.

Kiedy w górach brakło miejsca, to właśnie samice wyruszały na poszukiwanie nowych lęgowisk, samce dołączały do nich tylko w okresie godowym. Jej obecność można by było uznać za naturalną, gdyby nie agresywność, oraz fakt, że w ostatnich latach populacja nibelskich smoków utrzymywała się na stabilnym poziomie i nie zachodziła potrzeba migracji, a już na pewno nie na taką odległość.

Blondyn ujął rękojeść miecza i sprawdził materię, bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności. Palcami dotknął wstążki przewiązanej na ramieniu. Sprawa była prosta, o ile uda mu się podejść bliżej nie budząc stworzenia. Powoli, uważając na swoje kroki, zaczął podchodzić do smoka.

Bestia poderwała się, wściekle rycząc. Cloud zaklął, pewien, że jej nie zbudził, przynajmniej nie dźwiękiem, i zmienił pozycję stóp, aby przygotować się na uderzenie. Smok był szybki i zwinny – siła ciosu niemal rzuciła go do tyłu, kiedy śliskie błoto poddało się pod naciskiem. Pazury wykrzesały iskry na ostrzu miecza.

Gorszej sytuacji nie mógł sobie wyobrazić. Z przytłumionymi zmysłami, na niepewnym i nierozpoznanym podłożu, przeciwko oszalałemu stworzeniu. Blondyn skoczył w bok, oczekując na atak, który nie nastąpił. Smok wycofał się i wzbił w powietrze, zaraz znikając za ścianą deszczu. Miarowy łopot ciężkich skrzydeł raz po raz przebijał się przez nieustanny szum ulewy. Zwierzę nie zamierzało odlecieć, teraz polowało na niego.

Z niemal ludzkim wrzaskiem samica zanurkowała i Cloud przetoczył się po ziemi unikając jej szczęk. Należało skończyć te walkę. Blondyn rozejrzał się szybko, po czym przymknął oczy, nasłuchując. Głuche uderzenia skrzydeł zbliżały się. Wziął dwa uspokajające oddechy i ruszył biegiem, jednocześnie uwalniając zaklęcie zawarte w materii. Głownia miecza rozżarzyła się do czerwoności, krople wody parowały w odległości kilku centymetrów od metalu.

Tym razem był gotowy.

W ostatniej chwili przyklęknął i uniósł miecz ku górze, rozpruwając gardziel i podbrzusze smoka, który zawył i zwalił się na ziemię kilka metrów dalej. Mężczyzna wywinął się spod miotającego się ogona. Teraz zwierzę kwiliło w bólu, próbując podnieść się na bezwładnych łapach. Obszedł je ostrożnie i zbliżył się do karku stworzenia, szybkim ruchem kończąc jego cierpienie. Przyklęknął przy pełnym kłów pysku.

Nie, jednak samiec, co jeszcze bardziej komplikowało sytuację. Poza okresem godowym samce pozostawały na swoim terytorium i nie miały powodu przemieszczać się. Płyty kostne na łbie były lekko zdeformowane, ale nie wskazywały na mutację mako. Cloud uniósł palec do ust i polizał pokrywającą go krew – również normalna. Jego uwagę przykuł biały błysk za jedną z łusek. Z rosnącym niepokojem schwycił róg zamoczonego papieru i ku swojemu zdziwieniu wyciągnął przemoczoną kopertę.

Wewnątrz była jedna kartka i dwa zapisane na niej słowa, które zmroziły mu krew w żyłach.

Dar Bogini.

Blondyn wstał i wybrał numer w PHS.

- Słucham, Cloud?

- Załatwiłem twój problem.

- Jestem niezmiernie wdzięczny. Pieniądze czekają na ciebie, jak tylko wrócisz.

Blondyn milczał.

- Jesteś tam?

- Pieniądze przekaż Tifie. Mam jeszcze coś do zrobienia w okolicy.

- Rozumiem. Coś jeszcze?

Cloud rozłączył się bez odpowiedzi.


Rufus, niczym zahipnotyzowany, patrzył na Reno, który siedział rozwalony na kanapie, z krawatem zawiązanym na czole, i właśnie dłubał w nosie. Sądząc po czasie i zapale, dokopał się do nowych pokładów. Shinra rozdarty był pomiędzy czystym podziwem a obrzydzeniem, pomiędzy innymi rzeczami.

- Jesteś tam?- Zapytał swojego rozmówcę.

- Pieniądze przekaż Tifie. Mam jeszcze coś do zrobienia w okolicy.

Tak, przynęta została zarzucona. Ciekawe, co się na nią złapie – i kiedy.

- Rozumiem. Coś jeszcze?- Odpowiedział mu trzask kończonego połączenia. Typowe.

Rudzielec wytarł dłoń w obicie kanapy i Rufusa niemal zemdliło. Zanotował sobie, by w tym miejscu posadzić Scarlet, kiedy następnym razem postanowi prześladować go swoją obecnością. Potem spalić kanapę i zamówić nową. Jeśli się nad tym zastanowić, najwięcej wydawał na wymianę kanapy w swoim biurze, i to wyłącznie z powodu Reno.

- Reno.

- Uhuh?- Turk spojrzał na niego leniwie.

- Wiem, że się powtarzam, ale twoje maniery są obrzydliwe, i gdyby nie to, że jesteś użytecznym pracownikiem, już dawno zostawiłbym cię przywiązanego nago do drzewa w okolicy odwiedzanej przez Malboro.

- Aw,- Reno uśmiechnął się szeroko.- Wiedziałem, że Szef mnie kocha, Szefie.

Rufus wzdrygnął się na samą myśl.

- Idź. Po prostu idź. Byle z dala ode mnie.