2. Gra się rozpoczyna
- Chodziłeś we śnie – mówi John, niby mimochodem, ale przy tym jego ciało jest osobliwie naprężone. Sherlock bawi się skrzypcami, a John wetknął nos w notebook. Jest późny wieczór po długim, interesującym śledztwie. Późny wieczór, który został zepsuty jednym tylko zdaniem.
- Naprawdę? – mamrocze Sherlock, trącając struny.
- Tak. – John wzrusza krótko ramionami. Jego palec wskazujący krąży po touchpadzie, policzki oblewa błękitna poświata z ekranu. Sherlock mógłby ustalić, jakie strony przegląda John, zwyczajnie patrząc na jego twarz i palec, ale to zbyt łatwe.
- I co robiłem? – pyta Sherlock cicho. Wygląda na nieporuszonego, chociaż skóra pod plastrem antynikotynowym płonie, topi się, wybucha bąblami. To tylko wyobraźnia. Powoli zamyka oczy, trzymając się skrzypiec, jak koła ratunkowego.
- Nic szczególnego – odpowiada John, ale oddycha nierówno. Krótkie, badawcze spojrzenie znad ekranu – i ponownie opuszcza wzrok. Co chciał zobaczyć? Jego ramiona są napięte, łokcie nieco odsunięte od tułowia, jakby chciał zająć więcej miejsca. Wyglądać groźniej. Broni się? Jest wystraszony? Naturalnie, jest wystraszony.
- To mi się zdarza. – Sherlock próbuje dać do zrozumienia „nie otwieraj tych drzwi, nie mów nic więcej", odkłada skrzypce. Chciałby odwrócić uwagę Johna, zagrać coś szybkiego, ale nie może. Ktoś w jego wnętrzu potrafi grać na skrzypcach, jednak on tylko brzdąka na strunach i wytyka Mycrofta smyczkiem.
Ktoś w jego wnętrzu zna osiemnaście języków i dwa dialekty, ktoś potrafi kierować dowolnym środkiem transportu, inny jest niezastąpiony przy pościgach, ktoś jest uroczy, ale rzadko wychodzi na zewnątrz, gdyż z uprzejmości ustępuje swoją kolejkę innym. Ktoś jest wystraszony, ktoś sam może wystraszyć, ktoś cierpi na PMS, ktoś potrafi zabić trzema precyzyjnie wymierzonymi ciosami, a kto inny okazuje profesjonalną pomoc medyczną, ktoś nie cierpi dymu papierosowego, a ktoś trzykrotnie próbował skończyć z sobą. Z nimi.
Ktoś przestraszył Johna zeszłej nocy.
- Po prostu… stałeś tam, za drzwiami – odzywa się John nieco później, kiedy zdawało się, że temat został zamknięty. – Obudziłem się, bo tam stałeś. Podłoga skrzypnęła.
- A – mówi Sherlock, współczując Johnowi. Niełatwo żyć razem z obłąkanym. Nikt długo nie wytrzymał. Rozstanie to tylko kwestia czasu. – Nie mogłem spać – kłamie niechętnie, a John kiwa głową.
- Tak, rozumiem.
On też kłamie.
xxx
Sherlock czeka, kiedy John pójdzie do pracy. Stoi przy oknie i patrzy, jak w dole mały śmieszny John przebiega ulicę, niedbale się rozglądając na boki. Taki kruchy i śmiertelny. Przez chwilę Sherlock myśli o ciężarówkach, ogromnych ciężarówkach bez kontroli. A gdyby jedna z nich uderzyła w Johna, miażdżąc na krwawą kaszę – w ciągu sekundy, krótkiej sekundy między wdechem a wydechem, ułamka sekundy, kiedy stykają się górne i dolne rzęsy Sherlocka. Co by wówczas zrobił? Co by czuł? Zaintrygowany Sherlock bada i preparuje swoje uczucia, póki John nie znika za rogiem.
Wtedy Sherlock pojmuje, że przyszedł czas na zebranie. Siada w fotelu, gdyż nie wie, ile to zajmie czasu. Zamyka oczy, mocno ściskając podłokietniki – rzeczywistość odsuwa się, posłuszna jak zawsze. Pojawia się Nieskończoność – dokoła niego i w nim, w większości jednak w nim.
Salon na Baker Street jest pełen ludzi. Zatrzymuje się w progu, zwleka tylko chwilę, oglądając scenerię. Tak jak John oglądałby pole walki, obliczając ile może dostać kul.
Dużo ludzi i wszyscy czymś zajęci. Młodzi, starzy, jedno dziecko – na szczęście tylko jedno, ale i to starczy. Prawie wszyscy to mężczyźni, wyjąwszy staruszkę, zachowaniem trochę przypominającą panią Hudson oraz nieładną kobietę z wiecznie rozmazanym tuszem do rzęs. Kobieta pali przy otwartym oknie, starsza pani siedzi w fotelu, który zwykle zajmuje John. Olbrzym drepcze przy regale z książkami, dziecko siedzi w kucki w kącie – albo się bawi, albo został ukarany, jak zwykle. Szpieg pod ścianą, profesor czyści fajkę, wytrząsając popiół do kominka i opowiada coś półgłosem młodemu chłopakowi w bejsbolówce, który jest geniuszem komputerowym.
Gwar ich głosów przypomina nieustającą migrenę, zatrwożone, denerwujące brzęczenie pszczelego ula.
Sherlock przestępuje próg i natychmiast wszystko cichnie. Powoli, jeden za drugim, obecni odwracają się ku niemu. Ci, których jeszcze nie widział, wyłaniają się z cieni pod ścianami, żeby na niego popatrzeć. Kiedy Sherlock bez pośpiechu idzie do swojego fotela, powietrze w pokoju staje się gęste i ciężkie.
Sherlock siada, na jego głowie pojawia się korona, jakby wyrastała z wnętrza czaszki, przebijając kość. Boli. Może to tętniak, gotów eksplodować śmiercią. Rak mózgu. Albo zwykły zamęt z powodu mnogiej osobowości.
Nuda.
Nie, gra jeszcze nie skończona, nie należy tracić czujności. Najmniejsza słabość i oni to wykorzystają, otoczą go, pochwycą, jak wtedy, w klinice rehabilitacyjnej. Jeszcze trochę i nie wypuszczą go nigdy więcej. Nie wolno im pokazywać strachu. Nie wolno poddawać się ślepo podnieceniu.
„Może być niebezpiecznie". Ciekawe, czy gdyby John mógł, poszedłby za nim? Żeby osłaniać mu plecy, dać wsparcie, wystrzelić – obowiązkowo w ostatnim momencie, i obowiązkowo tylko by ranić a nie zabić?
I do kogo by strzelił?
Sherlock nie potrzebuje wypowiadać słów, by prowadzić tę rozmowę. To takie męczące: wydawać dźwięki, kontrolować intonację, poruszać wargami. Coraz mocniej ściska podłokietniki, i zapewne robi to samo tam, na zewnątrz. Pani Hudson, jeśli zajrzy, uzna, że jest zamyślony. Albo nic nie zauważy i będzie z nim rozmawiać, stawiając obok filiżankę herbaty. Kochana pani Hudson… Wolałby spędzić ten dzień z nią, a nie schodzić do studni własnego umysłu.
Jednak musi wszystko omówić z nimi. Naradzić się w sprawie Johna.
Każdy tutaj zdążył zapoznać się z Johnem i razem uznali, że go aprobują. Po raz pierwszy od lat działali razem, podporządkowując się prostemu życzeniu: zatrzymać Johna w swoim życiu. Ktokolwiek akurat zajmował tron, robił wszystko, by chronić ich wspólny sekret.
Zeszłej nocy nie zaszło nic niezwykłego. Ktoś wyszedł na zewnątrz i chodził po domu, to wszystko. Jednak Sherlock wiedział, że to oznaka alarmu, jak narastające buczenie w ulu.
Rzecz nie w tym, kto przestraszył Johna. Nie w tym, że John zaczynał się niepokoić. A w tym, że Sherlock traci kontrolę.
Czego chciał ten, kto stał za drzwiami sypialni Johna? Co mógłby zrobić strasznego i nieodwracalnego – i wciąż jeszcze może?
Sherlock chce wyjaśnić, kto wychodził ubiegłej nocy. Otrzymuje jednoznaczna odpowiedź: nikt. Wszyscy byli tutaj, w salonie, otoczonym głęboką fosą, w chłodnych murach zamku.
Wówczas Sherlock każe zaprowadzić się do bestii.
xxx
Gra rozpoczyna się o wiele wcześniej, nim Sherlock to zauważa. Wszystko jest tuż przed jego nosem, więc czemu pozwala zajść temu tak daleko, tak niewybaczalnie daleko?
Dużo później Sherlock zadręcza się, rozmyślając, kiedy rozpoczęło się wsteczne odliczanie. Czy wtedy, gdy zajrzał w czarne oczy bestii, zamkniętej przez wiele lat w najdalszym kącie jego zamku? Czy później, kiedy Moriarty – Jim Moriarty, facet z IT – zaprosił go na nocne spotkanie na basen?
Czegoś domyśla się tej nocy, ale jest daleki od zrozumienia.
A w chwili, kiedy jedzie w londyńskiej taksówce, patrząc w malutki ekran przenośnego telewizora, wszystko jest już jasne.
Gra się rozpoczęła. „Nic nie przerwie przedstawienia" – powie Moriarty później, stojąc na dachu Bart's, na sześć minut przed śmiercią.
Sherlock skrzywi się. Nie znosił teatralności: ludzie udający innych ludzi. Grający role, kiedy mają w zasięgu ręki taki skarb, jak pozostanie całymi i samotnymi wewnątrz siebie! Czy to z powodu ekscentryczności, czy może interesujących kości policzkowych, na uniwersytecie zapraszano go do uczestnictwa w zajęciach teatralnych. Sherlock zawsze odmawiał. Nie mógł grac innych ludzi, kiedy jeszcze nie do końca oswoił się ze swoją rolą.
„Nic nie przerwie przedstawienia" – powie Moriarty, stojąc na dachu, a jego oczy będą czarne.
xxx
Rano Sherlock budzi się na kacu, jego podbrzusze jest ogniskiem tępego bólu, a ubranie nieznośnie drażni skórę, więc owija się prześcieradłem. Nieznośnie chce mu się palić, ale John schował papierosy. Sherlock wysyła go więc w teren, mając nadzieję przeszukać kryjówki i zrealizować miły poranny plan: nikotyna, kawa, masturbacja i wanna pełna po brzegi.
Jednak już po półtorej godziny siedzi na kanapie w Pałacu Buckingham, a John pyta go o bieliznę osobistą. Śmieją się z niezadowolonego spojrzenia Mycrofta. Sztywny braciszek, myśli Sherlock. Tłusty i beznadziejnie nudny. Jak miło jest go prowokować – i Sherlock lekko rozstawia nogi pod prześcieradłem, naciągając białą tkaninę. Mycroft znacząco wygina cienkie brwi i gryzie się w język, by to, co ma już na jego końcu, nie wyfrunęło na zewnątrz. Oczywiście, że ją poznaje, poznaje to spojrzenie, uśmiech i zachowanie, gdyż skrupulatnie badał każde z nich.
Mycroft waha się, nim przekazuje jej sprawę. Nigdy nie była mocna w detektywistycznych sztuczkach, ale od tego są inni: profesor, szpieg, student-programista… Mycroft wolałby rozmawiać z którymś z nich, ale zmuszony jest namawiać ją. Sherlock zgadza się tylko dlatego, że wie, iż nowa sprawa oznacza nową przygodę dla nich z Johnem.
Ona kradnie popielniczkę i pokazuje ją Johnowi w taksówce. Ten się śmieje, jego ramiona się trzęsą, a oczy rozbłyskają. Sherlock myśli: „Przeleciałabym go".
Ale już następnego dnia pojawia się nowy cel, bardziej interesujący, bardziej złożony. Irene Adler drażni, kusi, prowadzi subtelną grę i Sherlock rozkoszuje się każdą jej chwilą. Tonie w Tej Kobiecie, w jej aluzjach i purpurowych uśmiechach. „Wzięłabym cię na tym stole, aż prosiłbyś o litość. Dwukrotnie" – obiecuje Irene, a John kaszle, przypominając o swojej obecności.
Wszystko przebiega tak szybko, miga pod powiekami i w pewnym momencie ona musi prosić o pomoc profesora, by rozgryźć szyfr. Ustępuje mu tron, dosłownie wypycha go na zewnątrz i ciało drga kurczowo, a John spogląda uważnie i z niepokojem.
Irene czeka, szeroko otwierając oczy – dziecięcy wyraz twarzy, imitujący naiwność, bezbronność. Żadnego makijażu: iluzja szczerości i zaufania. Szepcze do ucha, niemal dotykając go wargami i profesor z przestrachu rozwiązuje szyfr w kilka chwil.
John zaciska zęby, przełykając słowo „wstrząsające".
Inteligencja jest sexy, a Sherlock jest sexy jak nigdy. Na to, by rozszyfrować Irene, potrzebuje nieco więcej czasu, ale w ostatecznym rozrachunku poddaje się i ona.
Profesor wraca zmęczony do zamku, siada przy kominku, przykłada końce palców do czoła, gładząc zmarszczki, jak znaki Braile'a. Nie zamierza pomagać Tej Kobiecie – jest mu obojętna, jak każda inna istota płci żeńskiej. Jednak jakaś część Sherlocka widocznie uważa inaczej, gdyż szpieg ściska szablę i szepcze: „Kiedy powiem uciekaj – uciekaj…".
W głębi duszy wie, że coś podobnego powinien powiedzieć również Johnowi.
xxx
„Może być niebezpiecznie" – to jego słowa. John został uprzedzony, natomiast nikt nie trudził się, by uzbroić Sherlocka w tę informację.
„Może być niebezpiecznie" – domyśla się niejasno, ale nie przypuszcza, jak bardzo.
Woda w basenie niespokojnie pluskała o kafelkowane brzegi. Jakby ktoś czaił się w głębi, wieloryb albo łódź podwodna, jakby ludzie Mycrofta czekali na odpowiedni moment, żeby wypłynąć i wkroczyć do akcji.
Ale nikt nie wkroczył. John był obwieszony materiałami wybuchowymi, nie patrzył w oczy, robił głupstwa… „Sherlock, uciekaj!". Nikt nie uprzedził, że tak będzie, że Sherlock zatchnie się, jakby połknął własny język, bezbronny, bezużyteczny, zastygły przed wykrzywionym szyderczo wrogiem.
Ktoś powinien mu pomóc – choćby Mycroft, ktokolwiek z nich: szpieg, potrafiący działać nawet pod celownikami snajperskich karabinów, profesor, znajdujący wyjście z sytuacji w ułamku sekundy, albo choćby lekkomyślna kobieta. „To pistolet, czy tak się cieszysz na mój widok?". Ktoś, ktokolwiek… Pierwszy raz Sherlock chciał ustąpić miejsca, wypuścić ich, schować się w środku. Po raz pierwszy nie przyszli.
Tak przecież już bywało? W odpowiednim momencie zamieniali się miejscami, działali perfekcyjnie, na granicy możliwości, robili to, w czym byli dobrzy – i odchodzili. Wspaniały pakt, pozwalający Sherlockowi wydawać się tym genialnym nadczłowiekiem, który większość przeraża i zachwyca niewielu.
Tym razem Sherlock musiał sobie poradzić samodzielnie. Uznał to nawet za karę, groźbę – może zrobili to dlatego, że chcieli zobaczyć jak John wybucha, niczym supernowa? Rozpadnie się na tysiące dymiących kawałeczków ciała, zakręci w powietrzu szarymi płatami spalonej tkaniny?
Nie, błędna teoria. Johna lubili prawie wszyscy. Nawet potwór nie czuł do niego nienawiści, a jedynie anatomiczne zainteresowanie.
W powstałych okolicznościach, było to o wiele gorsze.
xxx
Potwór istniał zawsze, a w każdym razie Sherlock nie umie sobie przypomnieć, kiedy zjawił się po raz pierwszy. Zna dokładne daty powstania wszystkich innych. Mycroft zmuszał go w dzieciństwie do prowadzenia dziennika, nazwawszy to badaniem naukowym. Mycroft jako jedyny rozmawiał z Sherlockiem o tych, którzy żyli w jego wnętrzu, nadawał im imiona i przedrzeźniał sposób mówienia. Razem zestawiali dossier każdego, póki jeszcze uważali to za pożyteczne. W ten sposób ustalili, że Olbrzym jest Walijczykiem, być może niepełnosprawnym umysłowo. Profesor – palacz, leworęczny. Szpieg potrafi wstrzymać oddech na trzy i pół minuty.
Sherlock rozmawiał kilka razy z psychologiem, póki ten nie oświadczył jego matce, że potrzebny jest inny specjalista. Sama myśl, że trzeba będzie wezwać psychiatrę, ogromnie matkę martwiła. Wolała udawać, że z Sherlockiem wszystko jest w porządku i podtrzymywanie tej iluzji było bardzo trudne. Sherlock czuł, że zrobił coś okropnego, ale łatwo było zrzucić winę na któregoś z żyjących w środku.
A winien jest tylko Sherlock.
Takiego jak on w dawnych czasach nazwano by opętanym przez demony.
Tej nocy, w Zapadlisku Dewera jest ciemno, wyje pies, dokoła mgła… Sherlockowi przez moment się wydaje, że potwór napadnie go z zewnątrz. Sherlock słyszy jego kroki i ciężki oddech, zdławiony, niski śmiech, wszędzie, wszędzie dokoła – jak echo. John obok coś mamrocze, pechowy Henry krzyczy, jak szaleniec, a Lestrade świeci we mgle swoją latarką, co jednak może zdziałać wąski promień światła? Sherlock obraca się wokół swojej osi, bojąc się, że coś zaatakuje go od tyłu, wilgotne poły płaszcza ciążą ku ziemi, zeschłe liście szeleszczą, jakby obok stąpały czyjeś łapy.
- Gdzie jesteś?! Pokaż się! – krzyczy Sherlock w pewnym momencie, a w jego głosie jest więcej strachu niż gniewu. Narkotyk. Narkotyk we mgle, w powietrzu – nie ma ratunku – narkotyk we mgle i wieloletnia żelazna kontrola zostaje utracona.
Pierwszy raz stało się to poprzedniej nocy. Narkotyk już na niego działał – eksperymentalny, niebezpieczny – niepodobny do żadnej z tych substancji, jakie unosiły świadomość Sherlocka w latach studenckich. O nie-nie, był całkiem inny, miękko otaczał rozum, nakłaniał, by błędnie widzieć, błędnie słyszeć i błędnie czuć, przyoblekając w ciało fantazje i lęki. Pies? Do diabła z cholernym psem! Może być sobie brytanem, cocker spanielem, a nawet ogarem piekieł – zwierzę nie mogło wystraszyć Sherlocka. Tylko on sam.
W pewnym momencie mury zamku runęły, pył zasypał oczy, ryk tysiąca głosów praktycznie Sherlocka ogłuszył. Jego nogi uwięzły, ciało zaczęło powoli pogrążać się w bagniste odmęty. Kobieta, dziecko, starucha, mężczyzna – zmieniali się, jedno za drugim, wypełniali jego ciało i zaraz znikali. Znowu, i znowu, i znowu Sherlock przestawał istnieć, stawał się kimś innym, by zaraz powrócić i znów rozpłynąć się w niebycie. Jego serce łomotało boleśnie, krzyk zamarł w gardle, ręce bezradnie chwytały powietrze, próbując czegoś się przytrzymać, odnaleźć wyciągniętą dłoń, wezwać pomoc…
Zamęt wzmógł się, ziemia usunęła spod nóg, księżyc, ślepy i blady, uciekł za chmurę – i w tym momencie mury zamku runęły.
Sala tronowa zmieniła się w ruinę.
Krata otworzyła na oścież.
Gdzieś w dali zawył pies.
Później Henry błagał, by Sherlock przyznał, że widział to samo: gigantycznego, czarnego psa. Że jest prawdziwy, że istnieje, że cały czas był realny…
Sherlock nie mógł powiedzieć prawdy. Nie mógł patrzeć w żałosne, psie (cha, cha) oczy Henry'ego. Mdliło go. Nie mógł znieść rzeczowego tonu Johna, który uspokajał, klepał po plecach, gadał głupstwa, jak zwykle – mdliło go.
Mdliło go ze strachu.
Oczywiście zrujnowane mury zamku były iluzją. Pusta klatka także. Niewątpliwie. Po prostu złudzenie, najsilniejsze obawy, odmalowane w kłamliwie wyraźnych obrazach. Pies, który wył na pustkowiu należał do właścicieli zajazdu. Ewentualnie to ta mamusia rybaka wyprowadziła swojego psiaka na spacer po moczarach, co jednak jest mało prawdopodobne.
A całą reszta to tylko wpływ narkotyku.
Ręka mu drżała, od czego na powierzchni drinka – co to jest? whisky? burbon? poważnie, John? – tworzyły się miniaturowe fale, jakby ktoś chciał wypłynąć na powierzchnię, Jakby coś, co od dawna kryło się na dnie, postanowiło pokazać Johnowi swój potworny łeb.
Potem ta kłótnia, głupia i zupełnie nie na miejscu. John odszedł, a Sherlock poczuł ulgę. To oczywiste rozwiązanie problemu: po prostu izolować się od otoczenia, póki wszystko nie minie. Odesłać Johna jak najdalej, poprosić go o przysługę lub przydzielić zadanie – nie odmówi.
Sherlock nie zdołał tego zrobić. Oszukał sam siebie, że powinien sprawdzić hipotezę, a z kim innym mógłby przeprowadzić eksperyment w laboratorium? Kto mógłby go zrozumieć i zareagować odpowiednio? Lestrade'owi raczej nie starczy cierpliwości. John był niezbędny, był nadzwyczajny, był przewodnikiem światła – albo samym światłem, wąskim promieniem przecinającym gęstą ciemność.
Później, na bagnach, kiedy zagadka została rozwiązana, tajemnica odkryta, morderca wskazany, Sherlock nagle to czuje. Tak odczuwa się czyjąś obecność za plecami w odległości cala, kiedy maleńkie włoski podnoszą się na karku. Kiedy uszy łowią cichutki oddech, a ramiona skuwa napięcie, rozpaczliwa chęć odwrócenia się jest silniejsza od strachu i w tym momencie, kiedy ciało obraca się wokół osi…
Nic się nie dzieje.
Tylko mrok. Żadnych potworów we mgle, żadnych szepczących głosów, ani śmiechu, ani czarnego spojrzenia, ani mętnej obietnicy: „niebawem się zacznie".
Sherlock zawsze szczycił się swoją umiejętnością racjonalnego myślenia. Panuje nad sytuacją, kontroluje ją już od wielu lat. Mury zamku są grube i pewne, a pręty krat zrobione są z najtwardszej materii – jego uporu. Wszystko jest w porządku.
John dotyka jego łokcia, pytająco unosi brwi.
- Wszystko w porządku – mówi Sherlock twardo.
W zrujnowanym salonie na Baker Street praktycznie nic nie ocalało. Odłamki szkła chrzęszczą pod nogami, tapety odchodzą od ścian, jak łuszcząca się skóra. Obłok kamiennego i cementowego pyłu wypełnia powietrze. Meble są powywracane lub rozbite. Ze ścian sterczą przewody, ślepe okna zieją w pustkę. Potwór niespiesznie przecina pokój, niedbale trąca pękniętą na pół czaszkę. Schyla się i podnosi przewrócony fotel.
Stary tron.
Potwór siada, kładąc długie ręce na podłokietnikach. Błyskawiczny wybuch bólu – z głowy wyrasta korona i wśród kosmyków włosów lśnią spiczaste szczyty, pną się coraz wyżej i wyżej, błyszcząc nieznośnie.
Głos Potwora, przywykłego do milczenia, brzmi ochryple.
- Umarł król – mówi i dolna część jego twarzy raptem pęka w uśmiechu pełnym ostrych zębów. – Niech żyje król!
xxx
Od tej pory śnią mu się koszmary. Sypialnie jego i Johna położone są jedna nad drugą i jest w tym jakaś czarująca symetria: bezsenność Sherlocka i senność Johna, beznamiętna, funkcjonalna czerń, która zwykle zatapia zmęczoną świadomość Sherlocka, proponując mu odpoczynek - i koszmary Johna, zapewne wypełnione wybuchami ognia, twarzami i krwią.
W pewnym momencie Sherlock orientuje się, że jest jedynym Baker Street, który krzyczy po nocach. John wyzdrowiał: noga go nie boli, ręka mu nie drży, jego demony zostały wygnane.
Sherlock jest opętany.
W niektóre noce śni mu się, że znów jest w parowie, dokoła panuje ciemność, Sherlock zmaga się z mężczyzną w masce gazowej; potworna, deformowana głowa przybiera formę wydłużonej mordy, ostre kły kłapią żelazem cal od twarzy. Sherlock ciężko oddycha, walczy ze wszystkich sił, biegnie ze wszystkich sił, trawa szeleści i przygina się, kłaniając królowi. Między drzewami przemykają sylwetki, okrążają, zapędzają, jak dzikiego królika - świecącego królika – trwa polowanie. Pies wyje, księżyc ukrywa się za kłębiastymi obłokami, a on sam biegnie w pułapkę, do klatki. John już tam jest, chwyta go za ramiona, nachyla się do ucha.
John szepcze: „Wypalę ci serce".
Kiedy indziej śni, że pożera Johna i to jest „okej", z kategorii tych rzeczy, z którymi stary, poczciwy John jest w stanie się pogodzić – tak jak z głową w lodówce – jednak Sherlock czuje się trochę winny, połykając Johna. Zamyka go wewnątrz siebie, zaciska zęby, żeby John nie mógł się wydostać, zamyka dłonią usta i nos – nie ma drogi ucieczki. John na zawsze zostanie w salonie na Baker Street, w sali tronowej, zdejmuje książki z półek i miesza mleko w herbacie, bez cukru, dziękuję. A potem nagle, we śnie, Sherlock przypomina sobie, że John zawsze tam był! To jeden z nich, pojawił się później, kiedy dziennik już został zarzucony, a Mycroft poskromił swoje zainteresowanie dziwaczną chorobą. John jest sprytniejszy od pozostałych, silniejszy, taki prawdziwy, i we śnie Sherlock czuje okropny smutek, że wszystko to okazało się tylko grą jego genialnego, połamanego umysłu.
Rankami Sherlock, rozczochrany i obrażony na cały świat, wita Johna krótkim spojrzeniem i zaraz się odwraca. Siedzi na krześle, przysuniętym do okna, by mógł obserwować przechodniów. Być może w duchu preparuje ich na tajne grzechy i tajne dobre uczynki, polewając wzgardą ich wojowniczą szarość. John wzdycha znacząco, nalewając wodę do czajnika i zdycha jeszcze raz po upływie sześciu minut, wracając spod prysznica. Ma na sobie szlafrok, za krótki, i ślad pasty do zębów na podbródku, włosy przygniecione z jednej strony, więc Sherlock wie, na którym boku spał nad ranem.
John milczy, bo dobrze zna tę minę i tę pozę. Nie zaczepia Sherlocka, zajmując się swoimi powszednimi kuchennymi rytuałami, nie włącza radia i nie mruczy pod nosem, gdyż to Sherlocka rozdrażnia, ale nalewa herbaty dla dwóch osób, by zaproponować filiżankę pokoju.
Śniadanie jedzą w milczeniu. Obejrzawszy Sherlocka (niezauważalnie, jak sądzi John), a następnie doszedłszy do wniosku, że to zwykła melancholia, a nie następstwa jakiejś rany lub głodu narkotykowego/nikotynowego, John rozkłada gazetę. Nie szeleści stronami zbyt głośno, ale Sherlock i tak wychodzi z siebie. Zrywa się, przewracając krzesło i wychodzi do salonu. John prycha pod nosem.
Przełączając kanały, kartkując ksiązki, biorąc skrzypce i znów rzucając je na fotel, Sherlock nie może odgrodzić się od bólu. Bolą go zęby – za mocno zaciska je nocami, ale przynajmniej nie krzyczy. Wolałby nie chodzić do dentysty, bo Mycroft z radością zemści się za wieczne przytyki pod swoim adresem, w rodzaju „skończ ze słodyczami" albo „twój uśmiech ma podwyższony poziom kwasowości, niszczy ci szkliwo na zębach".
Sherlocka pożera trwoga, przeczucie złych wieści. Pada na kanapę, omal nie złamawszy sobie karku na twardym wałku, wściekle trze czoło, jakby próbował usunąć niewidzialne piętno.
Odmawia przyjmowania nowych spraw, nawet ciekawych – nie jest pewien, czy da sobie z nimi teraz radę. Nikt nie zajmował jego miejsca już od kilku tygodni, od tamtej nocy na bagnach. Zataili się w środku i Sherlock nie chce wchodzić na ich terytorium, by wyjaśnić przyczyny.
Coraz częściej myśli o ucieczce. Po prostu zniknie z Londynu, spod obserwacji brata, ucieknie przed własnym cieniem. Porzuci Baker Street bez bagażu, biorąc tylko kilka książek, koszul i Johna.
Wyruszyć – kusząca myśl, jeśli użyć słowa „podróż". Sherlock chce trząść się w nocnych autobusach, kiedy ciemność za oknem zmienia szybę w lustro, ukrywa jednostajne równinne pejzaże. Sherlock chce pić kawę z plastikowego kubka, stojąc na pustym peronie w oczekiwaniu na pociąg. Chce nocować w domowych pensjonatach, przytulnych aż do obrzydzenia. Chce biec do samej granicy i jeszcze dalej, ale dokoła jest morze, są skazani.
Sherlock chce, żeby John był w pobliżu. Chce patrzeć i zapamiętywać wszystkie ważne detale: jak John wyłącza światło łokciem, wychodząc z łazienki, a woda kapie z jego palców. Jak starannie otwiera torebeczkę z cukrem, jak się krzywi, kiedy z głośników przejeżdżającego samochodu ryczy zbyt głośno disco. Jak John obawia się hotelowych recepcjonistów i jak mruży oczy w słońcu, podstawiając twarz pod wiatr.
Sherlock poważnie rozważa wariant ucieczki, lecz jest już za późno.
Gra się rozpoczęła.
Nic nie przerwie przedstawienia.
