3. Fałszywka
Mieszkanie Kitty Riley, początkującej dziennikarki.
Stopklatka: panna Riley ze swoją beznadziejną fryzurą, zapachem nikotyny i szeleszczącą torbą w supermarketu. Wystraszona i triumfująca, uzależnienie od adrenaliny, sensacjomamia w ostatnim stadium. Richard Brook w rozwleczonej koszulce, ubrany umyślnie niedbale, ze szczeciniastym podbródkiem i zaczerwienionymi oczami. Tekturowy kubek z espresso w lewej dłoni, prawa wyciągnięta do przodu, twarz zniekształca mu grymas przerażenia – pojawienie się w mieszkaniu wyliczone co do sekundy. John Watson, wściekły, wystraszony i nie rozumiejący, co się dzieje – nie mający najmniejszego pojęcia, jak zwykle.
John Watson.
Krzyczy, wskazując palcem, kropelka śliny na dolnej wardze („Nie, nie jest okej!"), ściągnięte jasne brwi („Nie znajdziecie tu narkotyków, nawet jeśli przewrócicie dom do góry nogami!"), nogi szeroko rozstawione, korpus nachylony do przodu (zamierza walczyć, z wiatrakami, nie inaczej), ton głosu nieco wyższy niż zazwyczaj:
- To Moriarty! Moriarty istnieje!
Sherlock nie czuje strachu. Jest tak spokojny! Wręcz delektuje się tą chwilą, smakuje ją. Wzruszające i zabawne: wierny przyjaciel znów gotowy go chronić. Pełen zaufania, nie potrzebujący dowodów, pełen wiary w swoją prawdę. W Sherlocka.
Sherlock czuje się nawet trochę nieswojo, jak wówczas, przy rewizji na Baker Street. Bierze Johna pod łokieć, ale ten szarpie ramieniem, wyswobadza rękę – jest zbyt rozgorączkowany, poza tym musi mieć swobodę ruchów w razie potrzeby dobycia broni.
To trzeba przerwać. Brook wciska się w ścianę, błagając o litość, ale jego czarne oczy lśnią wesołością, czyż nie? Mimochodem rzuca spojrzenie na Sherlocka, nim powraca do swego wizerunku bezrobotnego aktora.
Ale on jest aktorem.
- Nie! Co? – John marszczy czoło, złości się, gdyż nie może zrozumieć. Oto dlaczego ma tyle zmarszczek na czole. Nie widzi oczywistego. Ślepy i głuchy. I głupi, gdzieżby inaczej.
- On mówi prawdę. Jest aktorem. – To jak oksymoron, ale w prosty sposób przekazuje sens. Riley szeroko otwiera oczy, triumfuje i Sherlock widzi, jak w powietrzu zawisają widma jutrzejszych nagłówków: „Spowiedź fałszywego detektywa!". – Wynająłem go.
- Nie. – John kręci głową. – Nie, Sherlock, nie – wzdycha, a w oczach ma litość, i to zbija z tropu. Jasne, uczciwe współczucie. – Ten człowiek to Moriarty, wiem, byłem tam, pamiętasz? To on obwiesił mnie materiałem wybuchowym, zabił tę staruszkę, to on włamał się do Tower. To zwariowany psychopatyczny morderca!
Zwariowany psychopata, zbzikowany, obłąkany, szalony, skończony świr.
Wszystko się zgadza, tylko nie dotyczy to Brooka.
John nie wierzy. Zabawne, ale John nie wierzy w to nawet po upływie kilku godzin, kiedy kryją się w Bart's, bo na Baker Street czyha na nich policja. John po prostu kręci głową, odrzucając wszystko, co mówi Sherlock. Po raz pierwszy od wielu lat ten jest absolutnie szczery, spowiada się ze wszystkiego, a John tylko kręci głową.
- Nie. Nie, to wszystko cholerne kłamstwo. Łżesz.
- Ale czemu miałbym kłamać? – Sherlock próbuje odwołać się do rozumu, ale odpowiada mu serce – jak zawsze u Johna.
- Skąd mam wiedzieć? – mówi John. – Jakiś eksperyment, wybieg w śledztwie, cokolwiek! To przecież ty, Sherlock! Po tobie się można spodziewać wszystkiego!
Napotykając wiele mówiące spojrzenie, John uparcie opuszcza głowę.
- Ale nie tego. Ty nie jesteś Moriartym. Nikt mnie nie zmusi, żebym w to uwierzył. Nawet ty sam.
Sherlock jest poruszony, ale nie okazuje tego. Udaje, że irytuje go głupota przyjaciela.
- Oczywiście, że nie jestem Moriartym! Obaj to doskonale wiemy. Jestem tym, kto wymyślił Moriarty'ego. Wynająłem aktora, dałem mu bardzo szczegółowe instrukcje i co miesiąc przelewałem sporą sumę na jego konto bankowe. Wilkes miał u mnie długi, więc nietrudno było urządzić to tak, by Mycroft nie wyniuchał tych wypłat. Robota niebezpieczna, ale z góry o tym uprzedziłem. Brook to szmata, ale nienajgorszy aktor. Był na dnie, kiedy go znalazłem. Zgodził się absolutnie na wszystko.
Sherlock jakby z daleka słyszy, jak drwiąco i gorzko to brzmi i widzi, jak zmienia się wyraz twarzy Johna.
Uwierzył.
- Ale dlaczego? – pyta John i Sherlock opowiada mu o wszystkim.
Od samego początku. Całą prawdę.
John znosi to zadziwiająco dobrze. Wydaje się, że jego zdolność do zdumienia uległa atrofii w czasie ich znajomości. Sherlock pamięta, jak burzliwie John reagował na najniewinniejsze kuchenne eksperymenty, a teraz tylko mocniej zaciska wargi i krótko kiwa głową. A wzrok… Jego proste spojrzenie zdaje się wwiercać w Sherlocka, przebija go, jak promień latarki – gęstą ciemność.
Nie ma czasu na sentymenty.
- Domyślałem się, że ono rośnie w siłę, już dawno. Ale wtedy, na basenie, wszystko stało się oczywiste.
- To ty kazałeś Brookowi obwiesić mnie semtexem? Co to było, podróbka? A snajperzy? Po prostu lasery, tak?
- Nie. Wszystko było prawdziwe. Ono naprawdę chciało cię zabić. Albo nas obu.
- Ono?
- Ja. Ono. To. Nie wiem, jak lepiej określić. – Sherlock macha ręką, a John przechwytuje jego dłoń w powietrzu i zaciska palce. Sherlock zastyga, zbierając się w sobie.
- Wszystko w porządku – mówi John cicho. – Nie denerwuj się tak.
Sherlock chce odwarknąć, że z nich dwóch martwić się powinien John, a on sam próbuje jedynie wyjaśnić… Jednak Gardło zaciska mu spazm i mija dopiero po dłuższej chwili.
Kiedy znów może mówić, starannie dobiera słowa.
- Nazywam to Potworem. Imiona wymyślałem w dzieciństwie, więc brzmi trochę głupawo, ale oddaje sens.
- Dobrze, niech będzie potwór – zgadza się John, wciąż jeszcze trzymając Sherlocka za rękę.
- Sądziłem, że jest dobrze zamknięty w tym zakątku mojego umysłu, który wyobrażam sobie jako loch. Za każdym razem, kiedy sprawdzałem, był w klatce. Szczerze mówiąc, rzadko tam zaglądałem, to… nieprzyjemne. Myślę, że znalazł sposób, żeby się wymykać. Jest mądry, mądrzejszy od wielu innych. Oszukał ich i mnie. Zajmował ciało. Myślę, że to on stał za drzwiami twojej sypialni tej nocy, kiedy się mnie wystraszyłeś.
- Ja nie… - zaczyna John zapalczywie, ale nie kończy. – Nieważne. Mów dalej.
- Chociaż kradł ciało, nie był dostatecznie silny, żeby utrzymać się w nim na długo. Jednak wystarczyło mu czasu, żeby znaleźć wykonawcę - Richarda Brooka. Tej nocy, kiedy groził nam na basenie, Brook wypełniał polecenia Potwora, ale myślał, że pracuje dla mnie. Skąd miałby wiedzieć…?
John oblizuje wargi. Jego gorące palce zaciskają się mocno, są wilgotne i Sherlock czuje lekką odrazę. Nie cierpi spoconych rąk i spoconych ludzi.
- Puść mnie – mówi i w oczach Johna znów maluje się żal.
- Co było dalej?
Oczywiście, chce usłyszeć kontynuację. Piękna, straszna bajka na dobranoc. W stylu braci Grimm.
- Potrzebowałem czasu, żeby zorientować się w tym wszystkim. Niedopuszczalnie dużo czasu, szczerze to przyznaję. Wiele czynników odciągało moją uwagę. Kiedy zrozumiałem, co się dzieje, użyłem tego samego sposobu, co Potwór. Chcę zwabić go w pułapkę, zwyciężyć jego własną bronią. Jest chytry, ale ja przewiduję na trzy posunięcia do przodu.
- A jak pomoże ci w tym Brook? Wydaje mi się, że przez niego jesteśmy po uszy w gównie.
- Trudno to objaśnić, zwłaszcza tak, żebyś nawet ty zrozumiał. Subtelna materia. Gry umysłu. Mojego umysłu, co czyni sytuację bardziej interesującą. Chce zwabić Potwora w pułapkę, zastawić sidła. Oto dlaczego potrzebny mi Brook.
John wciąż jeszcze nie rozumie i jakże przyjemnie jest oznajmić:
- Brook to ludzkie sidła. Chcę zwabić Potwora w niego.
Triumfalny ton jemu samemu wydaje się prawie nieprzyzwoity, ale nie czas na udawanie skromności.
- Chcesz zwabić Potwora do Brooka – powtarza John powoli i doczekawszy się twierdzącego skinienia, ciągnie: - Chcesz zwabić swoje rozdwojenie jaźni w drugiego człowieka.
- W twoim sformułowaniu jest tyle nieścisłości, że nawet nie będę próbował poprawiać – mówi Sherlock. – te osobowości egzystują oddzielnie ode mnie. Moje ciało służy jako przestrzeń wspólna, ale jesteśmy osobnymi ludźmi. Nie są częścią mnie, nie szaleństwem, istniejącym jedynie w moim umyśle. Mogą egzystować poza mną, na zewnątrz, teoretycznie to możliwe, chociaż nie próbowano tego w praktyce. Ale tym razem mi się uda, czuję to. Brook robi to, czego chce Potwór. Stał się już jego częścią, jego ciałem, chociaż jeszcze się nie zjednoczyli. Potwór jest z niego zadowolony, czuje to – wszystko, co Brook robił na moja prośbę, Potwór uznał za… interesujące. A w naszym przypadku ciekawość to najlepsza przynęta.
- Dobrze. Przypuśćmy, że nie zwariowałeś ostatecznie i to rzeczywisty plan, a nie kupa dziwnych… metafor… i przenośni. Przypuśćmy, że uda ci się zwabić to coś w Brooka. I co potem? Co zamierzasz zrobić, Sherlock?
To jest tak oczywiste, że szkoda mówić. Sherlock unosi brwi, mając nadzieję, że John sam dojdzie do odpowiedniego wniosku. Ale on czeka. Chce to usłyszeć. Więc Sherlock oznajmia:
- Zabiję go.
- Zabijesz go… - John wypuszcza powietrze przez zęby, jego ramiona się unoszą, całe ciało jest napięte.
- Nie musisz po mnie powtarzać. Tak, właśnie. Nie mogę go pozostawić na swobodzie, jest mordercą i psychopatą, sam to powiedziałeś.
- Zabijesz aktora.
- To już nie będzie on. Brook jest słaby, Potwór łatwo zdławi jego osobowość. Ale ja do tego nie dopuszczę, słyszysz?
- Słyszę, Sherlock. Ty sam zrobisz z niego bestię, a potem wykończysz.
- Zabijałeś ludzi i nie miałeś z tym problemu.
- To zawsze był problem! – John prawie krzyczy, pochyla się do przodu, unosi głowę, by patrzeć mu w oczy. – Nie rozumiesz? Chroniłem ciebie, zabiłem seryjnego mordercę, ale nie ja kazałem mu zabijać. Czy ty naprawdę nie widzisz różnicy? Co z tobą nie tak?!
- Absolutnie wszystko.
- Tak, i jeszcze… - John przygarbia się na moment, pociera brew, patrząc w podłogę. – Wyjaśnij mi coś. Brook wypełniał twoje polecenia od czasu jak groził nam na basenie?
- Nieco później. Potrzebowałem czasu, żeby zorientować się we wszystkim i go wyśledzić. Nieuważnie mnie słuchałeś, John.
- Tak, tak. Dlaczego ta dziewczynka krzyczała?
- Co?
- Dlaczego dziewczynka krzyczała, Sherlock? – cicho pyta John. – Ty przecież kazałeś Brookowi porwać dzieci, prawda? I to była prawdziwa rtęć. Trułeś ich, stopniowo.
- Wiedziałem, że zdążę na czas.
John blednie, jakby oczekiwał innej odpowiedzi. Z niedowierzaniem kołysze głową.
- Wyszło niezręcznie – przyznaje niechętnie Sherlock. – Nie powinienem się jej pokazywać. Miałem nadzieję, że w takim stanie mnie nie zapamięta, ale się przeliczyłem. John? John? – Sherlock się denerwuje, gdyż John ma dziwną minę i mówi bezsensowne rzeczy.
- To nie ty. To już nie ty, Sherlock. Ty nie mogłeś tak postąpić.
- Tak?! Doprawdy?! – Złość wybucha oślepiającą bielą przed oczami, jakby skierowano na niego silny reflektor. Prawie ślepnie, robiąc krok do przodu i wczepiając się w ramiona Johna lodowatymi palcami. – Tak dobrze mnie znasz?
- Nie ciebie. – John odpycha jego ręce. – Znam swojego przyjaciela. Znam Sherlocka Holmesa.
- I kto to jest?! – krzyczy Sherlock. – Kto?! Kim jest Sherlock Holmes?! Nie oszukuj się, nie masz pojęcia! Żyłeś z mrowiem ludzi przez cały ten czas i nawet nie zauważyłeś! Tuż pod twoim nosem, a nawet się nie domyślałeś…!
- Dość. Puszczaj mnie.
- Nigdzie nie pójdziesz. Gra się rozpoczęła, już nie można się wycofać.
- Jaka znów, do diabła, gra?! – wrzeszczy John. – Ludzie umierają!
- Ludzie zawsze umierają. W każdej sekundzie, w każdym zakątku świata. Dlaczego to powinno mi przeszkodzić w rozwiązaniu swoich problemów?
Silne uderzenie w pierś, Sherlock cofa się, próbując nabrać tchu.
- Nie zamierzam w tym brać udziału – mówi John prawie spokojnie. Sherlock zna ten ton: pojawia się w tych rzadkich przypadkach, kiedy John jest tak wściekły, że boi się stracić nad sobą panowanie. – Nie zamierzam patrzeć, jak dwa potwory biją się między sobą.
Idzie do wyjścia, a Sherlock krzyczy za nim z rozpaczą i drwiną:
- A szkoda, bo to będzie wspaniały show, Johnny Boy!
Kiedy John wychodzi, Sherlock siada na podłodze i ściska głowę rękami.
xxx
Wszystko powinno się zakończyć upadkiem.
To constans i niezmienny warunek zadania. Równania z dwiema niewiadomymi. Sherlock wchodzi na dach, zdając sobie sprawę, ze nikt z niego nie zejdzie.
Potwór już tam jest, czeka na niego. Zawsze czeka.
Wpierw jest to Brook, bez zarzutu do ostatniej minuty, mówi ściśle według tekstu, nawet kiedy jego oczy wypełnia cudze mroczne szaleństwo. Dlatego, że Sherlock wie z wyprzedzeniem, co powie Potwór. Wie, czego zażąda. W ostatecznym rozrachunku to okazuje się nudne – cała ta ich gra, która doszła do tak ubogiego finału.
Śmierć za śmierć.
Sherlock nie może zabić Brooka – nie po tym, co powiedział John – ale samobójstwo wydaje się eleganckim wyjściem. Sherlock chce odejść, przerwać grę, ale sam nie jest w stanie się zatrzymać, działa siłą inercji.
Przypomina sobie o kulkach na stojaku, które widział w gabinecie psychologa. W czasie dwóch krótkich spotkań Sherlock patrzył w dół, na obskubane skórki przy paznokciach. Dopiero kiedy psycholog puścił kulki w ruch i zaczęły stukać o siebie, podniósł wzrok.
Kołyska Newtona, zauważył Profesor. Zachowanie energii i bodźca. To było ciekawe.
Sherlock ma wrażenie, że on i Potwór to kulki na krańcach. Między nimi trzy nieruchome: John, Lestrade, pani Hudson. Potwór posyła impuls.
Sherlock robi krok z dachu.
To tak bardzo przypomina porażkę. Wszystkie te śmierci, cała ta walka… Czasem Sherlock myśli, ile kosztowała jego decyzja wiele lat temu, kiedy nagle ocknął się na skraju dachu wielopiętrowego budynku. Co zmusiło go, by zrobił krok w tył, zachowując życie? Kto wie, może głos, szepczący w nocnej ciemności „zdechnij" dawał mu dobrą radę? Kto wie, może Potwór zawsze był po stronie aniołów i chciał wybawić świat od Sherlocka i wszystkich jego demonów?
Śmierć za śmierć, postanawiają i podają sobie ręce.
Potwór ściska jego palce do bólu i Sherlock opuszcza wzrok.
Skórki.
Uśmiech Potwora przypomina grymas, odsłaniający ostre zęby. Pistolet w jego dłoni wydaje się mały. W nieprzeniknionych czarnych oczach na sekundę pojawia się strach, a potem już tylko spokojna pustka.
Sherlock podchodzi do krawędzi dachu.
Patrzy w dół i widzi Johna, pospiesznie zmierzającego do Bart's. proste plecy, łokcie nieco rozstawione, głowa uparcie pochylona. Żołnierz powraca na pole walki. John zawsze wraca.
Jeszcze jedno malutkie kłamstwo – to nietrudne. Sherlock jest mistrzowskim kłamcą, nigdy nie wie do końca, co z jego słów, myśli i uczuć jest realne, a co jest fałszywką, jak on sam.
Sherlock podnosi do ucha telefon. John podnosi wzrok. Jego drobna figurka w dole wydaje się jedynym ważnym szczegółem i Sherlock nie może oderwać od niej wzroku. Boi się stracić Johna z oczu. Robiąc krok z dachu, nie patrzy w dół – tylko na Johna.
A potem kurtyna opada i gaśnie światło.
