4. Wygnanie
Ukrycie się nie jest trudne. Mycroft okazuje więcej pomocy, niż Sherlock gotów jest przyjąć. Wybiera dom kilka kwartałów od Baker Street, po prostu nie ma sił wyjechać z Londynu.
Czyta gazety, przyjmuje leki i myśli.
Fałszywa śmierć przynosi nie mniej bólu od prawdziwej. Od czasu do czasu ma ataki migreny, tak silne, że wydaje się jakby sama osnowa świata drgała i porywała się pęknięciami. Leki na to pomagają, a Mycroft pomaga na wszystko inne. Na nudę, histerię, nocne lęki, które wypełzają z cieni i naszeptują, że to nie koniec, że nigdy się nie skończy… Mycroft jest obok.
Kiedy Sherlock staje pewnie na nogach, bierze się do pracy.
Potwora już nie ma, ale został ktoś, kto gotów jest wystrzelić trzy kule w troje drogich mu ludzi.
Potwora nie ma, ale pozostała ciemność. Jest wszędzie, a Sherlock nie ma już przewodnika, ani światła.
Na tym upływają prawie trzy lata. Pani Hudson nikomu nie wynajmuje wolnego pokoju na Baker Street, Lestrade broni jego imienia przed dziennikarzami, a John…
John chodzi na cmentarz, by rozmawiać z nagrobkiem.
Pokusa jest wielka. Przejść obok, prawie muskając go łokciem w supermarkecie. Drzemać na stopniach sąsiedniego domu, w przebraniu bezdomnego. Przytaić się w cieniu domu naprzeciwko, patrząc w oświetlone okna.
Sherlock zna sposoby, aby stać się całkowicie innym człowiekiem. Zmienia się tembr jego głosu i akcent, chód, wydaje się nawet trochę niższy. W jego arsenale są środki do charakteryzacji i kostiumy. Nienawidzi konieczności pozostawania fałszywką nawet teraz, ale jest to konieczne.
Sherlock uważa, że na to zasłużył. Że zasłużył na swoje wygnanie. Pisarz ma inne zdanie. Przyszedł na miejsce Potwora, wystarczyło, by Sherlock sprawdził, czy można pozbyć się kogoś z nich ostatecznie, czyli teoretycznie wygnać wszystkie demony do ostatniego.
Arthur jest jedynym, który ma imię. Pewnego razu mówi:
- Nazywam się Arthur.
Sherlock uparcie nazywa go Pisarzem. Najpierw uważa, że Pisarz to marna pociecha po stracie osobistego blogera, ale to głupie. Pisarz gardzi głupotą. Jest uprzejmy. Nigdy nie zajmuje ciała bez pytania. Jest głosem na granicy słyszalności, zapachem dymu tytoniowego w powietrzu. Jeszcze jeden palacz.
Zawsze mówi stanowczo i wyraźnie, z ledwo uchwytnym odcieniem protekcjonalności, jaki czasem słychać także w głosie Mycrofta.
Pisarz wie wszystko.
Podpowiada sposób uwolnienia się od pozostałych. Jednak do tego potrzebny jest John. Potrzebny John potrzebny John potrzebny John, tak potrzebny, że to prawie nieznośne. Na razie Sherlock zamyka wszystkich w klatkach. Bez litości. Kobiety, dziecko, mężczyzn, wszystkich. Po nocach nie może spać od klekotania szarpanych krat. Z każdym dniem krzyki w jego głowie stają się coraz cichsze, a otaczający go świat rozbrzmiewa coraz głośniej i natarczywiej.
Mycroft już się o niego nie niepokoi – Sherlock nie ma żadnych widocznych urazów, blizna na głowie jest prawie niewidoczna, ostrzyżone włosy odrosły, koszmary ustąpiły. Mycroft zatapia się w pracy i na krótką chwilę Sherlock pozwala sobie na odczuwanie żalu – jednak później będzie temu zaprzeczał. Możliwe, że tęskni za Mycroftem, ale o wiele bardziej tęskni za Johnem. I za nierozgarniętym Lestrade'em, i za gadatliwą panią Hudson, za natrętną Molly, za serdecznym Angelo, i za czaszką na półce nad kominkiem, i za półką, za Baker Street, i za swoim życiem.
Pisarz uważa, że może już wrócić. Pisarz sądzi, że nie ma po co się męczyć. Męczyć Johna. Pisarz mówi mądre rzeczy, ale Sherlock nie jest gotów ryzykować. Jest spętany strachem, słyszy wystrzały w ciemności, widzi snajperów na dachach. Ostrożność i podejrzliwość wchodzą mu w nawyk; Sherlock nie pamięta już kiedy był wolny. Nie pamięta spacerów po londyńskich ulicach, w stronę parku i na lewo, do kiosku z gazetami, nie pamięta jazdy taksówkami i metrem, nie pamięta miłych drobnostek, które go bawiły, kiedy musiał czekać: patrzył na ludzi, odgadując ich historie. Patrzył, nie bojąc się, że ktoś popatrzy na niego – ale to już przeszłość.
Mijają trzy lata, aż ostatni z potencjalnych zabójców znika z powierzchni ziemi. Ludzie Mycrofta wybawiają Sherlocka od konieczności zabijania – teraz już nie jest pewien, czy zdoła. Od kiedy Szpieg jest w klatce, Sherlock nie może sobie przypomnieć, jak obchodzić się z bronią. Wszystkie pistolety są dla niego jednakowe i niemalże wzbudzają lęk. Sherlock stara się o tym nie myśleć, nie chce nawet wiedzieć ile utracił. Żadnych skrzypiec, żadnej chemii. Zapomniał znaczenie wielu słów. Dostaje zadyszki, kiedy długo biegnie i nie jest już pewny, czy potrafi prowadzić samochód. Bezużyteczny i nieciekawy Sherlock Holmes – bez dziwactw, ale i bez talentów.
Wydaje mu się, że już nie zna siebie. I Sherlock nie odczuwa szczególnej chęci zaznajomienia się z tym ogryzkiem człowieka, jakim się stał. Sherlock czuje się niekompletny, porzucony. Samotny.
Ale to normalne. Wszyscy ludzie tak się czują, wyjaśnia Pisarz.
Mijają trzy lata i nie ma już żadnego powodu, by się ukrywać. Mycroft już dawno wymusił uniewinniające artykuły w gazetach, ale Sherlocka mało to obchodzi. John napisał na blogu, że w niego wierzy i zawsze będzie wierzyć.
Sherlock nie może go zawieść.
Odchylił wszystkie trzy kule, odleciały w powietrze, na orbitę i wyżej, przemieniły się w płonące komety, dalekie zagrożenie, które nie powróci w ciągu najbliższego tysiąclecia.
Sherlock również nie ośmiela się wrócić.
Pozostała jeszcze jedna sprawa, drobiazg, istne głupstwo. Pozostał Arthur.
Pozbywszy się go, Sherlock pozostaje sam ze sobą. Nie ma już usprawiedliwień i wymówek, jedynie bezlitosna prawda. Sherlock patrzy na siebie w lustrze, zmuszony przyjąć to, co widzi.
Nie wie, jak wyjaśnić to Johnowi.
Chce wrócić do niego uzdrowiony, odkupiwszy grzechy swoim długim zesłaniem.
Ale ostatecznie po prostu wraca taki, jaki jest, w chłodny zimowy poranek.
Kiedy Sherlock podchodzi do domu numer 221B na Baker Street, nagle go nawiedza jasna myśl.
Nigdy nie był w tym dobry: ludzkich emocjach i zasadach. Wcześniej myślał, że to ludzie, żyjący w nim, zmuszają go do grubiaństwa i zapominania o cudzych uczuciach. Jednak w ostatecznym rachunku należy przyznać, że to wszystko robił on. Sherlock próbuje odgadnąć, jakim by stał się człowiekiem, gdyby w jego wnętrzu nie pojawiła się Nieskończoność. Lepszym czy gorszym? Zresztą nie rozmyśla o tym zbyt długo.
„Żyję" – Sherlock wysyła sms do Johna. Lepiej uprzedzić zawczasu. Tak Johnowi będzie łatwiej sobie poradzić z sytuacją. Rzecz wcale nie w tym, że Sherlock nie jest w stanie pokonać czterech stopni przed drzwiami.
John milczy dość długo.Może jest zajęty. Bierze prysznic (o tej porze? Wątpliwe) albo ogląda telewizję (nigdy nie był wielkim miłośnikiem telewizji), a komórkę nastawił na wibracje. (John preferuje proste lecz głośne melodie: zawsze czeka na telefon, ale od kogo?). Może właśnie w tej chwili zajmuje się pacjentem (nie) lub uważnie wybiera warzywa w supermarkecie (wykluczone, Sherlock upewnił się, że zastanie Johna w domu, dobrze się przygotował, czekał na ten dzień trzy lata, dziesięć dni oraz siedem i pół godziny).
Możliwe, że John patrzy na ekran telefonu, rozrywany gniewem na okrutnego żartownisia i rozpaczliwą nadzieją.
Kiedy telefon zaczyna dzwonić, Sherlock wyłącza go i wkłada do kieszeni. Komórka wydaje się ciężka jak brukowiec. Jakby kieszenie płaszcza były wypchane kamieniami, a Sherlock lada chwila zrobi krok w szare wody Tamizy.
Wchodzi po schodkach i stuka do drzwi.
Boi się, że otworzy mu pani Hudson – to zupełnie nie wchodzi w jego plany, nie teraz, nie od razu – lecz z ulgą słyszy kroki Johna. Powolne, jakby znów potrzebował laski.
Sherlock przygryza policzek od wewnątrz, liże językiem rankę, słoną i kwaśną.
John patrzy na niego, chwyciwszy się framugi.
- Żyję – mówi Sherlock, gdyż Johnowi wszystko trzeba powtarzać dwa razy.
Później drepczą w salonie, niezgrabni i obcy sobie. Sherlock chodzi po pokoju, założywszy ręce za plecy. Ściska swój nadgarstek tak mocno, że drętwieją mu palce. John depcze mu po piętach, co rusz się zatrzymując, kiedy Sherlock zmienia kierunek.
- Chciałem się przeprowadzić – mówi John tonem usprawiedliwienia. – Ale nie dałem rady.
- Prawie nie ruszałem twoich rzeczy – dodaje.
- Herbaty? – To brzmi jak błaganie, więc Sherlock kiwa głową. Kiedy John krząta się w kuchni, przysiada na kanapie, składa dłonie między kolanami. Jakby przyszedł z wizytą, nieśmiały, grzeczny chłopiec. Zbyt dobrze wychowany, by rzucać się na szyję człowiekowi, który go nie zna.
Chce wtulić nos w sweter Johna, przy ściągaczu u szyi, gdzie dzianina jest trochę rozciągnięta. Ale sweter jest na Johnie, więc nie może tego zrobić.
John przynosi herbatę, siada w fotelu naprzeciwko i wzdycha, nie odrywając od Sherlocka smutnego spojrzenia.
Wszystko jest nie tak. Niewłaściwie. Tyka zegar, Sherlock przełyka ślinę i dotyka kubka.
- Gorące – uprzedza John. – Weź za uszko.
- Dobrze.
Sherlock znów przełyka, John wzdycha. To nie do zniesienia.
- John, proszę – mówi Sherlock, podnosząc wzrok na przyjaciela. – Proszę cię. Proszę.
- Co? – pyta John samymi wargami.
- Wybacz mi.
John wzdycha gwałtownie, wstaje jak marionetka szarpnięta za sznurek – jego kolana prostują się, reszta ciała niezgrabnie wystrzela do góry, przebijając głową powietrze. Wymijając fotel, John wychodzi z pokoju. Sherlock zostaje sam w pustym salonie. W dzwoniącej ciszy. W przerażeniu.
Wypija całą herbatę – i swoją, i Johna.
Potem zgina się w pół, wczepiając palce we włosy. Przypomina sobie, że zapomniał się rano uczesać. Dotyka poduszki na kanapie, badając palcem znajomy deseń. Jest w domu. John nie może go przepędzić. Zapłaci czynsz za pół roku z góry.
W końcu John wraca. Sherlock patrzy mu w twarz, gotów na wszystko, na cokolwiek… Potok oskarżeń, chłodną rezerwę, nieukrywany ból, łzy, wstręt, potępienie, rozczarowanie. I tak nie zdoła ich rozpoznać, zawsze źle odczytywał wyrazy twarzy. Są dwie miny: kąciki ust do góry i w dół, uśmiech i odwrotny uśmiech. Trzy strzały, żółta krew na ścianie. John patrzy na niego z niezrozumiałą miną, mówi niezrozumiałe rzeczy.
- Tylko jeśli ty mi przebaczysz.
Sherlock marszczy brwi. Nie rozumie.
- Prosisz mnie o wybaczenie?
- Nazwałem cię potworem. – John zaciska pięści. – Szedłeś umierać, a ja cię nazwałem potworem, Sherlock.
Ach, to.
- Tak mi przykro. Powinienem być przy tobie.
- Nie.
- Powinienem być obok.
- Nie, John.
- Chciałem… a ty…
- John – zaczyna Sherlock swoim najbardziej autorytatywnym tonem, ale nie ma siły skończyć zdania.
- Nie jesteś potworem, Sherlock. Jesteś najlepszym człowiekiem ze wszystkich, jakich znałem. Nie potworem.
Sherlock zamyka oczy, a John ciągle mówi.
Mówi:
- Jak ty to wytrzymałeś?
Mówi:
- Sherlock, jak ty żyłeś przez te trzy lata?
Mówi:
- Co się z tobą stało?
Jego oczy są suche, już suche. Głos na granicy słyszalności.
„Odpowiedz mu" – podpowiada Arthur. – „Powiedz mu prawdę".
Sherlock prostuje się, podnosząc wysoko głowę. John podchodzi blisko, patrzy na niego z góry, a potem niezgrabnie przyciąga do siebie, przełamując słaby opór. Sherlock wtula nos w ciepłą tkaninę swetra. Pachnie znajomo, jak wzór na poduszce, mówi o powrocie do domu. Sherlock nie może uwierzyć, że to prawda, a nie sen. Chociaż wcześniej ani razu nie śniło mu się mieszkanie na Baker Street.
Sherlock nabiera pełną piersią powietrza, nim się odsuwa. John kaszle z zakłopotaniem, pospiesznie rozłączając objęcia. Patrzą w różne strony, ale na ich twarzach malują się prawie identyczne uśmiechy. Potem John nagle się śmieje – cichy dźwięk, pełen nieskończenie szczęśliwego triumfu.
- Wiedziałem – mówi John dumnie i natarczywie. – Cały czas to powtarzałem, ale uważali mnie za wariata. Wszyscy mnie żałowali. Nikt mi nie wierzył, ale ja wiedziałem. Nie mogłeś umrzeć. Ktokolwiek inny, ale nie ty.
- Jak to zrozumiałeś? – Sherlock jest ciekawy, czym się zdradził. Zamknięta trumna? Czy wcześniej, podczas rozmowy przez telefon – nie dość rezygnacji w głosie? Mycroft dał coś do zrozumienia? Ten spontaniczny tłum, który odsunął Johna, kiedy ten próbował namacać puls? Co-co-co?
- Po prostu cię znam – uśmiecha się John.
Sherlock rozciąga wargi w uśmiechu.
„Już nie znasz" – mówi Arthur, ale Sherlock każe mu się zamknąć.
Prędzej czy później John zauważy.
- Zagrasz mi coś?
- Nie jestem w nastroju.
Przed pierwsze kilka dni na nowo przywykają do siebie, nużąco i niezgrabnie, inaczej niż przy pierwszym spotkaniu. Lecz wtedy Sherlock jeszcze potrafił być spontaniczny, błyskotliwy, zbijający z tropu. Bez trudu umiał znaleźć temat do rozmowy. Nie męczyło go długie milczenie. Ale teraz wszystko się zmieniło.
- Wyrzuciłem to, co się zepsuło, ale wszystkie twoje probówki i kolby są całe. Umyłem je i schowałem do szafki nad zlewozmywakiem.
- Dziękuję.
- Nie chcesz obejrzeć?
- Później.
To przecież John. Patrzy, ale nie zauważa. Tak łatwo wodzić go za nos: minimum wysiłku, odrobina aktorstwa. Jednak Sherlock nie chce więcej udawać. Poza tym jest jeden istotny szczegół: John go zna. Znał.
- Lestrade już chyba się nie gniewa. Chce, żebyśmy spojrzeli na jedną sprawę. Pojedziesz?
- Nie jestem zainteresowany.
- Przecież nawet…
- Nie jestem zainteresowany, John.
Wcześniej czy później zrozumie. Tak więc Sherlock wybiera odpowiedni dzień, by samemu wszystko opowiedzieć. To sobota, słoneczna i cicha. Telewizor jest przyciszony. Pachnie świeżą kawą i wanilią – przyszła pani Hudson, zostawiła ciasto na stole, szczebiotała, jak zwykle. Zadowolona, że chłopcy wrócili. Jakby John także zniknął gdzieś na te trzy lata.
Za oknem dźwięczy dzwonek rowerowy, Sherlock składa gazetę i patrzy na Johna. John siedzi przy stole z notebookiem: proste plecy, palce niepewnie krążą po klawiszach, kasuje to co napisał i sięga po kawę.
„Najwyższy czas rozstrzygnąć tę kwestią raz na zawsze" – mówi Pisarz.
„Nigdy nie będzie na to odpowiedniej pory" – pojmuje Sherlock.
Opowiada Johnowi o klatkach, o Arthurze i Nieskończoności. O jedynym sposobie, by skończyć z tym wszystkim.
- Oni podporządkują się tobie – mówi Sherlock.
- Dlaczego? – John nerwowo splata palce, nie podoba mu się rozmowa o obłędzie Sherlocka. Komu by to się podobało… - Skąd to wiesz?
- Jesteś królem – odpowiada Sherlock wprost. Ta myśl go już nie niepokoi.
- Jesteś królem.
Stają twarzami do siebie w zalanym słońcem salonie. Sherlock bierze Johna za rękę, zamyka oczy. Pogrąża się w Nieskończoności. Prowadzi Johna ze sobą, przez las, po zwodzonym moście, do zamku. Zamek wydaje się porzucony: kominy porosły mchem, w wieżach obserwacyjnych są ptasie gniazda, ale ani jednego ptaka dokoła. Pisarz czeka na nich przy bramie, chce iść z nimi, ale Sherlock kręci odmownie głową.
W pustych salach kroki odbijają się echem. John kroczy za Sherlockiem, choć to nie może być prawdą, to wbrew logice. John raczej nadal stoi w salonie, z lękiem wpatrując się w twarz Sherlocka. Jednak Sherlock czuje w swoim ręku palce Johna, jego niewielką, ciepłą dłoń, czuje na jawie i nadal prowadzi przez szereg sal. Schodzą po krętych schodach głęboko pod ziemię, póki zatęchłe powietrze nie podpowiada, że są w lochach.
Tam jest nieoczekiwanie jasno, słonecznie – choć nie ma ani jednego okna, pręty klatek emanują światłem. Więźniowie patrzą na Sherlocka, wszyscy. Odwraca oczy. Wciąż jeszcze trzyma Johna za rękę, oczekując co zrobi.
Dziecko wyciąga do Johna ręce między prętami klatki.
- Przyszedłeś się pobawić? – pyta.
- Sądzę, że to koniec – mówi cicho Profesor, a kobieta w sąsiedniej klatce nagle się śmieje, odrzucając głowę.
- Sherlock, proszę – woła staruszka.
- Sherlock…
- Sherlock! – ze wszystkich stron. Ktoś woła Johna. Dziecko zaczyna potrząsać kratą. Jest za głośno.
John ze zmieszaniem patrzy na swoją rękę. Nie tę, którą ściska Sherlock, tę drugą, w której pojawił się pistolet.
Cóż, Sherlock nie oczekiwał takiego obrotu spraw. Myślał, że wystarczy, by John poprosił – rozkazał – aby odeszli. Wyobrażał sobie jak tamci znikają jedno za drugim, po prostu rozpływając się we wnętrzu swoich złotych klatek. To byłoby eleganckim i łatwym rozwiązaniem.
John unosi broń i zapada cisza.
Tak też można.
Szpieg siada na podłodze swojej klatki. Patrzy na Sherlocka, uśmiechając się krzywo. Przykłada palce do skroni, jakby pokazywał, gdzie celować, albo oddaje na koniec honory.
Żegna się.
Olbrzym mruga, patrząc w lufę. Od niego wszystko się zaczęło, on powinien odejść pierwszy. John kładzie palec na spuście, nerwowo oblizuje wargi. Zerka na Sherlocka: strzelać? Chcesz, żebym strzelił?
Sherlock ściska jego palce.
Kiedy otwiera oczy, John słabo się uśmiecha.
- Ty nie mógłbyś…
Sherlock wypuszcza jego rękę i John z bolesnym jękiem masuje palce, zgniecione w żelaznym uścisku. Potem pyta:
- Udało się?
Sherlock kręci głową. Jest bezradny. Zwyciężony. Osuwa się na kanapę, krzyżując ramiona na piersiach.
- Nie wyszło – mówi zdławionym głosem, kiedy John się nad nim pochyla. – No nic. Jutro znów spróbujemy.
- Nie trzeba. – John wychodzi do kuchni, a Sherlock wychyla się, żeby spojrzeć w ślad za nim.
- Co?
- Powiedziałem „nie trzeba" – dobiega z sąsiedniego pomieszczenia. John wraca z kubkiem herbaty. – Jeśli oni są częścią ciebie, to po co się ich pozbywać?
- Dlatego, że chcę być normalny – odpowiada Sherlock z rozdrażnieniem, a John przekręca głowę.
- Naprawdę? Chcesz?
- Tak – cedzi Sherlock przez zęby. Tak naprawdę nie wie. Wydawało mu się, że… od samego dzieciństwa… Nie, nie wie.
Ale czy Johna nie martwi jego szaleństwo? Oczywiście, Sherlock nie jest tak interesujący bez swych niezliczonych talentów, za to zdolny kontrolować swoje życie. Nie spodziewałby się ciągłych niespodzianek i zaskoczeń. Nie bałby się, że otworzy oczy w nieznanym miejscu, z nieznajomym człowiekiem. Nie straszyłby Johna nagłymi zmianami gustów, pragnień i charakteru. Nie taka znów wysoka cena za umiejętność gry na skrzypcach.
Łoskot krat jest niemal ogłuszający. Słabość, zwątpienie i zmieszanie – to daje im szansę. Sherlock musi się wziąć w garść, jeśli nie chce ich ponownie mimo woli oswobodzić.
- Potrzebne ci niebezpieczeństwo? Jesteś adrenalinowym narkomanem – mówi Sherlock ostro. – Za nudno, jeśli zostanę tylko ja. Ja sam nie wystarczam.
- Nie mów głupstw. – John kręci głową. – Czasem jest ciebie aż za dużo. Ale mnie się to podoba. Podobasz mi się ty. Każdy – i kiedy kaprysisz jak dzieciak, i kiedy robisz z siebie supermana, podnosząc kołnierz płaszcza. I kiedy jesteś nie w humorze, kiedy obrażasz ludzi, kiedy strzelasz do ścian i kiedy oglądasz ze mną głupie programy w telewizji. Kiedy mówisz pani Hudson komplementy, kiedy kradniesz popielniczki z pałacu, i kiedy wkurzasz Mycrofta, kiedy skarżysz się na nudę, i gdy czytasz mojego bloga, i kiedy opowiadasz mi jak mi minął dzień, i kiedy jesteś kompletnym bałwanem, nie rozumiejącym najprostszych rzeczy.
John chwyta oddech, niezgrabnie kuląc się pod spojrzeniem Sherlocka.
- To znaczy, że chcesz, żeby oni zostali? – Sherlock upewnia się powoli. John zamyka oczy.
- Przestań się dzielić na ich i siebie. Jest tylko Sherlock. Wszyscy wewnątrz ciebie to Sherlock. Wszyscy razem. Jesteś tylko ty, jeden czy wielu, to po prostu ty. I jesteś mi potrzebny w całości, czy to jasne? – kończy burkliwie, głośno siorbiąc herbatę z kubka i chowając za nim poczerwieniałą twarz.
On nie mówi zasadniczo nic nowego, nie odkrywa żadnej wielkiej prawdy. A jednak robi się cicho, tak cicho! Sherlock siedzi, jak skamieniały, bojąc się spłoszyć to uczucie. Coś się dzieje, coś się w nim zmienia. Słowa Johna wzbudzają reakcję i nie ma już więcej żadnych krat, żadnych głosów. Pierwszy raz w życiu Sherlock czuje się całością. Przez sekundę nawet się boi, że kogoś stracił, ale nie – wszyscy są na miejscu. Każdy kawałek jego duszy. Dusza w całości. Chociaż jej istnienie nie zostało naukowo udowodnione.
Kim jest Sherlock? Nadal tego nie wie, ale to nie takie ważne, póki wie to John.
John dopija swoją herbatę i gniewnie zagląda do kubka, jakby spodziewał się w nim odkryć drugie dno. Naturalnie nie domyśla się, co właśnie zrobił. Nie ma bladego pojęcia. Idzie do kuchni, żeby hałasować tam czajnikiem.
Wspaniały, kochany John. Widzi ale nie zauważa. Sherlock uśmiecha się.
A potem jednym zrywem wstaje z kanapy. Chwyta płaszcz z wieszaka.
- Mówiłeś, że Lestrade podrzucił nam sprawę?
To pytanie retoryczne.
koniec
