Zmęczony i niewyspany Alibaba powlekł się do kuchni. Przez tego drania w ogóle się nie wyspał, jakby nie dość było, że dręczy go na co dzień to jeszcze nawet w myślach nie chciał mu dać spokoju. Powinien się jak najszybciej pozbyć go ze swojego życia, by znowu zagościł w nim cudowny, błogosławiony spokój. Ech…
Wszedł do kuchni z zamiarem przyrządzenia sobie najmocniejszej kawy na świecie i przeżycia jakoś tego dnia. Już właściwie nie zdziwił go widok Judala usadowionego na jednym w wysokich krzeseł. Judal, mimo że miał własny dom, w którym mieszkał wraz z rodziną, przebywał u niego częściej niż przyjacielskie odwiedziny. Częściej niż w ogóle jakiekolwiek odwiedziny, bo tak właściwie, to Judal przygarnął sobie ich mikroskopijny salonik z rozkładaną kanapą i telewizorem. Nie raz i nie dziesięć razy Alibaba próbował go wywalać, lecz Judal był jak uparty koci futrzak, który mimo że wystawiany za drzwi zawsze prędzej czy później po prostu wracał jakby nigdy nic.
Alibaba podszedł do kuchenki, kompletnie ignorując obecność kolegi, który z nogami podwiniętymi na krześle jadł płatki śniadaniowe prosto z pudełka. Woda zaczynała wrzeć w czajniku, a Alibaba wyjął miskę i mleko z lodówki. Wyciągnął miskę w stronę Judala, który zerknął na niego kątem oka, mieląc w ustach płatki i najwyraźniej zamierzał udawać, że nic nie zauważył. Jedno chmurne spojrzenie wkurwionego Alibaby wystarczyło, by Judal z miną pana rzucającego słudze ochłap mięsa wsypał kilka płatków do miski. Alibaba zerknął do niej, a jego twarz nachmurzyła się jeszcze bardziej. Mysz by sobie tym nie pojadła, oto łaskawość według Judala.
- Serio? – burknął.
Usta Judala rozciągnęły się w szerokim uśmieszku. Alibaba westchnął cierpiętniczo, odwracając się do niego tyłem i zalał sobie kawę, ciesząc się jej mocnym, intensywnym zapachem. Wlał mleko do miski i usadowił się na drugim krześle, popijając w milczeniu kawę.
- Co zamierzasz z tym zrobić? – odezwał się po jakimś czasie Judal, przerywając cudowną ciszę.
- Hę? Z czym? – mruknął Alibaba, mieszając łyżką w misce, po czym uznał, że jego śniadanie bardziej nadaje się do wypicia niż do jedzenia i tak też uczynił.
- Sin mówi, że jest wściekły. – Judal potrząsnął tekturowym opakowaniem, zaglądając do środka.
- To chyba ty powinieneś coś zrobić z wściekłym Sinem – zauważył, wypijając ostatni łyk mleka.
Judal spojrzał na niego wyraźnie zniecierpliwiony.
- Nie o Sina mi chodzi tylko o Kuena, głąbie – prychnął.
- I co z nim? – Alibaba skupił się na dopijaniu kawy.
- Sin mówi, że Kouen jest wściekły – powiedział wyjątkowo cierpliwie jak na niego. – A jest wściekły tylko, gdy coś idzie źle w firmie albo na ciebie? A w jego firmie idzie wszystko dobrze?
Alibaba zakrztusił się pitą kawą. Dobrze wiedzieć, że Kouen bywa na niego wściekły i cały świat o tym wie, prócz samego Alibaby.
- Może zdechnął mu ukochany chomik? – zasugerował, schodząc z krzesła, by pozmywać po sobie.
- Nie ma ukochanego chomika, pytałem o to Sina. Ale za to ma idiotę, który postanowił go ignorować. - Wzruszył ramionami, wsypując resztkę płatków prosto do buzi.
- Och, doprawdy? – Saluja sarknął pod nosem, odkręcając wodę w zlewie.
- Sprawdzałeś swój telefon?
Alibaba zacisnął usta. Po trzech połączeniach wczoraj postanowił wyłączyć telefon i nie był do końca pewien, czy chce go ponownie uruchamiać.
Judal odłożył puste pudełko, wbijając wzrok w napięte plecy Alibaby, który najwyraźniej zapomniał, że miał zmywać, a nie moczyć sobie ręce pod strumieniem wody.
- Skończyły ci się płatki. – Alibaba wzdrygnął się i z werwą zabrał na zmywanie. Judal westchnął dramatycznie, ubolewając, że przyszło mu obcować z samymi kretynami. - Musisz kupić nowe. Tylko tym razem nie to kukurydziane gówno.
- Jak chcesz jeść coś innego, to mógłbyś od czasu do czasu coś kupić, a nie wyjadać mi żarcie z lodówki – warknął Saluja, zakręcając kurek i szukając suchej ścierki.
- Nie tykam twojej lodówki. Tylko szafki. Możesz mnie oświecić, o co wam w ogóle poszło?
- O nic. – Wzruszył ramionami, robiąc porządek na kredensie.
- Jakby wam o nic poszło, to Kouen nie mordowałby każdego, kto mu się nawinie, a ty nie przypominałbyś rozdeptanej żaby potraktowanej kosiarką – zauważył, siadając po turecku na krześle i bujając się w przód i tył.
Alibaba zirytował się tylko troszkę. Tylko troszeczkę. Już niemal przywyknął do cudownych komplementów Judala.
- Może po prostu czas na zmiany – oświadczył, zamykając szafkę mocniej, niż było potrzeba.
- W ogóle was nie rozumiem. – Judal wywrócił oczami, zakładając ręce na piersi. – Pieprzycie się ze sobą od cholernego roku, a zachowujecie się jakbyście się poznali wczoraj.
- Masz rację, my się po prostu pieprzymy i tyle – warknął Alibaba, z trzaskiem zasuwając szufladę, do której włożył sztućce. – Nie jesteśmy w sobie zakochani jak ty i Sin, więc przestań nas do was porównywać! Było fajnie, ale czasem trzeba w końcu przestać tylko okazyjnie się pieprzyć i zająć sobą, do cholery!
Judal przez chwilę gapił się zaskoczony na Alibabę i jego mały wybuch złości, po czym jego twarz spochmurniała, a usta zacisnęły w wyrazie dezaprobaty.
- Ty jednak jesteś kompletnym durniem, Saluja – stwierdził z wyniosłym prychnięciem.
- Jak chcesz mnie dalej obrażać to możesz sobie już iść. Kiedy ostatnio byłeś na zajęciach?
- Ty się o moje zajęcia tak nie troszcz, Saluja, zajmij się lepiej sobą.
- Próbuję! I nie chcecie mi pozwolić!
- Bo jesteś idiotą, który potrzebuje, żeby prowadzić go za rączkę, bo sam nie potrafi zrozumieć, o co mu chodzi.
- Cieszę się bardzo, że ty rozumiesz za nas dwoje!
Drzwi do kuchni rozsunęły się i stanął w nich zaspany Cassim.
- Co to za krzyki z samego rana? – mruknął, drapiąc się po głowie i omiatając kuchnię spojrzeniem. – A, to ty – burknął dostrzegając Judal. Z kolei Judal nie dał po sobie poznać, że w ogóle zauważył Cassima.
Z niewyjaśnionych dla Alibaby przyczyn Judal nie przepadał za jego przyjacielem i ilekroć się spotykali, Judal ignorował go z pełną wyniosłości gracją, co z kolei niezmiernie irytowało Cassima, który za Judalem również nie przepadał. Co ciekawe, Kouen też niekoniecznie lubił Cassima, jednak był w tym o niebo dyskretniejszy niż Judal, który całym sobą manifestował „nie lubię cię, plebsie, nie jesteś nawet godzien mojej nieuwagi".
- Saluja, powietrze w tej kuchni się popsuło, zrób coś z tym – polecił Judal oglądając własne paznokcie.
Cassim rzucił mu wkurzone spojrzenie, jednak chłopak ignorował go tak jak zawsze.
- Czemu nie wyrzucisz tego darmozjada? – zwrócił się do Alibaby, podchodząc do czajnika. Cassim zdążył się już nauczyć, że nie ma co wojować bezpośrednio z Judalem, bo ten robił wszystko, byle nie zauważać tego, kogo nie lubi.
- Próbuję, ale zawsze wraca – burknął Alibaba, gapiąc się na Judala, który uśmiechał się pod nosem niczym kot w trakcie polowania. Brakowało mu jeszcze tylko ogona, którego koniuszek poruszałby się w wyrazie ekscytacji.
- Najwyraźniej jesteś za miękki, powinieneś zrobić to raz a porządnie – poradził, wsypując kawę do kubka.
- Jak chcesz, możesz sam spróbować – parsknął, a Judal uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby tylko czekał, aż Cassim spróbuje go wyrzucić.
- Skoro i tak się kłócicie, to powinieneś go wyprosić – zauważył, szykując sobie kanapkę.
- My się nie… Chociaż właściwie to się kłócimy. Judal, wypierdzielaj stąd. – Wbił wkurzone spojrzenie w kolegę.
- Ja? – zdziwił się. – A co ja ci zrobiłem, że chcesz mnie wyrzucić na bruk?
- Wkurzasz mnie, to wystarczający powód.
- Ja cię nie wkurzam, Saluja, ja jestem rozsądną częścią twojego mózgu – prychnął wyniośle. – I odzywam się tylko wtedy, kiedy robisz coś idiotycznego. Czyli zawsze. – Ironiczny uśmieszek pojawił się na jego ustach.
- Nie przeginaj – mruknął Alibaba, marszcząc gniewnie brwi.
Jak to możliwe, żeby ktoś o tak psychopatycznym uśmiechu jak Judal chodził jeszcze na wolności?
- W porządku, Saluja, ale zapamiętaj sobie, że jesteś durniem, który najwyraźniej niczego nie rozumie i szybko tego pożałujesz – parsknął ubawiony, zsuwając się z krzesła. – A teraz wybacz, mój etat mądrzejszej części ciebie dobiegł końca. – Sięgnął po kanapkę, którą zrobił sobie Cassim i udał się do wyjścia. – Na razie!
Cassim, który grzebał w lodówce, odwrócił się w końcu, a zauważając brak swojego śniadania, wbił wkurwione spojrzenie w Alibabę.
- Jeszcze go dogonisz – mruknął Saluja, czując, że ten dzisiejszy dzień wcale a wcale nie będzie lepszy od poprzedniego.
###
Przez kolejne dni Alibaba robił, co mógł, by jak najskuteczniej unikać Kouena, nie myśleć o Kouenie i w ogóle zająć się wszystkim innym byle nie Kouenem. Jeszcze nigdy wcześniej z takim zaangażowaniem nie sprzątał swojego pokoju i nie przykładał się do przygotowywania na zajęcia. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze skończy te studia z wyróżnieniem, czy coś.
Alibaba starał się ograniczać wszelkie myśli dotyczące byłego kochanka, chociaż łatwe to nie było, bo zdążył się przyzwyczaić do jego milczącej obecności, do możliwości paplania mu o wszystkim, do jego ustawiania wszystkiego w kuchni według jakiś dziwnych szyfrów, których Alibaba i tak nie pojmował i szybko robił tam na powrót standardowy chaos. Także trochę się pozmieniało. Nawet Cassima widywał w mieszkaniu częściej, co w ostatnim czasie zdarzało się rzadko, gdyż Cassim w ogóle mało w domu przebywał, a już zwłaszcza, gdy przyjeżdżał Kouen, z którym prowadzili jakąś milczącą rywalizację, niepojętą dla Alibaby. Saluja tak na dobrą sprawę nawet nie wiedział, gdzie Cassim pracuje. Obiecał sobie więc nadrobić to okropne niedopatrzenie i generalnie jakoś tak spędzić z nim trochę czasu, bo miał wrażenie, że trochę zaniedbał przyjaciela.
W pracy także robił wszystko, by spotkanie Kouena było jak najmniej możliwe. Wypełniał swój grafik co do jednej minuty (z zastrzeżeniem, że ma być nie zmieniany nawet, jeżeli ktoś będzie nalegał), a klub opuszczał jednym z bocznych wyjść. Po dwóch dniach chłopak pracujący w recepcji przestał się już dziwić i patrzeć na Alibabę, jakby spadł z księżyca. W końcu host miał prawo nie chcieć przebywać z kimś, kto go źle traktuje albo mu się naprzykrza i chociaż Alibaba nie zająknął się nawet słowem, kim może być taka osoba, to chłopak z recepcji zdawał się rozumieć, o co chodzi.
Wszystko to działo się oczywiście pod pełnymi dezaprobaty spojrzeniami Judala, który powtarzał jak zacięta płyta, że Saluja jest kretynem. Alibaba czasami nienawidził swojego kolegi i najchętniej ukręciłby mu łeb gołymi rękami. Jednakże morderstwo nie wchodziło w rachubę, był zdecydowanie za młody by ot tak dać się zamknąć za kratkami. Znosił więc wszystkie obelgi kierowane w jego stronę z kamiennym spokojem. Jak tak dalej pójdzie, to zamieni się Kouena.
Aghrrry. I znowu zatoczył kółeczko i wylądował myślami nie tam, gdzie by chciał.
Poprawił przed lusterkiem krawat i ruszył do głównego bufetu. Dzisiejszy wieczór miał w większej części spędzić w towarzystwie właściciela firmy jubilerskiej, który w ostatnim czasie najwyraźniej polubił Alibabę i chłopak odnosił nawet wrażenie, że mężczyzna stara się dyskretnie wybadać grunt.
Generalnie praca hosta polegała na rozmowie i dotrzymywaniu towarzystwa klientowi i o żadnych usługach natury seksualnej nie było mowy. Jednakże nikt nie bronił hostowi świadczyć takich usług po godzinach pracy, jeżeli miał takie życzenie. Do takich rzeczy klub się nie wtrącał i host robił to na własną odpowiedzialność. Alibaba na zaliczał się do tej grupki, szanował się jeszcze na tyle, by nie rozkładać nóg przed każdym podstarzałym bogaczem, a o jakichkolwiek uczuciowych afektach nie było nawet mowy. Jedynym wyjątkiem od tej żelaznej zasady Alibaby nie spotykania się z nikim po godzinach pracy, był Ren Kouen.
Kouen był jedynym mężczyzną, z jakim Alibaba wszedł w bardziej zażyłą relację, niż kilka wspólnie spędzonych godzin w loży. Pamiętał jak dziś pierwszą wizytę Kouena w klubie. Był to już prawie rok po tym, jak Alibaba podjął się tej pracy i czuł się w niej już wystarczająco swobodnie i pewnie, by móc decydować, jakich klientów chce. Cenił sobie towarzystwo osób, które go wybierały i nawet darzył ich sympatią, jednak lubił czasem poznać kogoś nowego. Dlatego, gdy pojawił się Sinbad ze znajomym, który jeszcze nigdy u nich nie był, bez wahania wziął nowego na siebie.
Klient, jaki czekał na niego w loży, okazał się około trzydziestoletnim facetem o aparycji kogoś, kto jest w stanie zabić człowieka jednym spojrzeniem. Jeżeli stosownie się go wkurzy. Kamienno-zgryźliwy wyraz twarzy, jaki wtedy miał Kouen, nie zraził bynajmniej Alibaby, dał mu tylko jasny sygnał do bycia nienachalnym. Tacy faceci, chowający wszelkie możliwe uczucia za bezemocjonalną maską, raczej nie lubili głupoty i przesadnej infantylności. I nie mylił się, Kouen zachowywał się jak ktoś, kto wylądował w tym miejscu za karę i nie ma najmniejszej ochoty na tego typu zabawy - „został tutaj przywleczony przez swojego partnera biznesowego i najlepiej dla Alibaby by było, gdyby się zamknął, a jeszcze lepiej, jakby w ogóle zniknął". Tak właściwie Kouen nie powiedział żadnego z tych słów, wystarczyło spojrzenie jakie posłał Alibabie, gdy ten się pojawił.
Alibaba zrezygnował więc z wizerunku świergotliwego, uprzejmego hosta, starając się prowadzić jednostronny dialog, spokojny i nie narzucający, a już w ogóle nie wymagający żadnego udziału Kouena. Mężczyzna na początku wydawał się zirytowany jego gadaniem, jednak im dłużej Alibaba mówił, tym ten koszmarny wyraz twarzy Kouena znikał, zastąpiony czymś, co można by nazwać neutralnością, przez którą słabo przebijało się po prostu zmęczenie. Zauważywszy to, szybko przerzucił się na opowieści o podróżach, o których sam słyszał i na które chciał się wybrać, i nawet udało mu się uzyskać mrukliwe odpowiedzi na swoją gadaninę.
To był pierwszy raz, kiedy spotkał Rena Kouena i w życiu by się nie spodziewał, że będą jakieś kolejne. Dlatego przeżył niemałe zaskoczenie, gdy kilka dni później klientem, który go wynajął, okazał się nikt inny jak właśnie on. Saluja ukrył bardzo dobrze swoje zaskoczenie, wchodząc idealnie w swoją rolę. W dodatku Kouen nie miał tego wyrazu twarzy psychopatycznego mordercy, dlatego to spotkanie przebiegło dużo łatwiej niż pierwsze.
A potem było następne spotkanie i następne, i kolejne. Zdarzało się nawet, że Kouen coś powiedział! Sukces jak nic. Mężczyzna nie należał do zbyt rozmownych typków, jednak gdy już czasem się odezwał i nie była to jakaś pojedyncza monosylaba, okazywało się, że jest bystrym i oczytanym gościem, zupełnie innym od standardowych snobów, z jakimi Alibaba miał do czynienia na co dzień.
Kouen nigdy nie przepadał za usługiwaniem mu, zawsze się irytował, że nie jest jeszcze na tyle stetryczały i potrafi sobie sam odpalić papierosa i nalać alkohol. Alibaba po prostu to zaakceptował i starał się dostosować do tego, jaki był i czego wymagał Kouen, w końcu grunt to nie zrażać klientów – główna dewiza ich szefowej.
Dopiero po jakimś czasie Saluja zaczął dostrzegać w swoim kliencie coś więcej niż tylko bystry umysł i społeczne upośledzenie na gruncie komunikacyjnym. Ren Kouen był po prostu seksownym facetem. Odpowiednio zbudowanym i o męskich rysach. Alibaba nie był zadeklarowanym gejem, potrafił doceniać zarówno kobiecą delikatność jak i szorstką urodę mężczyzn, a u Kouena zdecydowanie było co podziwiać, gdy już minęło pierwsze wrażenie osoby, która zaraz cię zamorduje, jeżeli chociaż się ruszysz.
Ech… Czy ten cholerny Kouen da mu kiedyś spokój?
Alibaba wszedł na salę bufetową, niemal od progu przywitany szerokim uśmiechem chłopaka z recepcji.
- Eee, coś się stało? – spytał na próbę, zastanawiając się, co też tak mogło ucieszyć tego chłopaczynę.
- Pewnie dostaniesz podwyżkę – poinformował, a Saluja uniósł wysoko brwi.
- I dlatego tak się cieszysz?
- Też powinieneś się cieszyć, bo padła rekordowa cena na twoje towarzystwo – wyjaśnił.
Alibaba zamrugał oczami.
- Słucham?
- Wiem, wiem, nalegałeś, żeby nie zmieniać twojego grafiku, ale był tu facet, który naprawdę nalegał… Pewnie bym go spławił, ale zaproponował takie pieniądze… I gdyby jeszcze nie słyszała tego szefowa… No i nie mogłem mu odmówić i czeka na ciebie w szóstej loży, a na twoje konto poleci niezła premia, chłopie.
Alibaba zamrugał jeszcze raz, gapiąc się tępo na chłopaka. Niemal czuł, jak jego zawieszony na chwilę mózg zaczyna pracować. Pierwsza myśl, jaka zatem przyszła mu do głowy była – Kouen. Chciał zapytać o to chłopaka, jednak bał się tej odpowiedzi bardziej niż czegokolwiek i po prostu oddalił się, czując, jakby ktoś walnął mu w łeb.
Cholera, o cholera. Jeżeli to Kouen, to po prostu zrobił malowniczy szach-mat Alibabie. A Kouen był geniuszem robienia takich szach-matów, a już zwłaszcza Alibabie. O cholera, o cudowny Salomonie, to się nie dzieje…
Rozejrzał się za Judalem, jak za ostatnią deską ratunku, a jego oczywiście nigdzie nie było, gdy był tak rozpaczliwie potrzebny!
Alibaba wziął głęboki wdech i skierował się prosto do loży. Dlaczego wcześniej nie pomyślał o napisaniu testamentu?
Alibaba udawał, że wcale nie jest zawiedziony, że w loży faktycznie siedział Ren Kouen. Usiadł ciężko na sofie czując, jak ogarnia go całkowite zrezygnowanie. Kouen nawet na niego nie spojrzał, zajęty przeglądaniem grubego notesu. To było jedno z ciekawszych dziwactw Kouena. Przy całej ofercie nowinek technologicznych, Kouen pozostawał wierny tradycyjnemu papierowi. Ciekawe czy potrafił w ogóle używać komputera? W sumie na pewno potrafił, skoro umiał go naprawić (wcale przy tym nie burcząc, że owy komputer nadaje się bardziej na śmietnik niż do naprawy).
Przez chwilę panowała cisza, a Alibaba gapił się bez celu w stojącą na stoliku butelkę whisky. Zerknął na Kouena, gdy ten zamknął notes i odłożył go na bok, kierując swoje spojrzenie na Alibabę. Chłopak pierwszy odwrócił spojrzenie, nie mając w sobie za grosz siły na mierzenie się z tym bezemocjonalnym wyrazem oczu Kouena.
- Nalej mi – podło polecenie.
Coś w Alibabie warknęło buntowniczo na ten rozkazujący ton głosu. Sięgnął jednak po butelkę i nalał niewielką ilość alkoholu do szklanki. Kouen nie spuszczał z niego wzroku i Alibaba czuł się coraz gorzej pod tym ciężkim spojrzeniem i nie będąc nawet w stanie popatrzeć na mężczyznę.
- Opowiedz mi coś.
Kolejne polecenie. I po raz kolejny Alibaba poczuł rodzący się w nim bunt, który sprawił, że zacisnął mocno zęby. Szukał w głowie czegoś, o czym mógłby zacząć mówić, byle tylko pozbyć się tej cholernej ciszy, ale nic nie przychodziło mu na myśl. Zwykle nie miał z tym problemu, był notoryczną paplą, której rzadko zamykały się usta, a przy Kouenie zdarzało mu się gadać jak najęty, skoro mężczyzna i tak przez większość czasu milczał i nie wykazywał jakiejś wyjątkowej ochoty, by zmieniać ten układ.
Kouen poruszył się, sięgając do kieszeni marynarki po papierosy. Alibaba gapił się na niego kątem oka, aż mężczyzna nie spojrzał ponownie na niego z sugestywnie uniesioną brwią. Próbując zapanować nad chęcią natychmiastowego odejścia, sięgnął do kieszeni po zapalniczkę i odpalił mu papierosa. Twarz Kouena zniknęła na moment za mgiełką dymu. Alibaba nie był fanem papierosów, jednak i tym razem nie mógł się oprzeć refleksji, że niektórym to po prostu pasowało…
Zagapił się przez chwilę na spokojnie palącego Kouena. Alibaba widział drobne subtelności, które wskazywały, że Kouen jest daleko od zrelaksowanej pozy, jaką przybrał. Napięcie ramion, sztywność sylwetki, coś nieuchwytnego w jego twarzy… Jasno sugerowało to, że Kouen jest albo bardzo zmęczony, albo wkurzony. Biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znajdowali, stawiałby raczej na to drugie… Ach, Alibabo, jaki ty jesteś utalentowany, potrafisz wzbudzać takie huragany emocji…
- Skoro już muszę płacić za twój czas, powinieneś bardziej się przykładać do swojej pracy – odezwał się lakonicznie Kouen.
Alibaba nie wiedział, jak to się stało, że nie chwycił za szklaneczkę i nie wylał jej zawartości na twarz mężczyzny, samemu odchodząc z dumą. Może dlatego, że gdyby to zrobił, nie miałby już czego szukać w tym klubie i musiałby zamieszkać pod mostem, bo nie stać by go było na dalsze wynajmowanie mieszkania? A może dlatego, że zanim zdążył by wstać, już by nie żył?
- Dawno, dawno temu – zaczął Alibaba przez zaciśnięte zęby, nie kryjąc się już ze swoją wściekłością – żył sobie pewien chłopak, który kochał mieć święty spokój. Niestety, życie to podstępna ladacznica, która w dupie miała, że ten chłopak był naprawdę grzecznym chłopcem i nie zasługiwał na karę, którą ta zdzira mu przyszykowała.
Usta Kouena drgnęły. Alibaba już sam nie wiedział, czego pragnie bardziej – zabić tego kutafona, pocałować go czy schlać się do nieprzytomnością tą butelką whisky.
- Biedny chłopak – stwierdził Kouen, zaciągając się papierosem.
- W istocie – warknął Saluja. – Nie zasługiwał na to, co ta cholerna ladacznica mu zgotowała.
- Może on wcale nie był takim grzecznym chłopcem i wiedziała, co robi? – Uniósł brew i Alibaba był więcej niż pewien, że drgnął mu pieprzony kącik ust. Kurwa.
- Nie wtrącaj się, to moja bajka – zawarczał. – Chłopak był grzeczny, a życie było niesprawiedliwą kurwą. Zesłała chłopakowi cholerne utrapienie w postaci aspołecznego, niezrównoważonego księcia, który czerpał chorą satysfakcję z denerwowania chłopaka i rządzenia się, i ogólnie był jak upierdliwy wrzód na tyłku.
- Bardzo wulgarna ta twoja bajka – stwierdził Kouen, wyciągając kolejnego papierosa. Alibaba rzucił mu na stolik zapalniczkę, sztyletując go spojrzeniem.
- Bo się nie znasz na bajkach, mądralo – prychnął. – Sam sobie coś opowiadaj, jak ci się nie podoba.
- W porządku. Dawno, dawno temu żył sobie pewien mężczyzna, który bardzo lubił ciszę, spokój i swoje poukładane życie. – Oparł się wygodnie, zaciągając dymem. – Ale życie jest przewrotną…
- Suką – wtrącił Alibaba, któremu ani trochę nie przeszła złość.
Kouen skinął głową i kontynuował:
- I zesłała na mężczyznę upierdliwą gadułę, której jadaczka się nie zamykała. Gaduła potrafiła gadać jak nikt inny, ale słuchać nie potrafiła wcale. Pewnego dnia Gaduła zaczęła zachowywać się jak dziecko, strojąc fochy jak nastolatka, a mężczyzna w całym tym chaosie nie mógł znaleźć za grosz sensu. O co chodziło? Nie miał pojęcia, bo Gaduła gadała o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba.
Przez chwilę gapili się na siebie bez słowa, a Alibaba czuł, że zaraz coś rozsadzi go od środka. Za dużo. Za dużo tego wszystkiego, za dużo Kouena, za dużo cholera no. Czy o tak wiele prosi, chcąc mieć po prostu spokój?
To Saluja pierwszy odwrócił wzrok, nie potrafiąc się mierzyć z tym intensywnym, twardym spojrzeniem.
- Alibaba…
- Jestem w pracy – przerwał mu szorstko. – Nie mam zamiaru rozmawiać o takich rzeczach.
Miał nadzieję, ba, chciał, żeby Kouen zrobił coś, co sprawi, że Alibaba będzie mógł po prostu odejść bez żadnych konsekwencji. Ale nie, ten facet po prostu kochał robić mu na złość!
- W porządku – powiedział tylko mrukliwym, spokojnym głosem.
Gdyby mógł, Saluja tupałby nogami w miejscu.
- Idź po coś do jedzenia – rzucił Kouen, przyglądając mu się z na wpółprzymkniętymi powiekami.
Tylko dlatego, że była to okazja, by chociaż na chwilę oddalić się od Kouena, Alibaba nie wkurzył się na kolejny rozkaz. Odszedł pospiesznie, zastanawiając się, jakie narzędzie będzie najlepsze do popełnienia samobójstwa.
Niczym gradowa chmura zatrzymał się przy barze, zamawiając danie szefa kuchni. Westchnął cierpiętniczo, opierając czoło o blat i ignorując przypatrującego się mu z ciekawością Judala.
- Wyglądasz…
- Jakby przejechała po mnie kosiarka, wiem – jęknął.
- Miałem na myśli rozmoknięte kukurydziane płatki, które tak lubisz, ale tak właściwie kosiarka też na pewno miała w tym swój udział.
- Judal, błagam cię…
- Ach, uwielbiam, jak ludzie mi to mówią. – Szeroki, błogi uśmiech rozlał się na jego ustach.
Jedyną odpowiedzią Alibaby było tylko ciężkie westchnięcie.
- Kouen wydał tutaj chyba fortunę, żeby anulować cały mój grafik – mruknął w blat.
Judal zastukał palcami w policzek, a kąciki jego ust uniosły się ku górze.
- Ma facet gest, czemu nie siedzisz w jego spodniach?
- Bo z tym skończyłem.
- Mózg ci wyparował?
- Hę?
Judal wywrócił oczami z dramatycznym westchnięciem.
- Jesteś durniem, Saluja.
- Już mi to mówiłeś…
- Powiesz mi w końcu, co ci nie pasuje po roku pieprzenia się z tym gościem? – spytał zniecierpliwiony. – Jakoś wcześniej nie narzekałeś. Ma narzeczoną? Chce mieć dzieci? Nie zaszczepił się na wściekliznę?
Alibaba uniósł głowę i spojrzał ciężkim wzrokiem na wyraźnie poirytowanego Judala.
- Nie.
- No to o co ci chodzi, idioto? – warknął.
Alibaba potarł czoło dłonią. O co mu chodziło? O co tak naprawdę mu chodziło…
- Ja… Nie chcę… Ty i Sin…
- Co ja i Sin? – ponaglił go niecierpliwie.
- Nie zamierzam spędzić życia tylko na pieprzeniu się – warknął pod nosem.
- A na czym go chcesz spędzić? – uśmiechnął się ironicznie, a Alibaba zgromił go spojrzeniem.
- Niektórzy potrzebują też czegoś innego, niż samo pieprzenie się, choćby nie wiem, jak dobre było. Nie wymagam od niego, żeby ze mną był, żeby mi do cholery, kwiaty przynosił, ale mógłby tego nie utrudniać. Znajdzie sobie inną dziwkę, ja już nie zamierzam nią być, nie satysfakcjonuje mnie to. I tak, nabijaj się ze mnie – wywrócił oczami, widząc sceptyczną minę Judala – macie z Sinbadem swój mały światek i nie wiesz…
- Ja też nie wiem, ile Sin będzie chciał to ciągnąć – przerwał mu bez ogródek, a coś mrocznego i dusznego błysnęło w jego oczach. – Ale będę z nim, zostanę z nim tak długo, jak będzie się dało. Nawet jako jego utrzymanek, nawet jako jego dziwka – parsknął drwiącym śmiechem.
- Tak go kochasz? – mruknął Alibaba, gapiąc się w swoje splecione na blacie dłonie.
Usta Judala wygięły się w uśmiechu.
- A co to znaczy? Zostanę z nim, bo chciał mnie. Chciał mnie wtedy, gdy nie chciał mnie nikt – prychnął.
Alibaba milczał. Znał skomplikowaną sytuację Judala. Poniekąd dlatego Judal był taki dziwny i nieobliczany. Jego rodzina była, oglądnie mówiąc, fanatykami religijnymi i z tego, co Alibaba się orientował (a Judal rzadko bywał wylewny jeżeli chodzi o niego samego), nie miał lekkiego życia. Alibaba miał podejrzenia, że to właśnie z tego powodu Judal miał… skrzywione spojrzenie na wiele spraw, a jego kontakty z innymi były zdecydowanie ciężkie. Jedyną osobą, która była ważna w życiu Judala i która nie była Sinbadem, to jego młodszy brat Alladyn. Alibaba zastanawiał się czasami, czy to właśnie nie z jego powodu Judal nadal tkwił w domu, którego nienawidził…
- Czyli histeryzujesz, bo nazwał cię dziwką? – spytał sucho Judal po dłuższej chwili milczenia, jaka między nimi zapadła.
- Ja… ta… Mmm…
Tak właściwie… Tak właściwie Kouen nie nazwał go dziwką, więc skłamałby mówiąc, że tak było, ale…
- Zapytałem go, dlaczego ze mną jest.
Judal wywrócił oczami, ale nie odezwał się.
- A on uznał, że skoro obaj jesteśmy usatysfakcjonowani to wszystko w porządku, a ja…
- A tobie się zebrało na bycie romantycznym cieciem, który dostał rzeczywistością między oczy – dokończył za niego z krzywym uśmiechem, a Alibaba uderzył czołem w blat.
- Jesteś idiotą, Saluja.
- Wieeem…
Judal nic nie mówił, a i sam Alibaba nie wiedział, co można by powiedzieć wobec takiej prawdy wszechświata. Gdy kelner postawił przed nim tacę z pachnącym jedzeniem zabrał ją i powlekł się do loży, czując chłodne, uważne spojrzenie Judala na plecach
