Przedstawiam Wam rozdział drugi, w którym, podczas szlabanu u profesora Lucjusza Malfoya, wyjaśnia się tytuł opowiadania. Dowiadujemy się w nim również o czym śni panna "wiem-to-wszystko". Miłej lektury :)


Rozdział 2.

Hermiona stała przez kilkanaście sekund przed drzwiami gabinetu Malfoya, uspokajając oddech. Za chwilę miał się rozpocząć jej szlaban, a ona czuła się co najmniej dziwnie z tym, że znajdzie się sam na sam w jednym pomieszczeniu z tym właśnie czarodziejem. Nie czułaby się tak zapewne, gdyby nie sen, którymiała dziś w nocy i po którym obudziła się z bijącym szybko sercem i prawą dłonią pod jej skąpą, bladoróżową piżamą.

To zdecydowanie musiała być jakaś jego sztuczka, bowiem nigdy wcześniej Hermiona nie pomyślałaby tak o Lucjuszu Malfoyu. Wiedziała, że Lord Voldemort był mistrzem legilimencji - czyżby uczył tej podłej sztuki swoich zwolenników? Nie sam sen był jednak najgorszy, a coś z czego Hermiona zdała sobie sprawę z paraliżującym przerażeniem. A mianowicie to, że erotyczna scena z udziałem jej i profesora obrony przed czarną magią, podobała jej się aż za bardzo.

Nie dało się ukryć, że Lucjusz był przystojnym mężczyzną. Nienaganny w każdym calu, dobrze zbudowany, z długimi blond włosami, spływającymi mu na plecy, upiętymi czarną wstążką. Na jego czarnych jak noc szatach nigdy nie było nawet pyłka, a srebrne dodatki - spinki do mankietów czy klamry od płaszcza, zawsze byly ze smakiem dobrane i podkreślały jego chłodną elegancję. Zimne spojrzenie szarych oczu potrafiło wręcz paraliżować, tak jak jego głos. Do tego blade usta, tak często nieznacznie wykrzywiające się w ironicznym uśmiechu, kusiły, by ich spróbować, a szczupłe, długie palce budziły niepokorne myśli.

-Wejdź proszę - usłyszała zaraz po tym, jak zastukała przy pomocy mosiężnej kołatki w kształcie węża, zdobiącej dębowe drzwi gabinetu profesora. Usiadła na wskazanym jej miejscu za biurkiem i ze zdziwieniem zobaczyła siedzącą na dużym, wygodnym fotelu w kącie pokoju absolutnie niespodziewaną w tym miejscu osobę - profesor Trelawney. Niezbyt lubiana przez Hermionę nauczycielka wróżbiarstwa spoglądała na nią spod swoich wielkich okularów, które przy kolorowej szacie i mnóstwie pobłyskujących w blasku świec korali, nadawały jej wygląd ogromnej ważki.

-Widzisz, Sybilla prowadzi pewne badania do swojej pracy naukowej na temat - tu na ledwie zauważalną chwilę zawiesił głos - snów. - Hermionę przeszył dreszcz, jednak nie dała tego po sobie poznać. - Twoim zadaniem na dziś jest opisać wszystkie Twoje sny z całego tygodnia. Jest jednak oczywiste, że nie wszystkie sny pamiętamy, a ponad to pani profesor ma podstawy twierdzić, że wielu jej uczniów, podczas pisania senników zwyczajnie zmyśla, dlatego wspomoże Twoją pracę pewnym zaklęciem. Pozwoli Ci ono przypomnieć sobie wszystkie sny, a także zabroni w tej materii kłamać. - Malfoyowi wyraźnie sprawiało pewną satysfakcję obserwowanie coraz bardziej przerażonych oczu Hermiony. No to wpadła. Jak dynia w kompot. Jak sklątka tylnowybuchowa w kociołek amortencji. Jak...

Ale Hermionie nie było dane wymyślić kolejnego idiotycznego porównania, bowiem właśnie dostała kałamarz pełen atramentu, gęsie pióro i rolkę pergaminu, a profesor obrony przed czarną magią zwrócił się do nauczycielki wróżbiarstwa:

-Sybillo, możesz rzucić na pannę Granger ów niegroźny urok. Zdejmę go sam, gdy skończy pisać i zaniosę Ci jej opisy snów do Twojej wieży.

Profesor Trelawney rzuciła zaklęcie w sposób niewerbalny. Hermiona poczuła, że ogarnia ją łagodna fala ciepła, która jednak zanikła po chwili, a Trelawney wyfrunęła z gabinetu, powiewając długą szatą i pobrzękując nadmiarem biżuterii.

Hermiona ujęła gęsie pióro drżącą dłonią i zanotowała:

"Poniedziałek/ wtorek"

O czym wtedy śniła? Gdyby nie zaklęcie, w życiu nie pamiętałaby tej niesamowicie idiotycznej wizji, teraz jednak ujrzała wyraźnie Gabrielle Delacour wdzięczącą się do dużego, niezbyt ładnego hipogryfa o rudych piórach. Nagle drobna blondynka zatrzepotała rzęsami przeraźliwie mocno, zbyt mocno jak na rzęsy - ale okazało się, że zamiast nich ma długie łodygi diabelskich sideł. Oślizgła roślina zaczęła ją dusić...

Hermiona westchnęła i zaczęła notować. Nie zapisała jednak imienia dziewczyny, celowo, nie chciała bowiem wyjść na zazdrosną, jednak urok profesor Trelawney uznał chyba ten szczegół za istotny, a pominięcie go za kłamstwo. Poczuła jak jej ręka sama się porusza i nie sposób jej było zatrzymać. Pióro mimowolnie kresliło słowa: "Była to Gabrielle Delacour."

-Czymże panna Delacour zawiniła, żeby zasłużyć sobie na taką nieładną wizję w pani umyśle, panno Granger? - odezwał się Malfoy, który zdążył obejść jej fotel i stał teraz za jego oparciem, zerkając jej przez ramię. Poczuła, że pachnie ładnymi, męskimi perfumami. "Są dużo ładniejsze niż te, których używał Ron" - pomyślała mimowolnie, po czym skarciła się w duchu.

-To tylko sen - odparła chłodno.

-Tylko sen i aż sen - stwierdził spokojnie Malfoy. - Osobiście nie wierzę w to, że w snach widzimy przyszłość, wierzę natomiast, że są one odbiciem nas samych. - Hermionę znów przeszły ciarki, a były śmierciożerca nieubłaganie ciągnął - uważam, że to co nam się śni obrazuje nasze uczucia. To czego się lękamy, to co nas złości... A innym razem to co nas cieszy lub - znacząco zawiesił głos - pociąga - skończył ledwie słyszalnym szeptem. Teraz Hermiona nie miała wątpliwości, że maczał palce w jej ostatniej sennej fantazji.

Minęła godzina szczegółowego opisywania równie bezsensownych snów i Hermiona nieubłaganie zbliżała się do notatki pod tytułem "Czwartek/ piątek". Coraz bardziej drżącą dłonią zanurzyła ostry koniec pióra w ciemnogranatowej cieczy i zaczęła pisać. Tym razem nie wysilała się na ubieranie tego w własne słowa, tylko pozwoliła zaklęciu prowadzić jej rękę. Wiedziała, że Malfoy obserwuje każde zdanie, nie spodziewała się natomiast, że dostrzeże u niego oznaki realnego zdziwienia. Teraz śledził ruch jej pióra stojąc po drugiej stronie biurka i czytając do góry nogami, a gdy Hermiona wbiła w niego oskarżycielskie spojrzenie, jego oczy rozszerzyły się z lekkim niedowierzaniem, choć wyglądał na rozbawionego i usatysfakcjonowanego.

-To Twoja robota - wysyczała wreszcie. - ten sen.

-Ależ nieprawda - odparł, brzmiąc przy tym naprawdę autentycznie. - zaklęcie profesor Trelawney nie działa na sny wywołane sztucznie. To bardzo skomplikowany urok i tak mądra czarownica jak ty powinna to wiedzieć. To połączenie zaklęcia przywołującego zapomniane wspomnienia oraz Zaklęcia Prawdy - nieco słabszego niż Veritaserum, tutaj jednak jest skuteczne, bo uderza jedynie w wybiórcze fakty. Do tego potrzeba jeszcze ukierunkowania tego uroku na sny. Byłoby wyjątkowo ciężko wykryć dodatkowo sny spowodowane magicznie przez drugą osobę, poza tym te nie są nauczycielce wróżbiarstwa do niczego potrzebne. - z każdym słowem Malfoya Hermiona coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że istotnie jej sen mógł być odzwierciedleniem tego, na co miałaby ochotę.

- Zadałem ci ten a nie inny szlaban, bo wiem, że sny potrafią być rzeczą intymną i kompromitującą. Nie spodziewałem się jednak, że do tego stopnia. Tym niemniej cieszy mnie to co czytam. - zakończył, z lubieżnym uśmieszkiem. Hermiona siedziała jak spetryfikowana, podczas gdy jej ręka bezwiednie kończyła zapisywać ostatnie zdanie.


P.S.

Wciąż poszukuję bety!

I oczywiście wszelkie recenzje jak najmilej widziane, zarówno te miłe, jak i konstruktywna krytyka - jedne i drugie motywują do pisania i dążenia w tej sztuce do perfekcji :)