Na wstępie bardzo dziękuję za wszystkie komentarze.
Znalazłam betę, a nawet dwie! I chciałabym niezmiernie podziękować użytkowniczkom nunanana i PaniMalfoy za ich czas i cierpliwość. Na pohybel błędom stylistycznym, literówkom i przecinkom! ;)
Czytadlo, masz absolutną rację co do zwrotów w dialogach i sama się na tym łapię co chwila, ale to u mnie po prostu odruch - następnym razem będę jeszcze dokładniej to sprawdzać. Natomiast nazwy przedmiotów były w książce małą literą. A co do Twojego wewnętrznego zboczeńca, absolutnie go rozumiem i dostanie on to na co czeka w czwartym i piątym rozdziale (bo te już także mam gotowe, tylko czekają na zbetowanie) i obiecuję go za często nie zaniedbywać ^^
Insideoutupanddown, o ile się dobrze domyślam PWP to skrót od "porn without plot"? Cóż, taki był mój zamysł, aczkolwiek wena mnie napadła znienacka i zmusiła do stworzenia jakiegokolwiek "plot". Ale "porn" będzie niebawem, choć jeszcze nie dziś :D
Przedstawiam Wam kolejną porcję przygód Hermiony i jej nowego profesora. W rozdziale tym dostaniemy sowę od samego słynnego Harry'ego Pottera oraz poznamy przemiłego skrzata domowego Gburka. Jak zakończy się drugi szlaban u Malfoya?
Miłej lektury!
Rozdział 3.
Duża biała sowa śnieżna z gracją wylądowała przed miską owsianki, w której Hermiona bezwiednie grzebała łyżką, nie mogąc myśleć o jedzeniu. Na szczęście profesor Malfoy usunął prostym zaklęciem jej zgrabne, okrągłe pismo z pergaminu przeznaczonego dla profesor Trelawney i pozwolił zastąpić kompromitującą część wypowiedzi jakimś równie idiotycznym pomysłem co diabelsko-rzęsa Gabrielle, jednak swoje zdążył przeczytać.
-Auć! No już, już... - Hermiona wreszcie zwróciła uwagę na Hedwigę, która zniecierpliwiona brakiem zainteresowania dziobnęła ją lekko w ramię. Szybko odwiązała od jej nóżki zwinięty w rulonik list od Harry'ego i przeczytała nagryzmolone dobrze jej znanym, nieco pochyłym pismem słowa:
Droga Hermiono,
Jak tam w szkole? Wiem już, kto uczy was obrony przed czarną magią i jestem szczerze zdziwiony, że McGonagall na to pozwoliła. Ale musimy zaufać jej decyzji, a w razie czego chyba nikt nie będzie miał Ci za złe, jak porazisz go jakimś szczególnie wrednym urokiem.
Ron ma zamiar wziąć ślub z Gabrielle, w wigilię Bożego Narodzenia. Pisał Ci już o tym? Uważam, że to trochę wcześnie, no ale to jego decyzja i życzmy im szczęścia. Odwiedzili mnie w zeszły weekend, razem z Billem i Fleur. Te francuskie dziewczyny potrafią być wkurzające, choć nie można odmówić im wdzięku.
Prawdopodobnie zobaczymy się niedługo. Ginny obiecała odezwać się natychmiast jak tylko będziecie mieli możliwość wybrać się do Hogsmeade, więc spotkamy się w Trzech Miotłach.
Pozdrowienia,
Harry
Och, więc Ronald się żeni. I oczywiście nie raczył jej o tym poinformować. Hermiona skrzywiła się lekko, prześlizgując wzrok po kolejnych słowach Harry'ego. "Nie można odmówić im wdzięku", no tak, to takie typowe dla facetów, zachwycają się tymi ślicznymi laleczkami, które ponad urodę nic sobą nie reprezentują.
I nagle przypomniała sobie słowa Malfoya: "Tym niemniej cieszy mnie to co czytam." i to, jak niemal rozbierał ją wzrokiem. Czyżby choć trochę przypadła mu do gustu? Niemożliwe. Najpewniej po prostu mile połechtała jego próżność.
Tej nocy znów jej się śnił. Obudziła się podniecona, żeby zaraz ze strachem uzmysłowić sobie, że w najbliższy piątek on znów przeczyta każdy szczegół jej fantazji. Będzie napawał się jej cierpieniem, jej skrępowaniem, z lubością będzie obserwował swym zimnym wzrokiem jej zaróżowione ze wstydu policzki...
-Hermiono, co się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha! - na ten czarny, autoironiczny humor pozwolił sobie Prawie Bezgłowy Nick, duch wieży Gryffindoru.
-Faktycznie, jesteś blada. I nic nie zjadłaś. - zmartwiła się Ginny, po czym nawet nie pytając zabrała jej list. - Czy coś jest nie tak u Harry'ego?
-Nie, u Harry'ego w porządku. - odparła szybko. - Zamyśliłam się trochę.
-To nie strasz mnie tak.
-Wybacz. - Hermiona wróciła do swojej zimnej już owsianki.
-Ron się żeni! A to prosiak, jeszcze mi nic nie napisał. - oburzyła się Ginny, energicznie potrząsając swoją płomiennorudą głową.
Na poniedziałkową lekcję obrony przed czarną magią Hermiona szła na miękkich, drżących nogach. Obiecała sobie, że nie da Malfoyowi satysfakcji, nie pozwoli się rozproszyć, sprowokować, a skupi się na nauce. Jednak nawet proste zaklęcie tarczy, które miała rzucić w sposób niewerbalny, sprawiało jej tego dnia kłopot. Ćwiczyła w parze z Luną, której już trzeci raz z rzędu udało się ją rozbroić. Jej przyjaciółka złapała z wdziękiem odebraną różdżkę i teraz odsyłała ją z powrotem, wypowiadając śpiewnym, lekko nieobecnym głosem formułę: "Wingardium Leviosa".
-Czyżby się pani nie wyspała, panno Granger? - spytał z nutą złośliwości Lucjusz Malfoy, znienacka materializując się za jej plecami. -Proszę pozwolić, że trochę pomogę. Potrzeba więcej finezji w machaniu różdżką, aby skutecznie się obronić. - Hermiona drgnęła słysząc jego głos tuż nad uchem. Ledwie udało jej się zachować kamienną twarz, gdy profesor łagodnie ujął jej dłoń, w której na powrót trzymała różdżkę i pomógł jej zatoczyć średniej wielkości koło, potrzebne do wyczarowania magicznej tarczy.
-Powinnaś już dawno wiedzieć, że gdy kończysz zakreślać okrąg, musisz trafić końcem różdżki dokładnie w ten sam punkt, w którym zaczęłaś. Inaczej tarcza będzie nieszczelna i przeleci przez nią nawet najbanalniejszy Expelliarmus.
-Tak, panie profesorze. - odparła Hermiona, nie okazując żadnych emocji, jednak w jej umyśle szalała burza uczuć. Jak ona zniesie upokorzenie piątkowego szlabanu? Śniła o nim co noc. Teraz to nie będzie już jedna fantazja, a cała rolka pergaminu pełna jej najskrytszych pragnień.
Ale Malfoy wcale nie zamierzał kazać jej pisać.
Piątek minął Hermionie niespokojnie. Na szczęście udało jej się wreszcie przekuć zdenerwowanie na solidną robotę, co szczególnie docenił profesor Slughorn, gdy podszedł do jej kociołka z wywarem, powodującym wzrost roślin.
-Niebywałe! - zachwycał się. - Ma pani talent panno Granger, kilka kropli zaaplikowanych kwiatom doniczkowym i ich łodygi powybijałyby okna w ciągu kwadransa!
Jednak zachwyt starego Ślimaka nijak nie złagodził napięcia przed kolejnym szlabanem u Lucjusza Malfoya. Gdy wybiła siedemnasta, Hermiona ujęła drżącą ręką mosiężną kołatkę, powtarzając sobie w myślach "tylko spokojnie, tylko spokojnie". Wolała jednak czuć się zestresowana i przerażona niż sama przed sobą przyznać, że nie może się doczekać, aż znów usłyszy jego zimny, arogancki ton tuż nad uchem. A już na pewno nie chciała dopuścić do głosu myśli, że może on będzie chciał spełnić jej fantazje...
Gdy weszła do gabinetu nie dostrzegła w nim tym razem nauczycielki wróżbiarstwa. Rzucił jej się w oczy także brak pergaminu i atramentu na blacie biurka. Zajęła jednak to samo miejsce, co tydzień temu i wbiła wzrok we własne kolana, nie śmiejąc podnieść oczu na postać nieprzeciętnie przystojnego, blondwłosego mężczyzny, uśmiechającego się kpiąco.
-Jak ci minął tydzień Hermiono? - zagadnął takim tonem, jakby pytał o pogodę. To ją zupełnie zbiło z tropu. Kompletnie nie wiedziała co powiedzieć. On sobie na pewno drwi, nie pytałby przecież tak po prostu co u niej słychać. I w dodatku zwrócił się do niej po imieniu...
Jednak Malfoy, po chwili milczenia powtórzył z naciskiem:
-Odpowiedz mi. Jak minął Ci tydzień? - Hermiona drgnęła, słysząc ten nie znoszący sprzeciwu, choć zupełnie pozbawiony złości głos.
-No więc... - zaczęła niepewnie. - Chyba zupełnie przeciętnie... - urwała i wzruszyła ramionami, wciąż nie patrząc na nauczyciela.
-Rozluźnij się, nie musisz się mnie bać. - stwierdził jakby odrobinę łagodniej. Po czym dodał - Nie będziesz więcej opisywać swych snów Hermiono. Profesor Trelawney w zupełności wystarczy to, co dostarczyłem jej w zeszłym tygodniu. - na jej nieskrywane westchnienie ulgi, roześmiał się. - Czyżby tym razem było więcej takich ciekawostek, które musielibyśmy cenzurować? - Hermiona nic nie odpowiedziała, wciąż uparcie gapiąc się w swoje kolana.
-Chyba mogę uznać twoje milczenie za potwierdzenie. - profesor wyglądał na coraz bardziej z siebie zadowolonego. - Zastanawia mnie... Ale przecież to by było niemoralne, tego typu propozycja z pewnością zostałaby odrzucona przez taką grzeczną, przykładną uczennicę jak ty. - mówił jakby do siebie, w udawanym zamyśleniu.
-Co w takim układzie mam dziś robić? - spytała na tyle spokojnie, na ile ją było stać.
-Nie mam zamiaru zadawać ci dziś żadnej bezsensownej, idiotycznej pracy. Nie, dzisiejszy szlaban będzie po prostu czasem, który spędzisz w tym gabinecie i w moim towarzystwie. Od ciebie zależy jak go wykorzystamy... - uśmiechnął się lekko, nieznacznie unosząc kąciki ust. - Możesz oczywiście przesiedzieć tu trzy godziny obserwując swoje własne, jakże interesujące nogi. - mały wredny głosik, który Hermiona od tygodnia tłumiła w swojej głowie, teraz pisnął tryumfalnie "On uważa, że masz interesujące nogi!". Hermiona w myślach kazała głosikowi zamknąć się, bo przecież słowo "interesujące" zostało użyte w nieco innym kontekście. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu uderzającej dwuznaczności tej wypowiedzi. Tymczasem profesor Malfoy jak gdyby nigdy nic spytał:
-Napijesz się czegoś? Herbaty? Kawy? - machnął różdżką i naprzeciw Hermiony zmaterializowały się dwie filiżanki. Natychmiast przypomniała sobie Szalonookiego Moody'ego z jego nieodłączną piersiówką, radzącego wszystkim uparcie, aby nie pić niczego, co poda im wróg.
-Nie, dziękuję - odparła więc cicho, nawet nie zerkając w stronę filiżanek.
-Spokojnie, to nie trucizna - Lucjusz zaśmiał się pod nosem. - Ale jakbyś mi nie wierzyła, mogę Ci udowodnić. Gburek! - zawołał rozkazującym tonem. W gabinecie z cichym trzaskiem zmaterializował się nieco gburowaty skrzat domowy, kłaniając się w pas.
-Do usług panie Malfoy. - oznajmił skrzekliwym głosem, krzywiąc się lekko. Hermiona prychnęła cicho. Od czwartej klasy usiłowała walczyć z wykorzystywaniem skrzatów domowych, jednakże jej działania przynosiły mierny skutek. Przyczyną tego był nie tylko brak zainteresowania tematem wśród czarodziejów, ale także niechęć samych skrzatów do bycia wyzwolonymi.
-Napij się proszę z obu filiżanek, żeby udowodnić pannie Granger, że jest w nich jedynie kawa i herbata, a następnie podaj jej to, czego sobie zażyczy. - nakazanie skrzatowi napić się kawy i herbaty nie było specjalnym wykorzystywaniem, toteż Hermiona nie wiedziała za bardzo jak tym razem wyrazić swój sprzeciw, zwłaszcza widząc jak Gburek oblizuje się ze smakiem, opróżniając oba naczynka.
-Co podać szanownej panience? - skrzat po raz kolejny wykonał zamaszysty ukłon, prawie zamiatając długim nosem podłogę.
-Nie trzeba, naprawdę... - jednak pod nalegającym spojrzeniem Malfoya zmiękła i uznała - no dobrze, Gburku, jeśli byłbyś tak miły, poproszę o herbatę. - profesor uniósł lekko brwi, wyrażając spojrzeniem dezaprobatę wobec tej nadmiernej uprzejmości.
-Dwie herbaty. - rzucił zimno. Gburek zniknął i za kilkanaście sekund na biurku pojawiły się kolejne dwie filiżanki, tym razem obie wypełnione bursztynowym, parującym płynem. Malfoy ujął długimi, szczupłymi palcami uszko jednej z nich, natomiast drugą ręką wskazał Hermionie regał pełen książek.
-Podobno lubisz czytać. Proszę, wybierz sobie coś. - tego nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Wstała, lustrowała przez chwilę wzrokiem grzbiety ksiąg, po czym właściwie na oślep chwyciła jedną. Szybko zagłębiła się w lekturze, zupełnie odcinając się od niepokornych myśli o siedzącym naprzeciwko mężczyźnie. On jednak najwyraźniej nie chciał dać jej o sobie zapomnieć.
-Wciąż wyglądasz na spiętą - stwierdził w pewnej chwili, a Hermiona zorientowała się, że stoi za jej krzesłem. Położył jej dłonie na ramionach, a ona odwróciła się tak szybko jakby ją oparzył. - Nie przeszkadzaj sobie. Nie masz się czego bać, nic ci nie zrobię... - mówił tym samym, chłodnym tonem co zawsze, ale Hermionie zrobiło się gorąco. Odwróciła z powrotem głowę, aby ukryć, że się zaczerwieniła. Lucjusz zaczął łagodnie masować jej kark, sprawiając tym samym, że sens czytanych zdań z łatwością jej umykał.
-Hermiono, przestań udawać, że czytasz. Od dziesięciu minut nie przewróciłaś kartki. - na tę uwagę machinalnie odwróciła stronę. Malfoy zaśmiał się. - Kogo ty próbujesz oszukać? - zsunął ręce z jej ramion, ujął za dłonie i lekkim naciskiem wymusił zamknięcie książki. - Bądźmy szczerzy, nie jesteś dobrą aktorką. - wyszeptał jej prosto do ucha.
W tym momencie Hermiona zebrała w sobie całą odwagę na jaką ją było stać. W końcu jak mogła dać się tak onieśmielić? Ona, która widziała na własne oczy rzeczy milion razy bardziej przerażające, walczyła z takimi jak on, rzucała czary znacznie wykraczające poza przeciętny zakres wiedzy nastoletniego czarodzieja, igrała z czasem, a wreszcie pomogła zniszczyć samego Czarnego Pana. A teraz ma siedzieć jak trusia, nie mogąc znieść spojrzenia kogoś takiego jak Malfoy? Wstała, rzuciła książkę na biurko z taką energią, że filiżanki podskoczyły, szczękając głośno o spodeczki, po czym spojrzała mu gniewnie w oczy.
I nagle zmiękła. Miała zamiar na niego nawrzeszczeć, że co on sobie wyobraża, w co on pogrywa, jak on ją traktuje! Ale zamiast tego zrobiła coś, czego się po sobie zupełnie nie spodziewała - a może spodziewała się właśnie tego? Wspięła się na fotel, przyklękając na nim, twarzą do profesora, wplotła mu palce w te długie, platynowe włosy, chwytając je z taką siłą, że z pewnością poczuł ból, po czym wpiła się wargami w jego wciąż wygięte w drwiącym uśmieszku usta.
I w ten sposób Lucjusz Malfoy dostał to, czego chciał. Co więcej Hermiona nie mogła już sama przed sobą skutecznie ukrywać, że nie pragnie dokładnie tego samego.
P.S. Tak, wiem, że Hedwiga zginęła w siódmym tomie. Ale to fanfiction, a fanfiction rządzą się swoimi prawami. Tak więc z nieukrywaną radością ogłaszam, że w przyszłości mam zamiar przymknąć oko na śmierć jeszcze kilku innych, nieodżałowanych bohaterów sagi ;)
