Lawrence przycupnęło na krawędzi klifu z widokiem na gładką powierzchnię morza, gdzie ścierały się wiatry z wrzosowisk i znad wody mieszając zapachy ostu i soli. Nigdy nie cichł świst wichru, był jak niekończący się podkład pod ich życia, do którego Sam przyzwyczaił się wzrastając, jedyny dźwięk, który był mu bardziej znajomy niż krzyk demona.

Ktoś, kiedyś, zdecydował się zbudować im dom tam, nad samą krawędzią, zapierając się i mówiąc „to jest to, to jest moje." i od tamtego czasu Celtowie uparcie odmawiali przeprowadzki. Miasto rozrosło się jak mech na skale, dom za domem, coraz bardziej oddalając pola uprawne od toksycznej morskiej soli. Ich dom nie był duży, nie w porównaniu do innych miast z południa, a nawet do tych kilku wschodnich miast, z którymi prowadzili handel, ale wciąż istnieli. Wciąż na krawędzi, przez cały ten czas.

A tak długo, jak żyli tu ludzie, żyły i demony.

Nikt nie wiedział skąd przyszły ani dlaczego. Po prostu zawsze tam były, tak wieczne i niezmienne jak klify, tak samo stanowiąc też część ludzkiej codzienności.

Ale jedenaście lat temu zaczęły się ataki i kruchy pokój istniejący między demonami a ludzkością od niezliczonych pokoleń rozwiał się jak dym, równie łatwo zapomniany. Sam nie pamiętał jak było wcześniej, kiedy był małym chłopcem i nie musiał lękać się nocy ani własnej śmierci tak regularnie. Miał cztery lata gdy zaczęły się ataki. Był czterolatkiem gdy jego matka zginęła i wojna się rozpoczęła.

Ale nawet noce pełne piekielnego ognia i przejmujących demonich wrzasków nie wystarczyły, by zmusić Celtów do odejścia znad morza, z ich klifów. Ludzie Lawrence każdego dnia zmagali się z nowymi wyzwaniami. Każdego dnia dowodzili, że nie istnieje taka siła, która wywiodłaby ich ich domów.

Co się tyczy Winchesterów, rodziny Sama, rodziny jego ojca, to przewodziła ona wiosce od wielu pokoleń, a John Winchester był chyba najbardziej upartym ze wszystkich Celtów, z halabardą w dłoni i groźnym marsem na czole przeciw czarnym chmurom na horyzoncie. A tuż za nim, z ramionami równie sztywnymi i spojrzeniem pełnym siły, stał ich następny przywódca: starszy brat Sama, perfekcyjny łowca, perfekcyjny Celt. Perfekcyjny syn.

To nie tak, że Sam nie miał żadnych zalet. Dobrze walczył, szybko się poruszał i szybko myślał. W treningowej walce trudno było go pokonać, co było jednym z powodów, dla których ludzie powstrzymywali się przed mówieniem otwarcie co o nim naprawdę myślą. Umiał czytać, jako jeden z niewielu spośród Celtów, a poza tym ciężko pracował. Opatrzył i przypalił już mnóstwo ran w swoim życiu i bez mrugnięcia okiem robił swoje rękami unurzanymi we krwi.

Wiedział, że miał zalety.

Tylko że zmierzony celtycką miarą, tą samą co jego brat, wychodziło mu jednak sporo braków.

Dean był wysoki i silny, dorastał chodząc po śladach łowców i słuchając ich opowieści. Gdy miał dziewięć lat nauczyli go jak zakładać strzałę na cięciwę i celnie strzelać. W wieku jedenastu lat pokazali mu jak używać miecza i jak rzutem oszczepu strącić demona z nieba. W wieku lat piętnastu osiągnął dojrzałość i przeszedł przez Żelazną Rękawicę dowodząc swojej wartości przed swoją rodziną, wioską i przodkami, zdobywając halabardę – broń zarezerwowaną tylko dla łowców, osobistą i wykonaną wyłącznie dla nich.

Teraz, jako dziewiętnastolatek, miał opinię jednego z najlepszych pomimo swojego młodego wieku. Nie był aż tak dobry jak ich ojciec, albo jak Caleb, nawet nie jak Bobby był zanim stracił rękę, ale wierzono, że z czasem nabierze doświadczenia i osiągnie ich poziom – to była ostatnia rzecz, którą miał jeszcze do wywalczenia.

Dean był perfekcyjnym synem, szybkim i odważnym, świetnie radził sobie z bronią i jeszcze lepiej z kobietami, ale przede wszystkim nosił w sercu straszną złość i żądzę zemsty, których każdy łowca potrzebował w walce. Dean nigdy nie przestraszył się demona, nie upuścił broni i nie czekał, aż kto inny ocali mu życie.

Dean nigdy nie myślał nad nie podejmowaniem Rękawicy.

Ale następnej wiosny, Sam, który właśnie osiągał wiek piętnastu lat, rozważał właśnie tę opcję. Większość mieszkańców wioski była łowcami, ale to wcale nie oznaczało, że innych zawodów nie było, tak jak powiedziała Jo. Wolno było wybrać sobie inną profesję, choć zazwyczaj i tak próbowano przejść Rękawicę w wieku piętnastu lat, tylko po to, żeby dowieść swojej dojrzałości. Ci, którzy tak robili zazwyczaj spektakularnie przegrywali ze świadomością, że to po prostu nie ich kawałek chleba, ale wciąż jako dorośli w oczach reszty wioski, już nie dzieci, ale ktoś, komu należy się szacunek. Jako części społeczności.

Dla Sama nie podjęcie Rękawicy nigdy nie było dostępną opcją. Nie przejście Rękawicy nigdy nie było opcją.

Był Winchesterem - synem Johna Winchestera. Jego przeznaczeniem było zostać łowcą.

Wyglądało na to, że bez względu czy on tego chciał, czy też nie.

Gdy nastał drugi dzień Maja, piękny, jasny dzień, i Dean przyszedł obudzić go kopniakiem z szerokim uśmiechem na ustach wyglądając na ogromnie podnieconego, jakby to, że Sam miał zaryzykować życie i zdrowie dla jakiegoś testu było czymś wspaniałym, Sam wstał i spojrzał za okno na niebo i wiedział bez żadnych wątpliwości, że on swojej Rękawicy nie podejmie.

Jo miała rację, wszystkie te miesiące temu. Mógł zmarnować życie jako beznadziejny łowca, albo spędzić je na czymś, w czym był dobry i przysłużyć się społeczeństwu w znacznie lepszy i bardziej znaczący sposób.

Teraz musiał już tylko przekonać o tym swoją rodzinę.

Zszedł na dół z półki na której spał, spokojnie pokonując kolejne schody aż znalazł się w głównym pomieszczeniu na samym dole. Ojciec i brat czekali przy ognisku pijąc coś z ciężkiego, żelaznego kotła wiszącego nad ogniem i wola Sama niemal nie wytrzymała pełnego dumy uśmiechu, z jakim ojciec podał mu parujący kubek.

- Dzięki – wymamrotał Sam czując się jak najgorszy drań i wysączył trochę, parząc usta bulionem. Skrzywił się nieznacznie, ale potem gorący, słonawy płyn spłynął przełykiem do żołądka ogrzewając go od środka, chroniąc przed chłodem wczesnego poranka. Zamruczał i wziął większy łyk.

- To jak, podekscytowany, Sammy? - spytał ojciec siadając z chrząknięciem w swoim starym, swachanym fotelu i rozluźniając się.

- Um, - zaczął Sam.

- Pamiętam, że twój brat tak się palił, że niemal potknął się o własne stopy.

- Tato – jęknął Dean unosząc się z kucek od poprawiania węgli w ognisku.

- No co, tak było. Zapomniałbyś też swojej broni gdybym ci jej nie włożył w ręce.

- To był wielki dzień! - bronił się Dean. - Ja... ćwiczyłem. W swojej głowie.

- Na pewno – odparł John z uśmiechem przekomarzając się z synem tak, jak Sam nigdy nie potrafił – i zawsze trochę im tego zazdrościł. - Pij, Sammy. Na pustym żołądku głowa źle pracuje.

- Przy pełnym też nie – dodał Dean jakby właśnie wypowiadał wielką mądrość. - Pamiętasz jak Ash podejmował swoją? Kaszanka i kiełbaski wszędzie.

Sam skrzywił się i Dean uśmiechnął się szeroko najwyraźniej osiągnąwszy swój cel.

Sam spojrzał w dól na swój bulion nie mogąc wytrzymać tego jak zachowywała się jego rodzina. Nie mogąc pogodzić się z tym, że się cieszyli z jego powodu. Byli tacy podnieceni. Takie chwile były rzadkością, a jednocześnie wszystkim czego Sam chciał. I zaraz miał to zniszczyć.

- Ja... nie będę przechodził Rękawicy.

Bulion w jego dłoniach przemieścił się nieznacznie, światło ślizgało się po jego złotej powierzchni pomiędzy nieregularnościami i ściankami naczynia. Nie uniósł wzroku, nie od razu. Nie chciał na to patrzeć – wiedział jak będzie wyglądał cały proces: niesamowita duma, a potem, powoli, niezrozumienie. Kilka sekund na szok, a następnie, bez wątpienia, furia.

Sam po prostu czekał, wbijając wzrok w kubek ściskany w dłoniach, czekał na ten etap gdy odzyskają mowę. Zajęło to nawet mniej niż zakładał.

- Co? - To był głos jego ojca. Jeszcze nie wściekły. Zbyt na to zdziwiony, jakby Sam nagle zaczął mówić obcym językiem i to, co wychodziło z jego ust nie miało najmniejszego sensu.

- Nie przejdę dziś Rękawicy.

- Jak myślisz, że nie jesteś gotowy – wtrącił Dean z nadzieją w głosie - to możemy to trochę opóźnić. Znaczy... to nie żaden problem. Mogę pomóc ci jeszcze potrenować. Prawda, Tato? Nic złego w tym, że chcesz się lepiej przygotować.

Sam wydał z siebie dźwięk frustracji.

- Nie. Miałem na myśli to, że nie przejdę Rękawicy. W ogóle. Nigdy.

- I niby za jaką cholerę nie? - warknął jego ojciec i oto była. Złość, której oczekiwał Sam. Próbował się zebrać w sobie choć wydało mu się to głupie, przeciwko dwom w pełni przetrenowanym łowcom, z których obaj mieli przewagę wzrostu i wagi.

Nie to, żeby to miało jakieś znaczenie. Nie doszłoby do rękoczynów. Z nimi tak się nigdy nie działo. Walczyli słowami, które były znacznie ostrzejsze i raniły znacznie głębiej.

- Ponieważ – zaczął Sam i wreszcie uniósł wzrok starając się nadać swoim rysom pewności, żeby pokazać im swoją determinację. - Nie nadaję się do niczego jako łowca. Obaj wiecie, że nie nadaję się na łowcę. Mogę tam wyjść, przejść Rękawicę i przegrać i tak zacząć nowe życie, albo mogę tego po prostu nie robić. Jaki jest sens ryzykować utratę zdrowia albo i gorzej, tylko po to, żeby dowieść czegoś, o czym wszyscy od dawna wiedzą, że jest prawdą? Nigdy nie będę łowcą. Po co mam przechodzić przez stary rytuał, żeby to potwierdzić?

- A więc to o to w tym wszystkim chodzi? - John uniósł się z fotela. - Boisz się? Za bardzo przeraża cię to, że możesz sobie zrobić krzywdę, żeby zrobić chociaż tyle? Postąpić zgodnie z tradycją?

Sam wydał z siebie dźwięk obrzydzenia, choć raz pragnąc, żeby ktoś posłuchał co wychodzi z jego ust i to zrozumiał.

- Nie boję się. To nie o to chodzi. Chodzi o... przemyślenie całej sytuacji. O to, żeby nie robić tego co wszyscy robią bo myślą, że muszą. O nie robienie tego, co chcesz, żebym zrobił tylko dlatego, że ty tego chcesz. Wiem, że dla ciebie jestem rozczarowaniem, ale nie muszę nim być. To nie tak, że jestem kompletnie bezużyteczny. Jak chcesz z jabłka zrobić młotek to nigdy nic nie wyjdzie, ale żeby jabłko miało być jabłkiem... A ja mogę by dobry. Mogę być dobrym... jabłkiem. - No dobra, to porównanie było do bani. - Umiem opiekować się rannymi. Umiem planować siewy. Dużo rzeczy umiem. I jestem pewny, że mógłbym zostać praktykantem u kogoś. Może u piekarza, albo u któregoś z rybaków.

- Rybaków? Sam, co do cholery? - spytał Dean z wyrazem kompletnego osłupienia na twarzy.

- To nie musi być konkretnie to. Ja tylko mówię... ja... - ktoś mi powiedział, jakiś czas temu, że mogę spędzić całe życie na byciu fatalnym łowcą, albo mogę robić coś, w czym byłbym naprawdę dobry. Czy to by nie było z korzyścią dla wszystkich? - Sam spróbował uśmiechnąć się z nadzieją. - Znaczy, czy nie byłoby lepiej dla całej społeczności, żebym robił coś do czego się nadaję? Żebym się przydał zamiast zawalać łowy?

- Albo mógłbyś się ogarnąć i robić swoje jak należy – powiedział John z zawziętym wyrazem twarzy. - To są tylko wymówki, żebyś nie musiał zajmować się tym, co uważasz za niskie. Cóż, dla ciebie nie jest. Polujemy na demony od lat, Sam, odkąd odebrały nam twoją matkę, a przed tym polowaliśmy na wszystko, co zagrażało naszym ludziom, a także dla zdobycia żywności. Tym nasza rodzina zajmowała się od pokoleń.

- Ale to nie jest dobry powód, żebym ja po prostu- - Ale Sam nie mógł powiedzieć nic więcej bo oto John podchodził do niego, prosto w jego przestrzeń osobistą.

- Dobry powód? A co powiesz na to, że to cholerstwo zabiło twoją matkę? Czy to nic dla ciebie nie znaczy?

- Oczywiście, że ma-

- No mnie się nie wydaje. Chcesz mi powiedzieć, że nie przejdziesz swojej Rękawicy, nie zdobędziesz swojej halabardy. Nie będziesz pracował na to, żeby pozbyć się tych stworzeń, które mordują ludzi, Sam. Ludzkie życia od tego zależą, a ty chcesz tak po prostu to zostawić.

- Łowcy potrzebują kogoś, żeby ich wyżywił, Tato! Wciąż potrzebują kogoś, żeby przypalał im rany i naprawiał broń. Dlaczego ja nie mogę tego robić? Wciąż mogę się przydać! Mogę pomóc w walce upewniając się, że łowcy mają to, czego im trzeba, żeby mogli walczyć.

- Tak robią tchórze, Sam, i ja na to nie pozwolę. Masz obowiązek wobec naszego ludu, wobec rodziny i wobec swojej matki, żeby to zrobić i przysięgam ci na bogów, że jak cię nie zobaczę na polach treningowych to własnoręcznie cię tam zaciągnę.

Sam zagapił się na niego czując jak złość przelewa się przez niego gorącą falą i Dean musiał to zobaczyć, przyzwyczajony do kłótni między Samem i Johnem, bo nagle był tuż obok nich unosząc obie dłonie.

- Czekajcie. Możemy to obgadać. Serio – to nie musi być dzisiaj. Więc Sam potrzebuje jeszcze chwili, żeby się ogarnąć-

- Nie muszę się ogarniać, Dean! - warknął Sam nie mogąc już dłużej tego znieść. Rzucił swój kubek na ognisko i słuchał jak glina upada na kamień i gorący bulion wylewa się na węgle nadając im pomarańczowego blasku. - Nie oszalałem, wiesz. To wy dwaj macie ochotę biec i wyskakiwać naprzeciwko ziejącym ogniem potworom. Nigdy nie przyszło wam do głowy, że to wy jesteście szaleni w tej rodzinie? Dlaczego to ja straciłem rozum, bo nie chcę tego robić? Czy może obaj zapomnieliście, że to ja musiałem patrzeć jak to coś rozrywa ją na strzępy?!

Pod koniec już krzyczał i wiedział, że posunął się za daleko gdy usłyszał jak Dean wessał powietrze przez zęby, ale nie mógł się zatrzymać, był zbyt nabuzowany, żeby przestać i słowa wylatywały z jego ust jak ptaki z klatki. Reakcja ojca był natychmiastowa. W mgnieniu oka złapał Sama za kołnierz i przyciągnął do siebie.

John nie uniósł ręki do ciosu, nie zrobiłby tego, ale obaj patrzyli jeden na drugiego, John z oczami pełnymi złości i bólu, Sam starając się być silnym, nie dać się głupiemu, dziecinnemu impulsowi żeby zrobić wszystko, wszystko co tylko było możliwe, żeby ojciec był z niego dumny. Żeby spojrzał na niego z miłością, a nie rozczarowaniem.

Miał świadomość, że mógłby się złamać i zrobić to, czego chciał od niego ojciec, stać się pustym, kwadratowym człowiekiem, którym wiedział od zawsze, że się stanie, niezdarnie próbując wpasować się w przygotowany dla niego okrągły otwór. Ale jaki byłby tego sens? Być nieszczęśliwym żeby ojciec go nie nienawidził? Walka z wiatrakami.

Nigdy nie dorówna Deanowi. Tyle wiedział. Nigdy nie będzie wystarczająco dobry.

Złapał rękę ojca za nadgarstek i pociągnął, dopóki ten go nie uwolnił. Jak najspokojniej Sam cofnął się o kilka kroków. Szczękę miał sztywną gdy przełknął na widok obu, ojca i Deana, stojących przed nim, patrzących na niego.

- Jeśli nie przejdziesz Rękawicy... - zaczął jego ojciec brzmiąc jakby mu brakowało tchu, jakby emocje niemal odebrały mu mowę i to przerażało Sama. Lękał się widzieć, jak jego niezniszczalny ojciec tak mocno się przejmował. Ale nic dobrego by z tego nie wyszło gdyby Sam się wycofał tylko po to, żeby go uszczęśliwić. - Jeśli chcesz odwrócić się od rodziny to powinieneś zrobić to jak należy.

Sam zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

- No dalej. Nie zatrzymuj się w połowie. Odwracasz się od wszystkiego w co wierzymy, wszystkiego czym jesteśmy, równie dobrze możesz pójść do końca. - John skrzyżował ręce na piersi patrząc na Sama jakby rzucał mu wyzwanie, bo w istocie dokładnie to robił.

Gdyby Sam się teraz wycofał to do końca życia uginał by się wedle woli ojca. John Winchester był dobrym człowiekiem, silnym mężczyzną, który kochał swoich bliskich – Sam nie kwestionował żadnej z tych rzeczy. Ale John Winchester miał też wkurzający nawyk myślenia, że każdy podporządkuje się jego rozkazom i jak każdy dobry przywódca łatwo ignorował głosy innych i Sam wiedział, że mógłby się temu poddać. Zrównać z szeregiem i być takim synem. Starać się ze wszystkich sił by być jak Dean.

Ale on nie chciał być jak Dean. Kochał brata, mocniej niż powinien, ale Sam chciał być jak Sam i teraz widział to z krystaliczną przejrzystością: jeśli zostanie nigdy nie będzie Samem.

Jo miała rację, nawet jeśli użyła złych słów. Tu nie chodziło o Sama poddającego się jako zły łowca, żeby zostać dobrym kimś innym. Chodziło o Sama poddającego bycie wadliwym Deanem i stającego się lepszym sobą i nie mógł nie podjąć tego wyzwania albo nigdy by sobie nie wybaczył.

Ciężko przełknął ślinę, nienawidząc tego, że musiał to zrobić, ale odwrócił się i podszedł do drzwi czując na plecach wzrok milionów oczu.

Dłoń Sama dotykała już klamki gdy ciszę przeciął głos Johna.

- Jeśli wyjdziesz za te drzwi, nigdy nie waż się wracać.

Sam zamarł, nie mogąc zdecydować pomimo swojego przekonania.

Instynktowną reakcją było się odwrócić, pomimo siebie, bo do jasnej cholery nie chciał opuszczać rodziny. Przynajmniej nie na zawsze. Tylko oni mu zostali i choć często się z ojcem ścierali to nie znaczyło, że go nie kochał. Był jego jedynym rodzicem.

I nikt nie mógłby oskarżyć Sama, że nie wystarczająco kocha swojego brata. Tylko w drugą stronę.

Dłoń Sama zacisnęła się na klamce i poczuł chęć, żeby się odwrócić i powiedzieć „dobra". Złamać się tak jak zawsze się łamał bo tego oczekiwał John. Że nikt go nie zakwestionuje i wszystko wróci do normy.

Ale tym razem Sam wiedział, że nawet jeśli John nie blefował, to on się nie złamie. Miał upór w genach, we krwi. Gdyby się odwrócił i wycofał, został w domu, zrezygnowałby tym samym z własnego życia, z chociażby cienia marzeń i zostałby kimś kim nie chciał być. Umarłby przedwczesną śmiercią i jeśliby miał szczęście to może pamiętaliby go przez pięć minut między atakami, gdy kończył się czas na opłakiwanie.

A Sam nie chciał uwierzyć, że tak niewiele był wart.

Więc bez słów otworzył drzwi i wyszedł w jasny świt.

Gdy drzwi się za nim zamknęły zatrzymał się, przez pół uderzenia serca pozwolił sobie mieć nadzieję, że ktoś przyjdzie, że drzwi z powrotem się otworzą i stanie w nich jego ojciec mówiąc, że to był błąd i wcale nie tego chciał. Że przyjdzie Dean i powie, że poradzą sobie z tym, że wszystko będzie dobrze. Że pogada z ich tatą i wszystko uładzi i że sytuacja nie była aż tak zła na jaką wyglądała.

Ale drewniana płyta pozostała cicha i nieporuszona, bariera nie do przebycia pomiędzy tym życiem, które mógł mieć, a którego chciał. Patrzył na nią, błagając by drgnęła, by się otworzyła, prosząc o jakikolwiek znak, że nie musiał wybierać między rodziną a swoją przyszłością, ale drzwi pozostały zamknięte, a dom cichy.

Łaski nie okazano.

/txtbreak/

No... Miałam mały poślizg, ale to chyba nikomu tak bardzo nie przeszkadza. Jeszcze. Zdaję sobie sprawę, że nie idzie to zbyt szybko, ale zapewniam, że jak już wejdziemy głębiej to nie da rady się oderwać ;P

Wielkie dzięki Destructioneza ciche wsparcie i kochanej limbo za komentarz :)

Do zobaczenia przy następnym rozdziale!