Z początku, bo tak, Sam znalazł się na ścianie klifu, gdzie ukrył w dziurze kilka książek po swojej matce tak, żeby były bezpieczne od demonów. Wyciągnął tę, którą sama napisała i przeciągnął palcami po atramencie, po literach, które narysowała i tam zasnął zwinięty na piasku.
Jednakże było znacznie za zimno, a skała nie zapewniała żadnej ochrony przed silnym i lodowatym morskim wiatrem. Nie specjalnie się wyspał ciągle się budząc, szukając koców, których nie miał i gdy słońce wzeszło w pełni musiał przyznać, że potrzebny mu lepszy plan.
Następnego dnia wrócił więc do wioski logicznie wiedząc, że ludzie wcale się wszyscy na niego nie gapili, że wcale nie wiedzieli co się stało i w związku z tym nie mieli co go oceniać. Co nie zmieniało faktu, że tak się właśnie czuł i Sam patrzył prosto przed siebie unikając patrzenia im w oczy. Niestety to sprawiało, że jeszcze łatwiej było mu sobie wyobrazić, że kątem oka wszyscy wbijają w niego wzrok, więc jak najszybciej przebił się przez miasto aż do stajni.
Oczywistym było, że właścicielka bardzo była ciekawa gdy poprosił o możliwość spania w sianie na strychu i co chwila próbowała wyciągnąć od niego jakieś informacje. Sam wiedział, że nikomu nie umknął fakt, że nie przeszedł Rękawicy poprzedniego dnia, ale zbywał jej pytania najlepiej jak umiał nie chcąc się zagłębiać. Wiedział, że za niedługo stanie się wioskową plotką, a nie chciał, żeby tata albo Dean myśleli, że złośliwie się dołożył do spekulacji.
Sam nie miał zbyt wielkich nadziei na pojednanie, ale wiedział, że nie będzie miał najmniejszych szans jeśli jego rodzina myślała, że rozpuszczał o nich paskudne ploty.
Przez następny tydzień spał na strychy z kilkoma kocami. Siano było miękkie, choć odrobinkę kłujące i wystarczyło, żeby powstrzymać większość nocnego chłodu. Zapłacił właścicielce czyszcząc boksy, było to znajome zajęcie z dzieciństwa, bez problemu. Tak czy inaczej lubił spędzać czas z końmi – rozumiał je tak jak rzadko rozumiał ludzi.
Dean przyszedł tylko raz – pod koniec tygodnia i po tym jak wyglądała ta wizyta Sam nie za bardzo mógł go winić za to, że nie wrócił.
- Zachowujesz się jak dupek. - Przyszła pierwsza obelga po jakichś piętnastu minutach niezręcznej ciszy i jeszcze bardziej niezręcznej gadki szmatki.
Sam nie był w stanie stwierdzić jak od tego przeszli do wrzasków, ale wiedział, że od słowa do słowa poszło im to szybko. Jak zawsze pomiędzy nimi.
- Ja zachowuję się jak dupek? Ja nigdy nie chciałem zostać wydziedziczony! To on mnie wyrzucił!
- Wyszedłeś za drzwi!
- Chciałem tylko mieć coś do powiedzenia w kwestii własnej przyszłości! A nie zostawić rodzinę.
- Ta, ale i tak wyszedłeś za drzwi, nawet wiedząc czym to grozi.
- A jaki miałem wybór, Dean? - Sam rozłożył gwałtownie ręce na boki. - Zostać i próbować być czymkolwiek Tata chce, żebym był nieważne co ja o tym myślę, albo odejść i spróbować żyć własnym życiem!
- Cholera, nie dramatyzuj tak – prychnął Dean. - Tata nie okradał cię z twojego życia-
- Równie dobrze by mógł! Myślisz, że ile dam radę pożyć jako łowca? Co? Kurde, jestem przerażony przy każdym ataku, zawsze byłem, od dziecka. Przerażony, że zginę, albo że ty albo Tata nie wrócicie.
Dean zdawał się nieco przyhamować słysząc to i gniew na jego twarzy nieco złagodniał więc Sam mówił dalej.
- Za każdym razem gdy musieliśmy iść pod klify przez całą noc myślałem, czy nie stracę kolejnego członka rodziny. A zrobiło się jeszcze gorzej odkąd ciebie tam ze mną zabrakło, bo zamiast tego byłeś na zewnątrz z tymi debilami i ich włóczniami szukając okazji na bycie zjedzonym! I świetnie ci to wychodziło! Wystarczająco się boję, że stracę jednego z was, ale wy przynajmniej wiecie co robicie. Ja w takich przypadkach jestem cholernym ciężarem i zdaje się, że wiedzą to wszyscy tylko nie Tata.
- Mógłbyś się poprawić gdybyś tylko spróbował-
- No jasne. Mogę się mocniej starać, żeby się kurewsko nie bać za każdym razem jak widzę demona. Dzięki, Dean, nigdy wcześniej na to nie wpadłem. - Zobaczył jak cała łagodność znika z twarzy Deana w reakcji na sarkazm, ale nie przestał mówić. - Zawsze uwielbiałem zamierać w przerażeniu, niezdolny się uratować. Naprawdę uważasz, że przeżyję chociaż dziesięć minut? Każ mi tam iść, Dean, a zginę. Zmrozi mnie i zginę.
- Nie jesteś już dzieckiem, Sam! - odparł gorąco Dean. - Kiedyś musisz dorosnąć i to przemóc.
Sam zaśmiał się, ale bez krzty radości. To był śmiech kompletnego zdumienia, jakby ktoś właśnie powiedział mu, żeby dorósł i przemógł to, co pozostawił w nim widok śmierci matki. A zaraz, ktoś właśnie to zrobił.
- Pierdol się, Dean. Po prostu... pierdol się.
- Dobra! - Dean rozłożył ramiona. - Tak chcesz się zachowywać, to proszę. Tylko pamiętaj, że to twoja decyzja, Sammy. Nie zwalaj winy na nas.
Z tymi słowy Dean odwrócił się i odszedł, a Sam zawołał za nim, żałośnie, ale musząc mieć ostatnie słowo.
- Co to za decyzja, Dean! - wrzasnął, i stał tam i dyszał, ale Dean się nie odwrócił, tylko odmaszerował, a jego sylwetka promieniała gniewem. I w tej minucie, w tej sekundzie gdy Dean wyszedł z cienia stajni na słońce, Sam pożałował wszystkiego.
To nie mogło pójść inaczej, ale i tak żałował.
I tak miał ochotę pobiec za bratem i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, jakoś, bo Sam zawsze biegał za swoim bratem.
Nie miał pojęcia kiedy to przerodziło się z czegoś w porządku w coś definitywnie nie w porządku. Może wtedy gdy byli dziećmi, gdy Sam wciąż miał swoją mamę, a Dean nie był taki odległy i zawsze spędzali czas razem. Odkąd umarła nic już nie było takie samo, ale to wcale nie znaczyło, że Sam nie czuł tego przemożnego pragnienia, żeby zobaczyć radość w oczach brata. Żeby Dean się do niego uśmiechnął szeroko, klepnął go po plecach i nazwał go bratem. A może nawet czymś jeszcze. Żeby znów byli nierozłączni tak, jak za dziecięcych lat, a może i jeszcze bardziej.
Teraz nie byli już tacy nierozłączni.
Sam nie był do końca pewny czy to uczucie, którym przepełnione były jego piersi to złość czy rozpacz, czy może jakaś okropna mieszanka obu, ale sprzątał boksy z wyjątkowo wściekłą energią przez całą resztę dnia. Ułożył się do sny nad stajnią, słuchając koni grzebiących w sianie i rżących do siebie w cichej rozmowie, ale sen mu umykał. Patrzył się w ciemność czując jak siano drapie mu skórę i zastanawiał się co ma teraz ze sobą zrobić. Jakim człowiekiem będzie, jeśli nie takim, jakiego chciał jego ojciec.
Jakaś jego część chciała szukać zemsty, żeby się jakoś wykazał, dowiódł swojej wartości, ale to by nikomu nic nie dało. Wyszedł przez tamte drzwi by zostać mężczyzną, który nie żył według rozkazów swego ojca i zrobienie czegoś takiego równie mocno by się z tym ojcem wiązało co posłuchanie go. Niestety to wciąż dawało mu niewiele opcji.
Nie wiedział kim chciał być.
Jego przeznaczeniem od zawsze było zostać łowcą, podążać śladami rodzinnej tradycji i do tych kilku miesięcy wstecz to nigdy jeszcze nie zostało zakwestionowane. Miesiące te przeznaczone były głównie na myślenie, czy mógł wybrać inny cel w życiu, nie co by mogło ty celem zostać. A teraz leżał nad stajnią starając się zasnąć, bez domu, bez rodziny czy kogokolwiek i bez konkretnego pomysłu na cokolwiek, a już najmniej na życie.
Wcześniej to się wydawało takie proste – tylko wybrać zawód i iść w tym kierunku. Ale to nie było to. Chodziło o to, żeby znaleźć sobie miejsce, miejsce na świecie, które będzie miało kształt Sama i do którego będzie należał tak jak nigdy nie przynależał w domu Johna.
Ale noc nie przyniosła mu żadnych odpowiedzi, zatrzymując wszystko dla siebie w sekrecie, zamiecione pod cienie i ukryte, jednocześnie odbierając mu sen w akcie czystej złośliwości.
Dopiero gdy znów pomyślał o Deanie, o tym jak brat spojrzał na niego i dał mu odejść, dopiero wtedy Sam zapłakał.
Pragnął, bardziej niż czegokolwiek na świecie, żeby móc być tym, czego chciała jego rodzina. Żeby mógł być tym Samem, którego potrzebowali, Samem, którego stracili jedenaście lat wcześniej, a nie jakimś wylęknionym chłopcem śpiącym samotnie na słomianym strychu bez miejsca na ziemi, które mógłby nazwać domem.
Zeszli nad jezioro, nad samą wodę, gdzie jesienny bryza dmuchała mocno, nieprzerwanie na południe, a z nią leciały ptaki i szły leśne zwierzęta i cały świat poza ludźmi Lawrence. Matka Sama stała na brzegu, owinąwszy się ramionami, ciaśniej zawijając koc wokół szczupłych ramion. Wiatr mierzwił jej włosy i Sam drżał, ale nic go to nie obchodziło.
On i Dean do kolan stali w wodzie, bez butów i z podwiniętymi nogawkami i gonili żaby. Śluzowate zwierzątka były szybkie i zwinne, nieruchome jak skała dopóki któryś z chłopców się nie zbliżył, a wtedy stawały się kolorową smugą ruchu, skacząc zbyt szybko, by za nimi nadążyć. Deanowi lepiej szło czekanie. Sam zawsze rzucał się do przodu za szybko i tracił ofiarę.
- Musisz być ciszej, Sammy – poradził Dean z mądrą miną gdy Sam wydął wargi po tym, jak jego ostatni wypad na żabkę nie wypalił.
- Jestem cicho – narzekał Sam, bo był całkiem pewny, że zachowywał się cichutko, ale Dean tylko pokręcił głową.
Sam wysunął dolną wargę. Znał ten wyraz twarzy Deana: Małe dzieci nic nie wiedzą.
- Chłopcy – powiedziała ich matka, wyczuwając potencjał na walkę. Obaj unieśli wzrok i Sam zastanowił się jak to możliwe, że zawsze wiedziała gdy był o włos od powiedzenia czegoś, czego nie powinien. Jakby czytała mu w myślach.
Pozwoliła im bawić się jeszcze przez kilka minut, aż wiatr przybrał na sile, świszcząc nad polami i wśród drzew, a słońce zaczęło zachodzić.
- No chodźcie już, zanim się zaziębicie – ponaglała. - Nie chlapcie! I tak już jesteście cali mokrzy.
Obaj chłopcy wygramolili się z chłodnej wody na brzeg do mamy, która usiadła na ziemi i otworzyła ramiona by zawinąć ich obu w koc i przyciągnąć do siebie. Sam drżał, ale uśmiechał się, nawet nie myśląc zanim oparł swoje brudne rączki o jej sukienkę.
Mama wymasowała im ramiona, chroniąc od chłodu nadchodzącej zimy.
- Stary, zimno jest – wymamrotał Dean i Sam poczuł jak wtulał się w ich mamę. Poczuł też jak lodowate palce brata dotykają jego własnych i Dean zaczął się odsuwać, ale Sam złapał jego rękę i przytrzymał w swojej. Po drugiej stronie mamy Sam zobaczył jak brat uśmiechnął się do niego, jakby razem dzielili jakiś sekret.
- Czy tam skąd jesteś kiedykolwiek robiło się zimno, Mamo? - Sam spojrzał w górę na nią, jak zawsze ciekaw odległych korzeni matki. Najdalej jak zapuścił się dotąd z wioski to było na pola, albo do portu u stóp klifów. Ale mama pochodziła z dalekiego południa, pewnego dnia pojawiając się tajemniczo, samotna. Tak powiedział ich tata. Przepiękna młoda kobieta, całkiem sama i bez żadnej przeszłości, tylko z imieniem - Mary.
- Czasami... - odparła matka przechylając głowę w zamyśleniu. - Zimą robiło się okropnie zimno. Nie tak zimno jak tutaj, ale wciąż padał śnieg. Ja i inne dziewczęta zbierałyśmy się wtedy w moim pokoju, wszystkie razem. - Przyciągnęła chłopców jeszcze bliżej by zademonstrować, jakby dzieliła się z nimi tajemnicą. - Siadałyśmy wokół ogniska. Mogłyśmy pić gorący cydr i i zajadać mięsną zapiekankę i opowiadać sobie historie, żeby pozbyć się chłodu.
- Brzmi fajnie – wymamrotał Sam do siebie, mrucząc z przyjemności gdy wyobrażał sobie tłuszcz z soczystego mięsa wsiąkający w ciasto i trafiający do brzucha, grzejący go od środka.
- Mówiłyśmy o lecie... O tych kilku miesiącach ciepła, kiedy świeciło nam słońce. Wygrzewałyśmy się w nim. - Mówiła tak dobitnie i z takim przekonaniem, że Sam niemal czuł promienie na sobie pomimo zachmurzonego nieba i zimnego wiatru. - Widzicie, my się w nim pławiłyśmy. Słońce wsiąkało nam tak głęboko, że aż w same kości i kiedy przychodziła zima, kiedy nadchodziły chłody, a słońce się chowało, ciepło przychodziło z naszego wnętrza i pozwalało iść przed siebie, przypominając, że mróz odpuści i w końcu znów nadejdzie wiosna.
- Tamto miejsce brzmi super - powiedział Dean patrząc na mamę, która uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Moglibyśmy je odwiedzić? - spytał skwapliwie Sam pokazując zęby w podekscytowanym uśmiechu.
Uśmiech matki przybladł, zmarszczyła brwi i zacisnęła usta jakby nie wiedziała nawet gdzie zacząć. Od czasu do czasu Sam widział w niej przebłyski smutku, tak jak teraz gdy próbowała znaleźć jakąś odpowiedź, gdy nagle z drugiej strony jeziorka rozległ się dziwny dźwięk, szszszsz-szszszsz-szszszsz, którego Sam jeszcze nigdy w życiu nie słyszał i nie miał nawet pojęcia do czego go porównać.
Gwałtownie uniósł głowę i gwałtownie nabrał powietrza w płuca zaciskając ręce wokół matki gdy zobaczył ogromne, brunatne stworzenie pokryte łuskami, do których poprzyczepiane były skorupiaki, z dwoma wielkimi skrzydłami wyrastającymi z jego pleców, akurat zwalniającymi swoje ruchy do lądowania po przeciwnej od nich stronie jeziorka. W końcu wszystkie cztery masywne kończyny spoczęły na ziemi.
Demon.
Sam widział je już wcześniej z daleka, czasem nocą jako niewyraźną smugę, ale nigdy tak. Nigdy z tak bliska w świetle dnia, gdy żaden detal nie umyka, każde zagłębienie, pazur i kieł perfekcyjnie widoczne. Sam spróbował odczołgać się do tyłu wciąż nie puszczając mamy.
- Ćśśś, ćśśś – powiedziała cicho – obaj.
Sam zerknął w bok i zobaczył, że oczy Deana także były szeroko otwarte i wlepione w dziwne stworzenie, choć nie próbował uciec tak jak Sam.
Demon patrzył na nich przez jeziorko z uwagą wszystkimi czterema oczami, a potem uniósł gigantyczną głowę i zaczął niuchać w powietrzu.
Czuje obiad, pomyślał Sam i był zdziwiony, że mama nie prowadzi ich daleko stąd do bezpieczeństwa.
Demon patrzył na nich przez długi czas z wielką uwagą i Sam czekał na ten moment gdy skoczy, rozewrze ogromne, spiczaste szczęki ukazując rzędy straszliwych zębisk i pożre ich wszystkich jednym kłapnięciem i połknie w całości, tak jak to robiły demony w opowieściach innych dzieci, które opowiadano sobie nad ogniskiem.
- Mamo, proszę – błagał szeptem choć wiedział, że demon usłyszy go i tak.
- Ćśśś – odparła. - Wszystko w porządku... Nigdy nie pozwoliłabym, żeby coś wam się stało. Ufasz mi, prawda?
Sam niepewnie skinął głową – pełen ufności, przekonany, że nigdy nie chciałaby, żeby coś im się stało, ale nie pewny, czy demon nie zaatakuje tak czy inaczej. Dean też kiwnął głową, ale nie patrzył na matkę. Oczy wciąż miał utkwione w demonie, na którego Sam ledwie ważył się zerknąć, a na twarzy wyraz bardzo przypominający ich ojca: uważny, opiekuńczy. Niemal groźny, jakby wyzywał stworzenie, żeby czegoś spróbowało.
Sam nie miał pojęcia dlaczego cała jego rodzina była kompletnie szalona.
Sekundę później demon usadowił się wygodniej na ziemi tuż przy brzegu jeziorka i pochylił głowę by się napić, otwierając paszczę, żeby woda napłynęła, a potem odchylając głowę do tyłu i płyn znikał w jego szybko pracującym gardle. Sam przełknął ślinę pod wrażeniem wielkości szyi demona z pełną świadomością, że bez problemu by się zmieścił w przełyku.
- Nie bójcie się. - Głos jego matki był cichy. - Widzicie? Wylądował tylko na łyk wody.
- I może przekąskę. - dodał Dean i Sam drgnął.
- Dean! -skarciła go, niemal za głośno. - Nie strasz brata.
Dean prychnął i już miał coś powiedzieć gdy spojrzał na twarz Sama i zmienił zdanie, a cała irytacja ustąpiła miejsca uśmiechowi na jego ustach. Uśmiechowi, który Sam dobrze znał. To był ten uśmiech, którym Dean go obdarzał, gdy uczył go chodzić i wspinać się na skały i drzewa tak, że by nie spadł, trzymając go za rękę i mówiąc „tutaj Sammy". To był uśmiech, któremu Sam ufał bezgranicznie bo zawsze, bez wyjątków, zawsze oznaczał, że nic złego się nie działo.
- Nie jest straszny, Sammy. Mama ma rację. Jest tam daleko. A nawet jeśli przyszedł to po nas? To ja bym z nim walczył, żebyś mógł uciec.
- Walczyłbyś...? - dopytał Sam, nieprzekonany.
- No pewnie. Zawsze się upewniam, że jesteś bezpieczny, co nie?
- No tak, ale... - Sam mu uwierzył. Skoro Dean mówił, że go ochroni to znaczyło, że Sam był bezpieczny. Sam poczuł jak znika jego strach o siebie samego, ale natychmiast zastąpił go nowy. - Ale co z tobą? Co jeśli coś stanie się tobie?
Nie potrafił sobie wyobrazić świata, w którym nie byłoby Deana. Bez jego starszego brata, za którym chodził, i którego uważał za bohatera, starszego brata, który zawsze pozwalał na to, nawet jeśli starsi koledzy mówili mu, że powinien zostawić dzieciaka. Starszego brata, który wchodził do niego do łóżka gdy miał koszmar, albo oddawał mu część swoich racji gdy nie starczało żywności, a wszystko to z uśmiechem na ustach.
Sam nie chciał świata, w którym nie byłoby Deana. To nie był świat wart życia.
Ale Dean tylko zaśmiał się cicho, jak gdyby troski Sama były bezpodstawne.
- Mnie się nic nie stanie, Sammy. Nie ma szans.
Dean wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko, a Sam, który imię Deana widział wśród gwiazd na niebie, uwierzył mu i odpowiedział uśmiechem. Wszystko było w porządku.
Odwrócił się by znów spojrzeć na demona, który wciąż pił.
- Nie ma się czego bać w demonach, Sam, - dodała matka, teraz, gdy już był spokojniejszy. - Nie polują na ludzi. Są naszymi bratnimi duszami na tym świecie i choć nie wiedzą jak budować domy, siać zboże czy rozmawiać to i tak to wiedzą. Widzą to w nas. Widzą jak nasze światło pasuje do nich i choć są wielkie i potężne, choć z łatwością mogłyby nas krzywdzić, nie robią tego. Wiedzą, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
- Przeznaczeni? -spytał Sam gdy ciekawość wyparła lęk. Zanim jego matka zdążyła cokolwiek powiedzieć, demon zsunął się ze swojego brzegu jeziora i wlazł do wody. Zaczął tarzać się w błocie i mule, rozchlapując wszędzie wodę.
Ich matka zaśmiała się, zaskoczona, i cała trójka podniosła się ze swoich miejsc by odsunąć się od demona w kąpieli błotnej akurat wtedy, gdy niebo się otworzyło i mżawka obiecująca porządną ulewę spadła na nich.
- Musimy wracać do wioski! - powiedziała ich mama przekrzykując deszcz i trzymając swój koc nad głową. Uśmiechała się, a deszcz był lodowaty, ale Sam i Dean śmiali się gdy cała trójka pognała do Lawrence przez otwartą przestrzeń pól.
Tego wieczora wszyscy usiedli wokół ogniska, nadzy i zawinięci w koce i futra, w które zaopatrzył ich tata Sama i cała trójka się uśmiechała, choć John mamrotał coś pod nosem o niemądrych żonach i dzieciach.
Sam obudził się z lepkimi policzkami i bolącymi oczami oraz nieprzyjemnym uczuciem w żołądku, które tylko połowicznie spowodowane było głodem.
Leżał zawinięty wśród koców na sianie. Zeszłej nocy sen nie chciał przyjść i udało mu się go odnaleźć tylko w niewielkich ilościach, co nijak nie dało mu naprawdę wypocząć. Zapatrzył się na jedną z beli, która leżała tuż przed nim wciśnięta między podłogę stryszku a sufit. Poniżej konie były niemal zupełnie cicho, wciąż śpiące w słabym świetle świtu, od czasu do czasu odganiając się tylko ogonami od much.
Sam westchnął, powoli wypuszczając powietrze.
Ranek po zawsze był spokojniejszy i gorszy w jednym. Odrobina dystansu złagodziła jego gniew, ale miejsce po nim gładko przejął żal, który zwinął się w jego żołądku jak żywa istota. Zawsze zastanawiał się, że to wszystko nie mogłoby potoczyć się lepiej gdyby tylko on mógł być lepszy, ale zdawało się, że wszystko zawsze sprowadzało się do jednego: on i jego rodzina z gruntu rzeczy byli niekompatybilni. Nie miało znaczenia to, że on wcale nie chciał żeby to tak wyglądało. Mógł iść na kompromis tylko do pewnego momentu, a dla nich kompromisem było to, że będzie dokładnie taki jaki oni chcę, żeby był, a tak nie mógł żyć – już nie.
Nic nie zmieniał fakt, że chciał sczołgać się z półki prosto do łóżka swojego brata jakby znowu miał trzy lata i Dean by zamruczał i uniósł futra aż Sam wtulił się w niego, bezpieczny, chroniony i pewny, że świat zawsze będzie jak trzeba jeśli tylko był w nim Dean.
Sam chrząknął i przekręcił się na drugi bok.
Nie miał już trzech lat, a świat miał problemy bez względu na to, czy Dean był, czy też go nie było, Sam wydoroślał wystarczająco, żeby to wiedzieć. Nie powinien leżeć na słomie i i rozmyślać o bracie jak zakochany debil, jak jedna z dziewcząt, które Dean zdołał namówić by poszły z nim za główną salę. Ta myśl podgrzała nieco krew w jego żyłach, ale otrząsnął się, podciągając się do drabiny i powolutku schodząc na dół.
Nie miał czasu, żeby leżeć i układać poematy cały ranek. Nie miał pieniędzy, a chociaż praca w stajni dawała mu dach nad głową do spania to i tak musiał iść i znaleźć coś do jedzenia. Nie było takiej opcji, żeby wrócił do ojca i choć był pewny, że inny mieszkańcy radośnie daliby mu coś do jedzenia bo wszyscy byli sobie bardzo bliscy, to Sam miał swój honor. I tak już taszczył za sobą ciężar reputacji tchórza, nie zamierzał do tego zostawać żebrakiem ze zwieszoną głową i zagiętą dumą.
A poza tym, może i nie był dobrym łowcą, ale to nie znaczyło, że nie umiał polować. Przynajmniej według podstawowej definicji tego słowa. Kiedy nie miało to nic wspólnego z demonami.
Konie wstawały o świcie i Sam poświęcił im kilka minut, każdego karmiąc odrobiną owsa, pozwalając Bernie zlizać sobie sól z palców. Nie przyniósł ze sobą wiele gdy opuścił dom, wszystko to wydarzyło się zbyt niespodziewanie gdy ojciec narysował krechę w piasku, więc nie miał za dużo broni, a nie bardzo miał ochotę ryzykować włamanie do własnego pokoju. Nie znalazł tego, czego chciał, w stajni, łuku i strzał, ale za to w schowku było kilka włóczni – zwyczajnych kawałków drewna i metalu, które chowano po całym mieście w razie ataku demonów.
Sam złapał jedną i udał się do starego lasu. Niebo wciąż było szare z kilkoma postrzępionymi chmurami, z których kilka najwyraźniej zdecydowało się zejść niżej i pobawić z drzewami.
Las zawsze był cichy o tej porze , cichszy niż kiedykolwiek. Te stworzenia, które wstawały o poranku wciąż jeszcze spały, a te, które wstawały z księżycem właśnie układały się do snu po długiej nocy. Byli tu teraz tylko Sam i jego zwierzyna – te zbyt zmęczone, by go zauważyć, albo te wciąż zaspane.
Jakże łatwo było oczyścić tu swój umysł gdy wszystko co miało znaczenie to jak niewiele hałasu powodowały jego kroki i jak bystry miał wzrok. Nie było tu żadnych ojców, ani braci. Żadnych łowców, ani klanów, żadnego sądu. Tylko on, jego broń oraz las i poczuł się tak jakby mógł poczuć swoich przodków gdy po raz pierwszy stawiali stopy na tej smaganej wiatrem ziemi i mówili „dalej nie pójdziemy". To było w tym miejscu, on i las, to tutaj dowiedzie, że jest kimś więcej niż tylko bezużytecznym synem.
Był mężczyzną, nawet bez halabardy na znak.
Jednak łowy szły kiepsko, tamtego poranka. Powietrze było wciąż pełne nocnego chłodu, mgła czepiała się włosków na jego ramionach i Sam dostał gęsiej skórki. Drżał. Skończyło się na tym, że rzucił włócznią parę razy przez gąszcz, ale albo nie trafił, albo od początku gonił za cieniem. To nie było nic nadzwyczajnego – zawsze trzeba było kilku prób, a tego ranka Sam szczególnie nie miał nic przeciwko dłuższym łowom, nie specjalnie mając ochotę wracać do wioski.
Trafił w końcu z powrotem na klify i szedł chwilę krawędzią mając gęsty las po lewej i morze po prawej. Lawrence było daleko za nim, ale jemu to nie przeszkadzało gdy szedł równo na wschód, w stronę powoli wschodzącego słońca, które dopiero wyglądało zza horyzontu. To była ulga, znaleźć się tak daleko od rodziny, gdzie mógł udawać w swojej głowie, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po prostu szedł przed siebie.
Szedłby tak aż uwolniłby się od Lawrence i wszystkich jej trosk.
Aż zapomniałby o kłótni i słowach swojego ojca. Aż zapomniałby o Deanie, o tym jakie uczucia budził w nim brat. Aż wypociłby tą miłość i znów poczułby się czysty, wolny od mężczyzny, który go już nie potrzebował, nie jak Sam potrzebował jego, nie jak wtedy, gdy byli dziećmi i bycie blisko było jak oddychanie.
Odwrócił się z powrotem do lasu i rzeki, która przewalała się z grzmotem przez krawędź klifu w ocean poniżej w nieprzerwanej kakofonii dźwięku. Sam szedł jej brzegiem aż udało mu się znaleźć bród i z początku ryk wodospadu zagłuszył dziwny odgłos i nie zarejestrował go. Wszedł głębiej pod baldachim z liści i gałęzi wytężając oczy by złapać najmniejszy ruch – królika, może, albo jakiegoś mniejszego gryzonia. W ostateczności mogłaby nawet być i mysz polna.
Przechodził nad kopczykiem, ostrożnie stawiając stopy na kamieniach gdy zsuwał się na miękkie liście poniżej i właśnie wtedy usłyszał ten dźwięk po raz pierwszy.
Był odległy, wymieszany z pomrukiem wodospadów, ale Sam zamarł, ciało zesztywniałe, i wytężał uszy próbując złowić dziwny odgłos. Przez długą chwilę nic się nie działo. A potem znowu – zgrzytliwy jęk, a potem kilka głośniejszych, krótszych krzyków przecięło powietrze. Sam przełknął ślinę i zacisnął dłoń na włóczni, przygotowując się do rzutu. Przez moment rozważał odwrót, ale sam pomysł uciekania również od tego był nie do przyjęcia, miał w sobie znacznie więcej niż im się wszystkim wydawało.
Był silniejszy niż którekolwiek z nich myślało.
Wciąż był ostrożny gdy szedł przed siebie, stawiając spokojne, wyważone, ciche kroki. Z początku mógł tylko określić generalny kierunek, w którym powinien iść, a potem cisza trwała tak długo, że już myślał, że zgubił trop aż dźwięk wrócił, jeszcze głośniejszy i bliższy, wystarczająco, żeby całe ciało Sama drgnęło w przemożnym pragnieniu ucieczki. Mocno zacisnął dłonie na włóczni i kontynuował.
Cokolwiek to było, żeby wydać z siebie taki odgłos mu siało być wielkie.
Jedna ze stóp Sama powolutku przesunęła się po ziemi, paznokieć serdecznego palce wbijał się w dłoń pod kciukiem w jego mocnym uścisku na drewnie. Sądząc po najnowszym odgłosie jakieś wielkie ciało się poruszyło, jego ogromna masa zmieniała pozycję, aż w końcu z jękiem odpadła na ziemię wzbijając drobinki liści i martwej materii organicznej. Sam znów się zatrzymał, oddychając szybko i tak cicho jak tylko mógł.
W miarę jak posuwał się do przodu pnie drzew stawały się coraz cieńsze, tym samym przepuszczając więcej światła – nie była to jednak polana. Runo leśne zostało zmiażdżone, jakby ktoś po nim deptał, a najsmuklejsze drzewa były połamane.
Sam wśliznął się przez niewielką przerwę pomiędzy pniami dwóch większych, i przez to całych, drzew, które ukryły jego postać. Wiatr wiał od morza, unosząc jego zapach na południe, z dala od źródła dźwięku i Sam ostrożnie wyjrzał zza krzaków, wciąż nie opuszczając ich kryjówki, szukając.
Coś ogromnego falowało, oddychało, i Sam nie potrzebował nawet jednego uderzenia serca by to odnaleźć.
Demon, długi i cały czarny, związany i unieruchomiony w jednej z pułapek łowców.
Każda cząstka ciała Sama mówiła mu, żeby się nie ruszał, powolutku wycofał, słyszał jak jego podświadomość go instruuje. Poczuł jak jego ciało odpowiada zgodnie z instrukcjami.
Ale ten czterolatek, którego krzyki wciąż głośno rozbrzmiewały mu w uszach wrzasnął znowu, tak głośno, z taką desperacją i dzikością, że Sam szarpnął się i opadł na pień drzewa jakby go ktoś uderzył, wzburzając liście wokół siebie.
Tyle wystarczyło i demon uniósł głowę, wykręcając związanym cielskiem i znalazło jego oczy – czerwone, krwisto czerwone, czerwienią całej przelanej na świecie krwi, pełne przemocy, szkarłatne jak w najgorszych koszmarach Sama, tylko że teraz żywe i prawdziwe oczy bestii. Sam nie mógł nawet odetchnąć.
Jakiś odległy głos wyszeptał: nie są żółte nie żółte nie żółte.
Dłonie zacisnął na liściach, nie miał pojęcia co zrobił z włócznią, ale nie mógł odwrócić wzroku by jej poszukać. Demon patrzył wprost na niego, w niego, dokładnie tak jak jedenaście lat temu, przeszukując mu duszę i Sam walczy o oddech. Potwór drgnął w ciasnych pętach nie mogąc się poruszyć, ale kto wiedział na jak długo. Nogi Sama wbiły się w ziemię, żeby go odsunąć dalej, ale drzewo za nim nie chciało ustąpić, trzymało go w miejscu i nie myślał wystarczająco jasno, żeby je okrążyć.
Widział skrzydła demona ciasno przyciśnięte do jego ciała, cztery nogi poruszające się pod nim i jego wężowy ogon wijący się w trawie.
A potem chwila została przerwana i bestia szarpnęła się w więzach z całą mocą i Sam był pewny, że nie wytrzymają i prysną i wtedy te zęby, te rzędy kłów znajdą jego ciało i rozerwą na strzępy. W gardle demona wezbrał krzyk, tak głośny i czysty i bliski, za bliski, jak metal uderzający o metal, mrożący krew w żyłach okrzyk człowieka w obliczu śmierci, matki płaczącej nad grobem dziecka.
Sam też krzyknął tak przerażony, że łzy płynęły mu z szeroko otwartych oczu, nie mrugał, podczas gdy jego serce walczyło, żeby wydostać się z piersi. Jakoś wylądował na czworakach i odczołgał się, wbijając sztywne palce w ściółkę. Tak chyba było jeszcze gorzej, mieć demona za plecami, nie móc go widzieć, nie wiedzieć kiedy skoczy, kiedy zanurzy pazury w jego żałosnym brzuchu i otworzy go jednym ich szarpnięciem, bez oporów, i wnętrzności Sama wypłyną na leśną ziemię.
Dopiero gdy był na szczycie pagórka odważył się unieść wzrok i skierować spojrzenie za siebie, tam gdzie wciąż słyszał jak bestia zawodzi i się rzuca. Widział jego głowę pośród drzew. Jego oczy wciąż skupione były na nim i nie udało mu się rozerwać więzów. Rzucał się pułapce raz za razem przestając tylko, żeby spojrzeć na Sama (dla motywacji wyszeptał ten głos) i znów zaczynał się wić i drapać pazurami w skałę i ziemię pod sobą.
Sam próbował przełknąć, sięgając by podeprzeć się o skały za sobą aż mógł stanąć, choć nie miał pojęcia jakim cudem jego nogi działały, nie wiedział nawet czy wciąż tam były. Wdrapał się na pagórek jak kukła, wciąż nie myśląc, wciąż zagubiony we wspomnieniu, które nie chciało go opuścić nie ważne jak mocno starał się je wyrzucić.
Zagubił się w tym nieskończonej mantrze w piersi: Idź do Deana, znajdź Deana, Dean cię ochroni. Dean nigdy cię nie zostawi.
Nie pamiętał, żeby biegł, nie pamiętał szalonego sprintu do Lawrence, ani gdzie zapomniał swojej włóczni, przy tamtym wrzeszczącym demonie. Nie pamiętał jak oddał się instynktom ciała, wiedział tylko tyle, że gdy słońce wzniosło się niemal do zenitu on wciąż żył i łykał powietrze z rękami na kolanach podczas gdy każda kość w jego ciele drżała.
I nawet wtedy nie poczuł się bezpiecznie.
W końcu Sam znalazł się na klifie niedaleko miasteczka.
Nie chciał wchodzić do środka w przepoconych ubraniach i śladami łez schnącymi na policzkach – ni chciał znów wyglądać na głupca. Bezmyślnie potarł twarz pozwalając zimnemu powietrzu znad morza ją wysuszyć, oddychając powoli. Słyszał odgłosy wioski niedaleko i teraz zupełnie już rozbudzonej, ale jego umysł wciąż skupiony był na powalonym demonie.
To była jedna z pułapek łowców, tyle wiedział na pewno.
Poustawiano je lata temu, kiedy demony wciąż jeszcze żyły na klifach, zanim łowcy wyrzucili je do Piekielnych Wrót. Pułapki miały pętać demony do czasu gdy łowcy zdołali do nich dotrzeć. Zazwyczaj łapały tylko demony, które pozbawione były skrzydeł, ale Same miał niemal zupełną pewność, że widział skrzydła, choć jego wspomnienia były nieco niewyraźne przez mgłę paniki. Łowcy nie wychodzili już sprawdzać pułapek, nie odkąd demony opuściły ląd, a już zupełnie nie tak daleko jak zapuścił się Sam – dwie godziny marszem od Lawrence, choćby i szybkim krokiem.
Sam zorientował się przy retrospekcjach, że ta pułapka wyglądała na bardzo starą, metal był zużyty, a łańcuchy przeżarte rdzą, i był zdumiony, że przytrzymała potwora. Jego żołądek wywrócił się gdy poczuł znajomy lęk na myśl o ty, jak blisko śmierci się znalazł. Gdyby choć jedno ogniwo puściło pod naciskiem demona Sam byłby teraz niczym więcej niż plamą na leśnej ziemi i nikt nigdy nie dowiedziałby się co się z nim stało.
Po prostu by zniknął. Może jego rodzina pomyślałaby, że uciekł, niepotrzebny dzieciak, zwiał do jakiejś odległej krainy, no i dobrze.
Zacisnął dłonie na spodniach i ramiona wokół nóg, a potem otrząsnął się i podniósł na nogi. Nie znalazł w końcu nic do zjedzenia więc będzie musiał zadowolić się resztkami z karczmy, miał nadzieję, że Ellen pozwoliłaby mu coś zjeść gdyby to odpracował. Wiedział, że i bez tego dałaby mu coś, ale nie chciał jałmużny, nie teraz, gdy próbował dowieść swojej wartości samemu sobie i swojej rodzinie.
Z powrotem w stajni konie czekały by się nimi zajął i Sam spędził ze dwie godziny na czyszczeniu boksów i zwierząt, a przez cały czas jego żołądek burczał z głodu. Ciężko było mu się skupić po tym co go spotkało rano, jego umysł wciąż powracał do bliskiego spotkania ze śmiercią i choć raczej niechętnie przyznawał się do swojej tchórzliwej ucieczki od bestii to wiedział, że teraz musi powiedzieć o niej któremuś łowcy. Jakaś grupa w końcu będzie musiała wyjść i zabić paskudztwo.
Co zabawne, to że gdy Sam skończył już ze stajnią i miał wolną rękę, mógł iść poszukać łowców, oni okazali się być dziwnie trudni do znalezienia. Nie mógł także nie zauważyć, że wioska zdawała się być bardziej pusta niż zazwyczaj - pewnie większość wojowników wyruszyła na jakąś wyprawę z polecenia Johna i może już słyszeli o powalonym demonie. I tak zatrzymał Jeffersona, niosącego zawiniątko z bronią środkiem miasteczka.
- Hej, Jefferson - zawołał Sam podbiegając, a umięśniony łowca zatrzymał się i spojrzał w dół na Sama.
- Hej, młody – odparł chrząkając pod ciężarem broni na ramionach.
- Muszę co coś powiedzieć o tym, co widziałem w lesie-
- Będziesz musiał powiedzieć ojcu – przerwał mu łowca, unosząc wolną rękę by przytrzymać zawiniątko. - Muszę to zanieść na przystań. Cokolwiek to jest twój tata będzie wiedział co zrobić.
Jefferson, nie czekając na jego reakcję, odwrócił się i odszedł w stronę ścieżki na klifie, zostawiając Sama na środku miasta z jedną ręką uniesioną w porzuconej próbie zatrzymania łowcy. I nie było mowy, żeby skorzystał z rady Jeffersona. Cokolwiek to była za głupota, której próbowali teraz łowcy Sam nie zamierzał iść i pytać o cokolwiek taty.
To John go wyrzucił – jeśli John chciał naprawiać sytuację to on powinien przyjść i porozmawiać z Samem.
Z tą myślą Sam zmarszczył brwi i zwrócił się w stronę tawerny. Resztę popołudnia spędził sprzątając po łowcach którzy wpadali i wypadali, ledwie mając chwilę na rozmowę. Zapracował na swój własny obiad, poza tymi resztkami, które zabrał z talerzy po skończonych posiłkach. Starał się ogarnąć co się działo, ale pomiędzy wezwaniami z kuchni i krótkimi wizytami łowców nie miał na to zbyt wiele szans.
Przyznał się przed samym sobą, że zachowywał się nieco niedojrzale, ale nie mógł powstrzymać uczucia goryczy gdy wszystkie próby po kolei powiedzenia któremuś z łowców o złapanym w pułapkę demonie kończyły się niepowodzeniem, bo wszyscy byli zbyt zajęci czymkolwiek co się działo, żeby go wysłuchać. Zanim nadszedł wieczór Sam był gotów się poddać. Biedna bestia zapewne i tak zdechnie z głodu.
Tylko że, pomimo swoich najlepszych chęci, Sam nie mógł myśleć o niczym innym przez kolejne dwa dni.
Koszmarów się spodziewał. Taka bliskość z demonem, patrzenie się w jego oczy, to zawsze reagowało z tym czymś co w nim czekało na takie okazje, z tym żywym lękiem, i nigdy nie spał potem spokojnie, śniąc o bezksiężycowych nocach i mgłach, szponach w ciemności i zapachu gnijącego mięsa. Widok pożądliwego głodu w oczach, które patrzyły na niego z góry, w jego serce i głębiej w jego duszę, której Sam nie wiedział już jak ma chronić. Rzucał się i przewracał na sianie, budząc do zmęczenia i wspomnień kłótni z rodziną, wiecznych kompanów, i nie mógł przestać zastanawiać się co on takiego uczynił, żeby sobie na to zasłużyć: we śnie torturowany przez demony, a za dnia przez myśli o bracie i ojcu. Jeszcze gorzej przez te uczucia do brata, których dobrze wiedział, że mieć nie powinien.
Jego frustracja była wręcz namacalna, obecna w każdej chwili jego życia i to, oraz brak snu, było jego wytłumaczeniem dlaczego trzy dni po swoim tchórzliwym sprincie znalazł się z powrotem obok pułapki. To byłby najgłupszy pomysł na jaki kiedykolwiek wpadł, gdyby na niego wpadł. Sam nie był pewny, czy w jego głowie pojawiła się chociaż jedna świadoma myśl na temat powrotu.
Sam zdołał dostać w swoje ręce łuk i kołczan ze strzałami. Pożyczył je od Jo po tym jak złożył jej uroczystą obietnicę, że odda je w stanie nienaruszonym i w końcu wyruszył do lasu, mówiąc sobie, że idzie tylko dlatego, że chce mieć bardziej udane polowanie niż ostatnio. Mówił sobie, że idzie tylko zdobyć trochę jedzenia do zachomikowania i zaraz znów wróci do swojego niepotrzebnego życia bez śladu pomysłu na nie.
Więc nie miał zielonego pojęcia co robił z powrotem przy pułapce, ukryty za drzewami, z sercem mocno walącym w piersiach, z własnej woli zbliżając się na odległość kilku metrów do demona.
Nie miał pojęcia co wyprawia gdy zakładał strzałę na cięciwę, bo to było głupie. Dlaczego czuł potrzebę dowiedzenia swojej wartości przed rodziną? Dlaczego musiał dowodzić, że mógł zrobić coś, czego robić nie chciał? Dopiero co został wyrzucony z domu za to, że nie chciał być łowcą, a teraz proszę, stał sobie tutaj z łukiem w jednej i strzałą w drugiej ręce zaledwie trzy metry od demona zakutego w pułapce, która w każdej chwili mogła nie wytrzymać.
Gotowy dowieść, że był mężczyzną.
Że mógł być godny miana mężczyzny w oczach swojego ojca.
Wstrzymał oddech zamykając oczy, mając w uszach tylko bicie swojego serca, które zdawało się przyspieszać i pochłaniać cały świat – instynkt, który kazał mu uciekać, ścierał się z pragnieniem wolności. I z myślą, że, gdyby mógł zabić tego jednego, może opuściłby go ten niszczący lęk. Mógłby się wyrwać z tej skorupy, tego ciała, które wydawało się być Samem, ale przecież nie mogło go pomieścić.
Otworzył oczy i wyskoczył zza pnia, celując z łuku pewnie i spokojnie, wyćwiczonymi ruchami, a potem spojrzał po strzale, której grot wycelowany był prosto w głowę demona.
Demon uniósł nieznacznie powieki z głową wciąż leżącą na ziemi i spojrzał na niego, ale w przeciwieństwie do ich ostatniego spotkania, nie protestował. Nie rzucał się w pętach, ani nie otwierał paszczy do krzyku. Nie walczył o wolność. Spojrzał na broń Sama i jego oczy znów się zamknęły.
Sam zagapił się, dysząc.
To było proste. Zwierzyna w pułapce, nie mogła się ruszyć, ani walczyć. Nie miał się czego bać. Wszystko, co musiał zrobić to puścić strzałę i to by było na tylko, pocisk przebiłby czaszkę i dotarł do mózgu od razu zabijając demona. Zamknął by to przeklęte czerwone oczy na zawsze. Potem Sam mógłby odrąbać głowę i zanieść do wioski, pokazać światu, że nie jest tchórzem tylko dlatego, że nie chce być łowcą. Musiał tylko puścić lotki i strzała poleciałaby prosto do celu.
Dobrze strzelał. Nie chybiłby.
Oddech Sama był głośny, jedyny odgłos w zamarłym lesie, a jego mięśnie drżały z wysiłku od trzymania łuku naciągniętego. Skórzane ochraniacze jako jedyne chroniły jego dłonie, przed cięciwą. Ale demon nic nie robił.
To miało sens, uświadomił sobie Sam. Bestia była tu od trzech dni przynajmniej. Może nawet dłużej, Sam nie miał pojęcia kiedy uruchomiła pułapkę. Nie wiedział dużo o demonach poza tym, jak je zabijać, ale trzy lub więcej dni bez wody wycieńczyłoby każdą żywą istotę.
Było dokładnie tak jak myślał: stworzenie umrze tak czy inaczej, nie potrzebowało od niego żadnej pomocy. Gdyby tak chciał, mógłby po prostu odejść. Odsunąć się, opuścić broń i zaczekać, aż czas zrobi swoje. Bestia była teraz zbyt słaba, żeby się uwolnić, nie miała najmniejszych szans na ucieczkę i Sam mógłby mieć swoje trofeum bez wysiłku.
Powietrze uszło z niego w czymś, co przypominało śmiech, ale pozbawione było radości.
Też by z niego był mężczyzna.
Opuścił grot strzały powolutku rozluźniając ręce, aż trzymał łuk całkiem luźno, choć wciąż w gotowości, wciąż mógłby go unieść i wystrzelić gdyby potwór cokolwiek zrobił. Nie zrobił. Pozostał całkiem bez ruchu z łańcuchami zaciśniętymi wokół skrzydeł, ciężko oddychając, z wyraźnymi problemami, jakby zużywał ostatnie rezerwy sił i Sam nie mógł powstrzymać drgnienia.
Nie mógł powstrzymać się od wyobrażenia sobie jakie to musiało być odczucie – powolnego umierania, kawałek po kawałku, część po części, aż do ostatniej wyschniętej kropli wody w ciele, związany i zniewolony, przywiązany do ziemi. Nie mogąc się poruszyć przez całe dni, odchodząc na ziemi ze spętanego ciała, opierając się słabiej i słabiej, aż zabraknie sił do stawiania oporu.
Strzała byłaby łaskawością.
Sam znów uniósł łuk, powoli wciągając powietrze do płuc i celując. Broń była ciężka i mocna w jego rękach i wydawało mu się, że tym razem trudniej jest mu naciągnąć cięciwę, odciągnąć prawe ramię do tyłu, palce przycisnąć do ucha, oddychać z ustami przy drewnie.
To byłaby łaska.
Akt dobroci.
Zostawienie tu tej bestii, żeby się odwodniła, umarła powolną, długą śmiercią, to zrobiłoby z Sama potwora. Mógłby oszczędzić jej niepotrzebnej agonii i dowieść swojej wartości, wystarczyłoby tylko strzelić i zakończyć to wszystko. I może, może wtedy jego strach odszedłby w obliczu rzeczywistego mordu, gdyby pokonał potwora nawiedzającego go w koszmarach sennych. Mógłby wystrzelić i odebrać z powrotem siebie samego, tego, którym był zanim matka i Śmierć odebrały mu ostatki poczucia bezpieczeństwa.
Mógłby im to odebrać.
Mógłby zostać tym Samem, którego chcieli jego ojciec i brat.
Mógłby znów być tym Samem, którego kiedyś kochał Dean.
Jego palce zadrżały, a wtedy demon otworzył oczy, nie żółte, jak wciąż spodziewał się Sam, pokazały się tylko skrawki czerwieni pośród czerni i chłopak padł na kolana znów rozluźniając łuk. Nawet tutaj, teraz, w wieku piętnastu lat, sam, z demonem związanym i podanym jak na srebrnej tacy, nie mógł tego tego zrobić. Nie mógł strzelić.
Był dokładnie tak wielkim tchórzem jak, za jakiego wszyscy go mieli.
Po prostu nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy.
Wzdrygnął się gdy nagle usłyszał głośne zawodzenie i uniósł głowę. Demon odchylił głowę, unosząc ją z ziemi by zawołać w niebo o pomoc. Zawołać do rodziny, do matki, brata, ojca, do kogokolwiek kto by go usłyszał i przyszedł pomóc i Sam miał ochotę zawołać razem z nim, bo oboje byli samotni i bez możliwości ucieczki. Oboje tak zaplątani w coś nad czym nie mieli żadnej kontroli.
Smutne jęki dotarły do serca Sama, zabrzmiały głęboko w jego piersi i położył na niej rękę, zamykając oczy. Słyszał rozpacz demona i przyszło mu do głowy, że to stworzenie może być jedynym na ziemi zdolnym go zrozumieć.
Wiedział, że nie może go zabić, bez względu na to jak bardzo powinien.
/txtbreak/
Nie mam bety, więc wszystkie błędy moje. Z góry przepraszam.
Ah, moja droga limbo , dziękuję ci za wiadomość! Hm, przykro mi to słyszeć. Ale choć można o mnie powiedzieć dużo rzeczy to z całą pewnością nie to, że brakuje mi uporu. Tak więc wygląda na to, że Wincest będzie na tapecie jeszcze przez jakiś czas ;p Ta historia jest długa (bardzo) ale to nam daje tylko więcej czasu na znalezienie takiej, która by ci odpowiadała! Bardzo by mi pomogło gdybyś mogła dać mi jakąś listę preferencji, będę wiedziała gdzie szukać :)
BTW to, że i tak czytasz i komentujesz znaczy dla mnie bardzo wiele :) Dziękuję!
I do zobaczenia za niedługo, mam nadzieję~.
