Zabicie jelenia było łatwe.
Odnalazł go po dwudziestu minutach szukania, wyciągnął strzałę z kołczana i trafił rocznego jelonka prosto w szyję. Zwierzę drgnęło i wspięło się na zadnie nogi, ale strzał był celny i już po chwili umarło. Sam wyciągnął pocisk i wyczyścił go, odłożył z powrotem do kołczana, a następnie przewiesił łuk przez plecy. Podciągnął jelonka i owinął go sobie wokół szyi trzymając za przednie nogi z jednej strony, a tylne z drugiej i podreptał z powrotem do pułapki i czekającego w niej demona.
Nie miał bladego pojęcia co wyprawiał ani co chodziło mu po głowie.
To było zbyt szalone, żeby mógł o tym myśleć dłużej niż chwilę. Na szczęście wysiłek, jakiego wymagało niesienie jelonka świetnie go rozpraszał i mógł iść bezmyślnie przed siebie aż dotarł do połamanych krzewów i drzew. Spojrzał z góry na demona, całego w łańcuchach, wbijając palce w miękkie futro jelonka i zagryzając dolną wargę.
To był błąd monumentalnych wręcz rozmiarów. Wiedział to. Wiedział od razu i w to nie wątpił. Gdyby ktokolwiek się o tym kiedykolwiek dowiedział, najlepsze na co mógł liczyć Sam to wyrzucenie z wioski, wygnanie nie tylko z rodziny, ale z całej społeczności, ze swojego ludu. Niemal się zaśmiał gdy zrozumiał, że i tak już przecież w połowie tak żył, wyrzucony z domu, śpiąc w stajni. Ale było to dziwnie pocieszające, móc patrzeć na tą bestię, która potrafiła wzbić się w powietrze, albo zabić go w jednej chwili, która prawdopodobnie zabiła ludzi z jego klanu, i wiedzieć, że w tamtej chwili był silniejszy niż ona.
Bez niego by zginęła i z bardzo prawdopodobne, że tak właśnie powinno się stać.
Ale Sam nie mógł powstrzymać przebłysku empatii widząc w stworzeniu coś z siebie. Własne pragnienie bycia zauważonym. Potrzebę choćby najmniejszego aktu dobroci.
Rzucił jelenia w rów i patrzył jak ciało upadło bezwładnie tuż przed nosem demona. I właśnie tak Sam stał się zdrajcą.
Demon tylko leżał bez ruchu i przez chwilę Sam myślał, że się spóźnił – że zdradził wszystkie ideały swojego ludu, zdradził pamięć swojej matki i ścieżkę wojenną swojego ojca, stał się czymś, czym nigdy nie myślał, że zostanie, a to wszystko dla martwego demona i wybuchnął śmiechem na absurdalność swojej sytuacji.
Jednak głośny dźwięk wystraszył demona i jego głowa natychmiast się uniosła, a śmiech Sama urwał się w połowie gdy chłopak odskoczył. Stworzenie spojrzało na niego mętnymi oczami, których źrenice próbowały się zwężać i skupić, ale im nie wychodziło. Jego spojrzenie padło na ciało leżące przed nim i Sam obserwował jak wyciągnęło szyję i rozszerzyło nozdrza, węsząc w powietrzu zapach jelenia. Potem oczy demona rozszerzyły się ze zdumienia świetnie widocznego na jego pysku i nagle zdawać by się mogło, że całe życie wróciło do jego ciała w jednym momencie, jego głowa wystrzeliła do przodu, szczęki zacisnęły się na trupie i przyciągnęły bliżej. Jego przednie łapy zawinięte były w łańcuchy, ale w miarę możliwości poruszył nimi wystarczająco, żeby, mocno je wyciągnąwszy, wbić pazury w mięso. Wystarczył jeden nagły ruch głową, sprężysta szyja wijąca się w tę i we w tę i trup został rozdarty, a mocne szczęki demona wgryzły się w mięso i ścięgna, łamiąc z chrzęstem kości i Sam był zafascynowany i zdegustowany naraz.
Widział wnętrzności niejednego zwierzęcia. Nauczył się jak szybko i łatwo zdjąć skórę z królika w wieku ośmiu lat – flaki jelenia nie robiły na nim wrażenia. Ale patrzenie jak demon wgryzał się w ciało, rozrywał je zupełnie tak, jak rośnie rozerwałby jego samego, sprawiała, że przewracało mu się w żołądku.
Właśnie nakarmił potwora. Coś, co zabiłoby go gdyby to uwolnił, bez cienia żalu.
Mokre odgłosy jedzącego demona wypełniły mu uszy i odwrócił się, mocno zaciskając dłonie na łuku. Nie mogąc słuchać niezgrabnie zaczął się oddalać, a dźwięki podążyły za nim na szczyt pagórka, aż dotarł do wodospadu i tam wreszcie huk wody w kamiennym łożysku zagłuszył wszystko inne.
Zapatrzył się na morze, na nisko zawieszone słońce, takie dalekie, nie dbające o to by zaoferować mu odrobinę pocieszenia.
Zacisnął zęby i odmaszerował stamtąd krokiem coraz szybszym w miarę jak uciekał coraz dalej od swojej zbrodni, od swojego poczucia winy, chociaż wiedział, że to nie takie proste. Nakarmił to coś, wziął na siebie odpowiedzialność za jego los. Zrobił coś gorszego niż posłanie strzały w jego głowę: przedłużył jego cierpienie. Umrze tak samo jak miało, tylko teraz zajmie mu to dłużej i będzie żyło w pułapce ze spętanymi, wygiętymi kończynami i to Sam je na to skazał. Był okrutny, bardziej okrutny niż jakikolwiek demon podczas ataku i nie miał pojęcia co z nim było nie tak. Nakarmił to przeklęte stworzenie, stał się gorszy niż tchórz, który nie chce walczyć, stał się zdrajcą, który pomógł demonowi – a to nawet nie była prawdziwa pomoc. Nie zrobił nic poza pogorszeniem całej sytuacji na wszystkie możliwe sposoby.
Maszerował z powrotem do Lawrence z głową pełną pary i żołądkiem skręcającym się z niechęci, którą czuł do samego siebie, machając energicznie ramionami, ale nawet dwugodzinny spacer nie pomógł mu się uspokoić.
Wciąż tak głęboko pochłonięty był swoimi myślami, że z początku w ogóle nie usłyszał Deana – nie usłyszał głosu brata, który krzyczał do niego, aż Dean podbiegł do niego, zły, i na bogów, właśnie tego Sam teraz potrzebował.
- Nie słyszałeś jak cię wołałem? - To były pierwsze słowa z ust brata.
- To chyba oczywiste, że nie.
- A może po prostu mnie ignorowałeś.
- Na serio? Uważasz, że zachowałbym się tak niedojrzale?
Dean nie odpowiedział, tylko wysunął szczękę, uniósł brew i spojrzał na Sama w sposób, który wnerwiał go do reszty. Sam wydał z siebie odgłos zdegustowania, nie w humorze by radzić sobie z czymś takim, i przeczesał dłonią swoje zmierzwione włosy.
- Czego chcesz, Dean?
- Bogowie, ale z ciebie dzieciak – powiedział Dean bez śladu żartobliwości w głosie, po prostu wypowiadając słowa prawdy i Sam musiał przyznać, to wciąż bolało. - Jakby umknęło to twojej uwadze, księżniczko, to Tata i łowcy wyjechali.
To natychmiast pochwyciło uwagę Sama i zmrużył oczy w niemym pytaniu.
- Wyjechali? Dokąd?
- Do Piekielnych Wrót, ty-... W jaki sposób ominęło cię wszystko co działo się tu przez ostatnie kilka dni?
- Byłem nieco zajęty byciem wyrzuconym z domu.
- Do tego się nie zbliżam. - Dean założył ręce na piersi i Sam od razu wyczuł, że brat był nie w humorze – był już kiedy do niego podchodził, ale to nic. Sam też nie był w humorze, po tym jak wyglądał jego dzień. Dean kontynuował. - Słuchaj, Tata postanowił jechać szukać demoniej wyspy. Chce znaleźć starego Żółtookiego.
Ciało Sam instynktownie się napięło, ale zdołał powstrzymać poniżający skowyt, który narastał mu w gardle. Dean mówił dalej, nieświadomy.
- Wiesz, że mówił o tym od lat. Przejście do ofensywy.
- Tak, ale zawsze powtarzał, że nie może – odparł Sam, gdy udało mu się odzyskać oddech. - Że to by zostawiło wioskę zbyt słabą gdyby wszyscy łowcy tak odjechali.
Dean wzruszył ramionami.
- Czasy się zmieniają – powiedział. - Nadchodzi lato, a to najlepszy czas na poszukiwania. Niestety, zabrał ze sobą wszystkich. - Wyraz twarzy Deana spochmurniał. - Wszystkich łowców poza mną i Bobby'm. No i praktykantami.
Jeśli już coś, to Sam poczuł na to przypływ wdzięczności. Wyprawa do Piekielnych Wrót brzmiała jak samobójstwo – pomimo wszystkich walk z ojcem i mimo tego jak źle sprawy wyglądały w tej chwili, Samowi nie podobała się wizja Johna gdzieś tam na morzu, walczącego z żywiołem tylko po to, by odnaleźć wyspę pełną demonów. Nie podobała mu się wizja jego ojca i kilkudziesięciu wojowników z jego ludu nigdy nie wracających do domu.
Ale był wdzięczny, że chociaż Dean nie pojechał. Że Dean wciąż tu był i Sam odezwał się bez myślenia.
- Przynajmniej jesteś bezpieczny. - Od razu wiedział, że popełnił błąd.
- Ja nie chcę być bezpieczny, Sammy! - krzyknął Dean rozrzucając ramiona na boki. - Jestem łowcą tak jak oni! Zdobyłem swoją halabardę – cztery lata temu. Zasługuję na to, żeby być tam z nimi i razem z nimi szukać Piekielnych Wrót. Chcę tam być gdy Żółtooki nażre się piachu. Nie powinienem zostawać tutaj z dzieciakami!
Sam zarumienił się nieco, ale nie mógł odeprzeć argumentów brata.
- Pozwolił mi myśleć, że jadę – mówił dalej Dean, z miną wciąż pochmurną. - Pozwolił mi myśleć, że jadę, przez cztery dni, Sammy, a potem jak już ładowali łodzie, on mi mówi, że mam zostać tutaj i trenować rekrutów.
- Bobby też musiał zostać.
- Bobby ma jedną rękę i jedną nogę! Nie wspominając o tym, że trenuje rekrutów od wieków.
Sam impulsywnie wyciągnął rękę, mimo tego dystansu i woli walki, która tliła mu się w piersiach i złapał Deana za ramię. Chociaż był zły na brata, chociaż czuł się zdradzony, że Dean brał stronę ich ojca, to wcale nie zmniejszało jego miłości do Deana. Zdawało się, że nic na świecie nie mogłoby tego dokonać.
- Dean – powiedział głosem cichym, ale pełnym mocy. - Bardzo się cieszę, że tu jesteś. Nie-... Nie chcę cię tam ryzykującego życiem. Co gdyby coś się stało? Co gdybyś... - Sam potrząsnął głową odwracając wzrok. - Co gdybyś dzisiaj wyjechał i nigdy nie wrócił i ostatnim co byśmy do siebie powiedzieli było... - Zacisnął zęby.
Nie mógł żałować tego co powiedział podczas ich kłótni. To była prawda. Tylko dlatego, że niewygodna, że nie chcieli się kłócić, to nie zmieniało słuszności jego słów. Nie mógł tam stać i przepraszać skoro wciąż czuł to, co wcześniej. Nie mógł mówić, że się myli, skoro wiedział, że ma rację.
To wcale nie znaczyło, że nie miał na to ochoty. Chciał mieć dobry kontakt z bratem. Daremnie, w końcu tego pragnął od dnia swoich narodzin i jak na razie skończyło się nie najlepiej.
Ale tym razem Sam zobaczył jak twarz Deana łagodnieje. Nie bardzo, ale troszeczkę.
- No cóż... tu mnie masz – westchnął Dean i wzruszył ramionami wtykając kciuki za pasek u spodni. - Tak czy inaczej szukałem cię bo Tata zostawił mnie na czele wioski – chyba po to, żebym poćwiczył do tego kiedy naprawdę będę przywódcą. Ale teraz bardzo przydałaby mi się twoja pomoc.
Sam zamrugał, unosząc brwi i nieśmiało puszczając ramię Deana.
- Moja? Dlaczego?
- Potrafię zabić demona jednym ciosem. Ale to nie zupełnie to samo co ogarnięcie cholernej tabeli żniw. Czy ty w ogóle widziałeś to coś? Jeden wielki bajzel, a ja nie znam nawet połowy głupich rolniczych symboli, których tam używają. Potrzebuję pomocy jakiegoś jajogłowego.
- To nie jest sposób na pozyskanie mnie, Dean - odpowiedział Sam marszcząc czoło choć tylko na pokaz i Dean to wiedział. Samo to, że brat znowu go przezywał, że nazywał go Sammy... Było tego warte.
- Ta, ale zadziałało, co? Jajogłowy? - wyszczerz Deana był cholernie wkurzający, ale Sam tylko się zaśmiał i potrząsnął głową.
- Ta, tak... - wymamrotał automatycznie dopasowując krok do Deana gdy ten odwrócił się i zaczął iść z powrotem do wioski. - Wiesz, że to dlatego Tata cię zostawił, prawda? Nie dlatego, że myśli, że nie zasługujesz, żeby pojechać – ale dlatego, że jesteś niesamowicie wkurzający i nikt by z tobą nie wytrzymał na jednej łodzi przez parę tygodni. Tata traciłby łowców na lewo i prawo bo hurtowo rzucaliby się za burtę tylko po to, żeby uciec przed twoimi durnymi żartami.
- Ta jasne. Przynajmniej ja nie śpię w stajni.
- Palant.
- Ciota.
I Sam zorientował się, że się uśmiecha. Tylko Dean mógł dokonać czegoś takiego. Sam spojrzał po raz ostatni przez ramię jakby mógł dojrzeć demona przez te wszystkie kilometry lasu, które ich dzieliły, ale przełknął gulę w gardle i skoncentrował się na głosie Deana, który jęczał na cały świat i Sam zdołał w odpowiednich momentach kiwnąć głową. Teraz nie było czasu, żeby myśleć nad jedną wielką pomyłką jaką był ten dzień.
Dean potrzebował jego pomocy, więc miał ważniejsze rzeczy do roboty.
A poza tym, przecież to się nigdy więcej nie wydarzy.
- Tym razem mam dla ciebie gronostaja – oświadczył Sam rzucając padlinę demonowi, który złapał ją w powietrzu natychmiast radośnie zabierając się za pochłanianie całego posiłku, połykając go w całości razem z futrem i całą resztą.
Wyszło na to, że to nie była jednorazowa rzecz.
Z początku Sam był zaabsorbowany pomaganiem bratu i wypieranie demona z myśli nie było takie trudne. Miał do zaplanowania organizację zbiorów zboża, wypraw łowieckich, a poza tym całą gamę napraw po ostatnim ataku, którymi do tej pory się nie zajęto – budynki i konstrukcje z przeciekami, albo wręcz zmiażdżone już od kilku tygodni. Dean miał ręce pełne roboty z rekrutami i dzieciakami pomiędzy jedenastym, a czternastym rokiem życia, które trenował do Żelaznej Rękawicy. Nie wspominając o tym, że Dean wolał trenować, niż zajmować się sprawami administracyjnymi. Kiedy Sam zaoferował się, że rzuci okiem na plany zbiorów, żeby pomóc Deanowi je zrozumieć, jego brat klepnął go w ramię i posławszy mu krótkie Dzięki, Sammy! Pobiegł spotkać się z praktykantami. Na początku Sam się skrzywił. Ale musiał przyznać, że w tych sprawach orientował się lepiej niż Dean, a w końcu brat się nie obijał.
Te dzieciaki, to było coś.
A poza tym, Sam musiał przyznać, że właściwie to lubił to, czym się teraz zajmował. Dobrze mu to wychodziło. Umiał czytać, porządkować, umiał rozpoznawać i rozwiązywać problemy i rozumiał wiele rzeczy, umiał rozwiązywać spory, a mijający tydzień pozostał w jego pamięci jako najlepszy w jego życiu. W tym tygodniu naprawdę czuł jakby miał miejsce wśród ludzi, jakby robił to, co powinien. Zaczął nawet planować z Joshuą jakby można było ufortyfikować klify, bo jeszcze nigdy tego nie zrobiono, oraz czy może nie wybudować w miasteczku ratusza.
Obie te sprawy były czymś, o czym mówiono od lat, ale pomiędzy atakami demonów ciężko było myśleć o czymkolwiek poza przygotowaniami do nich. Ojciec Sama zawsze koncentrował się na tym, na obronie miasta, a nowe projekty zazwyczaj nie znajdowały dla siebie miejsca wśród priorytetów. Nie łatwo jest się rozwijać gdy walczy się na wojnie.
Ale teraz, kiedy łowcy szukali Piekielnych Wrót, istniała niewielka nadzieja, że więcej ataków nie będzie, przynajmniej na jakiś czas i Sam wolał skoncentrować swoje wysiłki na budowaniu rzeczy, które mogły poprawić jakość życia ludzi, zamiast tylko pomagać im przeżyć. Dopiero wtedy, gdy stanął na czele i spojrzał na wszystko z perspektywy Sam zorientował się, że minęły lata odkąd ostatni raz pobudowano coś nowego. Pracowali tak zawzięcie, żeby nie ześliznąć się do morza, albo nie spłonąć w piekielnym ogniu, że nikomu nie przyszło do głowy zrobić krok do przodu.
Sam nie sądził, że otrzymanie tej władzy nad wszystkim będzie tym, co odmieni jego fortunę, ale oto po raz pierwszy czuł się doceniany. Czuł, że robi coś dobrego.
Co, jak miał nadzieję, wymaże to złe.
Popatrzył w dół na uwięzionego demona, który czyścił jęzorem resztki krwi z pyska. Ten zwrócił oczy z powrotem ku Samowi i chłopak niemal się zaśmiał widząc, jak ogon demona buja się z boku na bok.
- Więcej nie ma, stary – powiedział siadając na ziemi. - Mam niewiele czasu zanim muszę wracać, a ten gronostaj to wszystko co mi się udało znaleźć. Masz szczęście, że jest lato. W którejkolwiek innej porze roku nie starczyłoby łupów.
Demon tylko przechylił głowę w niezrozumieniu i przypomniało to Samowi o tym, jak w stajni rozmawiał z końmi kiedy je oporządzał. Uważne spojrzenie, pełne inteligencji i świadome, ale bez zrozumienia dla zawiłości ludzkiego języka.
A przecież jeśli już, to Sam uważał demona za inteligentniejszego od koni. Widział jak stara się rozwiązać zagadkę swojego zniewolenia, co zawsze przyprawiało Sama o dreszcze.
Nie był pewny dlaczego wciąż wracał. To była jego czwarta wizyta na karmienie stworzenia i jego obserwację, próby zrozumienia go, jakby mogło mu dać odpowiedzi na temat jego własnego życia. Potwór wciąż go przerażał, wciąż sprawiał, że jego serce biło mocno i zbyt szybko, ale strach nie był już tak ostry i przemożny jak tego pierwszego dnia. Nie było wątpliwości, że demon był prawdziwą bestią i Sam wiedział, że ta bestia by go zabiła przy pierwszej sposobności, chociaż nie zachowywał się jak inne demony, z którymi Sam się zetknął. Prawda, że większość demonów, jakie widział akurat były w środku ataku na wioskę, pełna bitewnego ferworu, desperacko żądna okrucieństwa. Zawsze wyobrażał sobie, że wszystkie były zawsze takie same, bez względu na to gdzie były ani co robiły. Że na swojej wyspie, daleko na morzu, walczyły o mięso i pluły w siebie piekielnym ogniem.
W jego wyobraźni rodziły się do przemocy, żyły pośród przemocy i ginęły otoczone przemocą.
Ale ten demon tylko siedział i starał się go zrozumieć. Zupełnie tak, jak Sam siedział i starał się zrozumieć jego, oboje zagadką dla drugiego i Sam nie mógł znieść tego jak wiele z siebie widział w oczach potwora. Więcej niż tylko odbicie sylwetki na wilgotnych powierzchniach, coś głębszego.
Przybiegł do domu gdy słońce zaczynało zachodzić i Dean zjechał go za to, że zniknął na tak długo.
Następnego dnia zaczęli pierwsze zbiory według rozpiski, niemal wszyscy znaleźli się na polach zbierając owoce swojej ciężkiej pracy z winorośli i łodyg innych roślin, podczas gdy inni nosili je w pełnych koszach do wioski, do dwóch spiżarni, i układali je tam w skrzyniach. Sam stał na uboczu i kontrolował wszystko, trzech mężczyzn zostawiając w wiosce na straży – żeby krzykiem alarmowali w razie ataku, choć był on raczej nieprawdopodobny w biały dzień – i motywował ludzi do pracy, posyłając jeszcze inną grupę do wysadzania nasion na drugi i trzeci zbiór.
Dzięki organizatorskiej pracy Sama nad planem zboże zostało zebrane w zaledwie jeden dzień, jak nie zdarzyło się od lat, i tego wieczoru w tawernie Ellen został nagrodzony niekończącymi się klepnięciami po plecach i jak nigdy czuł się częścią czegoś. Nigdy nie wiedział jak to jest być w otoczeniu innych, śmiejąc się, rozmawiając i nie robiąc nic ponadto. Nie miał pojęcia co to za uczucie, spojrzeć przez stół i napotkać wbite w siebie spojrzenie brata, oczy jasne, błyszczące płomieniami z latarni tawerny, i zupełnie miękkie wejrzenie, zbyt ciepłe, jakby prawdziwie widział Sama.
Sam spłonął rumieńcem i opuścił głowę. Później, gdy opuszczali lokal, Dean owinął ramię wokół szyi Sama i zamknął go w uścisku by pomimo gwałtownych protestów Sama zmierzwić mu włosy.
- Dobrze się dzisiaj spisałeś, Sam – powiedział i Sam niemal wybuchnął od nagłego przypływu dumy.
Opowiedział o tym demonowi następnego ranka, wymachując rękami w gestach, które miały być demonstracyjne, ale kiepsko spełniały swoje zadanie. Demon obserwował go tylko z ogromnym zainteresowaniem, zjadłszy już jednego z bażantów, które przyniósł dla niego Sam.
Dwa dni później to był zając i młody jelonek i Sam mówił o tym jak Dean poprosił go, żeby wrócił do domu. Z początku Sam się wahał, bo to, że Johna nie było nie znaczyło, że zniknął też ich problem i gdy ojciec wrócił Sam nie chciał musieć przechodzić przez kłótnię za to, że z powrotem się wprowadził. Sam mruczał i hm-kał przez całą noc, ale rankiem Dean powiedział mu stanowczo, że to też jego dom i Sam może być wkurzający, ale wciąż należy do rodziny. Sam opowiedział demonowi o tym, jak spał w swoim własnym łóżku ze świadomością, że jego brat chciał mieć go blisko nawet pomimo tego ciernia, jakim wciąż byłą kłótnia.
Dzień po tym Sam znowu zdołał przyjść, tym razem jedynie z wiewiórką, ale przyniósł ze sobą także glinianą miskę. Napełnił ją w rzece i za pomocą długiego drąga przesunął w stronę demona, który szybko wypił całą zawartość.
Udało mu się przyjść jeszcze raz później, ale choć nie zdołał przynieść nic do jedzenia to chociaż napełnił na nowo miskę i mówił o tym jak zaczęli w wiosce budować nowe domy, a nawet oczyścili kawał gruntu pod ratusz, i że ludzie się go słuchali. Naprawdę słuchali tego, co miał do powiedzenia zamiast ignorować go jako niezdatnego do niczego drugiego syna Johna. A demon słuchał, wciąż owinięty łańcuchami, i Sam skrzywił się gdy zobaczył jak metal zaczynał wżerać się w skórę stworzenia, zostawiając czerwone pręgi tam, gdzie zdarł łuski.
W drodze powrotnej Sam musiał sobie przypomnieć, że to demon. Nie zasługiwał na jego żal czy empatię.
Nie wiedział dlaczego ta myśl uwierała go boleśnie przez całą noc. Nie mógł przecież rozważać wypuszczenia demona. Nie mógł. Karmienie to jedno, ale wypuszczanie...
Odkładał kolejne odwiedziny cały dzień próbując oczyścić umysł z czasowego szaleństwa, ale szczerze zamierzał iść następnego dnia. Naprawdę. W końcu to na nim stworzenie polegało, żeby przeżyć. Ale cały dzień dłużył mu się od wielu obowiązków jak znoszenie kamieni do budowy ścian z klifów, polowanie, na które Dean zdecydował się iść wraz z Samem i po prostu nie mógł się wyrwać.
Ale to samo było następnego dnia i kolejnego i za każdym razem gdy już prawie udało mu się wymknąć ktoś przybiegał z pytaniem, albo nawet zwyczajną rozmową. Już nie był niewidzialnym Samem, tym dzieciakiem, który znikał i nikt tego nie zauważał. Teraz był kimś, do kogo ludzie mieli pytania, z kim chcieli prowadzić dyskusje. Kimś, kto należał do społeczeństwa, w którym żył, tak jak Sam zawsze tego chciał.
A teraz to przeklinał.
Teraz nie było mowy, żeby zdołał się wymknąć bo ktoś mógłby zauważyć. Ludzie mogliby zacząć spekulować, a jeśli ktokolwiek odkrył co robił... Nawet nie chciał kończyć tej myśli.
Pełen tydzień minął zanim wreszcie udało mu się wrócić do uwięzionego stworzenia i Sam nie wiedział czemu serce bije mu w gardle, a nerwy skręcają żołądek. Dla demona. Demona.
Nawet się nie zatrzymał na polowanie, tylko biegiem minął rzeczkę i pokonał bród, wspiął się na wzgórze i pomknął do pułapki oddychając ciężko. Zatrzymał się między drzewami i spojrzał na dół.
Ciemne ciało demona wyglądało na pogrążone we śnie, jego szyja wyciągnięta.
Tylko, że się nie poruszało.
- Nie - wymamrotał Sam. - Nie, nie, nie...
Potknął się schodząc z niewielkiego wzniesienia niepomny na swój śmiertelny strach gdy podbiegał prosto do demona jak durny zwierzak gotowy, żeby go zaszlachtować. Ale demon się nie poruszył.
- Nie, no dalej... - powiedział padając na kolana, wyciągając obie ręce i wtedy się zawahał. - Proszę, przepraszam. Przepraszam... Przepraszam, że nie mogłem się wydostać... Teraz już będzie dobrze. Będziesz-
Zakrztusił się, a poczucie winy, które wgryzało mu się we wnętrzności odmalowało się na jego twarzy. On to zrobił. Zostawił żywe stworzenie spętane łańcuchami w pułapce. Niezdolne się ochronić ani polować. Niezdolne do życia bez niego, a on zostawił je na tydzień. Skazał je na śmierć, tak jakby zastrzelił je z łuku.
Łańcuchy zdarły jeszcze więcej maleńkich czarnych łusek i z takiego bliska Sam widział jak naprawdę niewielkie i delikatne one były, jak u węża na całym ciele poza gładkimi płytkami na czole i nosie. Skrzydła spętane były blisko ciała, ale i tak uderzyła go ich dziwna elegancja, fałdy za fałdami skóry cienkiej jak papier, a tuż pod powierzchnią rysowała się siatka naczyń krwionośnych. Rząd kolców biegł w dół wychudzonego ciała po kręgosłupie aż do równie cienkiego ogona i całość była... piękna.
Wbrew sobie widział to dokładnie i Sam musiał pozbyć się tych łańcuchów. Musiał je zabrać zanim oszpeciły bestię jeszcze bardziej, wżerając się w skórę i zostawiając zaczerwienione ślady.
- Widzisz – zagruchał. - Już dobrze.
Jego dłonie trzęsły się gdy sięgał do zapięć pułapki, których demon nigdy nie zdołałby obsłużyć swoimi łapami, jego zwinne palce wśliznęły się w mechanizm, odpięły zatrzask i wyciągnęły ogniwo pierwszego łańcucha. Całość opadła luźno i Sam przerzucił łańcuch przez ciało demona i odpiął drugi i trzeci łańcuch, a potem przeniósł się i powtórzył operację na zadnich nogach.
- Już dobrze, będziesz wolny. Wypuszczę cię, widzisz? Już nic ci nie będzie. Więc... więc otwórz oczy. No dalej. - Zrzucił łańcuchy, podniósł się na nogi i zrobił kilka chwiejnych kroków do tyłu jakby spodziewał się, że demon odleci od tak.
- Jesteś wolny – powiedział i spojrzał na ciało, nagie i niczym nie ograniczone. Zobaczył jak pierś demona unosi się w płytkim oddechu i drży z wysiłku i potrząsnął głową. - Nie... Nie, nie możesz umrzeć. Jesteś wolny. Jesteś-
Zadrżał i opadł na kolana przy głowie przy głowie demona nieświadom tego, że nie myślał w ogóle o żółtych oczach. Położył dłonie na na pysku i ze zdumieniem stwierdził, że był ciepły.
Zawsze sądził, że demony są chłodne jak gady. Jak ich martwe ciała po ataku.
Głaskał dłońmi pysk unosząc dużą głowę demona – większą niż u konia, chociaż nie bardzo. Była wydłużona i smukła z kościanymi grzebieniami wokół nozdrzy i grubymi czarnymi płytami łusek biegnącymi przez środek całej głowy, z powiekami ogromnych czerwonych oczu zamkniętymi. Na głowie znajdowały się dodatkowo cztery pary rogów – jedna duża, jedna mała, a pozostałe dwie bardzo bardzo małe. Za drugą parą Sam zobaczył schowane cienkie uszy.
- No weź... Nic ci nie jest. Proszę. Musisz- Musisz być okej. - Przejechał kciukiem po łuskach pokrywających grzebień nad okiem demona próbując siłą woli zmusić go do życia, żeby stworzenie pokazało mu, że jednak nie popełnił potwornego błędu.
To był demon, jeden z potworów odpowiedzialnych za śmierć jego matki i mnóstwa innych ludzi w atakach. Taka sama bestia jak te, które prześladowały go za dnia i we śnie, ale z jakiegoś powodu pomimo wszystko Sam wiedział, że ten stał się jego demonem i chłopak nie mógł znieść myśli, że przyczynił się do jego śmierci.
- Proszę... - wyszeptał garbiąc się i mocno zaciskając powieki. Z trudnością przełknął ślinę. - Proszę.
Pod palcami poczuł iskrę jak z ogniska, która przeskoczyła po jego skórze, między nim a demonem i Sam sapnął. Jego dłoń natychmiast odskoczyła od skóry stworzenia, od tego dziwnego ciepła i Sam uniósł ją do oczu. Na samym środku jego ręka świeciła, choć blask szybko ginął.
Usłyszał cichy warkot – nie, to było coś innego – i głowa Sama natychmiast odwróciła się z powrotem by zobaczyć jak rubinowo czerwone oczy otwierają się szeroko gdy demon unosił się na nogi i Sam próbował się odsunąć, ale niezbyt daleko udało mu się dotrzeć zanim plecy napotkały skałę. Na pół w zachwycie, a na pół w przerażeniu patrzył jak demon stęknął i rozwinął skrzydła – takie wielkie, śliczne, rozciągnięte niesamowicie szeroko do nieba, a każde tak długie jak całe ciało bestii – otrząsnął się posyłając wszędzie wokół kaskadę piasku i kamyków. Sam zasłonił się ramionami dla ochrony przed najgorszymi kawałkami.
Czekał na dźwięk, jaki towarzyszy zrywaniu się do lotu i nie miał pojęcia co robić gdy wszystko co słyszał to cisza.
Powoli opuścił ramiona nie za późno, żeby poczuć na skórze gorące powietrze, a potem patrzył już prosto w te oczy, czerwone jak rubiny, a te oczy wpatrywały się w niego.
Demon był wolny i wszędzie wokół niego, czarne skrzydła zakryły niebo, Sam nie mógł oddychać.
Bestia była długa i elegancka, miała nogi jak u konia zakończone potężnymi łapami z perfekcyjnie czarnymi pazurami orzącymi ziemię. Ciało demona było smukłe z jeszcze smuklejszym ogonem zakończonym kitką futra. Wspaniała szyja była wyciągnięta, skórzaste skrzydła wyrastały z grzbietu tuż za łopatkami aż do podstawy ogona.
Patrzyli na siebie, a Sam czuł jak jego panika rośnie coraz gwałtowniej, aż w końcu... odpływa.
Tak nagle jak się pojawiła, zniknęła i Sam gapił się bez mrugania na swoje odbicie w oku demona, wystarczająco blisko, żeby widzieć całą swoją sylwetkę, twarz, ubrania, wszystko dokładnie.
A co dziwne, coś jeszcze.
Coś lśniącego. Coś białego, jasnego i płonącego. To było jak gwiazda zbyt blisko niego i wkrótce zaczęła zaćmiewać Sama, zakrywać go, choć wokół siebie Sam nie mógł dostrzec nic takiego. Nie było między żadnego wspaniałego światła, niczego co mogłoby się tak odbić, ale w oczach demona blask był mocniejszy niż wszystko inne, tak mocny, że źrenice zwężyły mu się do cienkich szparek.
Jakby patrzył się prosto w słońce.
Sam poczuł, że jego ręka się unosi i nie miał żadnej kontroli nad tym jak sięgnęła do jego mordercy. Usta Sama rozchyliły się odrobinę, a cały świat stał się czymś dalekim i nieważnym. Jego ludzie, jego wioska, jego życie, wszystko to było niczym w porównaniu z tym pragnieniem by dotknąć demona. By znaleźć źródło tego cudownego światła.
Skrzydła demona rozłożyły się na boki maksymalnie szeroko i w następnej chwili stworzenie uniosło się znad ziemi i wystrzeliło w niebo z podmuchem, który wbił Sama w skałę. Chłopak usłyszał jak skrzydła biją powietrze raz za razem, a potem potworny krzyk rozbrzmiał nad lasami. Słuchał, aż znów nie docierało do jego uszu nic poza odgłosami z rzeki i lasu i wtedy wiedział, że jest całkiem sam.
Demon odleciał.
Następny tydzień Sam spędził jak we śnie.
Dean pytał go bez przerwy co się dzieje, czy coś nie tak, ale Sam za każdym razem kręcił tylko głową i go zbywał. Przecież nie mógł powiedzieć o tym Deanowi. Nie mógł powiedzieć nikomu.
Jakimś cudem nikt nie zauważył tego gdy kilkukrotnie wymykał się by odwiedzić, nakarmić, a w końcu wypuścić złapanego demona. Sam nie zamierzał patrzeć temu koniowi między zęby, nie z groźbą tak paskudnych konsekwencji. Nawet gdy nikt nie wiedział Sam nie potrafił wygrzebać się z tłustego bagna poczucia winy, w które wpadał czasami, zwłaszcza wtedy gdy Bobby albo Dean mówili mu, że odwala kawał dobrej roboty, albo inni z klanu klepali go po ramieniu i dziękowali za wszystko, co dla nich robił.
Nie tak by go traktowali gdyby wiedzieli co zrobił.
W tym samym czasie czuł też jednak coś zupełnie innego. W pewnym sensie... tęsknił za demonem. I jeśli to nie było zupełnie popieprzone, to on już nie wiedział co było. Zastanawiał się czy wszystko u niego w porządku, jak mu się teraz powodziło. Odleciał z powrotem do Piekielnych Wrót, czy został tutaj? Czy niewola spowodowała u niego jakieś nieodwracalne zmiany? Może zdołał wznieść się w powietrze tylko z nagłym przypływem siły i wylądował niedaleko, słabnący wciąż choć teraz już wolny.
Te myśli, pytania, nie dawały mu spokoju, nie mógł się od nich uwolnić i razem z poczucie winy tworzyły okropną mieszankę. To wszystko utrudniało mu wykonywanie obowiązków, ale i tak dawał z siebie wszystko by wytrwać.
- Nieźle to wygląda na dole w porcie – skomentowała Jo przeskakując nad sporym kamieniem i lądując pewnie po drugiej stronie na obu stopach.
- Tak? - zapytał Sam w roztargnieniu, wciąż skupiony na dziwnym demonie. Dreptał tuż za nią. Wyszli pod pretekstem polowania, ale z jej gadaniem szanse na znalezienie czegokolwiek były raczej niewielkie i wciąż malały.
- Tak – rybacy mówią, że jutro wypłyną. Że narybek powinien się już pojawić. Założę się, że wrócą cholernie obłowieni.
- Twoja mama by cię sprała chochlą jakby słyszała, że tak mówisz.
Blond łowczyni odwróciła się na pięcie mówiąc do niego i zobaczył, że na plecach ma łuk, ten sam, który Sam zabrał ze sobą by zabić demona i chłopak poczuł, że rumieni odrobinkę się z poczucia winy.
- Ta, cóż – powiedziała Jo wzruszając ramionami. - Mojej mamy tu nie ma. A poza tym to tylko dlatego, że tyle czasu spędzam z twoim bratem. Nie jest za delikatny jak zabiera nas na treningowe przebieżki.
- A właściwie to co tam na nich słychać? - spytał Sam nie znalazły wcześniej czasu sprawdzić jak mają się inni rekruci. Jego oczy zarejestrowały ruch i wyciągnął strzałę z własnego kołczana. Z mieszkając z powrotem we własnym domu znów miał dostęp do swojej broni. Jego łuk był wspaniały – wcześniej należał do jego ojca i Sam otrzymał go na trzynaste urodziny. Już wtedy wiedział do czego miał mu posłużyć. Ten prezent miał zachęcić go do walki, żeby dowiódł swojej wartości jako łowca demonów. Z Deanem takie coś by zadziałało. Dean myślał tak samo jak ich tata.
Sam używał łuku tylko do polowania na szybkonogie zające.
Ludzi nie obchodziło jak wspaniale i celnie mierzył, skoro tylko do nieszkodliwych króliczków.
Westchnął i opuścił łuk gdy okazało się, że jednak nie było żadnej zwierzyny.
- Słychać całkiem przyzwoicie – odparła Jo gdy tylko jasnym stało się, że Sam nie będzie strzelać. - Dean i Bobby zabierają nas na zwykłe sesje ćwiczeń – biegamy aż do porzygu. Walczymy wszystkim, od włóczni po głupie kamienie.
- Brzmi uroczo. - Sam zmarszczył nos. Jo przewróciła oczami.
- Naprawdę nie jest tak źle. Poza tym, nie mogę się kłócić. Poprawiam się, naprawdę, i- urwała nagle od razu nakładając strzałę. Oczywistym było, że pomimo gadulstwa wytężała słuch. Jednakże Sam nie zamierzał dać się pokonać.
Podążył za jej wzrokiem, nałożył strzałę i ledwo wycelował zanim ją wypuścił, słysząc jak Jo wydaje z siebie dźwięk oburzenia. Doleciał do nich mokry dźwięk pocisku wbijającego się w mięso i chłopak nie zdołał powstrzymać okrzyku radości gdy odwrócił się do niej z uśmiechem, który wiedział, że był wkurzający. Wiedział. W końcu Dean odwracał się tak do niego nie jeden raz.
- To co tam mówiłaś o poprawianiu się?
- To nie było fair, Samie Winchester! - zaprotestowała waląc go z ramię, ale on tylko się zaśmiał i odsunął o krok rozcierając bolące miejsce. - Zobaczyłam go przed tobą!
- Ta, ale to ja go zastrzeliłem.
Jo wykazała się dojrzałością pokazując mu język i zakładając ręce na piersi ale pomimo żartów Sam zobaczył różnicę – była wyższa. Trzymała się bardziej wyprostowana. Jej ciało było smuklejsze i bardziej umięśnione. Stawała się łowcą, dorastała. Była tylko dwa lata młodsza od niego i praktycznie od zawsze byli przyjaciółmi, ale ku swojemu zdziwieniu Sam poczuł odrobinę smutku. Zawsze się nią opiekował, a ona zawsze patrzyła na jego i Deana z podziwem (i może odrobiną zauroczenia, jeśli o Deana chodzi, choć temu akurat Sam nie mógł się dziwić). Dziwnie było pomyśleć, że już nie była małą dziewczynką choć wciąż żartowała, śmiała się i pokazywała ludziom język.
Była na drodze do stania się świetną łowczynią i Sam już teraz mógł stwierdzić, że taka będzie.
Jego szeroki wyszczerz złagodniał do uśmiechu.
- Będziesz świetnym łowcą, wiesz – powiedział szczerze i dziewczyna zamrugała ze zdziwieniem. A potem z nieśmiałą nadzieją.
- Naprawdę? Tak myślisz?
- Tak właśnie myślę. Uważam, że jesteś- … Masz to coś. No wiesz, to co oni mają.
- Nie jestem pewna czy od ciebie to się liczy jako komplement – wytknęła. - Według ciebie wszyscy łowcy to napakowane dupki.
- No tacy są – zgodził się Sam nie mogąc się powstrzymać od odrobiny złośliwości. - Ale są też dobrzy. Dobrzy w tym co robią i są... są nieustraszeni. Ty taka jesteś. Nigdy nie widziałem, żeby na twojej drodze stanęło coś, czego nie zdołałabyś pokonać, nawet jeśli różnica sił była paskudna.
- Ty też jesteś taki, wiesz. - Patrzyła w dół na łuk w zaciśniętych dłoniach, a blond włosy spływały jej po ramionach. Sam prychnął i potrząsnął głową.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie prawda.
- Co? - Uniosła wzrok z wyrazem uporu na twarzy. - Tylko dlatego, że boisz się demonów? Sam nikt normalny nie miałby ci tego za złe. Nie po tym przez co przeszedłeś.
- Tak mówisz, ale wszyscy jakoś mają.
- Powiedziałam przecież „normalny" i chyba bezpiecznie możemy założyć, że ludzie uparci żyć na tych zademonionych klifach normalni to nie są, choć ich uwielbiam. No to co, że z początku tego nie widzieli? Teraz widzą. Nigdy się nie wycofujesz, Sam. Boisz się demonów, ale jak twoja rodzina robi coś głupiego albo chce cię do czegoś przymusić? Walczysz o swoje. Nie masz pojęcia jak ja ci tego zazdroszczę. Z radością oddałabym zdolności do zabijania demonów gdybym tylko potrafiła oprzeć się mamie. - Jo wzruszyła ramionami. - Wiesz czego chcesz i jak powinien wyglądać świat i się nie- … nie akceptujesz niczego poniżej poprzeczki. Wciąż cię podziwiam, wiesz. A wszyscy inni... dopiero teraz zauważają to co dla mnie zawsze było oczywiste.
- Kurczę, Jo - wymamrotał Sam niezdolny walczyć z rumieńcem, który wypełzł mu aż na uszy. Chłopak potarł kark zażenowany, nie przyzwyczajony do tak wyraźnej pochwały. Słowa Jo wzbudziły w nim przyjemne uczucie, ale jednocześnie zmartwił się, czy to zauroczenie było teraz zarezerwowane tylko dla brata. - Ty, uh. Znaczy-
- Ew, Sam. Nie. Nie próbuję się do ciebie przystawiać. Fuj. Jesteś dla mnie jak... brat.
Bogowie, to wcale nie pomogło. Gorąca fala wstydu wezbrała w nim jeszcze wyżej gdy pomyślał o swoim bracie i o tym chorym pragnieniu by być tak blisko, żeby nic między nich nie weszło.
- No tak, znaczy- nie myślałem- znaczy, oczywiście.
- Oh na litość bogów. - Jo przewróciła oczami rozrzucając ręce na boki. - Jak zamierzasz tam tak stać i się jąkać jak małe dziecko to weźmy co nam się udało upolować i chodźmy z powrotem do miasta.
Przeszła obok niego przyjacielsko szturchając go w ramię, gest męskiej przyjaźni choć była dziewczyną i Sam potrząsnął głową. Miała rację, wszystkie te miesiące temu, w grocie nad morzem, a on o tym nie zapomniał.
Może teraz też miała. Może jego życie nareszcie dokądś zmierzało. Może wreszcie robił wszystko jak trzeba. Poczuł jak coś w nim wzbiera i chwilę zajęło mu zanim ogarnął, że to duma. I miał tylko nadzieję, że to samo zobaczy jego ojciec, gdy wróci do domu.
Pozbierali zabitą zwierzynę i zanieśli z powrotem do Lawrence, gdzie Ellen pomogła im ją obedrzeć ze skóry i poćwiartować do posolenia i zachowania. Zabrała ich następnie do tawerny na coś do picia i do jedzenia, a Sam nie mógł przestać myśleć nad słowami Jo. Nad tym, że może jednak nie był kompletną życiową porażką.
Demon był anomalią. Nie ważne co się stało, nikt przecież nie miał się dowiedzieć, a wątpił, żeby jeszcze kiedyś miał się natknąć na złapanego w pułapkę demona, z którym mógłby się poutożsamiać. To już należało do przeszłości. Ta decyzja, zła czy dobra, została już podjęta i nic nie mogło jej zmienić. Rozglądając się po tawernie tego wieczoru, słuchając śmiechu i gwaru rozmów ludzi tam zebranych, wszystkich, którzy zostali w miasteczku i teraz starali się nie martwić o tych, którzy wypłynęli tak daleko w morze i w niebezpieczeństwo; Sam poczuł się jak jeden z nich.
Jeden z nich.
Demon odleciał, ale ludzie byli tutaj.
Rankiem rzucił się z powrotem w wir pracy szybko zajmując czymś umysł gdy tylko krwistoczerwone oczy się w nim pojawiały, gdy tylko pomyślał o tym straszliwie znajomym blasku, który się w nich odbijał. Zwracał umysł ku problemom konstrukcyjnym budynków, ku ich zapasom na zimę, która teraz była jeszcze daleko, ale niedługo znów się do nich wkradnie, i ogólnie starał się robić to, co Jo powiedziała, że wychodziło mu tak dobrze: pokonywał przeszkody.
Wkrótce czerwonooka bestia odeszła do odległych wspomnień i nadszedł czas, by życie wróciło do normy, tak jak zawsze w końcu się działo.
I tym razem przez jeden tydzień wszystko było dobrze. Aż jednej nocy nadeszły demony.
/txtbreak/
Przede wszystkim strasznie was przepraszam! Okropnie mnie zawaliło po świętach i nie udało mi się posiedzieć wystarczająco długo, żeby przetłumaczyć i zedytować dokładnie cały jeden rozdział. Ha, brzmi żałośnie... No w każdym razie teraz zaczęły się ferie więc postaram się nadgonić :)
Wielkie dzięki dla limbo za niesłabnące wsparcie (a przy okazji - nie mogłam znaleźć tej strony...) oraz dla Sir Shreeka. Fajnie, że jesteś ;)
Do zobaczenia!
