Zaczęło się cicho, co było niezwykłe.
Sam obudził się w środku nocy i nie miał pojęcia właściwie dlaczego, ale czuł w trzewiach chłodny niepokój. Ledwo widział na oczy wybudzając się z głębokiego snu więc przejechał rękami po twarzy i przez włosy, żeby się dobudzić. A potem usłyszał jak drewno skrzypi i napiął mięśnie, sięgając po swój nóż.
- Ćśś – syknął Dean i Sam poczuł na ustach ciepłą, szorstką dłoń. Zamrugał, patrząc ponad nią na brata aż ten w końcu ją zabrał.
- Co jest? - wymamrotał cicho Sam.
- Nie wiem. Ale to-... - Dean pokręcił głową.
- Złe przeczucie – dopowiedział Sam i Dean skinął ponuro głową.
- Ta... Tak.
Sam wyszedł z łóżka i szybko zrzucił z siebie nocny strój, to nie był czas na skromność czy wstydliwość, a potem naciągnął jakieś spodnie i koszulę. Sięgnął po buty i zamrugał gdy zobaczył jak Dean odwraca wzrok, jakby się bał, że Sam go złapie na patrzeniu. Mózg Sama zwolnił obroty, aż do kompletnego zatrzymania, potykając się o tę myśl, i chłopak zmarszczył brwi, ale gdy otworzył usta by coś powiedzieć na dworze rozległ się głośny dźwięk – dźwięk wypluwanego piekielnego ognia, a po nim odgłos uderzenia, nagły i niespodziewany wśród dotychczasowej ciszy, a po nim wściekłe skwierczenie i syczenie iskier, które szybko przerodziły się w płomienie.
A potem wrzaski.
- Demony! - krzyknął Dean, teraz już nie musząc zachowywać ciszy i Sam złapał buty, naciągnął je na nogi i zawiązał w rekordowym tempie, a potem zbiegł ze schodów za bratem prosto na zewnątrz. Nie było miejsca bardziej niebezpiecznego niż wnętrze budynku podczas ataku demonów. Jedna iskierka piekielnego ognia wystarczyła, żeby zamienić taki w stos spalonego drewna i to całkiem szybko.
- Trzymaj! - Dean rzucił znalezioną właśnie pikę i Sam złapał za trzon. Obaj bracia wybiegli w noc, teraz świetnie rozświetloną na pomarańczowo przez tańczące płomienie, które szybko pochłaniały tawernę. Tawernę, której mieszkały Jo z mamą.
- Jo! - krzyknął Sam rzucając się do przodu, ale Dean złapał go i przytrzymał.
- Czekaj! - zakomenderował i Sam już miał się zacząć wykłócać gdy zobaczył na co pokazywał mu brat. Zacienione sylwetki Jo, która ciągnęła swoją nieprzytomną matkę na zewnątrz.
- Muszę sprawdzić, czy nic im nie jest – powiedział z niepokojem o nie obie Sam.
- Nie – odparł stanowczo Dean. - Z łowców mamy tylko mnie i Bobby'ego plus parę dzieciaków. Potrzebujemy każdych rąk zdolnych do pomocy. I wiesz, że nie powinieneś tak wychodzić na otwartą przestrzeń. Nie mamy pojęcia ile ich tu przyleciało. Mogą nas obserwować z góry. Jo ma za sobą trening – będzie wiedziała jak się zająć mamą. Ty musisz się dostać na drugą stronę miasta. Musisz się upewnić, że wszyscy stamtąd dotrą do nas bezpiecznie, a stąd na dół do grot. Ja zbiorę ludzi z tej części.
Sam przełknął ciężko, ale skinął głową wiedząc już, że nie ma co się kłócić, choć i tak się wzdrygnął na dźwięk piekielnego ognia w powietrzu.
- Idź! - rozkazał Dean pchając go do przodu i Sam wystartował, umknął przed blaskiem płomieni biegnąc od cienia do cienia wzdłuż linii domów i sklepów. Słyszał jak po zachodniej stronie miasta ludzie się ewakuowali – było ich zbyt wiele, niewytrenowanych w walce, zbyt mało łowców zostało w mieście. Większość mieszkańców skończy w grotach nad morzem i zostanie zaledwie ta garstka z minimalnym przygotowaniem by poradzić sobie z atakiem.
Wykonalne, choć szanse mieli niewielkie.
Ale jeśli nie...
Sam próbował nie myśleć o tym. Wschodnia część miasteczka była oddzielona od reszty przez rząd magazynów i choć większość została teraz przerobiona na owczarnie i stajnie, wciąż kilka domów tam stało – a między innymi dom Bobby'ego. Gdy Sam dotarł w końcu na miejsce zobaczył ludzi już w ruchu, wyćwiczonych na takie okazje w sztuce przetrwania. Wciąż, chłopak pośpieszał ich stojąc twardo gdy oni przebiegali obok niego w kierunku drogi na klify i w dół na plaże.
Poczuł jak jego mięśnie sztywnieją na dźwięk demoniego krzyku i zobaczył potężne, podświetlone na pomarańczowo skrzydła gdy wielka czerwona bestia usiadła, plując piekielnym ogniem na ostatnich kilku uciekających wieśniaków. Sam zamachnął się piką używając tępego końca by wyciągnąć ostatniego powolniaka z drogi płonącego płynu, a potem całą swoją masą popychając ich przed siebie.
- Szybciej! Nie stawajcie!
Jedna porcja piekielnego ognia zasyczała tuż obok niego generując potworne gorąco, ale Sam odwrócił się plecami do demona, który wciąż się zbliżał. Strach wciąż w nim był, stary i znajomy, jak przyjaciel, którego nigdy nie chciał, ani o którego nigdy nie prosił. Ale spędził całe dnie na opiece nad demonem. Położył dłonie na skórze jednego i przeżył.
A ci ludzie na niego liczyli. Patrzyli na niego z respektem, cenili go i teraz nie zamierzał tego wszystkiego utracić. Musiał zapewnić im bezpieczną ucieczkę.
Sam ścisnął swoją pikę w zimnych i wilgotnych pomimo bliskości ognia dłoniach, ale chociaż oddychał za szybko i z trudem, nie cofnął się.
Potwór wiercił się w miejscu, obserwując go oczami zakrytymi cienką warstewką żółci, a w końcu powoli zaczął się zbliżać – najwyraźniej wystarczająco inteligentny, żeby obawiać się człowieka z bronią. Sam ostrzegawczo wypchnął pikę i demon cofnął się zaraz. Jednak niedługo znów postąpił do przodu. Sam może i był człowiekiem z bronią, ale był sam jeden i to w dodatku wielkości jednej łapy stworzenia. A ono nie było głupie.
Dłonie Sama zacisnęły się mocniej na drzewcu, tak silnie, że poczuł jakby zaraz miała z nich trysnąć krew od samego napięcia, a demon skoczył do przodu kłapiąc paszczą. Sam rzucił się w prawo i przeturlał. Demon natychmiast się obrócił i chłopak wiedział, że może go unikać, że ma wystarczające zdolności, by z nim walczyć, ale strach go spowolnił. Odmawiał ucieczki, ale i tak strach podążał za nim jak cień.
Następne kłapnięcie było równie szybkie z jeszcze mniejszym czasem na reakcję i Sam gotował się, żeby wepchnąć pikę w którąkolwiek część ciała demona zdoła kiedy zobaczył jak Bobby wkłada hak do paszczy stworzenia i szarpie jego głowę na bok, przebijając skórę. Demon ryknął z bólu złapany jak ryba na wędkę, ale nie na długo. Zanim zdążył się jakoś odgryźć Bobby, choć jedną ręką niezdolny włożyć w cios wystarczającej siły by całkowicie odjąć mu głowę, zdołał swoją halabardą przeciąć tchawicę i stworzenie padło na ziemię.
Trzęsło i drapało ziemię jeszcze przez kilka sekund, aż w końcu znieruchomiało. Sam widział jak jego powieki mrugają, a z oczu znika żółta powłoczka, a potem ucieka z nich życie, i zadrżał.
- Dzięki – zawołał do starego łowcy prostując się.
- Nie ma za co – odparł Bobby już truchtając kulawo za swojej drewnianej nodze wokół potwora w kierunku, w którym ten ostatnio splunął piekielnym ogniem. - Trafił jeden z magazynów! Pomóż mi to zgasić zanim dotrze do zapasów.
Sam musiał się wdrapać na dach i zepchnąć fragmenty strzechy, które się zajęły na ziemię. Słyszał jak poniżej Bobby przeklina przydeptując płomienie. Sucha słoma dalej będzie się tlić nawet po ugaszeniu ognia i Sam nie zamierzał ryzykować. Zdjął większość ze wschodniej części dachu bardziej chętny ją wymienić niż stracić wszystko, co udało im się zebrać w ostatnim sezonie.
Już miał zeskoczyć na dół i pomóc Bobby'emu gdy nagle coś ciężkiego i szybkiego przeleciało obok niego, tuż nad jego głową i chłopak automatycznie się uchylił. Gdy z powrotem uniósł wzrok natychmiast rozpoznał sylwetkę demona, z piekielnym ogniem spływającym spomiędzy szczęk i Sam zobaczył dokładnie gdzie ten się wybierał: prosto na pola.
- Bobby-! - zaczął.
- Biegiem! - przerwał mu łowca. - Poradzę sobie z tym.
Sam szybko skinął głową, przelazł na drugą stronę dachu, zeskoczył na ziemię i przeturlał się po twardym gruncie z piką wciąż w dłoni gdy skoczył na nogi i pognał w stronę pól. Nikogo innego tam nie będzie. Dean i rekruci wezmą na siebie główne uderzenie, a większość ludności będzie teraz w grotach. To oznaczało, że na polach Sam będzie z demonem sam – stanie przeciwko potędze, której wiedział, że nie zdoła pokonać. Czuł to w piersi jak niezaleczoną ranę gdy biegł równo uderzając stopami o ziemię, jakby mógł wyprzedzić upływ krwi. Dotrzeć na miejsce zanim ten potworny lęk opanuje mu duszę i dotrze do niego gdzie tak naprawdę biegnie.
Nieopodal linii lasu Sam zatrzymał się, znalazłszy demona wśród zbóż. Z paszczy ciekł mu wciąż piekielny ogień jak paląca ślina. Ten miał wielką głowę z dolną szczęką, udekorowaną rzędem kościanych szpikulców, masywniejszą od reszty czaszki. Tutaj nie mogli walczyć – zniszczyliby tylko wszystko to, co Sam starał się właśnie ocalić.
Przetrwanie ataku to było coś więcej niż zabicie demonów. Więcej niż to, o czym myślał ich ojciec, niż kolejna bitwa w krucjacie. To było zapewnianie ludziom przyszłości.
A oni potrzebowali tego zboża.
- Hej! - wrzasnął ignorując cichy głosik instynktu, który mówił czyś ty oszalał?! i załomotał piką o pień pobliskiego drzewa. - Tu jestem!
Tyle hałasu wystarczyło, bestia natychmiast odwróciła łeb i skupiła wzrok na nim. Jej spojrzenie nagle stało się intensywne, jakby widziała coś, czego nie mógł zobaczyć Sam, jakby tu chodziło o coś więcej niż zbiory. Sam zmarszczył brwi, ale nie miał czasu na myślenie. Bestia rzuciła się na niego rycząc straszliwie i chłopak uchylił się przed niezbyt silnym ciosem ogona, dziwne. Sam dyszał rzucając się do przodu, starając się pozostać nisko jednocześnie unosząc pikę do ataku, ale demon był zbyt szybki i zrobił unik, dwa razy machając skrzydłami, żeby z niespodziewaną gracją unieść się nad ziemię.
Sam okrążył go trzymając broń w pogotowiu, czując suchość w gardle. Demon go obserwował źrenicami pełnymi tej dziwacznej żółci i światłem głęboko w oczach i Sam otrząsnął się. Nie teraz był czas na rozpraszanie się ciekawymi szczegółami.
Demon skorzystał z sytuacji i wyciągnął szpon na skrzydle, łapiąc jedynie powietrze bo Sam natychmiast odtrącił go piką. Po raz kolejny atak był dziwnie ostrożny. Bestia z łatwością mogła go sfajczyć, albo zagryźć jednym kłapnięciem szczęk. A jednak to, że ona była ostrożna, nie znaczyło, że Sam też musi być.
Jemu przypadła pierwsza krew tej walki gdy potwór znów się na niego zamachnął, a on wbił pikę w jego nogę. Demon odskoczył wrzeszcząc z bólu i wyszarpnął pikę z rąk Sama. Została tak, wbita w ciało, aż drugą łapą demon wyciągnął ją z nogi i roztrzaskał na kawałki.
- Cholera – wymamrotał Sam gdy oczy stworzenia znów zwróciły się na niego, tym razem pełne płonącej wściekłości i chłopak nawet nie próbował przekonać się, żeby zostać gdzie był. Obrócił się i wystrzelił przed siebie pokładając całą nadzieję na przeżycie w swojej szybkości.
Niedużo miał tej nadziei.
Nawet pięć sekund nie minęło zanim demon go dogonił, skoczył na niego i przygniótł do ziemi. Powietrze opuściło płuca Sama, tylko po części przez nacisk na plecy, i zdołał obrócić się wystarczająco, by spojrzeć na demona. Cała siła, którą włożył w zepchnięcie z siebie trzymającej go łapy była niczym w porównaniu z zapasami stworzenia. Nie mógł się wydostać. Był przybity do ziemi najdalej jak się dało od reszty ludzi, a demon, z którego nogi wciąż płynęła krew, patrzył mu się w oczy.
Sam prawie się zaśmiał. Prawie.
Zawsze wiedział, że tak umrze. Zobaczył to jedenaście lat temu i od tamtej pory czekał z przerażeniem. Tyle, jeśli chodzi o wielkie plany taty, żeby zrobić z niego łowcę.
Potwór pochylił się zginając grubą szyję i Sam zadrżał czując gorąco z jego paszczy, piekielny ogień syczący wokół jego głowy i na bogów, tylko nie to. Nie chciał być rozpuszczony, spalony. Znów próbował się uwolnić, jednocześnie zastanawiając się jak wszystko się dalej potoczy. Czy z jego ciała zostanie wystarczająco, żeby go zidentyfikować? Czy będzie po prostu kolejną osobą, która zniknęła podczas ataku – zabrana z klifu, spalona we własnym łóżku, porwana przed demona na zjedzenie, albo śmierć w morzu, kto to wiedział.
Czy Dean kiedykolwiek dowie się co się z nim stało? Albo czy Dean będzie go szukał i szukał wiedząc tylko, że jego młodszy brat zniknął jednej nocy podczas ataku? Kolejna ofiara wojny, która wątpliwe by kiedykolwiek miała się skończyć.
Sam nie miał pojęcia, ale zadrżał całym ciałem gdy te oczy znalazły się tak blisko, zaglądając w jego wnętrze, z żółtą powłoką, która rozciągała się i poruszała jak żywa istota. Palce chłopaka zacisnęły się na łuskach gdy zobaczył jak potężne szczęki się otwierają; zobaczył nadchodzącą śmierć.
Nagle ciszę rozdarł demoni krzyk, tak głośny, że aż bolesny, i Sam sapnął gdy przygniatający go demon został zrzucony na bok. Sam automatycznie odturlał się jak najdalej, a potem uniósł się w kucki i zamarł, gdy jego oczy natrafiły na coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widział: dwa demony walczące ze sobą. Ich pazury cięły i rozrywały, głowy pełne ostrych zębisk ścierały się gdy oba syczały i warczały walcząc o przewagę, Sam zobaczył wielkie czarne skrzydła na tle ognia...
- Ty – odetchnął na widok demona z pułapki, swojego demona, desperacko walczącego z jednym ze swoich braci, aż w końcu jego smukła głowa znalazła dziurę w obronie drugiego i szczęki zacisnęły się na gardle napastnika Sama. Większy demon opadł pod ciałem demona Sama, a chłopak mógł tylko patrzeć i starać się złapać oddech. Jego bliskie spotkanie ze śmiercią zeszło na dalszy plan i zanim się zorientował co robi już miał za sobą jeden chwiejny krok.
Ten jeden krok wystarczył by czerwone oczy natychmiast skupiły się na nim i Sam ledwo oddychał. Demon wypuścił truchło, prostując się i składając długie skrzydła na plecach. Po krótkiej chwili ostrożnie zaczął się zbliżać do Sama. Pazury łatwo zagłębiały się w ziemię poruszoną przez dwa ogromne ciała.
Stworzenie zawahało się i Sam nie miał pojęcia dlaczego poczuł, że też powinien okazać mu trochę zaufania i postąpił do przodu po czym oboje się zatrzymali. Pysk demona pobrudzony był krwią, spływała mu po szczękach i szyi i Sam wiedział, że powinien być przerażony. Jeśli w całym jego życiu zdarzył się jeden moment, w którym jego lęk byłby uzasadniony to byłoby to teraz, gdy patrzył na potwora stojącego mniej niż trzy metry od niego i wciąż pokrytego świeżą krwią podczas gdy on sam nie miał przy sobie żadnej broni.
Tylko, że była to krew innego demona, a ten zaatakował tylko by uratować Samowi życie. Tak jak Sam ocalił jego zaledwie tydzień wcześniej.
Stworzenie wyciągnęło szyję, znów się zawahało i w końcu opuściło nos do Sama. Instynktownie, a były to instynkty o których do tej pory nie miał pojęcia i nie do końca rozumiał, zagrzebane gdzieś głęboko w jego wnętrzu, Sam uniósł jedną dłoń poddając się samobójczemu pragnieniu by dotknąć, tak jak wtedy, gdy uwalniał demona.
W czerwonych oczach widział ten sam blask, bledszy niż słońce, a jednak jaśniejszy, lśniący silniej niż wszystko inne. Coś takiego powinno być wyraźnie widoczne pośród nocy, ale Sam nie widział nic poza blaskiem tych oczu, trzymając dłoń nad ciepłą skórą bestii.
- Sam! - rozległ się krzyk i chłopak, jakby budził się ze snu, odskoczył w tym samym momencie co demon. Halabarda przecięła powietrze między nimi i wbiła się w ziemię. Broń może i mogła być trzymana jak włócznia, ale z całą pewnością nie nadawała się do rzucania. Ciężar ostrza topora złamał trajektorię lotu i pocisk minął demona. Jednakże Sam wiedział, że gdyby to była włócznia albo pika, dosięgłaby celu bez wątpienia.
- Sam, biegnij!
Sam odwrócił głowę i zobaczył jak jego brat biegnie do niego, przebierając nogami z szybkością zrodzoną tylko z czystej desperacji. Rozległ się ciężki huk gdy demon opadł przednimi nogami na ziemię wprawiając ją w drżenie, a głowa bestii zwróciła się w stronę Deana. Spomiędzy szczęk wydobył się krzyk, tak donośny, że Sam musiał przycisnąć dłonie do uszu.
W następnej sekundzie demon wzbił się w powietrze i odleciał, zupełnie jak przed tygodniem, choć wtedy był jeszcze osłabiony po niewoli. Sam śledził go wzrokiem aż czarna sylwetka zlała się z nocnym niebem, szczególnie przy pomarańczowym blasku płomieni poniżej. Chłopak szukał wśród gwiazd, które znikną zasłonięte ciałem demona, ale szybko przerwał mu Dean, podbiegając do niego i łapiąc za ramiona by odwrócić do siebie.
- Sammy! - wydyszał patrząc na niego szeroko otwartymi oczami i Sam odwzajemnił spojrzenie. - Coś ty sobie do diabła myślał, stary? Co ty tu do cholery-
Dean potrząsnął głową i Sam nie miał pojęcia co z tym wszystkim zrobić, wciąż jeszcze czując efekty dziwnej magii, czy co to tam było między nim a demonem. Żadne odpowiedzi jakoś nie przychodziły mu do głowy.
- Ja-
- Mogłeś zginąć ty debilu!
- Ja nie...
- Nie co?!
- Nie myślałem.
- Jasna cholera, oczywiście, że nie myślałeś! - Ramiona Deana nagle znalazły się wokół niego, przyciskając go mocno do piersi brata tak blisko, że Sam usłyszał jak szybko i mocno bije serce Deana. - Nie rób tego, Sammy. Kurwa, nie strasz mnie tak.
Wszystko to zostało wysyczane cicho, i dziwnie zabrzmiało na tle chaosu towarzyszącego atakowi. Sam zacisnął powieki, chłonąc chwilę czułości, o której wiedział, że minie szybko. Słyszał trzaski płomieni i jęki konstrukcji z drewna i kamienia, ale nie było żadnych krzyków, demonich czy innych, żadnych szczęków metalu na pazurach. Cokolwiek stało się w mieście, atak się skończył.
- Przepraszam – wymamrotał Sam wciąż nieco nieprzytomnie od tego wszystkiego co zaszło tej nocy. Czuł jakby cały świat obracał się za szybko, ale dzięki solidnej stabilności brata jakoś zdołał utrzymać się na nogach. - Przepraszam, Dean, przepraszam...
Powtarzał te słowa raz za razem jak mantrę.
Dean nic już nie powiedział, ale mocniej ścisnął Sama i chłopak zamknął oczy pozwalając sobie na chwilę słabości w ramionach osoby, w której siłę wierzył z dziecięcą pewnością, wiarą czystą i niezachwianą.
Jakby wszystko już miało być dobrze.
- Dlaczego nie mogę iść z Tatą i z Deanem? - spytał Sam.
- Bo jesteś za mały.
- Nie jestem za mały! - zaprotestował Sam choć logicznie wiedział, że był mniejszy i od Deana i od rodziców.
- Jesteś – powiedziała mu stanowczo matka. - Jesteś i właśnie takiego cię lubię.
Sam wydął wargi.
- Ale co jest fajnego w byciu małym? - wymamrotał zakładając ramiona na piersi. Matka siedziała na balii i za pomocą ścierki czyściła ich talerze i miski. Szorstka, utwardzona glina powstała przez podgrzanie błota wyciągniętego z wnętrza ziemi. Raz Dean zabrał go do wielkich pieców i pokazał jak to się robi.
- Cóż, po pierwsze, możesz się zmieścić w mnóstwo małych przestrzeni.
Sam musiał przyznać, że to było dość przydatne.
- A po drugie jesteś słodszy niż wszyscy inni.
Sam skrzywił się – nie chciał być słodki.
- Ale najlepsze w byciu małym jest to, że nie musisz wychodzić na zimno i pomagać rybakom oporządzić zdobyczy. Trzymać mnóstwa zimnych, oślizgłych, rozlazłych ryb w ramionach i pozwalać im moczyć sobie koszulkę jednocześnie chodząc w górę i w dół po klifie... - Specjalnie obniżyła głos, jakby to było czołganie po ziemi i Sam zaśmiał się.
Musiał przyznać, że nie brzmiało to za fajnie.
- Więc to robią teraz Tata i Dean? Noszą ryby?
- Teraz tak. Po południu wydaje mi się, że mieli iść na polowanie – może uda im się znaleźć dla nas trochę dziczyzny. Wioska musi zebrać zapasy na zimę.
Sam nie pamiętał zimy zbyt dobrze. Ostatnim razem jak przyszła miał trzy lata i jego najwyraźniejszym wspomnieniem było to jak matka owinęła go tyloma warstwami ubrań, że niemal nie mógł się ruszać, a potem posadziła w śniegu, żeby sobie podreptał. Tym razem wyglądał z oczekiwaniem chociaż wszyscy inni byli jakoś mniej podekscytowani. Nawet Dean zmarszczył brwi gdy Sam wspomniał śnieg, a Bobby powiedział Samowi, że zima jest ciężka – że każdy miał mniej jedzenia, a więcej pracy.
To nie brzmiało fajnie.
No i wyszło na to, że chyba jednak dobrze być małym, pomyślał Sam.
Wkrótce zostawił mamę i podszedł do kominka. Na półce z boku stało kilka książek – było to coś, czego inni ludzie nie mieli. Matka Sama była mądra i umiała czytać. Gdy przyjechała do Lawrence miała ze sobą trzy książki. Tylko nieliczni umieli czytać, więc to ona nauczyła Sama i Deana. Sam umiał już czytać na głos, a Dean był jeszcze szybszy i potrafił już czytać niemal tak dobrze jak ich mama.
Była jedna duża książka, którą mama kupiła u kupca w Caerdeep, dwie wiosny temu. Była pusta, co wydało się Samowi dziwne, ale mama wypełniała ją słowami zawsze po rozmowie ze starszymi mieszkańcami, zbierała tak ich historie. Sam już ją kiedyś przeglądał, matka przewracała strony i czytała mu te historie, które mogły mu się spodobać, jak jego przodkowie przechytrzyli morze tak, że myślało, że musi być spokojne,, albo jak ludzie spod wzgórza chcieli ukraść dziecko, ale łowcy Lawrence ułożyli się z nimi, żeby dziewczynka mogła wrócić. Ale ulubioną historią Sama była ta o założeniu Lawrence, gdy pojawiło się proroctwo, według którego miasteczko zginie i zostanie zapomniane jeśli demony kiedykolwiek opuszczą otaczające je klify.
Sam wdrapał się na stołek i sięgnął po książkę z historią, ale gdy ją wyciągał inna wypadła na podłogę z hukiem i otworzyła się. Sam spojrzał na nią, a potem usłyszał jak matka go woła.
- Sam!? Nic ci nie jest? Co się stało? - Rozległ się odgłos jej kroków na podłodze gdy przybiegła sprawdzić i odetchnęła z ulgą na widok, który ją czekał. - Sam... jeśli chciałeś poczytać trzeba mi było po prostu powiedzieć.
- Byłaś zajęta.
- I tak mogłeś mi powiedzieć.
- Duchowny Jim mówi, że „wszyscy powinni pracować razem, żeby przeżyć zimę" - nie chciałem ci przeszkodzić.
Matka odetchnęła i pokręciła głową uśmiechając się ze łzami w oczach, podchodząc do niego i wycierając dłonie całe w mydle o suknię.
- Zmywanie naczyń to nie przygotowanie do zimy, Sam. To jest coś, co robię każdego dni, jeśli nie zauważyłeś.
- Oh... - wymamrotał Sam złażąc za stołka. Nie zauważył.
Kiedy stanął na ziemi jego wzrok padł na tę książkę, która wypadła przez przypadek i oczy chłopca otwarły się szerzej gdy zobaczył wnętrze stron. Tej mama mu jeszcze nigdy wcześniej nie pokazywała. Nie rozpoznawał pisma, ale na otwartej stronie widniał śliczny obrazek namalowany barwami jakich Sam wcześniej nie widział. Przedstawiał stworzenie z wielkimi skrzydłami i czerwonymi łuskami, żółtymi na brzuchu i nosie, które ziało ogniem. Otaczały go skomplikowane wzory splecionych kwiatów i dzikiego wina, a w dole poniżej narysowane było ogromne miasto składające się z setek maleńkich domków zrobionych z tycich kamieni i brukowanych ulic, kompletnie innych niż te z Lawrence, z ubitej ziemi.
- Łał... - wymamrotał i sięgnął po książkę, nierozważnie ściskając kartę zbyt mocno w małej piąstce, na co mama natychmiast interweniowała.
- Ostrożnie! - ostrzegła ze strachem w głosie i Sam natychmiast puścił książkę. Podniosła ją i delikatnie zamknęła, a potem z powrotem ułożyła resztę książek na półce. Spojrzała na niego z dziwnym wyrazem w oczach.
- Chciałeś zobaczyć tą, Sam?
- O, tak! - Szybciutko skinął głową. - Proszę!
Matka opuściła wzrok na cienką książkę, którą trzymała w dłoniach zaciskając usta.
- Cóż... niech tak będzie. Idź usiąść przy kominku i wtedy ci pokażę, dobrze?
Sam pośpieszył wykonać polecenie i usiadł tuż przy żarzących się jeszcze or rana węgielkach. Wciąż wydzielały ciepło i Sam przysunął się najbliżej jak się dało bez ryzyka poparzenia czując jak grzeją mu plecy. Matka wzięła stołek, którego użył wcześniej żeby dostać się do książek i postawiła go przed kominkiem. To był niski stołek na trzech nogach i gdy ona na nim usiadła musiała podwinąć nogi.
Złożyła książkę na podołku i przez chwilę gładziła grubą okładkę palcami. Potem, najwyraźniej podjąwszy decyzję, czule ją otworzyła i wygładziła dłonią pierwszą stronę.
- Tą książkę namalowali mnisi tam skąd pochodzę. Jest dość stara. Starsza niż ty. Starsza niż ja. Trzymali ją w klasztornej bibliotece na zamku.
- Tam gdzie mieszkałaś był zamek? - Oczy chłopca były wielkie.
- Oh... tak. Tak, był. Ale wokół było jeszcze sporo innych. - Spojrzała w bok wyglądając na nieco zdenerwowaną, ale Sam w ogóle nie zwrócił na to uwagi tylko uniósł się na kolanach by móc zajrzeć do książki. Niestety pierwsza strona zawierała tylko kilka słów napisanych fantazyjnym pismem, zbyt fantazyjnym, żeby mógł je odszyfrować.
- To co w niej jest? - Spojrzał na nią z wyczekiwaniem. Matka uśmiechnęła się lekko, jak zawsze gdy myślami odbiegała od rzeczywistości.
- Demony, Sam – odparła i przewróciła kartkę by pokazać mu kanciasty obrazek masywnego stworzenia w zieleni, złocie i fiolecie, którego wielkie oczy zdawały się patrzeć poza kartkę, a pazury zwinięte były w jej rogu. - To historia demonów. Albo przynajmniej tyle, ile nam z niej pozostało.
Usta Sama otworzyły się na widok piękna rysunku, oczy podążały za każdą perfekcyjną łuską i śledziły połyskliwe łuki pazurów. Stworzenie zdawało się niemalże żyć i wić się po karcie z całą miłością, którą włożono w jego wizerunek. A potem dotarło do niego, co powiedziała mama.
- Co masz na myśli? - Zmarszczył brewki zdziwiony.
- Bardzo dawno temu, zanim jeszcze się urodziłam, nawet zanim założono Lawrence i przybyli Rzymianie... Ludzie i demony przemierzali niebo razem.
Znów przewróciła stronę. Tym razem więcej było tekstu, ale w rogu kartki Sam dostrzegł człowieka na demonie, którego skrzydła były rozłożone, a z paszczy wychodziły kłęby dymu. Mężczyzna na jego grzbiecie nie wydawał się być w niebezpieczeństwie. Nad głową trzymał śliczne światełko, a drugą rękę położył na sercu.
- Świat wyglądał zupełnie inaczej. Zupełnie inna Alba i zupełnie inna Sasainn*. Na południu znajdowało się wspaniałe królestwo z miastami ciągnącymi się na mile. Mieszkali w nich mądrzy ludzie z mądrymi pomysłami, a w miastach były takie cuda, które wykraczają poza naszą wyobraźnię.
- Jak co na przykład? - dopytywał natarczywie Sam.
- Nie wiem. Nie umiem sobie tego wyobrazić. - Puściła mu oczko, a potem znowu spoważniała. - Ale wiem, że mieli wystarczająco światła, żeby długo odganiać nocne ciemności i umieli doprowadzać świeżą wodę do picia. Mieli całe ogromne budowle na przechowywanie książek i rzadko się smucili.
- To co się stało? Dlaczego już tak nie jest?
- Bo złamaliśmy więzi z demonami.
- Więzi?
Matka skinęła głową.
- Wtedy – mówiła dalej – ludzie i demony tworzyli razem więzi – połączenia, które opierały się na umowie, dzięki której demon mógł oddać człowiekowi połowę swojego życia, a w zamian za to człowiek oddawał mu połowę swojej duszy.
- To nie brzmi jak dobra umowa... - Sam zmarszczył brwi.
- O, a to dlaczego?
- No bo kto chciałby żyć krócej? Lepiej byłoby zatrzymać całe życie.
- Możliwe... - zaśmiała się mama. - Ale demony nie tak to widziały. Więź to równa wymiana gdzie demon dawał człowiekowi połowę życia, ale w zamian człowiek oddawał mu coś, czego ten pożądał równie mocno.
- Co? - spytał Sam wciąż marszcząc brwi. Nie przychodziła mu do głowy nawet jedna rzecz, która byłaby warta setek lat życia, a już zupełnie nie było to coś tak nieuchwytnego jak dusza. Sam nigdy takiej nie widział, anie nie czuł.
- Ludzie mają w sobie wspaniałe światło – odparła matka i potrząsnęła głową zanim Sam zdołał zapytać. - Wiem, że ty go nie widzisz. Dla większości ludzi jest niewidoczne. Ale jeśli ktoś tak postanowi to może podzielić się tym światłem z demonem. Demony nie marzą. Nie mają wyobraźni, ani życzeń. Ale przede wszystkim nie ma dla nich życia po śmierci. Dla nich oddać pół życia w zamian za to wszystko jest bardzo łatwo. My moglibyśmy ich dosiadać. Nasi przodkowie siadali okrakiem na ich grzbietach, a demony unosiły ich do nieba – razem w bitwie i razem w życiu. Były naszymi drugimi połówkami, a gdy my dzieliliśmy z nimi sny, one dzieliły z nami niebo. A poza tym, demony naprawdę żyją bardzo długo – ich jeźdźcy, ich powiązani, żyli razem z nimi przez setki lat.
- Jak przyjaciele?
- Coś w tym rodzaju... Byli częścią siebie, jeździec i jego demon. Mogli słyszeć swoje myśli i dzielić uczucia. Związani w bitwie mieli potworną moc, ale nie używali jej w złych celach. Zamiast tego przynosili ziemi życie i wiedzę. Widzisz? - Postukała palcem w człowieczka na grzbiecie demona w obrazu. - On niesie ze sobą światło. Światło i życie przez moc więzi. Gdzie jest powiązana para ziemia jest zieleńsza, zwierzyny zawsze pod dostatkiem, a woda słodka i czysta. Związani będą żyli długo i zobaczą wiele rzeczy.
Znów odwróciła stronę i tam na samym środku stała z zamkniętymi oczami dziewczynka trzymając ręce na piersi gdzie lśniło wspaniałe złote światło. Otaczały ją kołem demony, wbijając w nią wzrok.
- Co się z nią dzieje? Czy one zamierzają zrobić jej krzywdę? - zapytał nagle nieco zmartwiony Sam.
- Nie. - Matka pokręciła głową. - Wszyscy ludzie mogą stworzyć więź. Każdy ma taką zdolność. Ale niektórzy są bardzo specjalni – oddani więzi. Lśnią jaśniej niż inni i mają w sobie moc, której nie mogą zobaczyć, ani nawet użyć, ale której mogą użyć demony. Im silniejsze światło tym wspanialszy dar otrzymuje przez więź demon.
- A do czego jej używają?
- To nie do końca w ten sposób... To nie narzędzie. Sprawia, że demon jest silniejszy, szybszy, dodaje im inteligencji. W tych historiach czasem demony mogą nauczyć się dotykać umysłów innych, a nawet kontrolować małe zwierzęta by przychodziły do nich zamiast musieć na nie polować. Niektóre legendy mówią, że jeśli światło jest wystarczająco silne to ochroni ono demona przed ranami – by żadne ostrze czy włócznia nie przebiła ich skóry.
- Łał – westchnął Sam przyglądając się dziewczynce. Wyglądała na zrelaksowaną, nie bała się. Trzymała światło jakby je komuś dawała, a jej długie włosy ślicznie wokół niej falowały. Matka odwróciła stronę i Sam zobaczył tę samą dziewczynkę, tym razem z boku, gdy sięgała by dotknąć nosa czarno-fioletowego demona z oczami koloru ametystu.
W miejscu, w którym się dotykali lśniło piękne światło, takie jak to na poprzedniej stronie.
- Człowiek i demon wybierają się i właśnie tak tworzą więź. - Mama stuknęła palcem w kartkę. - A kiedy już się zwiążą będą razem już do końca życia, jako więcej niż przyjaciele, czy nawet rodzina, ale jako część siebie. Więź jest potężna i nie można jej nigdy złamać. Razem dzielą duszę.
Sam nie miał już co powiedzieć, w ogóle żadne słowa nie przychodziły mu do głowy.
Ostrożnie wyciągną jedną rączkę i pogładził palcami obrazek dziewczynki, a potem demona. Światło, które lśniło w miejscu, w którym się dotykali zdawało się być niemal jak żywe, złota, srebrna i biała farba sprawiały, że wydawało się jakby to kartka tak błyszczała. W swojej wyobraźni Sam widział jak dziewczynka wyciąga rękę, a demon pozwala jej się pogłaskać i oboje zbliżają się do siebie, aż pochłania ich światło i stają się jedną osobą.
Zabrał rękę i zmarszczył brwi.
- To gdzie są teraz? - zapytał patrząc do góry na mamę. - Jeźdźcy demonów.
Jej uśmiech zbladł i zniknął i na pół przymknęła smutne oczy. Zwilżyła językiem wargi zamykając powoli książkę.
- Wszyscy wyginęli. Zdarzyła się okropna wojna i cudowne miasta przeszłości upadły, aż zostało po nich zaledwie kilka książek ze wspaniałych kolekcji. Ludzie i demony żyją teraz osobno, boją się siebie nawzajem, nieświadomi cudów własnej przeszłości. - Urwała i Sam był gotów zadać następne pytanie, następne pięć pytań, ale nie dostał na to szansy. Matka wstała i odłożyła książkę na półkę, a potem odwróciła się z powrotem do niego.
- A teraz chodź, mam mnóstwo rzeczy do zrobienia zanim zajmiemy się kolacją. - Wyciągnęła rękę. - Pomożesz mi?
Sam zamarł desperacko pragnąc dowiedzieć się więcej o niesamowitych miastach i demonach i jeźdźcach i więzi i świetle i książkach i wspaniałych rzeczach i wojnie i miał jeszcze tyle pytań. Ale powolutku on też wstał i wziął mamę za rękę bo chociaż chciał pytać, wiedzieć, to wiedział, że musieli się przygotować do zimy, a przecież nie chciał być malutki na zawsze.
Dean nie męczyłby mamy pytaniami. Pomógłby wypełnić wszystkie obowiązki, a Sam chciał być tak duży i silny jak Dean, więc nie pytał już o jeźdźców demonów do końca dnia. Wiele o nich rozmyślał kiedy czyścili naczynia i przygotowywali kolację i gdy wywieszali wyprane koce na dworze do wyschnięcia, a nawet kiedy poszli do studni po wodę do kuchni.
O nic nie pytał, ale wciąż o tym myślał gdy Tata i Dean wrócili do domu, gdy wszyscy siedzieli wokoło stołu i rozmawiali i gdy słuchał jak ojciec i brat się śmieją i opowiadają o swoim dniu i wciąż myślał gdy mama układała jego i Deana do snu. Będzie musiał po prostu zapytać mamę kiedy indziej.
Gdy tamtej nocy zasnął śniło mu się, że dosiada demona i z jego grzbietu patrzy jak świat pod nim przemija, a wszędzie było życie i światło.
Następnego ranka po ataku wszystko było dziwnie ciche i powolne, kontrastując z chaosem poprzedniej nocy. Sam bez słowa wytoczył się z łóżka gdy Dean trącił go w ramię po zaledwie trzech marnych godzinach odpoczynku. Nie musieli rozmawiać. Dobrze znali rytuał sprzątania po ataku.
Sam umył się bez entuzjazmu i naciągnął jakieś ciuchy dla ochrony przed wiatrem, a potem zszedł na dół do kuchni by napchać sobie kieszenie solonym mięsem i złapać kawałek owocu zanim wyszedł.
Tuż za drzwiami czekał na niego obraz spokoju, znużenia i kompletnej demolki. Cztery budynki zostały zniszczone, jeden w ogóle zburzony, a choć to z pewnością nie były najgorsze zniszczenia z jakimi mieli do czynienia nie były to też najłatwiejsze. Sam odgryzł spory kawałek swojego owocu i przyjrzał się wszystkiemu, żując suchy, mączysty miąższ.
Magazyny ugaszono zeszłej nocy i z tego co Sam słyszał to więcej zniszczeń w nich nie było. To była tylko jedna sprawa, ale bardzo ważna i wszyscy czuli ulgę na myśl, że ich ciężka praca podczas zbiorów nie poszła na marne. Mieli mnóstwo innych rzeczy żeby nad nimi załamywać ręce.
Sam usłyszał równy dźwięk haka Bobby'ego wbijającego się w drewno gdy mężczyzna usuwał szczątki. Inni mieszkańcy chodzili nieopodal i przerzucali gruzy oraz łatali dziury w dachach. Mieli szczęście, tyle Sam wiedział na pewno. Z większością łowców na wyprawie i tylko Bobbym, Deanem i nędzną garstką rekrutów do obrony wioski mieli szczęście, że w ogóle przetrwali atak.
Na tym polegał problem z przejściem do ofensywy – ci, którzy pozostali na defensywie byli osłabieni i otwarci na atak.
Szczerze to Sam był zaskoczony, że demony nie zaatakowały wcześniej.
- Jakieś ofiary? - zapytał podchodząc do Bobby'ego i wyrzucając to, co zostało z owocu, poobgryzany środek, w trawę.
- Nie, żebym słyszał. Zawsze po jest trochę chaotycznie. - Starszy mężczyzna wzruszył lekko ramionami i podniósł ciężką, spaloną na jednym końcu przez piekielny ogień belkę. Ułożył ją sobie na ramieniu i odwrócił się w stronę klifów. - Wziąłbyś też parę.
Sam kiwnął głową i zebrał szybko ile zdołał zmieścić na rękach. To było ważne, żeby oczyścić wszystko najszybciej jak się dało. Wtedy wioska znowu mogła normalnie funkcjonować. Czasem pomiędzy atakami mieli zaledwie tydzień. Czasem, jeden dzień.
- Poza tym tylu ludzi odpłynęło z twoim ojcem, że ciężko jest liczyć jak zazwyczaj. Nie byłem jeszcze po drugiej stronie linii magazynów – ludzie mówią, że tam jest trochę gorzej, ale nie słyszałem, żeby ktoś zaginął – poinformował go Bobby gdy szli w stronę klifu. Niedaleko na wschód od zejścia na plażę, tuż przy krawędzi, naukładano ogromny stos spalonego i połamanego drewna – nie nadawało się już do budowania, ale dlaczego je marnować? Wciąż można było je popalić w ogniskach. Bobby zrzucił skróconą belkę na stos i wyjął z niej hak, a Sam pozbył się z ramion góry bezużytecznych śmieci, które niósł i otrzepał koszulę.
- To chyba znaczy, że wciąż czekamy z tym całym „treningiem", hmm? - zapytał zerkając na starego łowcę mając nadzieję, że nie wygląda jakby na to miał nadzieję. Nie brał udziału w żadnych treningach odkąd olał swoją Rękawicę, ale był pewny, że to tylko kwestia czasu zanim zaczną go o to męczyć.
- Wykorzystujesz atak demonów. - Bobby pokręcił głową. - Cóż, zdaje się, że twoje wieczne zamartwianie na coś się przydaje. Trzeba to miasto doprowadzić do porządku.
- Mówimy o tym jakim Sam jest obsesyjnym perfekcjonistą? - Wciął się Dean. Sam odwrócił się i zobaczył jak brat zbliża się niosąc na ramionach kilka desek, podtrzymując je silnymi rękami. Chłopak nie mógł powstrzymać się od obserwowania jak mięśnie brata pracują gdy nonszalancko zrzucił wszystko na stos, a potem uniósł rękę i potarł skórę pod nosem.
- To nie żadna obsesja – wymamrotał.
- Chyba nikt poza tobą nie martwił się, żeby ziarna były suche.
- Bo w deszczu zgniją!
- Będą spalone przez demona na długo zanim będziemy musieli się martwić pleśnią.
Sam prychnął.
- A tam, daj bratu żyć – machnął ręką Bobby. - Dobrze sobie radził przez ostatnich parę tygodni.
- Ta, ta – mruknął Dean, ale klepnął Sama po ramieniu gdy przechodził z powrotem w stronę wioski. Bobby podobnie dotknął lewą ręką barku chłopaka, krótki kontakt i gest, który mówił „wierzę w ciebie". To uczucie, ta wiedza, że zarówno Dean jak i Bobby widzą w nim kogoś wartościowego sprawiły, że Sam poczuł jak jego pierś się rozszerza i wypełnia, a i tak nie była w stanie pomieścić jego oddechu.
Był tak przyzwyczajony do bycia niedocenianym, że automatycznie uważał siebie za coś gorzej niż bezużytecznego. Nie miał pojęcia jak to było kiedy ktoś na nim polegał. Kiedy uważano go za wartościowego. Zawsze myślał, że zostanie drugorzędnym łowcą demonów i chciał być tylko wystarczająco dobry, żeby na niego nie zważali, ale przez ostatnie parę tygodni to nie polowania ani walki od niego chciano. Nie musiał się gimnastykować, żeby dopasować się do potrzeb ludzi, ale to oni chcieli jego, doceniali jego obsesyjne planowanie i to, że za dużo myślał. Znalazł sobie miejsce, jakąś niszę.
Był więcej niż tchórzliwym synem Johna Winchestera.
Był kimś, kogo ludzie chcieli.
Kimś, kogo Dean doceniał.
Ta myśl jednakże szybko go otrzeźwiła i całe powietrze uszło mu z płuc gdy przypomniał sobie tamtego demona, który go uratował poprzedniej nocy. Demona, którego on uratował i na bogów, gdyby oni o tym wiedzieli, to by go powiesili za kostki, a to nowe, ledwo wyklute uznanie rozwiałoby się jak poranna mgła i byłby Samem Zdrajcą, Samem Głupcem. Tym, który pozwolił demonowi żyć.
Fakt, że bardzo mu to później pomogło nie zostałby wzięty pod uwagę.
Nie mógł jednak powstrzymać odrobiny ciekawości, pomimo tego. Nigdy nie słyszał, żeby demon kogoś uratował, poza bajkami matki – które nie były niczym poza historyjkami dla uciechy dzieci. Ale ten demon wrócił po niego, ochronił go, ocalił mu życie jakby myślał, że jest Samowi winny za to, co zrobił. Chłopak nie wiedział, czy to dobrze, czy bardzo, bardzo źle.
Był wdzięczny za to, że żyje, oczywiście, wdzięczny za ochronę, którą otrzymał. Nie było wątpliwości, że bez niej Sam by zginął poprzedniej nocy jako jedyna ofiara ataku. Ale nie miał pojęcia jak się ustosunkować do idei, że demon mógł czuć się zadłużony, zobowiązany. Spędził ostatnie jedenaście lat widząc je jako krwiożerczych morderców – stworzenia, które popełniały nie niewinne morderstwo z głodu jak lis czy borsuk, które walczą tylko by zaspokoić podstawowe potrzeby; stworzenia wykraczające poza szybki ruch noża pasterza na gardle jednej z jego owiec dla mięsa. Demony nie tylko zabijały dla sportu, one dziesiątkowały i niszczyły wszystko. Robiły więcej niż tylko zabijały ludzi. Chciały wymazać istnienie Lawrence, zetrzeć i zrzucić ich do morza i Sam wierzył w to odkąd jego matka zginęła i zabrała ze sobą wszystkie swoje cudaczne historie.
Nie podobało mu się, że musiał się mierzyć z tym wszystkim – pomijając całą emocjonalną plątaninę, przez którą musiałby się przedrzeć nigdy żaden inny członek jego ludu by go nie zrozumiał. Nie mieli do niego cierpliwości gdy bał się tych stworzeń, a nie ich nienawidził. Mógł sobie jedynie wyobrazić ich twarze gdyby spróbował im wyłożyć, że „demony nie są takie złe".
Zaśmiał się na tę myśl bez krzty humoru w głosie. Zamiast tego miał zamiast żołądka zimną, twardą gulę gdy wracał do roboty w przerzucaniu gruzu i rozdawaniu zapasów naprawiającym zniszczenia. Wyobraźnia usnuła w jego głowie obraz świata, w którym wszyscy widzieli jego wnętrze – widzieli jak się od nich różnił, czuli jego myśli. Przez cały poranek każde rzucone mu spojrzenie wydało mu się podejrzliwe, przeszywające i wiedział, że zaczyna popadać w paranoję.
Ludzie byli więcej niż pochłonięci pracami naprawczymi, zajmowaniem się zniszczeniami i składaniem z powrotem do kupy połamanych rzeczy. Łatali swoje duchy tak jak łatali swoje domy. Sam starał się wyrzucić całą sprawę z głowy. W końcu nigdy więcej nie miał zobaczyć tamtego cholernego stworzenia. Za parę dni, tygodni albo miesięcy będą się naprawiać po następnym ataku, a wspomnienie tego jak jakiś demon przypadkowo go uratował zostanie właśnie tym – wspomnieniem. Dziwne, niezwykłe i jednorazowe zdarzenie.
Mimo to umysł Sama nie chciał siedzieć cicho i jego skłonność do nadinterpretacji także się obudziła i tylko myślał sobie: nie mogą być z natury złe jeśli choć raz uczynią dobro.
Zanim nadeszło południe Sam zrobił się głodny, jak wielu innych, którzy porzucili robotę i zebrali się by pogadać w grupkach. Pomimo chłodu chłopak był cały spocony od ciężkiej pracy i bolały go zaczerwienione ręce, którymi cały czas coś ciągnął czy układał. Dean dołączył do jakichś młodych praktykantów i siedzieli w swojej grupce na głazie nieopodal owczarni na wschodnim końcu miasta. Sam słyszał jak głośno rozmawiają i się śmieją i miał przez chwilę ochotę pójść do nich, zastanawiając się, czy jego nowy status użytecznego członka społeczeństwa zagwarantowałby mu ciepłe przyjęcie.
Ale łowcy byli łowcami, a chociaż ludzie tacy jak pasterze, krawcy, kamieniarze czy kowale byli bardzo potrzebni, łowcy mieli zwyczaj wrzucania ich wszystkich do jednego wora: nie-łowców.
Pozycja Sama w Lawrence mogła się zmienić, ale on łowcą nie był, to z całą pewnością, a jednocześnie wątpił, żeby jego skłonność do zamierania na widok demona została przez nich kiedykolwiek zapomniana, nie mówiąc o kilku tygodniach.
Nie wspominając o tym, że Sam nie miał akurat ochoty na uwielbianie Deana. Uczucia dla Deana na bok, nie lubił tego jak ludzie całowali po butach tego brata, którego nie cierpiał – emocjonalnie wycofanego łowcę, który tak łatwo i szybko zastąpił dobrego i opiekuńczego chłopaka, którego Sam pamiętał z dzieciństwa.
Dean wybuchnął głośnym śmiechem. Halabardę trzymał luźno opartą na boku, siedząc na ściance owczarni. Czasami Sam zastanawiał się czy nie patrzy na dzieciństwo przez różowe szkła perspektywy naiwnego dziecka samemu tworząc fałszywy obraz brata z gliny i wspomnień. Ale oprócz wszystkich tych razów gdy brat się nim opiekował, prowadził, uczył pływać i trzymał bezpiecznie w ramionach gdy siedzieli razem na koniu mówiąc W porządku, Sammy, jestem tu Sam wciąż pamiętał to jak Dean kradł mu zabawki i się z niego naśmiewał. Pamiętał jak Dean użył nożyc z zestawu do szycia matki na jego włosach jednej nocy. Pamiętał jak Dean kiedyś płakał kiedy był smutny, niezadowolony czy zmartwiony, kiedy potrzebował Sama tak bardzo jak Sam potrzebował jego. Dean nie był kiedyś nieludzkim posągiem, bez skazy, nieporuszonym. Żył, oddychał i popełniał błędy i to sprawiało, że był piękny.
Dean nigdy nie był perfekcyjny, to tylko Sam kochał wszystkie jego niedoskonałości.
Teraz Dean chował wszystkie swoje niedoskonałości jak coś czego należało się wstydzić i Sam nie mógł sobie przypomnieć kiedy widział jak brat płacze, uśmiecha się czy w ogóle wykracza poza sprośny, złośliwy żart.
Sam zmarszczył brwi i zwrócił się na drugą stronę miasta, kierując się w stronę domu może na krótką drzemkę, żeby zebrać trochę energii. Przeszedł obok lasu i naokoło tawerny słysząc głosy zza grubych, kamiennych ścian, a następnie przelazł nad zwalonym podczas ataku drzewem.
Zobaczył to kiedy zeskakiwał z pnia: przebłysk rubinowej czerwieni pośród lasu i Sam natychmiast odwrócił głowę w tamtą stronę wypatrując tego co złapał kącikiem oka. Las był jednak cichy i ciemny, głęboka zieleń z odcieniami szarości i brązu niczym niezakłócona, liście nieporuszone poza rzadkimi podmuchami wiatru.
Sam wypuścił długi oddech z płuc czując jak serce wali mu w piersi i położył na nim dłoń. Potarł skórę przez materiał koszuli starając się uspokoić gdy nagle jeden z cieni się przesunął i nad odgłosami lasu wybiło się łamanie gałązek i szeleszczenie liści towarzyszące ruchom czegoś dużego. Oczy Sama rozszerzyły się, a chociaż nie widział dokładnie to i tak dojrzał wielki kształt uciekającego przed nim stworzenia.
- Czekaj! - powiedział od razu zastanawiając się dlaczego woła na demona, żeby został.Najwyraźniej mu odbijało. Stał tam przez chwilę rozglądając się naokoło by upewnić się, że nikt nie usłyszał jego okrzyku i nie miał zamiaru przyjść sprawdzić co się dzieje, a potem, z duszą na ramieniu wstąpił to lasu, przedarł się przez linię krzewów i wszedł na ścieżkę, którą pozostawił po sobie demon.
Naprawdę popadał w szaleństwo.
Znalazłszy się już na wydeptanej przez demona ścieżce Sam nie miał żadnych problemów z puszczeniem się biegiem – większe stworzenie oczyściło drogę z chrustu pozostawiając Samowi wolną drogę, żeby za nim podążył. Buty chłopaka miażdżyły pozostałe gałązki gdy omijał większe kłody. Jego ciekawość stała się nie do przezwyciężenia po całym poranku rozmyślania nad tematem bo jakoś uciszyła jego zazwyczaj silny instynkt samozachowawczy: oto właśnie gonił demona po lesie, całkiem sam, nie mając przy sobie nic poza krótkim nożem do strugania drewna w pochwie przy pasie.
Gdy wpadł na polanę (i, na bogów, dlaczego nie zorientował się wcześniej, że to będzie właśnie tutaj? Wszystko zawsze wracało tutaj) słońce zaświeciło mu w oczy i automatycznie ja zamknął gwałtownie się zatrzymując. Oddychał ciężko po biegu i ze strachu, który odmawiał odejścia, nawet jeśli zdecydował się zachować jak szaleniec. Uniósł dłoń by otrzeć czoło i otworzył oczy chcąc się rozejrzeć. Nie musiał szukać długo: tuż przed nim, nie dalej niż parę metrów stał, wpatrując się w niego wielkimi, czerwonymi jak krew oczami, demon.
Sam krzyknął krótko i przewrócił się na tyłek, gapiąc się na niego.
I przez chwilę oboje byli zamknięci w żywym obrazie, chłopak i wielki czarny demon po prostu wpatrujący się w siebie nawzajem.
A potem demon ruszył do przodu, opuścił głowę zmierzając prosto na niego. Strach o własne życie natychmiast wystrzelił w żyłach Sama, przerażenie i żółć wezbrały w nim na wspomnienie krwi i rzucił się znaleźć nóż, jakkolwiek bezużyteczny, ale zanim zdołał odwiązać rzemyk przytrzymujący narzędzie w pochwie, głowa demona znalazła się tuż przed jego twarzą. Sam czuł ciepło promieniujące ze skóry stworzenia, większe niż u człowieka i Sam zobaczył jak słońce odbija się w milionie maleńkich łusek. Sam wstrzymał oddech widząc jak demon otwiera paszczę ukazując dziesiątki perłowo białych zębów. Nagłym ruchem chłopak odwrócił głowę i instynktownie zamknął oczy nie mogąc przestać myśleć o tym jakie to głupie.
Jakby zamknięcie oczu sprawiło, że bycie pożartym żywcem będzie jakoś przyjemniejsze. Mniej potworne.
Usłyszał jak stworzenie zamyka szczęki i wzdrygnął się, ale nie poczuł żadnego bólu. Czekał aż nadejdzie w oślepiającym przebłysku jak tylko minie szok i do jego świadomości przebije się dźwięk żucia ale przełknął ślinę i jego ciało wciąż było w porządku więc odważył się otworzyć oczy.
Nie zobaczył żadnej krwi, ani ran. Nie czekał na niego widok własnych trzewi rozrzuconych na ziemi i zwisających z pyska bestii.
W zamian za to zobaczył jak demona żuje jego kaftan, który do połowy zsunął mu się z ramienia gdy upadał – spadek po Deanie, do którego Sam jeszcze nie do końca dorósł, a który teraz był dziurawiony przez demonie zębiska. Sam uniósł rękę by zepchnął z siebie potwora i wtedy dotarło do niego, że to najprawdopodobniej zły pomysł. Zamarł i przełknął ślinę ostrożnie przesuwając rękę, aż jego dłoń wylądowała na płaskiej płytce na nosie bestii. Wstrzymał oddech gdy jej oczy natychmiast spojrzały prosto na niego.
Łuska była przyjemnie ciepła, zupełnie inna od tego do czego Sam był przyzwyczajony – zimnych, martwych trucheł, których łuski, albo okazjonalnie skóra była pod jego palcami jak wosk bo uleciało z nich całe życie. To ciało się poruszało, żyło, oddychało, a demon obserwował go intensywnie oczami bez śladu przemocy czy obietnicy śmierci. Te oczy były oglądały go całego z ciekawością, ich źrenice zwężały się i rozszerzały w skupieniu.
- … hej – powiedział i demon wypuścił przemoczony kawałek kamizelki z paszczy tak, że upadł na ziemię z mokrym odgłosem. Stworzenie wypuściło oddech, Sam poczuł gorący podmuch na nadgarstku i ledwo się powstrzymał przed wzdrygnięciem, przygryzając dolną wargę. Kręciło mu się w głowie z nerwów bo ten strach z dzieciństwa wciąż gdzieś w nim siedział i krzyczał, żeby go wypuścić, ale uciszyło go spojrzenie tych błyszczących czerwonych oczu, które wpatrywały się w niego podobne do ludzkich i Sam natychmiast wiedział, że nigdy tego nie zapomni.
Że jego jego światopogląd nie da mu oddzielić inteligentnych emocji tego stworzenia od od demonów, które atakowały jego wioskę i mordowały ludzi.
Zaśmiał się nagle, nie mogąc się powstrzymać, bo właśnie mógł dodać „sympatię" do listy powodów, dla których nigdy nie zostałby dobrym łowcą – nie wystarczyło, że demony go przerażały, teraz jeszcze musiał się z nimi identyfikować?
Niespodziewany wybuch sprawił, że demon się wystraszył i odskoczył, rozkładając skrzydła. Światło słoneczne odbijało się od łusek i tworzyło śliczne kształty, zamieniając je w drogie kamienie.
- Hej, nie – powiedział szybko unosząc obie dłonie w uspokajającym geście. - Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. Bogowie – zachichotał. - Żebyś ty bał się mnie. Nie mam żadnych pazurów, wiesz... Ale zdaje się, że halabarda jest równie dobra co kieł czy szpon. Do tego jesteś przyzwyczajony? Do ludzi z włóczniami i ostrzami? Założę się, że tak.
Nie wiedział dlaczego zaczął nawijać. Przecież demon go nie rozumiał. Tak czy inaczej zdawał się jednak rozpoznawać ton jego głosu i rozluźnił się gdy Sam przestał wykonywać gwałtowne gesty czy wydawać głośne dźwięki. Gdy oboje zdawali się uspokoić i przestało się zanosić na to, że demon go zabije bez jakiegoś wyraźnego powodu Sam skupił uwagę na inspekcji swojej kamizelki.
Była przemoczona śliną, a w kilku miejscach została rozerwana i podziurawiona. Zrobiono ją z jeleniej skóry i nie było szans na naprawę. Sam przełożył palec przez jedną z dziur i westchnął – będzie miał niezły ubaw starając się to wytłumaczyć Deanowi. Zatrzymał się czując ciężar w jednej kieszeni.
Skrzywił się rozkładając palce i czując na nich demonią ślinę, ale kontynuował macanie, aż jego dłoń natrafiła na coś i wyciągnął ją z powrotem, otwierając pięść. Trzymał kawałek solonego mięsa, który zabrał rano z kuchni, teraz zupełnie przeżuty przez demonie zęby. Gapił się na niego przez chwilę, a potem spojrzał na demona.
- … to? Tego chciałeś? Mogłeś zjeść mnie całego, a zamiast tego chciałeś... mojego lunchu?
Demon natychmiast skupił się na mięsie poruszając kolcami na grzbiecie w czymś co Sam zinterpretował jako podniecenie. Jego długi ogon poruszał się bez przerwy niecierpliwie i chłopak dojrzał rozwidlony język oblizujący paszczę. W międzyczasie Sam wciąż zmagał się z tym, że demon wolał mały kawałek posolonego mięsa zamiast całego, soczystego człowieka siedzącego tuż przed nim.
Mimo siebie Sam zaczął mentalnie przeglądać byłe ataki próbując przypomnieć sobie kiedy widział, żeby jakiś demon pożarł człowieka – zdarzały się zniknięcia, pewnie, i natychmiast zaczęto spekulować, ale równie dobrze zaginiony mógł być strącony z klifu do morza. Demony zabiły mnóstwo łowców i mieszkańców miasta, tyle pamiętał i widział, ale nie mógł sobie przypomnieć żeby kiedykolwiek zobaczył na pół zjedzone ciało i nie mógł uwierzyć, że nie uderzyło go to wcześniej. Przez te wszystkie lata, jeśli demony miały ich zjadać, to musieliby znaleźć przynajmniej jedno ciało, które nosiłoby takie ślady.
Wstał na nogi zapominając o niepokoju w obliczu zdumienia i popatrzył na mięso w dłoni. Zerknął na demona.
- A więc to tego chcesz, Rubinowe-oczy?
Demon nie rozumiał słów, ale oczy wciąż wbite miał w mięso i po chwili wahania Sam rzucił je bestii i zdołał się tylko odrobinę skrzywić gdy złapała je w powietrzu i zatrzasnęła szczęki. Demon opuścił głowę radośnie żując mały kawałek. W niecałe piętnaście sekund było już po posiłku. Nagle stworzenie rzuciło się na niego i Sam zrobił pół kroku w tył w panice zanim go dopadło i zaczęło obwąchiwać i wkładać głowę w jego kamizelkę, trącać biodra i ramiona.
- Bogowie – zaklął pod nosem patrząc w osłupieniu jak demon, demon, obszukuje go w poszukiwaniu przekąsek. Oblizał usta, mocno je zacisnął i powoli opuścił jedną rękę. Oddech zamarł mu w piersi gdy obserwował stworzenie, które zdawało się w ogóle nie zwracać na niego uwagi. Jeszcze troszkę opuścił dłoń, aż w końcu spoczęła na szyi bestii. Poczuł pod palcami gładkie łuski i silne mięśnie poruszające się pod skórą. Pogładził szyję wypuszczając oddech z płuc.
- Nie jesteś jak inne – wymruczał i to wystarczyło by zaczął analizować sprawy, o których prawdopodobnie nie powinien myśleć i niemal się ucieszył gdy usłyszał jak Dean woła go z powrotem to wioski, choć głos brata sprawił, że podskoczył.
- Sam! Sam, gdzie ty do cholery polazłeś? Jesteś potrzebny w spichlerzu! Rusz ten swój chudy tyłek!
- Kurczę – powiedział Sam patrząc w dół na demona, który zdążył się już wokół niego owinąć. Oczekiwał, że jak tylko się ruszy to ten przerzuci się na agresję, pomimo wszystkich dowodów przeczących tej tezie, ale zrobił krok do tyłu i potwór mu pozwolił, przechylając na bok głowę.
- Muszę iść, Czerwone Oczy... Ale będę... - Nie mógł uwierzyć, że miał właśnie powiedzieć demonowi, że jeszcze się zobaczą. Że jednego dnia przyjdzie go poszukać. Igrając ze śmiercią, dokładnie jak matka, i w dodatku na tej samej przeklętej polanie. Na moment zrobiło mu się niedobrze. - Może jeszcze się zobaczymy. I... dzięki. Za uratowanie mi życia.
Demon tylko na niego patrzył jakby był kawałkiem układanki, którą starał się rozwiązać i może nawet potrafił. Dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, ale pomimo tego, pomimo strachu i nudności i potwornych wspomnień po matce, znał się nazbyt dobrze: ciekawość była przypadłością, z której nigdy się nie wyleczył.
Biegnąc z powrotem do wioski, wdzięczny, że demon nie zechciał pójść za nim, wiedział, że wróci.
/txtbreak/
*Sasainn - w szkockim gaelickim znaczy "Anglia"
Coraz ciekawiej? ;) Nie mogę się doczekać co powiecie na kulminację akcji. Do tego zostały nam jeszcze tak ze cztery rozdziały jeśli będę je dodawać w takiej wielkości...
