Cztery dni upłynęły odkąd Sam odważył się znów zawędrować do lasu w poszukiwaniu demona.

Nie miał wiele czasu dla siebie kiedy naprawa miasteczka szła pełną parą i tych kilka chwil, które dla siebie wykroił było bardzo krótkich, bo ktoś zawsze wołał go po coś akurat jak wchodził do lasu. Nie chcąc, żeby ktokolwiek odkrył gdzie szedł ani po co zawsze szybciutko zawracał i zabierał się za porzuconą przez kogo innego pracę. Z nadejściem nocy zostawało mu mniej więcej tyle energii, żeby wczołgać się do łóżka i natychmiast odpływał aż do rana.

W końcu Dean i Bobby zabrali rekrutów na polowanie na łąkach i było pewne, że nie wrócą przez tydzień przynajmniej. W wiosce panował względny spokój i porządek, więc Sam zdołał się wyślizgnąć. Na pewno pomogło to, że nie było Deana – on obserwował go znacznie uważniej niż inni, a Sam zawsze miał większe wyrzuty sumienia kłamiąc bratu.

Znalezienie demona okazało się nie być aż tak trudne jak Sam przypuszczał.

Ona (bo nie miała niewielkiego wybrzuszenia poniżej żołądka jakie posiadały demony płci męskiej) spała sobie spokojnie na polanie, zwinięta w kłębek z ogonem założonym na nos i skrzydłami w nieładzie. Gdyby Sam nie uważał demonów za przerażające koszmary mógłby nawet powiedzieć, że był to uroczy widok.

Sam patrzył jak śpi przez chwilę z drugiej strony polanki myśląc nad wszystkim co wiedział i co myślał, że wiedział i starając się to połączyć w jakąś spójną całość. Fakt, że zdecydował się przyjść i poszukać demona był niewątpliwie skomplikowany i brzemienny w przyszłe problemy, z którymi chłopak nie miał ochoty się zmagać – szczególnie teraz, kiedy wszystko zaczęło się dla niego układać.

Gdy demonica się obudziła podeszła do niego na moment i zbadała jego sztywne ciało i choć wiedział, że szukała jedynie przysmaków i tak musiał się przez to przeprowadzić oddychając powoli gdy go obwąchiwała. Pewna, że nic przy sobie nie ma, wróciła na swój koniec polanki i usiadła. Patrzyli się na siebie jakiś czas przedzieleni trawą, oboje jeszcze nie zdolni sobie zaufać, ale oboje ciekawi.

To był dziwny sposób na spędzenie dnia i z logicznego punktu widzenia Sam wiedział, że nie robi nic produktywnego. I tak kiedy wrócił do domu i zapakował się do łóżka czuł satysfakcję jakby cały dzień przekopywał pole.

Dwa dni później poszedł z kawałkami solonego mięsa.

A potem już nie było sensu okłamywać samego siebie, że nie ma zamiaru wracać.

Po tygodniu wiedział, że jej ulubionym pożywieniem są ryby. Minęło półtorej tygodnia i zobaczył jak otwiera skrzydła na pełną szerokość po raz pierwszy odkąd uwolnił ją z pułapki – sięgały daleko w niebo, tak ogromne i tak niesamowicie piękne z kośćmi czarniejszymi od skóry między nimi. Po dwóch tygodniach zobaczył jak wróciła z polowania gdy zawołał ją nie zastawszy jej na polanie.

Dzień po tym nadał demonicy imię: Ruby.

Nazywał ją „Rubinowooka" tak długo, że skrót zdawał się odpowiedni.

Wtedy musiał już przyznać, że nie chodzi do niej tylko po to, żeby potrenować umysł. Nie nadaje się imion przedmiotom treningu. Nie zaczyna się wołać, żeby przyszły kiedy tego chcesz. Jeśli już to traktował ją trochę jak dzieci traktowały ulubionego psa w wiosce. Sama myśl wystarczyła, żeby wywołać u niego atak śmiechu: demon – domowe zwierzątko. Kto słyszał o takiej rzeczy?

Łowcy powrócili z wyprawy niemal po trzech tygodniach wioząc na grzbietach koni kilogramy świeżego mięsa. Następne dwa wieczory zostały poświęcone na opijanie sukcesu i nieustające toasty. Dla Sama wszystko to było niedorzeczne, ale przynajmniej zajmowało całą uwagę jego brata. Trudniej było jednak uniknąć jej na sobie po tym jak Dean wygrzebał się z alkoholowego przytępienia.

Bezustannie musiał szukać jakichś dobrych wymówek dla oddalania się na bliżej nieokreślony czas – wymówek, których prawdziwości Dean nie mógł sprawdzić, co było coraz trudniejsze w miarę jak zaczął zauważać, że Sam bez przerwy gdzieś wychodzi. Z początku nie zwracał na to aż takiej uwagi. Ale trudno było nie zauważyć jak chłopak znikał na całe popołudnia lub wieczory niemal co drugi dzień, a Sam nigdy do końca nie opanował szlachetnej sztuki oszustwa. Uważał, że jest w tym całkiem niezły jak na kogoś, kto nigdy wcześniej nie próbował nic takiego, ale był lepszy w odczytywaniu wyrazu twarzy Deana niż w kłamaniu, a wyraz twarzy Deana był coraz bardziej podejrzliwy.

Z punktu widzenia logiki wiedział, że powinien dać wszystkiemu nieco przycichnąć. Gdyby na jakiś czas przestał chodzić do Ruby podejrzliwość Deana by się ulotniła i wszystko wróciłoby do normy. Potem wymykanie się nie byłoby takie trudne.

Ale odczekawszy całe trzy dni Sam zaczął się niepokoić, że może Ruby mogła pomyśleć, że już w ogóle nie wróci. Że może odleciała do Piekielnych Wrót i nigdy więcej jej nie zobaczy. Albo, co gorsza, że zobaczy ją – na ostrym końcu piki stojąc na drodze jej piekielnego ognia. Ta myśl przyprawiła go o dreszcze z kilku różnych powodów, z których o kilku nie chciał w ogóle myśleć, więc następnego dnia pojawił się ze sporych rozmiarów halibutem na przeprosiny za swoją nieobecność i nadzieją, że demony pojmują koncept przeprosin.

Tamten dzień okazał się tym, kiedy po raz pierwszy odważył się jej dotknąć – podejść do niej i położyć dłoń na jej ciele sam z siebie.

Nie planował tego. Nie przemyślał tego nawet podchodząc do niej. Po prostu jadła rybę i wydawała się być taka nią zaprzątnięta i Sam zastanawiał się czy jej skóra wciąż jest taka sama w dotyku: gładka i ciepła i metaliczna, łuski jak kawałki srebra pod palcami chłopaka. Tylko o tym myślał, zastanawiając się czy jej rogi są w dotyku takie same jak rogi barana, łuskowate i suche. Myślał, czy jej skrzydła w dotyku byłby jak garbowana skóra, ale nie sztywna i martwa, tylko żywa i pełna krwi, cienka tkanka owinięta wokół delikatnych kości.

Tylko się zastanawiał, to wszystko.

A potem podchodził nagle bliżej, tak blisko, że czuł ciepło z jej brzucha gdzie znajdował się ta wiecznie żywa iskra piekielnego ognia, skąd mogła przywołać płyn gorętszy niż jakikolwiek płomień, i wyciągnął rękę.

Gdy dotknął jej barku uniosła głowę i spojrzała na niego i Sam przestał oddychać.

Przez chwilę na polanie, na tej polanie, gdzie jego matka odważyła się dotknąć demona, gdzie Sam upierał się by iść w jej ślady, chłopak i demonica patrzyli na siebie, oceniając jedno drugie jak tylko dwa tak różne stworzenia mogą się oceniać. Z jakąś dziwną mieszanką niedowierzania, zadziwienia, ostrożności. Ze zdrową dawką sceptycyzmu i podziwu.

A potem, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło, Ruby odwróciła się z powrotem do swojego posiłku i Sam stał tam z ręką na demonie bez śladu na ciele, który by dowodził jego czynu.

Z jakiejś przyczyny to właśnie wtedy Sam zrozumiał, że nigdy już nie będzie w stanie spojrzeć na demony tak jak kiedyś.

Że jego życie jako mężczyzny i Celta będzie diametralnie różne od tego, co sobie wyobrażał.

Z czasem nabrał odwagi w zbliżaniu się do Ruby, a ona się do tego przyzwyczaiła – czasami nawet z jej piersi wydostawał się dudniący dźwięk, rozedrgany odgłos przyjemności, zupełnie różny od jej warkotu. Choć Sam wciąż martwił się, że jednego dnia Ruby zawinie się i odleci ona nigdy tego nie zrobiła. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło mu się przyjść i zastać polanę pustą, co natychmiast powodowało, że zaczynał się martwić, już po kilku minutach ona wracała z jakiegoś polowania w okolicy. Nie mógł powiedzieć, że przestał czuć strach gdy widział jak szybuje nad drzewami, że nie wstrzymywał oddechu zawsze gdy sięgał by jej dotknąć, ale to było stare i mocno w nim zakorzenione.

I tak zmniejszało się z czasem.

Miesiąc po ataku Sam obudził się na piersi Ruby, która owinęła wokół niego głowę i ogon. Z jej nosa leniwie wydobywały się strużki dymu. Najwyraźniej tam właśnie zasnął poprzedniej nocy.

I wtedy mniej więcej zrozumiał, że ma kompletnie przerąbane.

Słońce zaczęło zachodzić gdy Sam skończył wreszcie pracę na polu.

Udało im się ochronić owoce pierwszych zbiorów, co znaczyło, że na razie wszyscy jedli do syta, ale to nie znaczyło, że mogli sobie odpuścić pracę na roli. Niewielki fragment pola został spalony podczas ataku, ale szybka reakcja mieszkańców zapobiegła rozprzestrzenieniu zniszczeń na resztę zbóż. Oczywiście oznaczało to, że musieli od nowa przekopać ten fragment ziemi i posadzić nowe rośliny.

Z odrobiną szczęścia zdążą urosnąć na trzecie żniwa.

W międzyczasie trzeba było przeprowadzić inspekcję innych pól, wyplewić chwasty, przekopać ziemię i pozbyć się szkodników. Kiedy dzień zaczął chylić się ku zachodowi jedyne czego pragnął Sam to było wlać wodę w spocone i zmęczone ciało. Niedaleko polany w lesie przepływał strumień i zamierzał iść zobaczyć się z Ruby bo nie był u niej już od paru dni. Pierwszą rzeczą do zrobienia było jednak znalezienie Deana.

Albo może nie znalezienie go, ale upewnienie się, że znajduje się gdzieś w pobliżu.

Sam widział rzucane mu ostatnio w coraz większej ilości spojrzenia. Spojrzenia, które przez ostatni tydzień przeszły od ciekawych do coraz bardziej podejrzliwych i Dean mógł sobie czasem być nieco wolny, ale głupi z całą pewnością nie. Sam nie był takim idiotą, żeby myśleć, że to co teraz robi zostałoby przyjęte jako coś innego niż zdrada, nawet jeśli była to ostatnia rzecz, którą chciał popełnić.

- Bobby – powiedział podchodząc do szpakowatego łowcy i ocierając pot z czoła. - Widziałeś Deana?

Bobby zerknął na niego znad rozpiski pól, którą sprawdzał, jego hak gotowy odwrócić kolejną kartkę.

- Hej – przywitał się i skinął krótko głową. - Słyszałem, że szedł na przystań.

- Na przystań? - Sam zmarszczył brwi. - Dlaczego? Rybacy wypływają dopiero za dwa dni. Dzisiaj w nocy będzie burza.

Bobby pokręcił głową z wyrazem smutku na twarzy.

- Nie o rybaków chodzi, Sam – powiedział i niezrozumienie chłopaka tylko się powiększyło gdy starał się rozwiązać tę zagadkę podczas gdy Bobby spojrzał na morze.

- Nie rozumiem. Co- - urwał gdy zaczęło mu się przejaśniać w głowie w miarę jak liczył dni. Kompletnie zapomniał.

Minęły dwa miesiące. Dwa miesiące odkąd ich ojciec wraz z większością łowców na poszukiwanie Piekielnych Wrót i Sam był zszokowany, że zapomniał. Że przez ostatnie parę tygodni w ogóle o tym nie myślał. Poczuł falę wyrzutów sumienia gdy dotarło do niego, że cieszył się, że jeszcze nie wrócili. W końcu nie było żadnych wątpliwości, że John zorientowałby się co się dzieje z jego synem, a kara byłaby znacznie wyższa gdyby to on sam odkrył, że Sam zaprzyjaźnia się z demonem.

Ale Sam nie mógł uwierzyć, że jest osobą zdolną do wdzięczności w sytuacji gdy ich ojciec mógł być martwy, gdy dziesiątki rodzin utraciło przyjaciół i członków, kochanych. To, że chłopakowi udawało się ukryć coś, co wiedział, że jest złe i i tak robił nie było warte takiej ceny. Wiedział, że musi iść zobaczyć się z bratem. Poczułby się jeszcze gorzej gdyby poszedł teraz zobaczyć się z Ruby.

Przebiegł przez wioskę i skierował się na ścieżynkę wiodącą z klifu na dół czasami pomagając sobie dłonią na szorstkiej skale z boku. U podnóża klifu przeszedł przez piach i głazy, które oddzielały plażę od kamiennej ściany. Pokolenia rybaków znoszących swoje zdobycze do Lawrence wydeptało tam ścieżkę. Tam gdzie dwa zbocza klifu się do siebie zbliżyły morze miało mało miejsca i wpływało łagodnymi falami, które delikatnie uderzały w stare drewno pomostów, zostawiając na nich algi i skorupiaki. Wysokie, ciemne ściany pogrążały przystań w cieniu i było ty jeszcze chłodniej niż na górze. Woda także była niemal czarna pomimo swojej płytkości.

To co zostało z ich floty, w sumie cztery łodzie po tym jak John i inni zabrali resztę, było zacumowane przy pomostach ciężkimi, grubymi linami i kołysało się leniwie na falach.

Sam nie potrzebował dużo czasu, żeby znaleźć Deana.

Nikogo więcej tam nie było – na horyzoncie zbierały się czarne chmury, a w powietrzu unosił się zapach deszczu i rybacy zdecydowali się nie wypływać, aż sztorm minie i kiedy już bezpiecznie przywiązano łodzie nie zostało już wiele do zrobienia na przystani. Klify, jak zawsze, ochronią ich przed najgorszym.

Sam przeszedł ścieżką tuż nad wodą i wszedł na jeden z pomostów. Na samym końcu siedział jego brat z nogami zwieszonymi nad wodą. Sam podszedł do niego powoli, miarowymi krokami na drewnie oznajmiając swoją obecność. Zatrzymał się tuż obok Deana czekając, aż ten w jakiś sposób da znać, że go usłyszał, ale się nie doczekał. W końcu usiadł obok brata na krawędzi pomostu, mając pod stopami rozkołysane morze. Złapał drewno rękami, mocno zaciskając palce i zerknął na twarz Deana, ale nic nie udało mu się z niej wyczytać.

Wcale się nie zdziwił.

Kiedyś umiał przeczytać Deana jak książkę, którą mama nauczyła go odcyfrowywać. Kiedyś wystarczyło, że spojrzał na Deana i wiedział, bo oni dwaj byli jak dwie krople wody, nawet z czteroletnią różnicą. Kiedyś znał Deana najlepiej na świecie.

Teraz Dean zdawał się być kimś obcym, kimś, kto pewnego dnia wmaszerował do miasta i zajął miejsce brata Sama i Sam był jedyną osobą, która to zauważyła. Wszyscy traktowali to po prostu jako normalną rzecz. Jakby tak właśnie wyglądało dla nich dorastanie.

Choć Sam bardzo chciał być dorosłym ta myśl często sprawiała, że miał ochotę złapać Deana i zaciągnąć go z powrotem to czasów dzieciństwa kiedy byli tacy sami i nic na świecie nie mogłoby ich rozdzielić.

- Miał wrócić wcześniej – powiedział w końcu Dean. Sam nie wiedział jak ma odpowiedzieć, ale mimo to spróbował.

- A mówił na jak długo-

- Nie. Tylko, że płyną szukać Piekielnych Wrót. Ale miał ten wyraz twarzy. Wiesz który. Jak wie, że coś jest na rzeczy, ale nie chce o tym rozmawiać.

- Ten kiedy wiesz, że coś przed tobą ukrywa.

Dean skrzywił się, ale nie zaprzeczył. To był między nimi punkt sporny – jeden z wielu. Dean nie lubił tego jak Sam wyrażał się na temat ich ojca, a Samowie nie podobał się jak bezwiednie Dean za nim podążał. W takich dniach jak ten Sam starał się jednak unikać kłótni. Przychodziły jedna za drugą i nigdy nic nie rozwiązywały.

- Wróci – zapewnił Sam bez żadnych dowodów na poparcie swoich słów. - Zawsze w końcu wraca.

Dean mruknął coś i wzruszył ramionami.

- Pamiętasz jak poszedł oczyścić ostatnie gniazdo demonów z klifów zresztą łowców? Nie było ich dwa tygodnie dłużej niż zapowiadali, ale wrócili.

- Wtedy jeszcze byliśmy dziećmi.

- To co?

- To to, że łatwiej nam się było okłamywać. Tata popłynął znaleźć Piekielne Wrota. To miejsce, gdzie żyją demony. Zawsze istnieje szansa, że nie wróci. A co gorsza zabrał ze sobą niemal wszystkich łowców. Bobby tu jest i ja, a poza nami garstka dzieciaków na szkoleniu. No i, cholera, przeszedłem swoją Rękawicę zaledwie cztery lata temu.

- Dean, jesteś wspaniałym łowcą, wszyscy to wiedzą-

- Nie o to chodzi! - Dean zamachał rękami sfrustrowany. - Co ja mam teraz zrobić? Co my mamy zrobić Demony zaatakowały wioskę, Sam, a my mieliśmy szczęście, durne szczęście. Ty niemal zginąłeś.

Sam przełknął ślinę, ale nie poprawił go. Dean nie doceniłby tego, że tamten konkretny demon pojawił się, żeby ocalić Sama.

- Ledwo daliśmy radę i to tylko dlatego, że atak był niewielki. Tylko parę demonów. A co się stanie jak przyjdzie następny? A po nim jeszcze jeden? - mówił dalej Dean. - Co będzie przy następnej dużej fali jak przyleci dwa tuziny demonów, a zaledwie cztery pary rąk zdolne by je zabić. Nawet w najlepsze dni łowca może się zająć jednym demonem naraz, a i tak wkłada w to dużo czasu i wysiłku, oraz umiejętności, które nabywa się przez lata. Ja- Nie wiem co on sobie myślał jak zostawiał nas takich odsłoniętych. Co ja mam robić, Sam? Jestem tu przywódcą. Wszyscy się na mnie patrzą, a ja... nie wiem. Nie jak Tata wiedział.

- Świetnie ci idzie. – Próbował go uspokoić Sam.

- Na razie. Ale jak długo będziemy mamy czekać? Jak długo mamy się tu utrzymywać? Tata nigdy by mi nie wybaczył gdybym poddał Lawrence, ale jeśli oni nie-... jeśli nie wrócą to jak długo mamy się tu utrzymywać? Czy naprawdę mam zmusić tych ludzi, żeby tu zostali i żyli w niebezpieczeństwie, żeby ich dzieci żyły w niebezpieczeństwie, tylko po to, żebyśmy mogli powiedzieć, że siedzieliśmy tu aż do końca? - W głosie Deana pobrzmiewała złość i Sam musiał przyznać, że czuł się zaskoczony. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ich brat tak mówił o ojcu – nawet jeśli to było tylko o decyzji, a nie o samym człowieku. - Już wcześniej ledwo nam się udawało przetrwać każdy atak, a mieliśmy jeszcze kilkudziesięciu wytrenowanych łowców. Teraz... Sam... - Dean pokręcił głową.

Woda szemrała cicho i pluskała o drewno, a w zza wrót na klify dochodził nieustanny szum morza i Sam spojrzał na brata ze zmartwieniem i zdziwieniem wymalowanymi na twarzy. Zerknął w dół, gdzie dłoń Deana zacisnęła się na krawędzi barierki aż cała krew odpłynęła i kierowany nagłym impulsem Sam uniósł własną dłoń. Zawahał się, bo Dean nie był zbyt otwarty jeśli chodziło o dotyk już od lat, ale ten sztorm, który chłopak widział w oczach brata był równie silny jak ten na horyzoncie i to dodało Samowi odwagi.

To było zupełnie jak dotykanie Ruby – strach i chęć zainicjowania kontaktu, naprawienia wszystkiego, ścierały się ze sobą.

Jego dłoń delikatnie przykryła sztywne kłykcie i palce się zetknęły. Dean uniósł wzrok na Sama i przez chwilę chłopak był pewny, że brat się odsunie i ze zmarszczonymi brwiami zbędzie Sama jako zachłanną dziewczynę jak zawsze upewniając się, że między nimi jest ten chłodny dystans.

Ale Dean się nie odsunął. W zamian za to, spojrzał na Sama, a frustracja, która malowała się na jego twarzy zaczęła przechodzić w smutek.

- A co jeśli zginął, Sammy? Co ja wtedy zrobię?

Sam przełknął i zwilżył usta językiem ze wszystkich sił pragnąć powiedzieć coś właściwego, żeby nie stracić tej chwili. Nawet ten jeden moment kiedy patrzyli na siebie zamiast się kłócić i odpychać i serce Sama już biło szybciej.

- Będziesz wiedział co robić. Jestem tego pewny. Szkoliłeś się, żeby nas poprowadzić od dziecka.

- Tak? Cóż, jak wciąż nie mam pojęcia co robić.

- Ja wciąż tu jestem. Bobby też tu jest. Duchowny Jim też. Pomożemy ci.

- Nie mogę stąd odejść, Sam. Nie mogę po prostu kazać się wszystkim spakować i odejść. Gdzie niby mielibyśmy się podziać?

- Ogarnęlibyśmy to, Dean. - Sam próbował ścisnąć dłoń pod swoją. - Od pokoleń udawało nam się przeżyć demony. Nie jesteśmy słabi.

- Ale to nie tak Tata by to widział. Jeśli on- Jeśli jest-... Jeśli nie wróci byłby mną tak cholernie rozczarowany gdyby zobaczył jak wynoszę nas z Lawrence. Po tym wszystkim, co nasi przodkowie zrobili by się tu utrzymać, po tylu latach walczenia z demonami... - Dean pokręcił głową. - Nigdy by mi nie wybaczył gdybym się poddał.

- A ty nigdy byś nie wybaczył sobie gdybyśmy tu zostali i przez to zginęli – przypomniał mu Sam. Zwolnił myślenie i wziął głęboki wdech, nie chcąc, żeby Dean wziął jego słowa za usprawiedliwianie tego planu. - Tę decyzję podejmiemy kiedy przyjdzie na nią czas. Ale jeszcze nie teraz. Wciąż nie wiemy co się stało, ani czy Tata wróci. Nie musisz jeszcze o niczym decydować, a poza tym, nikt ci nie każe robić to samemu. Jesteś... jesteś naszym przywódcą, ale to nie znaczy, że jesteś sam. Ja tu jestem. I... i wszyscy inni – dodał szybko, świadomy, że im dłużej mówił, tym jego słowa robiły się słodsze.

Dean wypuścił długi oddech z płuc, coś na kształt śmiechu, Sam miał nadzieję.

- Ta, ja tylko... - Westchnął. - Myślałem, że teraz już Tata będzie z powrotem.

- Tak... wiem. - Sam nie był do końca pewny jak ma się czuć z powodu nieobecności ojca. On i John niezupełnie się dogadywali, a ostatnie słowa jakie usłyszał od ojca na pożegnanie wciąż bolały. Ale bolały tylko dlatego, że kochał tatę. Chciał naprawić wszystko między nimi. A to, że odkąd John odpłynął Sam był szczęśliwszy, czuł się wolny, sprawiało, że czuł jakby miał w żołądku kamień.

Chciał się tak czuć kiedy ojciec był obok. Chciał, żeby tata spojrzał na niego i zobaczył wszystko, co miał do zaoferowania zamiast tego, czego mu brakowało. Chciał, żeby zobaczył w nim jakąś wartość.

Ale jednocześnie Sam czuł, że coś takiego było jak marzenie, żeby jeleń sam przyszedł, położył się i czekał aż go zabiją. Takie coś nigdy nie miało szans się zdarzyć.

Nienawidził tego, że musiał wybierać między tym uczuciem, a obecnością ich ojca, całego i zdrowego z nimi.

- Wróci – powiedział w końcu, choć niepewny, ale pełen pragnienia by cała ich rodzina znowu była bezpieczna. Jakby przyszło co do czego to wybrałby ojca i brata, zawsze. Nie przeżyłby widoku kolejnego członka rodziny opuszczanego do ziemi. - Wróci niedługo, zobaczysz. I wszystko będzie w porządku.

- A jeśli nie?

- A jeśli nie... to i tak sobie poradzimy. Nie jesteś sam – przypomniał Sam i miał ochotę na zrobienie czegoś naprawdę durnego, jak wczołganie się Deanowi w ramiona, albo położenie głowy na ramieniu brata. Marzył, żeby taki dotyk między nimi był czymś zwyczajnym, jak gdy byli mali, ale w tamtej chwili był szczęśliwy, że w ogóle cokolwiek miał.

Gdy dłoń Deana wyślizgnęła się spod jego własnej Sam poczuł jak coś w piersi mu się zaciska, do chwili, gdy ta dłoń pojawiła się w jego włosach, mierzwiąc je i zmuszając go do śmiechu, przełamując ten ucisk aż wyszedł mu gardłem razem z głosem.

- Dzięki, Sammy – powiedział Dean opuszczając rękę i Sam usiadł próbując rozczesać swoje dzikie włosy palcami. Zerknął w bok i zobaczył, że Dean uśmiecha się do niego, z zębami, a jego oczy są jak ocean, zielone kipiące życiem. Sam pozwolił sobie odrobinkę się zarumienić i starał się śmiechem pozbyć tego niechcianego ciepła, które się w nim zadomowiło zanim jeszcze wiedział czym jest miłość i z kim należy ją dzielić.

Tak naprawdę nigdy nie miał na to szans. Sam kochał brata odkąd był dzieckiem.

Odkąd nauczył się chodzić, żeby móc zawsze pozostawać w cieniu Deana.

Może nawet jeszcze wcześniej i nikt inny nie nadawał się do porównania.

- No chodź – powiedział nagle Dean stając na nogi z pomocą barierki i jedną rękę wyciągając do Sama. - Powinniśmy stąd zejść zanim przyjdzie sztorm.

Sam wziął oferowaną dłoń i podciągnął się do pionu. Właśnie puszczał tę dłoń gdy Dean wspomniał o burzy.

- Oż kurde! - syknął przypominając sobie teraz, że miał znaleźć dla Ruby jakieś bezpieczne miejsce zanim przyjdzie najgorsze. Nie bardzo znał się na codziennym życiu demonów, ale był raczej pewien, że wysiadywanie na dworze kiedy lało jak z cebra nikomu nie służyło. Jednakże bardzo szybko zauważył, że Dean spogląda na niego dziwnie oczekując wyjaśnienia wybuchu i Sam przeklął swoje bezmyślne usta.

- Um, przepraszam. Znaczy- Jest parę rzeczy, które miałem zrobić. Zanim przyjdzie burza. Więc... - Zrobił bezsensowny gest dłońmi i Dean uniósł brew.

- Parę rzeczy?

- Ta, zobaczymy się w domu! - krzyknął Sam startując sprintem zanim Dean mógł zadać mu więcej pytań, biegnąc przez przystań i dalej ścieżką po klifie.

Nie patrzył za siebie, ale był raczej pewny, że podejrzliwe spojrzenie Deana podążało za nim całą drogę na górę.

To nie tak, że Sam nie wiedział, że to się nie mogło ciągnąć w nieskończoność.

Był tego faktu bardzo świadomy.

Tylko, że wciąż zachowywał się tak jakby nie wiedział, jakby negacja była magicznym zaklęciem, które mógł rzucić na świat jeśli tylko wierzył wystarczająco mocno. Jak gdyby jeśli on zachowywał się jakby nic złego się nie działo to rzeczywistość jakoś sama się do tego dostosuje.

Wiedział, że to było durne. Wiedział. Ale to i tak zdawało się nic nie zmieniać.

Po burzy rybacy wypłynęli na morze, ostatnie cztery łodzie opuściły klify jedna po drugiej prosto na ocean. Wyszło na to, że Sam popłynął z nimi, żeby nauczyć się jak zarzucić sieci, naprawić je, wciągnąć je z powrotem na pokład; jak zawiązać węzły łatwe do rozwiązanie i te mocne. Nawet pozwolili mu stanąć przez chwilę za sterem, a słonawy wiatr rozwiewał mu włosy na wszystkie strony.

Dwa dni później opierał się o pierś Ruby, a demonica zwinęła się wokół niego w półkole i patrzyła z ogromną uwagą jak Sam wiąże węzły na krótkim kawałku liny, który zabrał ze sobą i próbuje je jej objaśniać.

- Widzisz? - powiedział pewnie unosząc linę. - Wystarczy, że pociągniesz tutaj... - szarpnął za krótszy koniec liny i rozplótł tym węzeł. - I się rozwiąże.

Ruby myślała nad tym przez chwilę, a potem pochyliła się i wyjęła mu linę z rąk i zaczęła ją gryźć ciągnąc zębami za jeden koniec, a drugi trzymając w łapach. Sam spojrzał na nią twardo opuszczając ręce na kostki skrzyżowanych nóg.

- Tobie już nic nie pomoże, zdajesz sobie z tego sprawę?

Ruby nie miała szans by odpowiedzieć na jego oskarżenie – choć wątpliwe było, żeby cokolwiek oderwało jej uwagę od liny – bo sekundę później zaszeleściły liście i gałązka trzasnęła i Sam poczuł jak jego serce drży i kompletnie zatrzymuje mu się w piersi.

- Sam? - Znajomy głos Deana zawołał pytając zza drzew. Sam widział dokładnie w której chwili Dean zobaczył Ruby. Wyraz twarzy brata przeszedł od zaciekawienia i zmarszczonych brwi do otwartego szoku, a przez moment pojawiła się też odrobina strachu gdy zobaczył Sama, aż w końcu zagościła na niej złość i determinacja gdy zaczął się ruszać na czystym instynkcie, unosząc krótką pikę by celowała prosto w Ruby ze swojej pozycji na szycie pagórka, bo oczywiście ni przyszło mu do głowy, że mógłby potrzebować swojej halabardy.

Prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie spodziewał się zobaczyć jak jego młodszy brat spędza przyjacielsko czas z demonem.

Ruby, widząc nieznajomego człowieka z bronią w ręku, którą natychmiast rozpoznała, uniosła się szybko na nogi i syknęła z gracją, otwierając szeroko szczęki i obnażając zębiska, a jej rozwidlony język skręcał się niespokojnie z tyłu gardła.

Sam nic jeszcze nie zrobił, ani nie powiedział, a już jego demonica i brat skakali sobie do gardeł.

- Sam - szczeknął Dean cały sztywny i nieruchomy wciąż nie odwracając wzroku od Ruby. - Chodź tu w tej chwili.

Sam przełknął ślinę uciekając nerwowo wzrokiem na bok.

- Chodź tu w tym momencie zanim to coś cię zeżre.

Sam miał teraz kilka opcji do wyboru. Tyle wiedział, siedząc na kamieniu podczas gdy ciepło od Ruby szybko go opuszczało, a ręce wciąż zaciśnięte były na kostkach. Mógł wstać i pójść do brata, zachowywać się jakby się bał Ruby i może nawet przekonać Deana, że wcale nie łaził do lasu by pobrykać sobie z demonem między drzewami. Wtedy to byłby on i Dean przeciwko demonowi i wszystko mogło się skończyć tak, żeby Dean pozostał kompletnie nieświadom jak dalece jego brat stracił rozum. Ale gdyby to zrobił, Ruby mogłaby zostać ranna. Ruby mogłaby zginąć.

A widział ze swojego miejsca na kamieniu, że stała między nim a niebezpieczeństwem. Chroniła go.

Może i był tchórzem, ale nie aż takim.

Nie mógłby żyć ze sobą, gdyby zrobił coś takiego.

Wstał – powoli chociaż naprawdę miał ochotę się zerwać – starając się zachować spokój, tak, żeby ani Ruby, ani Dean nie wzięli żadnego gestu za sygnał do ataku. Uniósł dłonie w geście, który miał nadzieję, że był uspokajający, ostrożnie przechodząc przed Ruby, aż czubek piki wycelowany był w jego własną pierś i zobaczył jak oczy Deana rozszerzają się coraz bardziej.

- Sam - syknął Dean z czymś na kształt desperacji w głosie. - Chodź. Tutaj. Już.

- Nie – odparł Sam najspokojniejszym tonem na jaki mógł się zdobyć mając ostry koniec piki wycelowany w pierś i wielką, warczącą demonicę za plecami. - Ona się uspokoi jak odłożysz broń.

- Ona? Ona, Sam? Czy ty sobie ze mnie, kurwa, żarty robisz? To jest demon! Chodź tutaj w tej chwili!

To, że Dean uniósł głos sprawiło, że Ruby przesunęła się do przodu i przełożyła głowę nad ramieniem Sama, a jej wargi zwinęły tak, że Sam widział blask piekielnego ognia w jej gardle. Dean zesztywniał i przygotował się, żeby rzucić piką i czy to nie było głupie, że oboje chcieli chronić Sama.

Odwrócił się i przycisnął dłonie do piersi Ruby próbując ją zatrzymać, chociaż jego waga w porównaniu do jej to było nic. Stanęła,a le Sam wiedział, że mogła nad nim przejść w dowolnym momencie.

- Wszystko w porządku – wymruczał głaszcząc łuski na jej brzuchu. - To mój brat, Dean... Wiem, że teraz zachowuje się jakby mu odbiło, ale nic mi nie zrobi. Ani tobie. Dobra?

Jego ręce przeszły na jej szyję gdy desperacko starał się ją uspokoić.

- Proszę, Ruby... Proszę, albo on- Proszę, nie rób mu krzywdy.

- Sam, co się tam do cholery dzieje?

- Dean, tylko-... proszę, musisz odłożyć pikę. Obiecuję ci. Obiecuję. Dam radę ją uspokoić, ale musisz mi nieco pomóc, dobrze?

- Jak ty ode mnie oczekujesz, że się wycofam, jak wszędzie wokół ciebie jest cholerne demon? Sam- - I tym razem Dean brzmiał jakby go błagał, bogowie, to sprawiało, że Sam tak bardzo chciał posłuchać i pójść do niego. - Proszę.

- Nie. Odłóż pikę i wszystko wyjaśnię.

Ruby wciąż warczała i pluła okazjonalnie i Sam widział niewielkie krople ognia spływające spomiędzy jej zaciśniętych zębów prosto na kamień, który skwierczał i się rozpuszczał. Sam zerknął przez ramię i jego oczy napotkały wzrok brata. Przez chwilę tylko tak stali patrząc jeden na drugiego jakby to był jakiś konkurs na to kto mrugnie pierwszy i przegra – tylko, że to była gra między Deanem a Ruby, a nagrodą było to które z nich przeżyje. Sam starał się wybłagać coś u Deana wzrokiem widząc niezdecydowanie na jego twarzy i wiedząc, że gdyby popchnął za mocno i werbalnie to równie dobrze wszystko mogło wziąć w łeb.

Więc zamiast tego po prostu stał przyciskając dłonie do ciała Ruby i nie ważąc się odetchnąć aż Dean najwyraźniej zdecydował się odpuścić i na jego twarzy pojawił się na moment wyraz takiego pokonania, którego Sam nigdy więcej nie chciał na niej widzieć, i opuścił pikę, aż skierowana była w ziemię. Ruby wciąż była spięta pod dłonią Sama i czuł całym sobą jak warczała jeszcze przez chwilę.

- Proszę – mruczał w jej łuski pokrywając je mgiełką. - Proszę.

Przestąpiła przednimi nogami, złożyła powoli skrzydła na plecach i Sam zaczął się rozluźniać. Nacisnął i zrobiła krok w tył na co westchnął.

Odwrócił się by spojrzeć na Deana i cała ulga, którą czuł, cała pociecha uleciała na widok zdradzonej miny Deana. Nienawiść w oczach brata była stara i znajoma, przewidywalna jak księżyc, ale nigdy jeszcze nie skierowana na Sama – uraza, może, rozczarowanie, czasami, to wieczne przesłanie, żeby się nie zbliżał... zawsze. Ale nigdy nienawiść.

I nigdy z takim smutkiem. Jakby Sam podszedł i wbił mu nóż w brzuch i chłopak zrozumiał, że równie dobrze mógł właśnie to zrobić.

- … uratowała mnie – to wszystko co mógł powiedzieć na swoją obronę, cicho i z trudem. - One nie jest jak inne, Dean i... uratowała mnie. W noc ataku, to, co widziałeś... Tam był inny demon. Zaatakował mnie i... miałem zginąć. Miałem zginąć, a ona mnie ocaliła. Walczyła z nim i zginąłbym gdyby tego nie zrobiła.

Nie wydawało się, żeby to wystarczyło Deanowi, ani Ruby. Jeden incydent domniemanej dobroci nigdy by nie wystarczył, żeby mężczyzna, który poświęcił życie zabijaniu demonów, dla którego były niczym poza okropnymi szkodnikami, mordercami jego matki i wrogami jego ludu zmienił o nich zdanie. Nie dla kogoś, kto nienawidził tak głęboko, całą duszą.

Jeden krótki przypadek dobroci nie wystarczyłby, żeby przedstawić całą sylwetkę Ruby – tę osobowość, którą Sam w niej znalazł. Zwierzę, na pewno, ale osoba tak czy inaczej. Nigdy wystarczyłby, żeby podsumować ostatnie kilka tygodni, to jak Sam poznawał kogoś, kogo określał mianem przyjaciela – może nawet najlepszego. Jedynej osoby, o której Sam myślał, że zobaczyła go takim, jaki jest naprawdę.

Dean był jego bratem i to zawsze będzie dla Sama znaczyło więcej niż wszystko inne, ale to nie powód, żeby odejść od Ruby i oddać ostatni kawałek siebie, który uważał za wartościowy. Żeby zdradzić swoje przekonania.

- … przykro mi, Dean. - To wszystko, co zdołał powiedzieć i choć wiedział, że to nie wystarczy nie odstąpił Ruby.

- Sam. - Głos Deana był napięty, brzmiała w nim powstrzymywana wściekłość, której Sam nigdy nie podejrzewał, że będzie skierowana na niego i niemal się jej bał. - Nawet nie wiem od czego zacząć...

Sam przełknął ślinę.

- Tylko... obiecaj, że jej nie zabijesz. - Przeginał. Wiedział, że przegina. Za jego plecami Ruby usiadła wygodnie i oczy Deana się rozszerzyły.

- Obiecać ci- Czy ty masz w ogóle pojęcie co ty wygadujesz? One jest demonem, Sam. Powinienem- Powinna już być martwa! Powinna mieć wbitą w siebie moją pikę, a ty-

Warkot Ruby znów się zaczął gdy tylko Dean podniósł głos, z jej pyska dobywały się przerażające dźwięki i znowu podwinęła wargi.

- Nie... Nie, ćśś - mruczał Sam z powrotem się do niej odwracając. Podniósł ręce by wziąć jej nos w dłonie pomimo syknięcia Deana Nie!. Ruby uspokoiła się w końcu przenosząc wzrok z Sama na Deana, wciąż niepewna, ale, zdaje się, chętna do współpracy. Sam nucił jej pod nosem nic nie znaczące słowa i dźwięki, masując aż zamknęła oczy i zaczęła mruczeć. Westchnął czując jak trąca głową jego pierś i podrapał ją po brodzie.

- Bogowie – usłyszał za sobą głos Deana pełen rozpaczy. - Bogowie, Sam. Coś ty zrobił?

- Ocaliła moje życie, Dean... - Sam oblizał usta wiedząc, że nie powinien teraz zbyt naciskać. Wiedząc, że więcej nie może powiedzieć, ale jego przeklęty instynkt, żeby zawsze mieć więcej wypchnął następne słowa z jego ust. - Uratowała mi życie i... to jest zupełnie tak jak mówiła Mama.

Usłyszał jak Dean gwałtownie wciąga powietrze, ale parł przed siebie.

- Jest dokładnie tak jak zawsze nam mówiła, Dean. Nie musimy się ich bać. Nie zrobią nam krzywdy-

- Zamilcz, Sam.

- Nie musimy ich zabijać, ani z nimi walczyć. Może nie są takie wszystkie, ale... Ale Ruby taka jest. Miała rację. Znaczy, Mama miała.

- Zamknij się, Sam.

- Wszystkie jej historie... to nie były tylko bajki. One były prawdziwe i moglibyśmy-

- Zamilcz! - Dean wybuchnął i Ruby szarpnęła się pod dłońmi Sama. - Na bogów, zamknij usta ty durny- Czy ty myślisz, że ja chcę tego wysłuchiwać? Tutaj? Tutaj? Na tej polanie? Żebym znalazł cię tutaj z rękami na demonie...

- Dean... - Sam odwrócił się.

- Nie. Zamknij usta, nie chcę tego słuchać. Jesteś zupełnie jak ona, wiesz? Znikasz gdzieś nic nikomu nie mówiąc, nie mówiąc nic swojej rodzinie. Biegniesz sobie do lasu, żeby cię zeżarł jakiś demon. Świetnie. Wiesz co? Tak bardzo chcesz skończyć jak Mama? Proszę cię, kurwa, bardzo. - Dean potrząsnął głową zamykając ciasno oczy.

- Dean- - zaczął znowu Sam z bólem w sercu.

- Nie mogę uwierzyć, że zrobiłeś coś takiego. - Następne słowa brata były wyszeptane i gdy uniósł wzrok Sam zobaczył, że oczy ma czerwone i chłopak poczuł jak pierś mu się zaciska, a żołądek robi się coraz cięższy od poczucia winy. - Nie mogę uwierzyć, że zrobiłeś to naszemu ludowi. Naszej... naszej rodzinie.

Mnie, usłyszał Sam niewypowiedziane słowo i przełknął suchym gardłem niezdolny by znaleźć jakieś słowa na odpowiedź, kręcąc tylko lekko głową i nawet nie wiedział na co.

- Więc wrócisz teraz ze mną. W tej chwili wrócisz ze mną. I nie zabiję twojego cennego demona. Ale... to? To się kończy. Teraz. - Dean patrzył na niego przez chwilę, ale Sam wiedział, że to nie po to by dać mu czas na odpowiedź. Tylko po to, żeby ostatnie nitki z ich więzi zostały zerwane. Dłonie Deana były zaciśnięte wokół piki tam mocno, że odpłynęła z nich cała krew, jego szczęka sztywna od napięcia, a potem się odwrócił.

Sam uniósł wzrok i spojrzał na Ruby, jej czerwone oczy szeroko otwarte i zagubione i Sam poczuł się tak strasznie winny z tak wielu różnych powodów, że nie był pewny jak może dalej oddychać.

- Ruby... - Dotknął jej nosa, przesunął dłonią po płytkach na jej pysku, aż do czoła i przeszły przez niego wibracje jej pomruku gdy cicho zadała mu pytanie. Nie miała pojęcia co się działo. Żadnego pojęcia, że już nigdy nie będzie mógł się z nią spotkać. - Ruby.

Przycisnął swój nos do jej i poczuł na jej równy oddech i wciąż jeszcze wyczuwał w powietrzu zapach piekielnego ognia i na bogów, Dean miał rację. Był zupełnie jak jego matka, identycznie szalony.

Tylko, że nie wierzył już, że to szaleństwo.

Ale, pomyślał, ich matka pewnie też w to nie wierzyła.

- Sam! - Dean warknął znowu polecenie w głosie, z którym Sam zawsze tak chętnie się spierał. Ale nie tym razem. - Już.

- … pa, Ruby – westchnął i zaczął się od niej odsuwać.

Ruby zaskomlała wyciągając za nim szyję.

- Żegnaj. - Patrzyła na nią, krwista czerwień jej oczu tak jasna na tle jej czarnych łusek i po raz pierwszy od tak dawna dotarło do Sama, po raz pierwszy odkąd matka wyciągnęła go z łóżka tamtej nocy, że się nie bał. Patrzył na demonicę, która siedziała niecały metr od niego i wcale się nie bał.

Był tylko pełen rozpaczy.

Nie mógł dłużej patrzeć i odwrócił się by podbiec po wzgórzu, słysząc jak Ruby świegocze zagubiona. Dobiegł do Deana, ale szedł pół kroku za nim ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Dean ani razu się na niego nie spojrzał i przez całą drogę do wioski nie powiedział ani jednego słowa.

- Opowiedz mi o jeźdźcach demonów – zażądał Sam zapytany jaką historię chce usłyszeć tej nocy, podciągając koce pod brodę.

- Nie znowu – jęknął Dean zarzucając własną pościel na głowę zirytowany. Mama tylko się zaśmiała, siadając wygodnie przy łóżku Sama.

- Nie zwracaj uwago na brata – wyszeptała ze słodkim uśmiechem na ustach jakby dzieliła z nim jakąś tajemnicę. - To normalne, że chcesz wiedzieć. Jesteś jak ja – oddany więzi.

Sam zmarszczył całą twarzyczkę zdziwiony. Pamiętał jak mama mówiła coś takiego parę tygodni wstecz, kiedy znalazł tamtą książkę, ale wciąż nie rozumiał.

- Co to znaczy?

- To znaczy, że masz w sobie takie coś. - Położyła dłoń na jego maleńkiej piersi. - Moc, której nie czujesz, ani nie widzisz. Moc, której nie możesz użyć – tylko demon by mógł, gdybyś chciał jej jakiemuś użyczyć. Sprawiłaby, że byłby wspanialszy i silniejszy niż wszystkie inne stworzenia. Ta moc w tobie jest jak światło latarni morskiej, lśni pośród nocy, a one ją widzą.

Sam nie mógł nic poradzić na to, że na dźwięk tych słów wszystkie mięśnie mu się napięły i ścisnął w rączkach przykrywające go miękkie futra. Widział już kilka razy demony – ciemne kształty poruszające się pośród nocy z oczami świecącymi magicznym blaskiem na kształt wróżek tańczących we mgle – no i był jeszcze demon znad sadzawki. Mama mówiła, że nie ma się czego bać, one go nie skrzywdzą, a Sam nigdy nie słyszał, żeby demon kogoś skrzywdził, ale tata marszczył brwi kiedy mama o nich mówiła, a one wciąż budziły w nim lęk, takie duże a jednak cichutkie na tych swoich łapach. A kiedy otwierały paszcze, kiedy krzyczały, to było tak jakby otwierały się wrota do piekła, przerażający ryk odbijał się echem wśród wzgórz, bez względu na to jak daleko od niego się znajdowały.

Samowi nie podobało się, że mogły go zobaczyć.

Może jeśliby został cichutko pod pościelą to by ukryło jego światło. Może wtedy by go nie widziały.

- Nie bój się – powiedziała matka drugą rękę przyciskając do własnej piersi. - Ja też je mam. Nie tak jasne jak twoje, nawet nie w połowie... ale wystarczająco.

- Masz?

- Tak... to nic złego. Nie przyniesie ci krzywdy. A może jednego dnia znajdziesz demona, z którym chciałbyś stworzyć więź i dać mu tę moc.

Sam zmarszczył brewki.

- Nie chcę – powiedział patrząc jak płomień świecy odbijał się w refleksach na jej włosach. - Tata mówi, że demony są niebezpieczne.

Mama skrzywiła się kręcąc głową.

- Twój ojciec jest dobrym człowiekiem, ale nie zawsze rozumie świat wokół siebie. - Odgarnęła Samowi włosy z czoła. - Widzisz, on chce żebyś był bezpieczny. Chce się chronić.

- Przed demonami?

- … tak – przyznała niechętnie i Sam zobaczył jak za jej plecami Dean pochyla się w ich stronę z ciekawością – najwyraźniej to było coś nowego i chciał wiedzieć o co chodzi i to sprawiło, że Sam też chciał.

- Ale mówiłaś, że nie musimy się ich bać. Że nie zrobią nam krzywdy.

- Większość z nich nie. Ale... jest jeden. Nazywa się Żółtooka Śmierć. Jest inny niż wszystkie inne i musicie zawsze się go wystrzegać.

- Dlaczego? - spytał Dean.

- Bo jest bardzo niebezpieczny. Więź to akt wymiany – demon daje jeźdźcowi połowę życia, a jeździec demonowi połowę duszy i tak stają się jednym. Ale Śmierć... One jest inny. On zabiera bez dawania, bez pytania i użyje twojej mocy do złego.

Sam poczuł jak w jego serce wkrada się strach, było coś zimnego w słowach matki. Patrzyła na niego, ale w ogóle go nie widziała.

- Dlaczego? - spytał znowu Dean spokojnym głosem. Nie dotyczył go strach Sama ani dziwny trans, w jaki wpadła ich matka.

- Znacie historie z dawnych czasów – powiedziała głosem miękkim jak powiew jesiennego wiatru. - Kiedy ludzie dosiadali demonów i tworzyli z nimi więzi...

Obaj chłopcy pokiwali głowami niecierpliwie czekając na dalszy ciąg.

- Jest jeszcze jedna historia. Taka, którą rzadko opowiada się w królestwach południa. - Spojrzała w dół na swoje dłonie złożone na podołku. Sam zawsze uważał, że miała je bardzo delikatne, drobne i piękne, i miał nadzieję, że jego ręce też kiedyś takie będą – dłonie, które umiałyby przędłyby nić opowieści, a nie wełny, z palcami malującymi obrazy w powietrzu. - To historia o tym jak wszystko się skończyło – jak starożytna cywilizacja upadła. Jak utraciliśmy więź.

Sam prawie usiadł, choć wiedział, że nie powinien nie mógł się doczekać, żeby wiedzieć. Matka opowiadała im o jeźdźcach tak często, znała tyle niesamowitych historii o ludziach, którzy żyli przed nimi, całe setki lat wcześniej, ale nigdy nie wspomniała o tym co ich zniszczyło poza nic nie mówiącym stwierdzeniem „wojna".

Zacisnęła wargi, przygryzła je, a potem zaczęła mówić z oczami wciąż skierowanymi w podłogę.

- Setki lat temu jeden demon wynoszony był ponad inne. Mówiono, że był największym jaki kiedykolwiek im się wykluł – wyższy niż pałace, silniejszy niż siedem par wołów, a jego skrzydła zakrywały całe niebo. Mówiono, że oczy miał koloru złota. Jak miód i bursztyn. Ale piękno jego ciała nie znajdowało odbicia w jego wnętrzu. Niewiele jest podań, a jeszcze mniej w całości, większość zapomniano przez strach, ale podobno zdradził swojego jeźdźca i całą ludzkość.

- Jak? - zapytał Dean, zainteresowany jak nieczęsto.

- Nikt nie wie. - Matka odwróciła się by spojrzeć na niego. - Cokolwiek się stało wiedzę o tym pochłonęły wieki... Wiemy tylko tyle, że po tym wszystko się zmieniło. Nie było więcej więzi. Demony zwróciły się przeciwko nam niosąc ze sobą ogień i przemoc. - Skrzywiła się. - Były kontrolowane, jak marionetki.

- Kontrolowane? Przez kto? - chciał wiedzieć Dean.

- Kogo, kochanie.

- Przez kogo?

- Przez tego, którego nazywamy Żółtooką Śmiercią. Nikt nie wie jak, ale sprawował nad nimi kontrolę i używał innych demonów jako zwykłych narzędzi. Pozbawieni wyboru ludzie przystąpili do walki, ale mury ich miast zostały zniszczone pod atakami demonów. Lata mijały i coraz mniej pamiętało, że kiedyś były naszymi przyjaciółmi. Nawet ich dawna nazwa zniknęła z naszego języka.

- Ale mają nazwę – wytknął Dean. - Demony.

- Nie. - Matka pokręciła głową. - Kiedyś inaczej je nazywano. Znacznie piękniej. Dopiero gdy nastała wojna zaczęto mówić o nich potwory i zapomniano wszystkich cudów więzi, wszystkich wspólnych osiągnięć – a nawet ich nazwy. Żółtooka Śmierć zmusił demony by mordowały, a w zamian za to moi i wasi przodkowie wyłapali i zabili je wszystkie, aż na południu nie został ani jeden demon. Poza Śmiercią.

- Co się z nim stało? - zapytał cicho Sam niemal bojąc się odpowiedzi, jak gdyby mama miała zakończyć opowieść pokazując za okno, skąd patrzyłoby na nich ogromne żółte oko. Jakby stworzenie czekało tylko na niego w cieniu za łóżkiem.

- Żył przez setki lat po tym aż wojna stała się legendą. Długo po tym jak prawdziwa nazwa demonów zaginęła. Co każde stulecie żądał od mojego ludu ofiary. Wybierał sobie jedną osobę, o której nigdy więcej nie słyszano. - Urwała, ale ani Dean, ani Sam nie odezwali się słowem. Sam wstrzymywał oddech jakby miało go to ochronić przed tym niewidocznym, ale potężnym niebezpieczeństwem. - Kiedy byłam młodsza, demon przyszedł po swoją ofiarę. Zbliżył się do murów naszego miasta, a król od razy wiedział co ma robić. Znał historie wpisane w prawo jego krainy: którekolwiek dziecko demon sobie zażyczył miało mu być dane bez wahania ani pytań. I na kolejne sto lat zostawiłby nasze niebo w spokoju.

Oblizała wargi, w jej spojrzeniu jakaś niepewność, którą Sam zwykł widzieć tylko u siebie, nigdy u rodziców. Nie u swoich silnych, pewnych rodziców, którzy wiedzieli wszystko i niczego się nie bali.

- Ale król nie spodziewał się, że demon wybierze jego własną córkę. Z początku myślał, że stwór robi to ze złośliwości. Możliwe, że wciąż w to wierzy. Ale księżniczka wiedziała lepiej. Wiedziała, że była jak jeźdźcy demonów, miała w sobie światło, którego Śmierć pożądał i wiedziała, że on je widzi. Więc w noc poprzedzającą oddanie jej w ofierze spakowała wszystko, czego potrzebowała w jedną torbę i uciekła, opuściła mury miasta i zanurzyła się w dzikie lasy by ukryć się przed spojrzeniem Śmierci i nigdy więcej jej nie widziano.

Sam przygryzał wargę próbując sobie wyobrazić jakby to było – zupełnie samemu uciekać przed potwornym demonem. Nie mieć mamy, ani starszego brata, którzy by go chronili. Jak ciemny i nieskończenie wielki wydawałby się las. Zacisnął dłonie mocniej na pościeli, nie mogąc znieść takiej wizji.

- Co się z nią stało? - zapytał chcąc się dowiedzieć, że miała szczęśliwe zakończenie, że wszystko dobrze się skończyło tak jak zawsze się działo w bajkach mamy.

Wyraz twarzy Deana był ponury, patrzył wprost na ich matkę i wiedział coś, czego nie wiedział jeszcze Sam, który chciał zrozumieć. Chciał wiedzieć to, co wiedział Dean.

Mama spojrzała na Sama i uśmiechnęła się, a ten dziwny, odległy smutek zniknął z jej oczu.

- Uciekła do odległej krainy, bardzo daleko stąd i spotkała tam wspaniałego mężczyznę, z którym miała cudowne dzieci. Demon nigdy jej nie odnalazł i żyła szczęśliwa do końca swoich dni.

Sam wypuścił oddech z płuc czując ulgę. Tylko słowa mamy mogły go przekonać, że świat był taki jaki być powinien – dobrzy ludzie czynili dobrze i potem żyli nie zaznawszy trosk ani bólu. Gdzie źli byli karani, a szlachetni nagradzani i wszystko miało sens.

Dean wydał z siebie „pfft" i rzucił się z powrotem na łóżko.

- A teraz wy dwaj macie iść spać... Wasz tata będzie bardzo niezadowolony jeśli nie wstaniecie jutro rano pomagać.

Sam skrzywił się niechętny wstawaniu rano i wychodzeniu na śnieg by pomóc Deanowi wyczyścić stajnie. Tata zawsze im powtarzał, że tutaj wszyscy się dokładali – wszyscy pracowali na jedzenie dla wszystkich – ale według Sam uważał, że i tak może się krzywić.

Matka wstała, jej długa spódnica okręciła się wokół jej kostek i podeszła do łóżka Deana by pocałować go w czoło i pogłaskać po włosach.

- Dobranoc, Dean – wyszeptała i było to tak znajome, że Sam natychmiast poczuł jak powieki mu opadają.

- Branoc, Mamo.

Przeszła do Sama na drugą stronę pokoju, a on zamknął oczy i zmarszczył nosek gdy pocałowała jego czoło. Jednak nie powiedział mu „dobranoc". Sam zaczekał, zrobił wydech i zamrugał, otwierając oczy by na nią zerknąć. Patrzyła na niego z zastanowieniem wciąż głaszcząc go po głowie, delikatnie gładząc jego czoło kciukiem. Było w niej coś smutnego i Sam nie rozumiał.

Pochyliła się i wymruczała mu do ucha:

- Musisz zawsze wystrzegać się Żółtookiej Śmierci, Sam – wyszeptała, a ton jej głosu sprawił, że serce zamarło mu w piersi. - Wszyscy wierzą, że jest tylko mitem, a jeśli nie, to że odszedł, umarł, ale ja wiem lepiej. Zabijał ich jednego po drugim, a ich demony poświęcał swojej sprawie. Zabierał naszych ludzi by podtrzymać swoją potęgę. I wiem, że jest potworny i że przyjdzie po mnie. A jednego dnia przyjdzie też po ciebie. Nie możesz pozwolić by cię zabrał, Sam. Cokolwiek się stanie nie możesz pozwolić by cię dostał. Bez względu na wszystko.

Sam poczuł zimny dreszcz na plecach. Matka wyprostowała się wciąż na niego patrząc. Jej oczy były szkliste, jak morze zimą, odbijało się w nich jakieś dziwne światło tam, gdzie powinien być Sam i wyglądała jak zupełnie oba osoba.

Sam chciał, żeby ta osoba sobie poszła. Odeszła daleko stąd. Chciał, żeby wróciła jego mama, ciepła, pełna miłości i taka śliczna – nie ten twardy weteran, ktoś, kto walczył rękami i nogami, żeby wydrzeć dla siebie choć tyle, i który zrobiłby to wszystko jeszcze raz gdyby musiał. Pocałowała go w skroń, ale Sam nie chciał, żeby go dotykała, bo to nie była jego mama, nie ta, którą znał, ale pocałunek był krótki a potem już jej nie było. Zabrała świecę i z szelestem sukni wyszła za drzwi.

Światełko się oddaliło i Sam przekręcił się na bok, daleko od Deana, twarzą do ściany, podciągając koce pod sam nos i ściskając je mocno by odgonić chłód i ogarniający go lęk. Słyszał jak z drugiej strony pokoju brat układa się do snu, ale marną przyniosło mu to pociechę.

Tej nocy śnił o żółtych oczach i poczerniałych pazurach, które próbowały mu wyrwać duszę z piersi, a on trzymał ją mocno i starał się nie puszczać.

Nigdy nie chciał wiązać się z demonem.

Po incydencie w lesie Dean obserwował Sama jak jastrząb.

Jak tylko Samowi wydało się, że jest nikogo nie ma i może się wymknąć Dean pojawiał się znikąd, mina pochmurna, i Sam musiał wracać prosto do wioski. Gdy Sam szedł do strumienia po wodę Dean szedł za nim. Jak Sam poszedł do stajni zaopiekować się końmi i wyczyścić boksy, Dean patrzył. Gdy Sam rozmawiał z innymi członkami klanu, przekopywał ziemię na polu, czy szedł na klif wypatrywać ojca i reszty łowców, Dean też tam był.

Powoli przywodziło go to do szaleństwa.

Jeszcze nigdy wcześniej Sam tak bardzo nie chciał uwagi brata na sobie.

To było dziwne uczucie, bo Sam spędził całe dzieciństwo biegając za starszym bratem, zawsze manewrując, żeby chodzić jego śladami i jak najlepiej się w nie wpasować. Kiedy obaj byli mali, przed śmiercią ich matki, byli niemalże nierozłączni. Dean chronił Sama jak wściekła bestia, pełen determinacji, ale po jej odejściu wszystko się zmieniło. Przeznaczeniem Deana było został łowcą, tak jak Sama, tak jak ich ojca, ale Dean nigdy wcześniej nie pragnął tego z taką pasją. Gdy złożyli mamę do grobu ośmioletnia twarz Deana wykrzywiona była w grymasie zawziętości i sucha jak pieprz, podczas gdy Sam stał obok niego i łkał starając się otrzeć łzy płynące mu po twarzy na widok łowców zrzucających ziemię na jej trumnę.

Tamtej nocy Sam przyszedł do brata, wdrapał się do jego łóżka jak zawsze choć tym razem potrzebował go znacznie bardziej bo nie miał już mamy, żeby uspokoiła koszmary. Jednak Dean odwrócił się do niego plecami i odsunął się, a niecały rok po tym powiedział Samowi, że jest za duży na to, żeby wkradać się innym ludziom do łóżka – że musi spać we własnym.

Przez jedną noc Dean stał się enigmą. Zaczął rosnąć, stał się wysoki i inny, zaczął biegać i trenować, nabrał mięśni, które grały mu pod skórą. Jego śmiech przybladł, a w końcu zniknął zupełnie i jako nastolatek Dean uśmiechał się jedynie siedząc nocami z kolegami wokół stołu, popijając ale i rzucając sprośne żarty, których Sam był za młody by zrozumieć. Sam nie dokąd zniknął jego brat, ale czuł, że od tamtego czasu wiecznie go szuka.

Jakby był na jakiejś niekończącej się misji by znaleźć kogoś, kto dawno przestał istnieć.

Teraz uwaga brata wreszcie skupiona była na nim, miał na sobie to spojrzenie, którego pragnął tak długo i chciał jedynie by zniknęło.

To była ironia, głęboka i gorzka, która sprawiała, że Sam śmiał się śmiechem pozbawionym radości gdy manewrował by zgubić brata gdy tylko widział cień szansy. W końcu, przez cały ten czas robił wszystko by dogonić Deana, przygwoździć go i zmusić, by naprawdę go zobaczył, takim jaki był naprawdę – a teraz, gdy miał na sobie całą uwagę brata robił wszystko co było w jego mocy by się jej pozbyć.

To ostatecznie potwierdziło teorię Sama, że bogowie go nienawidzili.

- Co robisz, Sam? - zapytał suchy głos, nie zupełnie niespodziewany, ale zupełnie niechciany i chłopak westchnął stając w połowie drogi przez wioskę do lasu.

- Nic, Dean – odparł nawet nie próbując ukryć rozczarowania.

- Nie wygląda jakbyś nic nie robił.

- O? - Sam odwrócił się i spojrzał na brata przez ramię. - A na co to wygląda? - zapytał wojowniczo woląc już, żeby Dean podniósł ten przeklęty temat zamiast wiecznie go unikać.

- Jakbyś się wymykał. Żeby uniknąć pracy.

- Tak? A może po prostu zobaczyłem jagody na skraju lasu. Miło by było mieć jakieś jagody w sklepach, wiesz.

Dean zmrużył oczy.

- Sam – powiedział. - Wszystkie jagody w tych lasach są trujące.

- No cóż. - Sam rozłożył ręce specjalnie szeroko uśmiechając się do brata. - Nigdy nie wiesz dopóki nie sprawdzisz, co nie?

Z tymi słowami odwrócił się zupełnie i zaczął iść do wioski, przechodząc obok Deana, który szybko sięgnął i złapał go za nadgarstek. Chłopak stanął tak z jedną ręką wyciągniętą.

- Co? - Odwrócił się.

- Kurna, co z tobą, Sam!? - wściekł się Dean. - Nie zachowuj się jakbym to ja oszalał. To ty łazisz po lesie z- - urwał i obniżył ton głosu do szeptu, sycząc dalej - -demonem. Co jest z tobą nie tak?!

- Nic nie jest ze mną nie tak. Widziałeś, żeby mnie zaatakowała? Hę? Widziałeś, żeby zrobiła cokolwiek złego?

- A jakie to ma znaczenie?

- Jakie to ma znaczenie? Bogowie, Dean, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Naprawdę nie ma to dla ciebie znaczenia czy ktoś zrobił coś złego zanim zaczniesz na niego polować?

- Ktoś? Ktoś? Sam, to nie są „oni". To są pierdolone potwory!

Sam wyszarpnął ramię z uścisku Deana jednym ruchem czując jak przelewa się przez niego fala złości i osamotnienia. Nie po raz pierwszy pragnął, żeby jego matka wciąż żyła. Ona by zrozumiała. Zawsze go rozumiała.

- Mama tak nie uważała – wymamrotał miękkim głosem, w którym jednakże brzmiał gorzki upór.

- Ta? Cóż dzięki temu Mama do kurwy nędzy jest martwa! - wybuchnął Dean i oczy Sama rozszerzyły się, zobaczył dokładnie w którym momencie dotarło to też do brata, z którego uleciała cała furia, wyparta przez morze innych emocji. Dean zbladł, zszokowany.

- Dean... - zaczął Sam chcąc dotknąć go pomimo swojej złości, zrobił pół kroku w przód i wyciągnął rękę do brata.

- Nie – syknął Dean odsuwając się. Usta miał mocno zaciśnięte i Sam nie wiedział co ma powiedzieć. Nic nowego. Nigdy nie wiedział co powiedzieć, nie swojej rodzinie. Nie tak, żeby naprawiać.

Przez lata starał się, żeby inni mogli go zrozumieć i nigdy mu się to nie udało.

Stali tam we dwóch w impasie. Sam wciąż nie chciał się wycofać i poddać, ale serce mu się krajało na widok wyrazu twarzy Deana – rozdartego i zagubionego. Sam kochał brata, ale nie chciał odkryć jakim stałby się człowiekiem gdyby teraz pozwolił bez słowa na zabijanie niewinnych stworzeń tylko po to by zobaczyć jak Dean się uśmiecha.

Nie mógł zrobić tego Ruby.

Nie mógł zrobić tego wspomnieniu matki.

Nagle z lasu dobiegł głośny szelest i Dean podskoczył, odwracając się i wyciągając krótki miecz z taką łatwością jakby oddychał, tak mocno zakorzenione w nim były instynkty łowcy. Sam też zesztywniał, automatycznie, ale nie czując natychmiastowo, że musi z czymś walczyć. Między drzewami mignął mu ciemny kształt i zrozumiał natychmiast co to. Wcale nie sprawiło to, że nie ogarnęło go silne pragnienie ucieczki i musiał wziąć głęboki wdech żeby się uspokoić. Dean tylko się mocniej spiął na widok głowy Ruby wystającej spośród liści.

Jej jasnoczerwone oczy natychmiast zlokalizowały Sama i natychmiast zaczęła mruczeć radośnie.

- Ruby – zganił Sam cichym acz stanowczym głosem i podbiegł do demonicy, która już próbowała wyleźć z lasu na otwartą przestrzeń gdzie każdy mógł ją zobaczyć. - Nie nie nie! Z powrotem, no dalej mała... wracaj.

Sam wyciągnął jedną rękę i położył ją a jej nosie zatrzymując ją w miejscu. Wydawała się zadowolona siedząc tak na pół w lesie, na pół poza nim. Chłopak pogłaskał smukłą głowę, płaskie i błyszczące płytki okrywające kości i Ruby zamruczała jeszcze głośniej. Słyszał jak macha ogonem wśród liści.

- Na bogów, uspokój się ty wielki głuptaku – wymamrotał unosząc jedną dłoń by pogłaskać jej rogi.

- Sam, zabierz stąd to coś, albo przysięgam, że-

- Dean! - Sam odwrócił gwałtownie głowę by rzucić bratu wściekłe spojrzenie. - To przez ciebie całe dnie nie mogłem chodzić do lasu. Przyszła mnie poszukać! Martwiła się!

- Demony nie martwią się o ludzi, Sam! One ich pożerają!

- Czy wygląda jakby chciała mnie zjeść?

- Tylko dlatego, że znalazłeś sobie na przyjaciela demona-przygłupa nie znaczy, że wszystkie są przytulaśne i miłe! - Dean wciąż trzymał broń w pogotowiu i Sam zacieśnił swoje ramiona wokół głowy Ruby nagle zmartwiony, że brat złamie słowo i ją skrzywdzi. - Co ci się stało, tak w ogóle? Kiedyś byłeś przerażony na sam widok demona!

- I co? Teraz się wściekasz, że już nie jestem?

- Tak! - odparł Dean stanowczo rozrzucając ramiona na boki najwyraźniej porzucając wszelkie myśli o walce. - Przynajmniej wtedy ten strach miał sens! Jesteś łowcą demonów. Łowcą demonów. To znaczy, że polujesz na nie i je zabijasz.

- Jakby wcześniej mi to wychodziło zupełnie świetnie!

- Ta, pięknie, Sam. Przypomnij wszystkim, że już wcześniej byłeś beznadziejnym Celtem, jeszcze zanim stałeś się zdrajcą!

Wściekłość kotłująca się w żołądku Sama nagle zniknęła jakby ktoś zalał ją całym oceanem chłodu. Oczekiwał, że do Deana dotrze za moment co właśnie powiedział, jak idiotyczne słowa właśnie wyszły z jego ust, ale zmarszczone brwi brata ani drgnęły, a w oczach Dean miał tylko stal i Sam poczuł jak serce opada mu na samo dno żołądka gdy zrozumiał, że własny brat w pełni świadomie nazwał go zdrajcą. Ból, jakim go to przejęło był tak ostry, że wydawało mu się, że tylko nóż wbity prosto w pierś potrafi zadać taki. Nie mógł oddychać, choć bardzo się starał, ale nie zamierzał stracić tu twarzy.

- Spier... - Nabrał z trudem powietrza, którego potrzebował, potrzebował żeby wydusić z siebie – Spierdalaj, Dean.

Wyszło mu słabo, niemalże szept, żadnej siły. Poczuł jak Ruby trąca go nosem. Nie rozumiała słów, ale głupia nie była. Zawsze wiedziała, kiedy był nieszczęśliwy.

- Jesteśmy twoim ludem, Sam. Miałeś walczyć razem z nami, po naszej stronie i tak, kiedyś przynosiłeś mi wstyd – uciekając jak jakieś dziecko z ogonem między nogami, ale przynajmniej rozumieliśmy dlaczego. Jakbym wiedział, że skończysz jako przyjaciel demona, to bym się cieszył z tego wstydu. To jest dla ciebie po prostu kolejny sposób na to, żeby odwrócić się plecami do swojego ludu. Do własnej rodziny.

Dłoń Sama zacisnęła się na rogu Ruby i wiedział, że ona to czuje – tak jak on czuł jak coś zaciska mu się na wnętrznościach. Nigdy nie kochał nikogo tak mocno jak Deana. Nawet ciepłe wspomnienia mamy nie mogły się równać z tym miejscem, które jego silny brat wyciął w nim sobie – samym jego centrum. Ślad Deana był na nim niezatarty, jak tatuaż, który tylko Sam widział i który był dla niego święty. Jego linie były miarą według której oceniał cały świat wokół siebie.

Dobro i zło. Prawdę i fałsz. Rozdział na członków rodziny i tych, którzy do niej nie należą.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że znajdzie się po przeciwnej od Deana stronie tej linii.

I nigdy nie sądził, że cokolwiek go powstrzyma od przekroczenia jej na słowo od Deana.

Ale Sam nie mógł zabić Ruby, ani odstąpić i pozwolić by zrobił to Dean. Nie była zła. Jej zabicie by było. Ich matka wierzyła w coś więcej, pracowała na coś więcej. Dorastając bez niej Sam nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie mogła odpuścić. Gdyby tylko dała sobie spokój wciąż by żyła, wciąż byłaby z nim. Zawsze marzył, żeby wybrała ich, a nie historie na dobranoc i sny.

Ale po raz pierwszy w tamtej chwili Sam zrozumiał, bo właśnie miał poświęcić własną rodzinę by podążyć tą samą drogą.

- … Przykro mi, Dean – tylko tyle był w stanie powiedzieć. Za nim Ruby zaskomlała zmartwiona. Spojrzał na nią, na te szkarłatne oczy, które tak go z początku przerażały, na jej rogi i łuski i wszystko to, co pojawiało się kiedyś w jego koszmarach, teraz zerkające pytająco na niego z jego własnych dłoni. Ona nie była zła. Bez względu na zdanie innych.

A jeśli ona nie była zła, to znaczyło, że może inne demony też nie są.

A to by oznaczało, że Sam nie mógłby ich zabijać – ani adwokatować ich mordowaniu.

Przeszedł wokół wielkiego ciała Ruby manewrując wśród ciernistych krzewów. Demonica odwróciła się za nim, jej łuski ocierały się cicho o gałęzie.

- Co do- - zaczął Dean zaskoczony, jakby w ogóle się tego nie spodziewał. Jakby to, że nazwał Sama zdrajcą miało go zachęcić do zmiany zdania, zostania. Jego następne słowa pełne były złości i desperacji. - Jesteś poważny, Sam? - zatrzymał się. - Sam? Sam! Odpowiedz mi!

- Co? - wycedził Sam. - Co jeszcze możesz mieć mi do powiedzenia?

- Jesteś samolubnym draniem, wiesz o tym? Robisz co chcesz. W ogóle cię nie obchodzi co inni myślą.

- Tak ci się wydaje? - Sam nie potrafił sobie nawet wyobrazić takiego świata. Świata, w którym nie spijał słów z ust Deana i nie szukał wiecznie aprobaty ojca. Świata, w którym nie walczył ze sobą każdego dnia by stać się kimś, kogo chcieli ludzie z klanu.

- Tak uważam. - Słowa Deana były jak lód skuty z wody zimą. Sam drgnął, ale umocniło to tylko jego postanowienie.

A więc jednak mógł zdradzić Deana. Ale nie mógł zdradzić siebie.

- Więc ten samolubny drań odejdzie z demonem.

- Przestań, nie mówisz poważnie.

- Jak najbardziej poważnie.

- Sam, nie możesz- tym razem za tobą nie pójdę, słyszysz mnie? Zostawię cię!

- Tego właśnie chcę! - krzyknął odwracając się.

Usłyszał jak Dean wydaje z siebie dźwięk obrzydzenia, ale nie obrócił się. Trzymając dłoń na szyi Ruby, czując jej ciepło przez łuski Samowi wydało się, że tylko ta odrobina kontaktu pozwala mu się utrzymać na nogach, ale nie zatrzymywał się.

Jak się okazało, był synem swojej matki.

/txtbreak/

Hej, limbo, miło cię z powrotem widzieć ;)

Mmm to był nieco paskudny rozdział, prawda? Bez obaw, będzie gorzej :)

Dzięki za komentarze i do zobaczenia w przyszłym tygodniu~!