Tej pierwszej nocy z dala od wioski, z powrotem w lesie, ale tym razem pod skrzydłem Ruby, Sam śnił o Południu.

Śnił o polach jęczmienia i pszenicy, o rozległych łąkach i łagodnych wzgórzach. Śnił o szerokim, bladym niebie, nie niebieskim jak morze, ale błękitnym jak oczy jego matki, nakrapiane białymi chmurami, których cień chronił przed promieniami słońca rozszczepiającymi się na ich krawędziach. Śnił, że wiatr śpiewał leniwie niosąc ze sobą przez łany zapach lata, który przesiąkał w jego ubrania i włosy. Słyszał ptaki – jak śpiewają, nie wykrzykują ostre ostrzeżenia jak ptaki morskie, ale melodyjne trele, które wcześniej słyszał tylko w marnej imitacji z ust mamy.

Stał na rozległej równinie, w oddali widział zarys wzgórza, nigdzie ani skrawka lasu. Powietrze było suche i nie pachniało deszczem, ani zgnilizną. Wszędzie wokół niego świat był jasny i pełen życia, gdzie się nie odwrócił widział przed sobą możliwości. Wszystkie obietnice, które mama szeptała mu nad kołyską czekały na jego słowo by wyrosnąć z tej ziemi.

Kiedy się obudził była noc i siąpił deszcz. Zimna woda kapała niemrawo na skrzydło Ruby i spływała po delikatnych kostkach na wilgotną ziemię. Sam zadrżał czując, że na całym ciele pokrywa się gęsią skórką. Nie zabrał ze sobą koca (znowu), ani, tak właściwie nic innego.

Po prostu wziął i odszedł z wioski, od swoich ludzi i nie było tam jednej osoby, która przyszłaby go poszukać.

Nie miał jedzenia ani ubrań na zmianę ani nic żeby mu było ciepło i sucho. Jego lud walczył każdego dnia by przetrwać i nie dać się zeżreć temu kawałkowi dzikiej ziemi, albo pochłonąć i roztrzaskać morzu. Jak on miał niby przeżyć bez najbardziej podstawowych przedmiotów? Jak miał przeżyć na tym wybrzeżu całkiem sam, skoro dziesiątki mężczyzn i kobiet ledwo dawali radę gospodarując tak oszczędnie?

- Ruby – wymamrotał do swojej demonicy i poczuł jak jej pierś wibruje gdy zmieniała pozycję. - Myślę, że mamy zupełnie i doszczętnie przejebane.

Sam wziął jej następny pomruk za zgodę.

Jedyne ciepło jakie czuł pochodziło od jej rozgrzanej skóry i chłopak nie miał najmniejszej ochoty odsuwać się choćby na krok, jej ciało było całą jego osłoną, ale wiedział też, że kulenie się i drżenie na ziemi nic mu nie da. Zajęło mu to jakieś pół godziny, ale przetoczył się w końcu na ręce i nogi i wygrzebał spod skrzydła Ruby. Jej oczy lśniły obserwując go w mroku i wyciągnęła pazury, żeby go drapnąć. Odtrącił jej łapy i zaświergotała radośnie szturchając go i podszczypując, żeby się z nią pobawił, aż wreszcie zdołał uciec.

Zaśmiał się cicho doceniając fakt, że po tym wszystkim co się stało i tak zdołała przywołać uśmiech na jego twarz. Mimo sytuacji, w której się teraz znajdował.

Las nie nie oferował za dużo jedzenia. Większość z tego co jedli ludzie z wioski trzeba było samemu zasadzić. Jego przodkowie ogołocili las niemal zupełnie, a jednak wciąż udało mu się znaleźć coś jadalnego, choć może niekoniecznie smacznego. Sam był lepiej niż dobrze zaznajomiony z zasadami tego lasu. Pamiętał jak był mały i jego brat pokazywał mu co było bezpieczne, a co nie – czego nie dotykać i jak chodzić, żeby unikać kolczastych jeżyn i pokrzyw.

Pamiętał jak znaleźli z Deanem prawdziwy skarb w postaci orzechów laskowych, rozłupali je szybko kamieniami ledwo unikając zmasakrowania sobie maleńkich palców pośród śmiechu, a gdy skorupki pękły dawali sobie nawzajem do zjedzenia słodkie orzechy ze środka. Dzisiaj nie będzie żadnych orzechów laskowych. Ani Deana.

Sam przełknął tę myśl i dalej przedzierał się przez krzaki, z których z każdym krokiem na wilgotne już ubrania spadały mu kropelki lodowatej wody i materiał zaczął przylepiać mu się do skóry. Skóra my ścierpła, cała pokryta gęsią skórką, ziemia nie chciała oddać ani odrobiny zgromadzonego za dnia ciepła, a Sam musiał poddać próby rozgrzewania palców w dłoni by odsuwać gałęzie ze swojej drogi.

Nie wiele było do znalezienia, ale niemal przydeptał rosnące w jednym miejscu mlecze. Były jeszcze na tyle młode, że nie smakowałyby zbyt gorzko więc Sam uklęknął i wepchnął sobie kilka do ust. Niewiele pomogły na głód, ale dzięki nim był znośny na jeszcze kilka godzin.

Jedni bogowie wiedzieli co zrobi wtedy, ale to był już problem dla Sama zza kilku godzin.

Sam z tu i teraz zamierzał wrócić do Ruby zanim odmrozi sobie palce i mu odpadną.

Wcisnął dłonie pod pachy i potykając się szedł z powrotem czując jak lodowate krople deszczu przesączają się przez baldachim drzew i kapią mu na kark, skąd dalej spływają po kręgosłupie i moczą ubranie. Zadrżał z chłodu i przyśpieszył żeby jak najszybciej dotrzeć do polany na której zostawił Ruby. Jedynie jej oczy widział pośród ciemności gdy popatrzyła na niego z ciekawością.

- Ta, no wiem – powiedział przez szczękające zęby. - Nie czujesz zimna.

Ruby przechyliła głowę i zaświergotała pytająco.

Sam przeszedł przez zagłębienie w ziemi poruszając się niezgrabnie od chłodu i skręciłby kostkę na kamieniach gdyby Ruby nie wyciągnęła skrzydła i nie zahaczyła pazurów największego stawu o jego ubrania.

- … dzięki – powiedział przyciągając się do niej, a ona przycisnęła go z powrotem mocno do swojego ciała jakby był jej młodym, albo jakimś demoniątkiem i ta myśl sprawiła, że się zaśmiał. Nigdy nie zastanawiał się jak u demonów wygląda rozmnażanie. Stwierdził, że gdzieś muszą być całe gniazda pełne małych paskudztw z wielkimi oczami, piszczących i kłapiących maleńkimi paszczkami. Nigdy wcześniej nie próbował sobie wyobrazić jak wygląda demoni maluch. Zastanawiał się czy przychodziły na świat żywe czy wykluwały się z jaj, jedno naraz czy w miotach.

Czy kiedykolwiek się tego dowie.

- Nie żebym znowu miał gdzie się podziać, hmm, Ruby? - spytał przyciskając się do jej piersi, czując jak się rozszerza i zmniejsza, jak rozciąga się skóra pod łuskami. Nie wyjaśniał swoich myśli, bo nie musiał. Przecież i tak by go nie zrozumiała. Ale patrzyła na niego jakby bez względu na to była zainteresowana, jakby to co mówił miało znaczenie i znowu się roześmiał gdy dotarło do niego, że jedyną osobą, która szczerze chciała go słuchać nie rozumiała ani słowa z tego co powiedział.

To było do przewidzenia, że jedyną osobą, która uważała, że ma coś wartościowego do powiedzenia okazała się być demonica.

- Jak myślisz, mała? - spytał drapiąc ją pod brodą. Znalazł jedno miejsce tuż pod haczykowatym wyrostkiem i zabrał się za masowanie jej szczęki. Zamruczała zadowolona zamykając oczy. - Powinniśmy wrócić po prostu tam gdzie mieszka twój rodzaj? Zabrałabyś mnie do Piekielnych Wrót? Jako pierwszego człowieka, który je zobaczy, tak mi się wydaje, jeśli mój tata jeszcze tam nie dotarł... Nie to, żebym miał przeżyć długo. Jestem pewny, że jeden z twoich pobratymców radośnie pozbawiłby mnie kończyn.

Nie mógł się zmusić do zabijania demonów, nie, wiedząc, że bestia pod jego ostrzem może być jak Ruby, ale to nie znaczyło, że zrobił się naiwny. Celtowie walczyli z demonicznymi hordami od lat – gdyby Ruby zabrała go do swoich bynajmniej nie czekałoby go ciepłe powitanie.

Nie powitaliby go ciepło także w Lawrence. Najpierw ojciec, potem brat, a jeśli nie oni to kto by go przyjął? Inni zawsze widzieli w nim ciężar dla wioski. Gdyby wrócił, ciągnąc za sobą dumę, nikt nie czekałby z niczym co przypominałoby otwarte ramiona. W swoich mroczniejszych rozważaniach zastanawiał się, czy nie byłoby to coś gorszego – coś jak na przykład Dean szepczący „zdrajca" w tłumie zgromadzonym w tawernie i ten szept rozszedłby się wszędzie, aż wszyscy wiedzieliby jak Sam zdradził ich krew, swój lud, swoich przodków i honor swojego wspaniałego rodu. Czy, gdyby zdecydował się wrócić, nie czekałyby na niego piki i wyciągnięte miecze, by wykończyć syna, który z całą pewnością nie należał do Winchesterów.

A najgorsze było to, że wciąż nie sądził, że mógłby spojrzeć na Deana i nie darzyć go miłością.

To było wyryte w jego kościach, tak głęboko, że biło razem z sercem, wkradło się w struktury skóry, włosów i oczu. Patrzył na świat zabarwionym tym wzrokiem, rozmytym przez tę miłość, dotykał świata palcami szukającymi jednego stworzenia. Źle to wróżyło, że nawet teraz, samotny i drżący z wściekłymi słowami Deana brzmiącymi mu w uszach, że Sam wciąż by błagał, gdyby miał na to szansę. Że wciąż ponad wszystko inne pragnął by starszy brat spojrzał na niego i go zobaczył.

Co dziwne, spośród wszystkich argumentów to ten przekonał go najmocniej, że nie może wrócić do domu.

Ruby przekręciła się, uniosła głowę i rozdziawiła szeroko paszczę ziewając. I choć Sam bardzo się już do niej przyzwyczaił wciąż instynktownie zadrżał na widok jej ślicznych, perłowych kłów. Zatrzasnąwszy paszczę Ruby zaczęła wstawać.

- Woah, a ty dokąd? - spytał Sam zmuszony by się podnieść razem z nią gdy wyciągnęła spod niego swoje skrzydło. Niespodziewanie Ruby otrząsnęła się cała posyłając wszędzie wokół kaskady wody i chłopak zasłonił twarz. Demonica rozprostowała skrzydła i spojrzała na niego z namysłem choć Sam nie wiedział po co. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, coś jak wąż owinęło się wokół jego bioder. Sam poskoczył i sięgnął by to z siebie zdjąć zanim poczuł znajomy dotyk łusek i zorientował się, że to długi ogon Ruby.

- Co do- Ruby? - zapytał znowu patrząc to na siebie to do góry na nią. - Co ty robisz?

Nie dostał nawet chwili na zastanowienie, w następnym momencie już był unoszony nad ziemię. Krzyknął słabo wierzgając nogami gdy był transportowany przez powietrze i sadzany na smukłym grzbiecie Ruby. Dłońmi natychmiast złapał się za kolec na jej kłębie. Uprzytomnił sobie, że to cud, że nie został nabity na jeden z takich kolców, bo biegły po całej długości jej kręgosłupa. Gdy przechylił się na bok zobaczył, że położyła jeden płasko, żeby mógł na nim usiąść.

- Ruby- - zaczął znowu, ale dalej nie dotarł, jako że demonica uniosła się na tylne nogi, rozłożyła skrzydła na ich pełną szerokość i zamachała nimi kilka razy. Serce Sama gwałtownie zabiło w jego gardle.

- Ruby-! - spróbował znowu zaciskając instynktownie dłonie. Mięśnie demonicy napięły się zrobiła krok w tył by mieć więcej miejsca i o bogowie. O bogowie. - Ruby!

Ale było już za późno. W następnym momencie była już w ruchu – niesamowicie prędko – i Sam przypomniał sobie jak bardzo szybkie mogą być demonie ataki. Z jaką śmiertelną płynnością potrafią poruszać się poruszać nocy, nurkując i odlatując zanim ludzie zdążą je w ogóle namierzyć.

Skrzydła Ruby uniosły się i opadły w jednym potężnym uderzeniu. Żołądek Sama opadł, prosto na ziemię i tam został gdy nagle znaleźli się ponad czubkami drzew. Przez krótką chwilę muskali je w locie, aż trafili na wiatr wznoszący. Wlecieli w niego jakby wpadli na kamienną ścianę i Sam poczuł przerażenie na myśl, że to już koniec, teraz spadnie. Podmuchy były gwałtowne i szarpały nim, wytrącając go z równowagi. Wszystkie jego umiejętności nabyte w treningu na nic się zdały w tym nowej, pierwszy raz napotkanej sytuacji. Rękami ściskał kolce Ruby tak silnie, że zmartwił się, że połamie delikatne kostki i na tę myśl przyciągnął się całym ciałem do jej grzbietu najciaśniej jak zdołał.

Demonica wzleciała na wietrze machając raz za razem potężnymi skrzydłami, aż znaleźli się wysoko, tak nieprawdopodobnie wysoko, że Sam nie mógł się nawet zmusić by spojrzeć w dół. Nigdy wcześniej nie bał się wysokości, no ale nigdy wcześniej jeszcze nie latał. Ruby jednakże płynęła w powietrzu jakby do tego się urodziła no i chyba tak właśnie było. Jej ogon bez przerwy zmieniał pozycję, ale nie jak ster, bardziej jak mała pomoc, żeby mogła zachować balans gdy poruszała skrzydłami.

- Jasna cholera – wymamrotał Sam z ustami przy jej łuskach, ledwo słyszalnie przez wiatr. - Ruby...

Przechyliła się i zrobiła beczkę przelatując nad wierzchołkami drzew i Sam nie mógł się powstrzymać. Musiał spojrzeć. Musiał zobaczyć.

Z trudem przełknął ślinę i zebrał całą odwagę, zaciskając zęby i przechylając się ostrożnie na jedną stronę by zerknąć ponad jej silnym barkiem i krawędzią pracującego skrzydła.

Pod nimi była jedynie ciemność. Niekończący się ogrom lasu nie zdradzał w nocy zupełnie nic. Chmury zablokowały światło księżyca. Sam poczuł jak narasta w nim rozczarowanie, obok lęku przed upadkiem. Proszę bardzo, leciał na grzbiecie demona i nie widział jednej pieprzonej rzeczy.

My mogliśmy ich dosiadać. Nasi przodkowie siadali okrakiem na ich grzbietach, a demony unosiły ich do nieba – razem w bitwie i razem w życiu. Były naszymi drugimi połówkami, a gdy my dzieliliśmy z nimi sny, one dzieliły z nami niebo."

Sam nawet teraz słyszał w głowie głos matki, zmniejszający rozczarowanie, bo przypomniał mu o tym, co naprawdę było teraz ważne. To tego właśnie chciała, w co wierzyła, że może istnieć między człowiekiem, a demonem – partnerstwo. Sam latał w powietrzu na grzbiecie demona tak jak jego mama zawsze chciała i miał głęboką nadzieję, że może go teraz zobaczyć. Byłaby z niego dumna.

Sam pochylił się i objął ramionami szyję Ruby czując tą znajomą, nie ugaszoną przez jedenaście lat tęsknotę za matką. Żeby żyła i była przy nim.

Ruby znów się przechyliła i opadła niżej, ale Sam nie krzyknął, nie bał się, bo w wietrze pobrzmiewał głos jego mamy, a place miał zaciśnięte na łuskach swojej demonicy i wiedział w samej swojej duszy, że matka miała rację. Zawsze miała.

To jest to miejsce dla mnie" pomyślał i wtedy cień drzew został złamany przez złote światła Lawrence, lśniące jak latarnia morska pośród mroku. Latarnie wioski były jak świetliki, cudne małe gwiazdki, żółte i pomarańczowe roztańczone płomyki wykrzykujące wyzwanie do morza: Nie dostaniesz nas.

Sam widział ją całą, serce swojego ludu, tak jak John czy Dean nigdy jej nie zobaczą – chyba, że znajdą się tutaj, na demonie. Patrzył na to centralne ogniwo ich ducha, twarde i zimne, ale wciąż jasne i niezłomne, jeśli troszkę podrapane. Ruby leciała nad wioską mimo spychającego ją do tyłu wiatru wypychanego nad klify przez morskie fale, mocno uderzając skrzydłami. Sam czuł jak siła podmuchu próbuje wydrzeć mu łzy z oczu i zmrużył je do małych szparek gdy Ruby walczyła z prądami ustawiając odpowiednio skrzydła, zmieniając rytm lotu, aż nagle, bez żadnego ostrzeżenia, znaleźli się nad morzem. Huk rozpijających się poniżej fal był niemal całkiem wygłuszony przez ryk powietrza w uszach Sama. Nad nimi wisiały ciemnoszare chmury, blokując widok na gwiazdy. Oddech zamarł Samowi w płucach gdy dotarło do niego – że mogliby po prostu lecieć bez końca. Oddalić się od lądu tak, że zniknie im z oczu.

Polecieć na koniec świata. Albo gdziekolwiek indziej.

Ruby złożyła skrzydła jak sokół i zanurkowała. Obróciła się, a Sam nawet nie próbował szukać czegoś, żeby się przytrzymać. Gdy ona robiła obroty opadając w kierunku ziemi Sam po prostu pozwolił sobie rozkoszować się doznaniami z lotu. Nigdy wcześniej nikomu tak nie zaufał, poza Deanem. Nigdy nie włożył swojego życia w czyjeś ręce z pewnością, że go nie zawiodą.

Wziął wdech i świadomy tego, że znajduje się setki metrów nad ziemią, że wystarczy, że się ześliźnie i czeka go straszny upadek i śmierć, nie miał też najmniejszych wątpliwości, że jest bezpieczny.

Ruby zrobiła obróciła się na grzbiet nurkując – jej cięższe ciało spadało szybciej od niego i pęd tego upadku utrzymywał go na miejscu. Ciemność wokół nich była nieprzenikniona, cały świat złapany w sieć własnych rytuałów i zwyczajów był nią ogarnięty. Nie poruszało się nic na lądzie, ani w morzu, a lud Sama czepiał się swoich przekonań, swojego strachu i swojej nienawiści. Jednak Sam i Ruby lecieli gdzieś poza tym wszystkim.

Blisko podstawy klifu Ruby gwałtownie rozłożyła skrzydła i przekręciła się z powrotem. Nagły podmuch powietrza uniósł ich wzdłuż ściany, której załomy i wyrwy znikały w miarę jak się wznosili, aż płynnie przelecieli nad krawędzią klifu z dala od złotych świateł Lawrence. Sam poczuł jak łuski Ruby poruszają mu się pod palcami, a pod łuskami mięśnie, twarde i napięte, pełne siły, drżące z wysiłku gdy szybowali nad lasem. Jej skrzydła ubijały powietrze jak masło. Była panią swojego świata. Sam wdychał powietrze i wydychał je śmiejąc się gdy wychynęli z okrycia chmury i na świat spłynął srebrny blask księżyca.

Skończyły się drzewa, zaczęły pola uprawne, otwarte i puste. Ziemia umykała pod nimi szybciej niż pod kopytami konia i Sam zerknął na nią ponad barkiem Ruby, patrzył jak ledwo oświetlona miga poniżej raz ciemnymi fragmentami młodego lasu raz srebrnymi kawałkami trawiastych łąk. Podniósł głowę gdy poczuł na sobie czyjś wzrok i zobaczył, że rubinowooka demonica sprawdza czy u niego wszystko w porządku, odwróciwszy lekko głowę. Sam nie mógł się powstrzymać przed pokazaniem jej wszystkich zębów w uśmiechu.

- Wiedziałaś, że tego potrzebowałem, prawda...? - powiedział cicho nie spodziewając się wcale, że ona go usłyszy przez świst wiatru, ale nie przejmując się tym. Ruby nie zrozumiałaby słów. I tak wiedziała co chciał jej przekazać.

Demonica zmieniła nagle pozycję, jej głowa gwałtownie odwróciła się z powrotem do przodu gdy skupiła wzrok na czymś, czego on nie mógł dostrzec. Jej ogon poruszył się nieznacznie, balansując, i Sam poczuł jak jej mięśnie dziwnie się napinają. Spojrzał w dół, a potem na bok i ledwo udało mu się wypatrzyć coś poruszającego się w świetle księżyca – płynne ruchy jakiegoś stworzenia z pełną prędkością się od nich oddalającego. Jednak cokolwiek to było jego prędkość była niczym w porównaniu do Ruby i nie minęło dużo czasu, aż już siedzieli mu na ogonie.

Sam zdołał wychwycić nakrapiane futro, bo białe plamki niemalże świeciły w srebrnym świetle; młoda łania skakała wśród traw maksymalnie rozciągając nogi, uciekając do bezpiecznego lasu przed nadciągającym drapieżcą.

Ruby dwukrotnie machnęła skrzydłami wzbudzając dwa potężne podmuchy i już byli na tyle blisko, że Sam niemal słyszał oddech łani, niemalże widział w jej oczach własne odbicie, a wtedy skrzydła rozwinęły się jak żagle blokując ich pęd, prawie zatrzymując ich w miejscu. Jednocześnie wyciągnęła swoje potężne nogi i złapała sarenkę w szpony porywając ją z ziemi i znów machając skrzydłami, a wszystko płynnie, ani razy nie dotknąwszy ziemi.

Znowu wzniosła się do nieba trzymając swoją martwą zdobycz i Sam wypuścił oddech z płuc zorientowawszy się, że dotychczas go wstrzymywał. Razem szybowali nad szerokim pasmem wzgórz otuleni nocą jak kocem, ze światem u ich stóp.

Kiedy Ruby wylądowała w końcu Sam nie potrafił powiedzieć ile czasu minęło.

Zwalił się na ziemię, nogi nie chciały w ogóle podtrzymać ciężaru jego ciała trzęsąc się od nadmiaru emocji. Przetoczył się na plecy oddychając głęboko, a Ruby schyliła się nad nim i wcisnęła mu swoją głowę w pierś, szturchając go ciekawie nosem. Zaśmiał się i wyciągnął ręce by pogłaskać jej szczękę.

To był, z dużym prawdopodobieństwem, pierwszy raz od śmierci jego matki kiedy nie czuł w ogóle lęku.

Przycisnął czoło do twardych płytek na głowie Ruby i poczuł w swoich kościach jak zamruczała.

- Dziękuję – wyszeptał. - Dziękuję.

Tam gdzie wylądowali burza jeszcze nie przyszła i Sam nie miał najmniejszych problemów z nazbieraniem odrobiny chrustu i zapaleniem ogienka, podczas gdy Ruby trącała go z ciekawością nieważne ile razy ją odpędzał. Wciąż miał przy sobie swój nóż do drewna i użył go, żeby odciąć sobie porządny kawał jelonka, który następnie opiekł nad ogniskiem. Ruby z przyjemnością pochłonęła resztę łani na surowo. Sam patrzył jak płomienie tańczą i migoczą liżąc mięso, tak jasne w jego oczach. Jego umysł, cichy i pokonany wcześniej tego wieczora, teraz pracował na pełnych obrotach układając, przemyśliwując, sklejając coś co niemalże wyglądało jak plan.

Coś, co przypominało nadzieję.

- Moglibyśmy polecieć na południe – oznajmił, a Ruby zerknęła na niego znad swojego krwawego posiłku na jedną sekundę, oblizując paszczę i natychmiast nurkując po więcej. Sam nie odrywał wzroku od ognia. - Jeśli mogę na tobie latać... to możemy udać się gdziekolwiek. Podróżowalibyśmy szybciej niż konno – znacznie szybciej niż pieszo. Moglibyśmy... Moglibyśmy polecieć tam skąd pochodziła moja mama. Poszukalibyśmy ludzi, którzy wiedzieliby coś więcej o jeźdźcach demonów. A nawet jeśli takich nie ma, to wciąż byłoby nam tam lepiej niż tu. Znaczy, Mama zawsze powtarzała, że tam demony wyginęły. To oznacza, że ludzie nie wiedzieliby czym jesteś. A to oznacza, że nawet gdyby się zdziwili, albo przestraszyli to i tak nie są łowcami demonów. Nie zapolowaliby na ciebie. A gdyby się zdecydowali, to i tak nie mieliby pojęcia co robią. Może... Może tam moglibyśmy zacząć nowe życie.

Sam oblizał wargi. Nigdy wcześniej nie rozważał tego, że mógłby żyć gdzie indziej niż ze swoim ludem – zimnym, wojskowym życiem Lawrence. Nigdy nie sądził, że zamieszka gdziekolwiek bez swojej rodziny, że będzie kimkolwiek poza Winchesterem.

Nie musiał nim być. Już nie.

- Nawet jak będziemy musieli zaczynać od gołej ziemi i tak będzie lepiej niż tutaj, gdzie już mamy na sobie wyroki. Bycie nikim, start z czystą kartką... To wszystko, czego zawsze chciałem, Ruby. Mogę dowieść swojej wartości. Mogę. Tam... będę po prostu kimś niesprawdzonym. Ale nie będę tam porażką.

Tam na południu ludzie widzieliby tak jak on widział świat, zamiast tego wszystkiego, czego nie dostrzegał.

Tam nie będzie musiał każdego dnia być wokół Deana, wiecznie przyrównywany do swojego perfekcyjnego brata. Ale przede wszystkim tam mógłby być sobą. Mógłby zostawić tą dziwną, chorą miłość i ruszyć na przód z życiem. Mógłby być Samem, a nie Samem Deana.

Ogień trzaskał i stosik zapadł się pod wpływem podmuchu wiatru posyłając wszędzie iskry, a Sam potarł kciukiem dolną wargę podpierając łokcie na zgiętych kolanach.

- Jutro, Ruby... Jutro ruszymy na południe.

Sam zawsze działał dobrze na planie.

Jak już wiedział czego chciał, gdzie z czymś zmierzał, trudno było go zatrzymać. Jako dziecko wpakował się nieraz w niezłe tarapaty tylko przez swój upór, podchodząc do niezłamanych koni kiedy mama mu zakazała, albo wdrapując się na dach ich domu gdy Dean powiedział mu, że nie powinien. On sam nie uważał tego za złą rzecz.

Przez chwilę wtedy, w wiosce, kiedy ludzie chodzili do niego po wskazówki było prawie dobrze.

Ale to też przez upór siedział teraz z demonem w dzikiej głuszy, wydziedziczony przez rodzinę, więc musiał przyznać, że złe strony jednak były.

Tak czy inaczej kiedy nadszedł poranek dnia następnego i Sam przeciągnął obolałe ciało z jego skulonej pozycji, już układał sobie wszystko w głowie, obmyślając co mu będzie potrzebne i jaki kurs powinni z Ruby obrać gdy wystartują. Słyszał o rybackich miastach i wioskach wzdłuż zachodniego wybrzeża i wydało mu się to dobrym miejscem na start. W końcu ludzie Lawrence mocno polegali na morzu – Sam znał się na łodziach i sieciach. Mógłby prawdopodbnie znaleźć tam sobie jakąś pracę i tak zdobyć potrzebne rzeczy.

W międzyczasie zjadł ostatnie resztki jeleniego podudzia z wczoraj, a Ruby rozprawiła się z kośćmi truchła.

Na nieszczęście tak jak stał do podróży przygotowany raczej nie był. Potrzebowałby lepszego noża, a także jakichś dwóch koców, żeby stawić czoła nocnym mrozom. Sam wątpił czy w najbliższym czasie uda mu się znaleźć jakieś porządne miejsce, musiał więc zaakceptować, że większość nocy pewnie spędzą po lasach. Ciepło ciała Ruby było dobrym początkiem, a i czyste ciuchy by nie zabolały.

Nie ślinił się na myśl o powrocie do miasteczka.

W szczególności nie ślinił się w perspektywie mając kolejne spotkanie z Deanem, po tym jak praktycznie oznajmił, że więcej nie wróci. Skrzywił się gdy przypomniał sobie jak brat nazwał go zdrajcą i dziczyzna w jego ustach nagle nabrała gorzkiego smaku. Nie chciał, żeby Dean pomyślał sobie, że wraca ze spuszczoną głową i wygiętym kręgosłupem. Może być tchórzem i zdrajcą dla swojego ludu, ale nie będzie do tej listy dodawał „słabego charakteru".

Gdyby trafił na Deana musiałby jasno powiedzieć, że pojawił się tam po swoje rzeczy.

Nie sądził, że Dean by go zaatakował.

Sam rozkopywał ziemię na przysypanie pozostałości po ognisku próbując opracować najlepszą trasę na wślizgnięcie się do miasta i do swojego domu gdy rozbrzmiał pierwszy krzyk. Natychmiast uniósł głowę na ten dźwięk, głośny choć niewątpliwie brzmiący z daleka: ryk demona.

Nie spodziewał się jednak, że Ruby odpowie tak samo, otwierając paszczę i trąbiąc, posyłając przez las echo. Sam zasłonił dłońmi uszy patrząc na swoją demonicę.

Już się zbierała do drogi.

- Ruby! - krzyknął opuszczając ręce i biegnąc do niej. - Ruby, czekaj!

Ona jednakże nie zdawała się być zbyt chętna, żeby go posłuchać, bo szybkimi krokami szła przed siebie, powstając na tylne nogi i ruszając barkami – gotowała się do lotu.

- Kurde, Ruby- - Próbował zwrócić na siebie jej uwagę wyciągając po nią ręce, próbował ją zatrzymać, zrobić cokolwiek. - Ruby, przestań, ty- Ruby!

Jej ruchy pełne były niepokoju, wymachiwała skrzydłami, przed którymi Sam ledwie się uchylił czując na sobie zimny podmuch. Nie miał tu zbyt wielkiego wyboru.

Wyciągnął ręce i złapał skrzydło u podstawy wciągając się na jej grzbiet jednocześnie unikając chaotycznych ruchów. Nie nazwałby się ekspertem po zaledwie jednym locie, a chociaż był on bardzo przyjemny (cudowny) to jak się okazało nie wyleczył go z niepokoju, który poczuł łapiąc jej kolce. Nie miał jednak czasu na myślenie bo w następnej sekundzie Ruby wystrzeliła w niebo, a w lesie rozbrzmiał kolejny demoni krzyk.

Sam poczuł na twarzy spodziewane uderzenie powietrza przy wznoszeniu i schylił głowę, żeby się przed nim ochronić. Zamknął oczy, ale znowu otworzył je gdy Ruby wyrównała lot, chcąc zyskać orientację w tym gdzie zmierzali albo w ogóle co się działo.

Pod nimi zniknęły już pola, Ruby leciała prosto do lasu i, olśniło Sama, prosto z powrotem do Lawrence.

To nie była najgorsza rzecz na świecie, skoro i tak musiał tam wrócić po kilka rzeczy. Jednak z drugiej strony mogli wlecieć na demoni atak, a nie było to bynajmniej coś o czym marzył, w szczególności dlatego, że Ruby mogła załapać się na przypadkową włócznię w bok. Sam nigdy nie słyszał, żeby atak zdarzył się w dzień, ale nie mógł wykluczyć żadnych możliwości skoro sam właśnie szybował przez niebo na grzbiecie demona.

Ale nawet jeśli nie było żadnego ataku Sam nie chciał, żeby Ruby znalazła się nad wioską w ciągu dnia. Nocą uchodziło jej tylko dlatego, że miała ciemne umaszczenie i chowała się w chmurach. Jakby ją zobaczono, choćby przez moment, Sam nie miał wątpliwości, że nafaszerowaliby ją stalą, zabili szybko i brutalnie bez względu na jego najgłośniejsze protesty.

Wzdrygnął się i objął szyję Ruby.

- Ruby... - mruknął, a potem uniósł głos mając nadzieję, że zdoła do niej dotrzeć poprzez wiatr i determinację, którą najwyraźniej czuła, by dotrzeć do drugiego demona. - Ruby! Musisz wylądować! Nie możesz przelecieć nad wioską – zabiją cię!

Brak odpowiedzi, ciemnołuska demonica wciąż leciała przed siebie prosto w kierunku Lawrence.

- Ruby!

I sekundę później zanurkowała, ale nie tak jak wcześniej, obracając się, żeby utrzymać Sama na grzbiecie. Tym razem opadała prosto w dół z chłopakiem nad sobą i Sam poczuł jak jego ciało się unosi, o krok od upadku. Bicie serca przyspieszyło mu trzykrotnie i gorączkowo łapał się jej grzbietu. Nagle wizja przerażającego upadku stała się całkiem możliwym scenariuszem na najbliższą przyszłość. Znalazł jeden z jej kolców i przygiął się, jak najciaśniej obejmując ramionami jej szyję, zaciskając oczy i trzymając się ze wszystkich sił.

Kiedy wyrównała machając skrzydłami do tyłu by zwolnić do lądowania z piersi wyrwało mu się „uf", a wnętrzności podjęły próbę przedostania mu się do czaszki.

Natychmiast zeskoczył na ziemię bo chociaż nie chciał, żeby Ruby odleciała bez niego, to nie był gotów na następną takę jazdę. Szczęściem demonica zdawała się być zadowolona na ziemi, bo opadła na cztery łapy i zwinęła skrzydła. Sam zatoczył się i oparł dłonie na kolanach ledwo utrzymując się w pionie.

Głośny, świergotliwy dźwięk sprawił, że chłopak podskoczył.

Obrócił się szeroko otwierając oczy na widok nieznanego demona, nieco większego od Ruby i o perłowo białym umaszczeniu. Wokół szyi miała pierzastą krezę, a wzdłuż kręgosłupa wyrastały jej skrzydła, tak jak u Ruby, ale u Ruby były one skórzaste, a u tej demonicy pierzaste. Sam wciągnął powietrze i przygotował się na atak bo nie wyglądała nazbyt przyjaźnie, ale zanim cokolwiek mogła zrobić Ruby zaćwierkała miękko i biała demonica odwróciła się od Sama.

Ruby szybciutko do niej podeszła, całkiem na luzie jak gdyby nigdy nic, i wcisnęła swoją głowę pod głowę tamtej, tuląc się. Biała demonica zamruczała w odpowiedzi i trąciła ją pyskiem, a potem uniosła przednią nogę i owinęła ją wokół Ruby, która w tej pozycji wyglądała na zadziwiająco niewielką. Sam skorzystał z okazji i chwiejnie się wycofał macając aż poczuł za sobą pocieszającą twardość skały.

Znajdowali się z powrotem na ich polanie, na tej, na której Sam i Ruby spędzili razem tyle czasu i, jak się zdawało, Sam miał poznać twarzą w twarz swojego drugiego demona.

Przed nim Ruby i ta biała zdawały się komunikować, mrucząc i świergocząc, okazjonalnie warcząc na siebie i chociaż nie był to język to z całą pewnością nie były tylko zwykłe odgłosy. Ruby potarła szyją łuski drugiej demonicy i Sam nie wiedział skąd, ani dlaczego z taką pewnością, ale nagle do niego dotarło, w tamtym momencie.

- … to twoja mama – westchnął zdumiony natychmiast rozumiejąc dlaczego Ruby tak niespodziewanie się zerwała, odpowiadała na zmartwione wołania matki szukającej swojego dziecka, które zniknęło na wiele tygodni. Zniknęło i było z Samem.

Z jakiejś przyczyny Samowi nigdy nie przyszło do głowy, że Ruby może mieć rodzinę, która za nią tęskni.

Że demony miały rodziny, tak jak Sam miał.

Biała demonica spojrzała wtedy na Sama przychylając głowę w niemym pytaniu do córki. Sam z trudem przełknął ślinę zastanawiając się, czy za moment pewna wściekła matka nie odgryzie mu głowy. Jednakże Ruby podeszła do niego i głową popchnęła go w kierunku większego demona. Sam wyciągnął ręce, żeby złapać się Ruby, ale ona tylko trąciła go raz jeszcze nosem, a potem zostawiła stojącego samotnie przed kompletnie nieznajomą demonicą.

Chociaż w tej samej sekundzie kiedy to pomyślał przyszło mu do głowy, że ona wygląda... znajomo.

Zmarszczył brwi, przepełniony ciekawością wywołaną tą iskrą skojarzenia, ale myśl ta natychmiast została wciśnięta gdzieś w kąt jego mózgu bo bestia opuściła łeb i zaczęła go obwąchiwać. Sam stał bez ruchu, zupełnie sztywno, bo chociaż nie bał się tak jak by się bał kilka tygodni wcześniej, nie był przerażony i bezużyteczny, ani nie drżał, to ta nowa odwaga zrodzona ze zrozumienia nie zrobiła z niego głupca. Tylko dlatego, że nie wszystkie demony były agresywne nie znaczyło, że nie pustoszyły mu domu przez całe jego życie, ani że to życie nie było teraz zagrożone.

Pewnie, Ruby zapewne nie byłaby zachwycona gdyby jej mama odgryzła mu głowę, ale Sam byłby tak czy inaczej martwy.

Biała demonica metodycznie przeprowadziła swoją inspekcję ani razu go nie dotykając, ale bacznie mu się przyglądając. Raz Sam wyciągnął rękę by zainicjować kontakt, ale ona gwałtownie odsunęła się odmawiając mu, a Sam zrozumiał. Zyskawszy pewność, że Sam jej więcej nie przeszkodzi wróciła do badania, a chłopak pozwolił jej zaspokoić ciekawość. W końcu odstąpiła.

Spojrzała w dół na niego srebrnymi oczami, spojrzała w niego i wspomnienie uderzyło Sama jakby wielki ciężar wpadł mu na pierś wyciskając z niej oddech.

Lilit."

Takie imię nadała demonicy własna matka Sama, powiedziała mu, postawiwszy go na ziemi gdy skierowała się w stronę własnej śmierci. Sam zasłonił usta dłonią nie pewny czy zaraz zwymiotuje czy zacznie płakać, ale tak czy inaczej czując potrzebę zablokowania tego.

Lilith. Demon, z którą jego matka przyszła utworzyć więź tak zapatrzona w swoje historyjki o demonach i ich jeźdźcach i świętości więzi, że radośnie weszła prosto w ich szpony i chociaż to nie Lilit ją zabiła to i tak była wtedy obecna. Stała obok gdy Sam czuł na policzkach krew własnej matki.

Zatoczył się do tyłu, wszystko w nim się buntowało.

- Sam! - zawołał znajomy głos. Ale chłopak był zagubiony wciąż, dopóki się nie odwrócił i nie zobaczył Deana stojącego na skale górującej nad polaną z szokiem na twarzy i halabardą w dłoni. - Bogowie, Sam... Dwa? Co ty wyprawiasz?

Nie tak Sam wyobrażał sobie ich niechciane ponowne spotkanie, ale argumenty, które wymyślił tego ranka, wszystkie słowa nieujarzmionej determinacji na temat odejścia bezpowrotnie wyparowały z jego głowy. Zamiast tego stał tam i patrzył na brata jakby ten był duchem. Dean zmarszczył brwi.

- Sam?

Sam opuścił nieco rękę, aż na wargach zostały tylko jego palce. Miał mętny wzrok.

- Sam...

Las rozbrzmiał okrzykami – to oddział zwiadowczy porozumiewał się ze sobą. Szukali, zdaje się, tego demona, który z wyjątkową głupotą w biały dzień przeleciał sobie nad Lawrence. Dean spojrzał w las za siebie, a potem szybko odwrócił się z powrotem do brata.

- Sam, Sam musisz iść. Wszyscy wiedzieli jak demon przelatywał. Oni nie mogą cię tu znaleźć. Nie ma szans, żebym- Ale mogliby- - Dean miał na twarzy wypisaną desperację i był to dziwny widok, coś, czego Sam nie widział zazwyczaj na jego twarzy. Chłopak stał tam gapiąc się na swojego brata jakby był układanką, a w powietrzu unosił się zapach krwi jego matki ze wspomnienia.

- Sam – głos Deana był stanowczy. - Zabiją cię, a potem tego twoje durnego demona.

Sam drgnął, a w jego piersi serce zabiło w starym rytmie lęku, ogarnęła go znajoma panika, ale tym razem nie miało to nic wspólnego z demonami. W zamian, ten strach przed stratą i krople krwi na skórze, krwi, która istniała tylko w jego wspomnieniach choćby nie wiadomo jak silne one były, mogła łatwo stać się prawdziwa, mogła stać się krwią Ruby, a Sam nie zniósłby widoku śmierci następnej kochanej osoby. Nie w tym miejscu. Spojrzał na białą demonicę, Lilit, ale w lesie znowu ktoś krzyknął przyprawiając go o dreszcz (bliżej tym razem; zaciskali pętlę). Sam przeskoczył nad głazem, podbiegł do Ruby i położył dłonie na spodniej stronie jej szyi.

- Ruby – mruknął starając się odciągnąć jej uwagę od matki. - Ruby, no już... Ruby, spójrz na mnie.

Jego demonica była rozkojarzona, obwąchiwała sobie skrzydła Lilit, ale głos Sama przywołał ją do rzeczywistości i spojrzała na niego z ciekawością. Chłopak złapał ją za zagięte płytki z tyłu jej szczęki przytrzymując głowę gdy patrzył jej w oczy.

- No dalej, Ruby... Musimy spadać. Chodź za mną, dobra, mała? W porządku?

Jej czerwone oczy mówiły, że ją zaintrygował, ale brakowało w nich zrozumienia, choć ta dziwna więź między nimi, to wewnętrzne zrozumienie pozwoliło jej ogarnąć najważniejszy przekaz. W niemym pytaniu przechyliła nieco głowę, ale Sam nie miał czasu na to, żeby ją uspokajać. Zamiast tego zaczął się cofać, ciągnąc ją za sobą. Była parę razy cięższa od niego i z łatwością mogła mu się oprzeć i Sam poczuł jak coś odpuszcza mu w piersi kiedy zamiast się szarpać poszła za nim.

- No chodź, chodź... - szeptał zerkając kątem oka na Deana i na las. Musiał ukryć Ruby zanim reszta łowców nadciągnęła. Oni by nie posłuchali. Nawet by się nie zatrzymali, żeby posłuchać. W momencie, w którym zobaczyliby Ruby nie byłoby już dla niej ratunku, ani dla niej, ani dla Sama, który skoczyłby jej na pomoc, wiedział, że tak by zrobił.

Spojrzał znów za siebie oceniając gdzie może stawiać kroki na opadającym kawałku gruntu pokrytym skałami. Szedł ostrożnie znalazłszy wreszcie rów, który szedł głębiej w las i tworzył skarpę – a pod nią było ich ocalenie. Sam szedł wciąż do tyłu szepcząc do Ruby słowa zachęty, prowadząc ją między drzewa i w dół po skarpie, a liście chrzęściły im pod nogami. Ruby szwargotała coś zdziwiona próbując odwrócić głowę i spojrzeć na mamę, teraz już mniej ciekawa, a bardziej zaniepokojona, ale poszła za Samem do bezpiecznej kryjówki pod skarpą i tam się wcisnęła.

- I tutaj zostań, dobra? - spytał Sam, a potem wyskoczył i podciągnął się na zwisającym kawałku skały. Pobiegł z powrotem na polanę i spojrzał na Lilit, która nie poruszyła się mimo nadciągającego niebezpieczeństwa.

- Musisz stąd iść – powiedział niezbyt pewny co ma myśleć o tym, że ta demonica była obecna podczas gdy jego matka była mordowana – że jego mama praktycznie nadała jej imię.

Nie było czasu ani miejsca na podobne rozważania.

- Idź! - Zamachał rękami. - No już! Leć!

Próbował ją wystraszyć i rzeczywiście cofnęła się nieco, ale zaraz odwróciła głowę wołając na Ruby. Sam usłyszał jak Ruby odpowiada – blisko, bliżej niż powinna być i odwrócił się. Jego demonica znów podeszła do linii drzew.

- Cholera-

- Sam – syknąłDean.

- No wiem! - Sam pobiegł z powrotem do Ruby łapiąc ją za szyję i ciągnąc ją za sobą. Szła niezdarnie ze wzrokiem wbitym w Lilit dopóki nie znaleźli się z powrotem za skarpą.

- Tutaj! - krzyknął niski głos z polany i Sam zamarł. Łowcy znaleźli polanę. Nie było już jak wrócić do Lilit. Nie dało się jej już uratować.

- Ruby... - zaczął Sam, ale nie miał pojęcia co powiedzieć. Miała w oczach strach i wyciągała szyję by zobaczyć co się działo zza głazu.

- Nie, nie... - powiedział szybko ściągając jej głowę nisko do siebie, trzymając się jej. - Nie-... Nie patrz, Ruby...

Więcej odgłosów, metal na drewnie, metal włóczni, głosy mężczyzn. Dźwięk pazurów na kamieniu i ostrzegawczy warkot Lilit. Sam poczuł, że Ruby zesztywniała mu w ramionach i starał się ją ukoić, uspokoić cichymi słowami, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc.

Skrzek bólu, łopotanie skrzydeł-

Sam drgnął zaciskając mocno powieki.

- Zamknij oczy, Ruby... Nie patrz, nie patrz... - jego dłonie gładziły powoli jej łuski, czuł jak drży pod jego dotykiem.

Nad nimi coś łupnęło, coś ciężkiego się przemieściło i syknęło. Buty zaszurały na głazach, potem porażający demoni krzyk, głośny i straszny ryk bitewny i całe ciało Sama drgnęło na ten dźwięk, zesztywniało i przez moment Ruby spróbowała uwolnić się z jego uścisku.

- Nie! - powiedział niemal za głośno. - Nie... Nie, nie rób tego, Ruby... Proszę. Proszę, proszę...

Przyciągnął ją z powrotem do siebie, pogładził jej pysk, a ona spojrzała na niego wielkimi, szkarłatnymi oczami pełnymi przerażenia, błagając go, żeby uciec.

- Nie... ćśś. Już dobrze, tylko- - kolejny demoni ryk, a potem jeden wyższy – jęk pełen złości, bólu i krwi. - -tylko patrz na mnie, dobra? Po prostu... patrz na mnie. Ni już... to moja mała. - Pochylił się i pocałował łuskę na jej nosie, przycisnął policzek do jej ciepłej zbroi. Czuł minimalne drżenie jej ciała i zorientował się, że sam też się trzęsie-

Szarpanie się ciała, kości, przyciśnięte do ziemi, Sam otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło-

- Nie patrz tam, mała... - Owinął ramiona wokół jej głowy, przycisnął ją do siebie, czuł jak ziemia drży od niewidzianej bitwy, słyszał okrzyki i jęki, słowa rozkazów przekazywane pomiędzy łowcami, może to Dean, ale Sam nie mógł teraz o tym myśleć. Trzymał się Ruby i szeptał przytłumionym głosem.

- Nie patrz, nie patrz, nie patrz. Zostań tutaj, mała, nie ruszaj się, nie idź tam...

Potworne, żółte oczy jak martwe księżyce w porze żniw-

Sam drżał i docierały do niego ciche jęki Ruby, wciśniętej w jego pierś. Zacisnął palce starając się wyciszyć je swoją koszulą.

- Cicho... Musimy być cicho – proszę, Ruby. - Jego usta poruszały się przy jej łuskach prawie nie wydając głosu. Rozległ się głośny, mokry odgłos uderzenia i całe ciało Sama drgnęło i zesztywniało na chwilę. Przez chwilę panowała cisza.

- Ćśś, ćśś, ćśś – modlił się tak cicho, że niemal niesłyszalnie ani na chwilę nie wypuszczając Ruby, za nic, ale błagając bogów, kogokolwiek, kto by go wysłuchał, żeby Ruby nie nie wydała z siebie dźwięku.

Powietrze wypełnił radosny okrzyk zwycięstwa i Sam załkał , przygryzając wargę by się powstrzymać.

Głosy łowców zlały się w jedno, jeden na drugim w ich rozmowach, ręce klepiące skórzane zbroje w nagrodę. Sam nie mógł się skupić wystarczająco, żeby rozróżnić słowa, nawet go to nie obchodziło.

W swoich ramionach trzymał coś zbyt mu znajomego, coś, co definiowało jego, jego życie i to jak postrzegał go ojciec, coś co naznaczyło go gdy miał cztery lata, a Dean zmywał z jego skóry krew ich matki.

Trzymał w ramionach kogoś, kto stał w ciszy gdy przed nim mordowano jego matkę.

Sam zacisnął powieki chcąc się ukryć, zapomnieć, zrobić coś lepszego dla kogoś innego – poczuć, że jego cierpienie nie poszło na marne, bo to by znaczyło, że nikt inny nie musiałby przez nie przechodzić.

Jeszcze gorsze było to, że nie mógł nawet porozmawiać z Ruby, że nie byłaby w stanie zrozumieć jego słów, jakkolwiek niewielkie pocieszenie mogłyby stanowić.

Sam nie wiedział jak długo siedzieli pod tą skarpą ściśnięci razem. Wiedział, że jego wargi się poruszały formując bezgłośne słowa, ale nie miał pojęcia co to za słowa, ani co oznaczały. Głosy nad nimi wznosiły się i opadały w rozmowie, ciężkie kroki brzmiały wokół polany. Sam nie zauważył kiedy zaczęły się oddalać, kiedy leśna cisza znów zaczęła się wkradać – nic nie widział, aż głos Deana przełamał jego stupor, krystalicznie czysty i niemal przerażająco głośny na cichej polanie.

- Sam?

Sam drgnął i nagle znalazł się na ziemi z głową Ruby na kolanach. Miała zamknięte oczy. Jego dłonie spoczywały na niej, jedna na nosie, druga z tyłu jej długiej szyi. Czuł się pusty w środku, jak łupina. Nie mógł uwierzyć, że to się znowu stało, na tej samej polanie, a on wciąż nic nie mógł zrobić.

Bezsilny.

Ostrożnie usiadł w kucki unosząc głowę Ruby na starej ściółce. Choć miała zamknięte oczy nie spała. Pogładził kolce na jej grzbiecie patrząc jak kładą się pod jego dłonią. Wstał i wyszedł zza skarpy akurat gdy Dean znów zawołał jego imię.

Pierwszym co zobaczył Sam był jego brat. Kilt i skórzane ubrania Deana były odrobinę zachlapane krwią, halabardę trzymał nisko jedną silną dłonią obejmując grube drzewce. Kawałek demoniej skóry przywiązany do końcówki, z pierwszego zabójstwa Deana, targał się po ziemi.

Gdy zobaczył Lilit, jej wielkie białe cielsko leżące na pokrytych mchem kamieniach z głową prawie zupełnie odrąbaną od reszty ciała Sam nie stracił oddechu, ani się nie zakrztusił, był na to jeszcze zbyt pogrążony w szoku, ale patrzył i poczuł jak w jego piersi i gardle narasta głęboka, uderzająca do głowy wściekłość. Wściekłość, która smakowała zupełnie jak cierpienie.

- … jak mogłeś? - zapytał cichym głosem patrząc na Deana.

Dean potrząsnął jedynie głową nie rozumiejąc, otwierając usta by coś powiedzieć, ale Sam mu przerwał.

- Spośród wszystkich ludzi na ziemi, ty powinieneś wiedzieć- powinieneś wiedzieć- - Dłonie Sama zwinęły się w drżące pięści.

- Sam, ja- To jest demon, nie mogę po prostu-

- Była matką Ruby! - Sam usłyszał jak jego głos odbija się echem po lesie i na logikę wiedział, że nie powinien zwracać na siebie uwagi, ale nagle jakoś nie mógł sobie przypomnieć dlaczego. - Ty i Tata zabijacie je bo one zabiły Mamę. Bo zabrały od nas naszą Mamę. A potem odwracasz się i robisz coś takiego?! - Wskazał ręką nieruchome ciało Lilit.

- My... polujemy na demony. Tak żyjemy. - Tylko, że Dean nie brzmiał już tak pewnie i odwrócił wzrok.

- Ja nie. W jaki sposób różnisz się teraz od Niego, Dean? Jak to się różni od tego co Żółtooka Śmierć zrobił nam?

- Nie waż się tak mówić! - syknął Dean napinając wszystkie mięśnie i patrząc wprost na Sama. - Nie waż się. Nie- Nie po tym co nam odebrał.

Sam zacisnął mocno usta czując jak z każdym uderzeniem serca przepływa przez niego fala oburzenia. Teraz widział, że to się nigdy nie skończy. Demony będą zabijać ludzi, a ludzie demony w jakimś pokręconym kole nienawiści, przemoc przemocą, aż na wybrzeżu nie pozostanie nic poza kośćmi i krwią. Zmarłe matki będą nawiedzać przyszłe pokolenia. Sam nie mógł znieść tej myśli.

Nie chciał, żeby ktokolwiek żył tak jak on, próbując wymazać wspomnienia z umysłu.

- … Ja wiem jak to jest patrzeć jak twoja matka ginie. Wiem to. Musiałem z tym żyć. A ty- … Ty i Tata chcieliście, żeby zostawił to jakoś za sobą. Żebym wskoczył razem z wami na drogę zemsty, jakby to miało cokolwiek naprawić. - Sam odetchnął chwiejnie. Potrząsnął głową. - Nie zrobię tego. Nigdy więcej. Nie będę łowcą. Albo Celtem, jeśli to właśnie to oznacza. Ruby i ja... udajemy się na południe. Będziemy lecieć na południe, aż całe to powalone miejsce zostanie za nami jako złe wspomnienie.

- Tym dla ciebie jesteśmy? - Głos Deana był twardy i ostry – Sam znał brata wystarczająco, żeby wiedzieć, że to oznacza ból. - Złym wspomnieniem, które chcesz tylko wymazać? Pierdol się, Sammy.

- Zamordowałeś czyjąś matkę na ich oczach, Dean!

- Nie, do KURWY NĘDZY NIE ZAMORDOWAŁEM! - Z tymi słowami Dean rzucił swoją halabardę na ziemię nagłym, niespodziewanym ruchem. Wielka broń zabrzęczała na kamieniach i Sam instynktownie uskoczył.

Spojrzał na nią.

Ostrze było czyste. Nieskalane.

Dean miał krew na ubraniach, ale jego ostrze pozostało nienaruszone. Nieużyte.

- Jestem kompletnie- Wszystko mi pomieszałeś. Przez ciebie jestem- - Dean zawarczał sfrustrowany oddalając się o kilka kroków. Zatrzymał się z rękami na biodrach, Sam widział napięte mięśnie jego pleców. - Kiedyś wiedziałem co robię. Wierzyłem-... Ale jak mam rozróżnić teraz, Sam? Jak rozpoznać różnicę między dobrymi, a tymi, które mam zabijać? Jak mogę- Co jeśli-

Sam nie wiedział co powiedzieć. Stał tam z otwartymi ustami i gapił się na plecy brata z pustką w głowie.

Dean nie zabił Lilit. Może spróbował i nie mógł, ale nie tak to wyglądało, nie na podstawie tego, co mówił. Dean, który zawsze był taki pewny swojej żądzy mordowania demoniego rodzaju, zwątpił, choćby i na moment.

Zwątpił, przez Sama.

I choć wydarzenia tego rana sprawiły, że jego ciało ogarnął chłód i mdłości Sam poczuł jak coś w nim się skręca. Zrobił niepewny krok przed siebie chcąc dotknąć tego brata, którego sądził, że utracił jedenaście lat wcześniej. Tego brata, który patrzył na Sama jakby był słońcem, a Dean ziemią kąpiącą się w jego blasku.

- Dean, ja-

- Dean! - wykrzyknął inny głos i Sam natychmiast cofnął rękę trzymając ją jakby się sparzył. Jeden z członków klanu przybiegł od strony wioski. Ash, skojarzył umysł Sama, a drugi łowca zatrzymał się niezgrabnie na widok Sama na polanie oprócz starszego Winchestera.

- Sam... - zaczął Ash patrząc na nich i przełknął ślinę. - Dean, Sam – wasz ojciec. On i reszta właśnie zacumowali w przystani.

I tak świat nie przestawał się kręcić i obracać.

/txtbreak/

Czy mnie się tylko wydaje, czy pomyliłam kolejność rozdziałów?! O.O Jeśli tak to przepraszam ^^'

No i co myślicie? Coraz gorzej~!

Wiecie co, myślałam, że to zajmie dłużej, ale kończymy już! Tylko pięć rozdziałów do końca...