Ciężko było mu zostawić Ruby samą po śmierci jej matki.

Bardziej niż cokolwiek innego Sam chciał zostać przy niej i ofiarować pocieszenie. Ze wszystkich ludzi na świecie on wiedział dokładnie jak potworne ogarniają po czymś takim uczucia i myśl, że musiał kogoś zostawić w takiej sytuacji, żeby poradziła sobie z tym sama, była straszna.

Ale John i reszta łowców wrócili i Sam musiał dowiedzieć się co zaszło. Od tego mogły zależeć życia jego i Ruby, to mogła być decyzja między ich życiem a śmiercią, a w tej chwili krycie się po lasach nie wchodziło w grę. Objął Ruby, pomasował jej paszczę, a potem odprowadził jak najdalej od polany i od trupa, który na niej leżał. Ukrył ją w lesie i wyszeptał, że niedługo wróci mając nadzieję, że go zrozumiała.

Dean zaczekał na niego, choć niecierpliwie, i poganiał Sama co krok aż biegli między drzewami. Dean oczyszczał im drogę halabardą, a ponieważ obaj dobrze znali teren poruszali się bardzo szybko. Gdy wypadli z lasu do Lawrence, zastali miasteczko niemalże wyludnione, bo wszyscy porzucili domy i pracę i poszli przywitać powracających łowców. Grupa ludzi stłoczyła się na krawędzi klifu i patrzyła na dół, ale Sam i Dean ich zignorowali i popędzili ścieżką na plaże, a stamtąd do portu.

W przestrzeni osłoniętej przez klif co większe statki stały zacumowane i powiązane, a łowcy chodzili po kładkach pracując przy rozładunku, przy czym pomagali im inni mieszkańcy odnosząc zapasy. Sam przeszukiwał tłum w poszukiwaniu ojca chcąc upewnić się, że wrócił bezpiecznie – bo nie raz przyszło mu do głowy, że mógł spotkać na wyprawie swój koniec. Sam zupełnie nie spodziewał się, że łowcy wrócą z jakimiś towarami na pokładach, jakby byli tylko na targu.

- Tato! - usłyszał jak Dean woła i natychmiast obrócił się by spojrzeć tam, gdzie brat nareszcie lokalizując Johna Winchestera, który wyglądał nie najgorzej i unosił właśnie rękę w odpowiedzi na okrzyk Deana.

Obaj chłopcy podbiegli, dysząc trochę gdy się zbliżali, a ojciec obdarował ich cierpkim uśmiechem tylko na chwilę zatrzymując wzrok na Samie. W końcu nie rozstali się w za szczęśliwszej atmosferze.

- Jak sprawy stał kiedy mnie nie było? - zapytał na początek.

- Dobrze, sir - odpowiedział Dean. - Pierwsze zbiory były pomyślne i poradziliśmy sobie z jednym atakiem demonów. Nie ma strat w ludziach.

- Świetnie. Świetna robota, synu. - John klepnął Deana po ramieniu i odwrócił się do Sama. Otworzył usta, ale wyszło z nich tylko niezręczne milczenie. Sam ze wszystkich sił starał się ją czymś zapełnić.

- Cieszę się, że nic ci nie jest - powiedział szczerze. Sytuacja między nimi dwoma nie była najwspanialsza, ale wciąż kochał ojca. Po prostu nie wiedział jak ma sobie z nim radzić.

John skinął głową i uśmiechnął się nieznacznie. Sam przyjął to jako propozycję pokoju, bo wiedział, że lepszej nie dostanie.

- Pomóżcie reszcie przenieść rzeczy na górę – potem pogadamy – to wszystko, co John mu odpowiedział już łapiąc się za skrzynię i ostrożnie trzymając ją w ramionach. Cokolwiek w niej było było najwyraźniej ważne. Sam powstrzymał się od zadawania pytań nie chcąc naruszyć ich niepewnego pokoju.

Skończył z naręczem wełny i skór w ramionach. Było ich tyle, że ledwo widział gdzie idzie gdy maszerował na górę za Deanem ze wszystkich stron otoczony radosnymi rozmowami i śmiechem. Nie wiedział co ma czuć. Na pewno ulgę, że jego ojciec i ludzie byli bezpieczni – że wrócili do domów i do rodzin, które za nimi tęskniły, a nawet zaczęły ich już opłakiwać. Powrócili do domów i do ludzi, którzy od kilku tygodni żyli w ciągłym niepokoju o nich. Ale nie mógł powstrzymać się od myślenia o Ruby, o jej cichych jękach i o tym co słyszał gdy Lilit była mordowana przez ludzi, którzy myśleli, że robią coś właściwego.

Nie mógł przestać myśleć o tym, że za plecami miał ludzi uzbrojonych po zęby, niosących jeszcze więcej narzędzi śmierci, do zabijania demonów, które mogły, ale nie musiały być ich wrogami.

Żołądek skręcał mu się od tego, a szczególnie od świadomości, że samo to że on nie będzie zabijał nic jeszcze nie znaczyło. Nie wystarczyło, że on się powstrzyma i umyje od wszystkiego ręce. Jeśli polecą z Ruby na południe zostawią za sobą nie tylko lud Sama, ale też demoni ród, bardzo możliwe, że jego ostatnie ognisko, na wojnę i śmierć.

Wcześniej Sam potrafił to sobie usprawiedliwić. Bo być może Ruby naprawdę była jedyna taka. Być może demony naprawdę były tak żądne wojny jak się wszystkim wydawało, a mieszkańcy Lawrence po prostu zbyt uparci, żeby zebrać rzeczy i odejść. Że w jakiś sposób obie strony zasługiwały na to wszystko i Sam wykorzystywał swoją jedyną opcję uciekając.

Ale Lilit nie wydawała się zła, ani trochę agresywna, aż do momentu kiedy przyszli łowcy i rzucili się na nią z halabardami. Matka Sama poszła zobaczyć się z Lilit i zawiązać z nią więź, może te historie, które im opowiadała były jednak prawdziwe. Może demony były jakoś kontrolowane. Może były tylko pionkami, a jeśli tak, to jak Sam mógł je zostawić na śmierć? Zmanipulowane, a potem porzucone gdy Żółtooka Śmierć z nimi kończył, gdy znajdowali je ludzie i rozdzierali je na strzępy.

Westchnął składając swoje zawiniątko zresztą rzeczy pod dachem kuźni – nie było ścian, wszystko łatwo osiągalne, ale chronione przed deszczem. Kiedy Sam się odwrócił, otrzepując ręce, zobaczył Johna na skraju wioski. Skrzynia, którą niósł była otwarta i leżała pusta u jego stóp. W dłoniach trzymał łuk, piękny i gładki, wspaniałej roboty ze złotymi akcentami wplecionymi we wzór z kwiatów i dzikiego wina.

Sam zmarszczył brwi widząc, że ojciec prezentuje broń mieszkańcom wioski, pozwala im się przyjrzeć i zaczął iść w tamtą stronę.

- … udaliśmy się zobaczyć męża, o którym raz słyszałem. Zwał się Elkins, mieszka daleko na południu – słyszałem, że jest łowcą, jak my – wyjaśniał John gdy Sam się zbliżył i chłopak od razu poczuł, że zaraz usłyszy coś, co mu się nie spodoba.

- Tato? - spytał przechylając nieznacznie głowę z ciekawością. - Co to jest?

- Sam... - John odwrócił się do niego, a potem podniósł pudło, żeby chłopak mógł zajrzeć do środka. Ojciec naciągnął cięciwę, jego silne ramiona zmusiły łuk, żeby się wygiął, a ten bez trudu zniósł wszystko.

- Byliście na południu? W południowych królestwach? - Sam zmarszczył brwi. - To tak daleko...

- Nie aż tak – zbagatelizował John. - Znać położenie Piekielnych Wrót to nic jeśli się nie wie gdzie jest Żółtooka Śmierć.

- Znaleźliście Piekielne Wrota? - spytał z niedowierzaniem Sam.

- Są dokładnie tam gdzie Caleb zawsze podejrzewał. Powinienem był wcześniej przejść do ofensywy. Wiecznie martwiłem się bezpieczeństwem tego miejsca, że zostawię je bez osłony... - Pokręcił głową. - To już przeszłość. Znaleźliśmy je i wiemy jak zabić to cholerstwo.

Sam poczuł jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej.

- To... to super – powiedział nerwowo.

- To wyspa, na północny zachód stąd. Tylko obmierzły kawałek ziemi, ale krążące nad nim demony widzieliśmy z odległości kilometrów.

- A łuk może je zabić? Może zabić Śmierć?

- Wtedy kiedy Rzymianie wkroczyli na Albę, kiedy z nieba spadały gwiazdy, tej samej nocy kiedy ludzie ginęli pod Caer Caradoc*, mówi się, że wtedy pewien genialny rzemieślnik zrobił łuk. Wyjątkowy łuk. Wykonał go dla łowcy – męża takiego jak my, walczącego w tej samej wojnie, tylko, że na południowych ziemiach. Jak mówią legendy rzemieślnik dorobił do łuku trzynaście strzał. Łowca użył sześciu, a potem zniknął zabierając łuk ze sobą... W jakiś sposób Elkins dostał go w swoje ręce. Mówią... mówią, że ten łuk może zabić wszystko. - Uniósł broń by wyraźniej widać było jak promienie słoneczne ślizgają się po jasnym drewnie.

Sam gapił się na łuk z otwartymi ustami.

- Ale to było... to było setki lat temu. Ten łuk wygląda jak nowy.

- To więcej niż zwyczajny łuk. On zabije Żółtooką Śmierć – i każdego innego demona. Nawet nie trzeba trafić w głowę, ani serce. Jakakolwiek rana, choćby i zadrapanie, wystarczy.

- A jak... jak zamierzasz go wywabić z ukrycia? - spytał Sam już czując jak świat kurczy się wokół niego.

- Już nie muszę. Teraz, jak już wiemy gdzie są Wrota Piekieł, odnowimy zapasy i po kilku nocach na odpoczynek znów wyruszymy. Tym razem popłyną wszyscy łowcy, a bitwa odbędzie się tam. Wytrzebimy je podczas snu i Lawrence znowu będzie wolne! - John uniósł łuk do nieba, a Sam poczuł jak cała krew zamienia mu się w lód podczas gdy inni ludzie zakrzyknęli radośnie.

- Nie możecie tego zrobić – powiedział jakiś debil i Sam poczuł litość dla tego kogoś, a potem zorientował się, kiedy skandowanie zamarło, że wszyscy patrzyli na niego. Usta miał nieznacznie otwarte, a wargi wciąż wilgotne.

To on był tym debilem.

John zmarszczył brwi.

- Co chcesz przez to powiedzieć, Sammy?

Sam przełknął ślinę i poczuł suchość w ustach, ale nie było już odwrotu, wiedział, że nie mógł dalej ustępować i siedzieć cicho.

- Nie możecie tego zrobić. Nie możecie ich... wymordować.

Ktoś z tłumu zaśmiał się nerwowo jakby Sam żartował, albo może starali się tylko przełamać jakoś to nagłe napięcie w atmosferze. Sam to rozumiał bardzo dobrze. Dean patrzył na niego wielkimi oczami kręcąc nieznacznie głową jakby mógł zatrzymać nadchodzącą katastrofę.

- Wymordować je? - Twarz Johna pociemniała. - Być może zapomniałeś, że one mordują nas już od ponad dekady. Może zapomniałeś, że raz za razem musimy odbudowywać nasze domy, nasze stada są rozkradane, a pola palone tak, że ledwie mamy wystarczająco pożywienia i ciepła na przetrwanie zimy. Może wyleciało ci z głowy, że one zamordowały moją żonę, twoją matkę i że zasługują na śmierć.

- Nie waż się! - Sam zorientował się, że krzyczy, a jego dłonie zwinięte są w pięści. - Nie mów do mnie jakbym to nie ja musiał na to patrzeć. Tylko ja byłem zmuszony widzieć jak ona umiera! Nie zachowuj się tak jakby to było dla mnie nic!

- No a nie jest?! - John postąpił ciężko na przód ze złością na twarzy. - Stoisz sobie tutaj i mówisz mi, że nie powinienem zabijać demonów – jakbym powinien źle się czuć z tym, że tępię stworzenia, które chcą wytępić nas!

- Ale one nie chcą! - odparł Sam w pełni świadom, że powinien zamknąć usta, że naraża na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale też Ruby, ale nie mógł. Nie mógł już dłużej siedzieć cicho. - One są kontrolowane! Są kontrolowane przez Żółtooką Śmierć, dokładnie tak, jak mówiła Mama. Czy może nie obchodzi cię co ona mówiła? To, w co wierzyła? Zdaje się, że wszystko co o niej pamiętasz to to, że nie żyje!

Sam usłyszał jak Dean gwałtownie wciąga powietrze wiedząc, że posunął się za daleko, ale nie dbając, bo wiedział, że ma rację. Jego matka była czymś więcej niż tylko tym jak zginęła. Zmęczyło go już to, że ojciec używał tego, jej, jako wymówki, że chodził i mówił o swoim bólu jakby to on siedział tam i patrzył na jej śmierć, jakby Sam nie musiał wcale dźwigać tego ciężaru przez wszystkie te lata. Sam nie ustąpił, nie poruszył się gdy ojciec nagle znalazł się tuż obok niego patrząc mu się prosto w twarz z dłońmi zwiniętymi w pięści, jedną zaciśniętą na łuku tak silnie, że zbielały mu kostki.

- Nie waż się tak mówić. Nie waż się... nigdy tak mówić. - John odetchnął urywanie ze złością. - Nie masz pojęcia-

- Ja nie ma pojęcia? Ty nie masz pojęcia! Nie było cię tam! Nie widziałeś tego! Nie musiałeś przez to przechodzić, a ze wszystkich ludzi tutaj jestem jedyną osobą, która rozumie co się dzieje. - Sam zrobił krok w tył rozkładając ręce, wskazując na zebranych wokół nich. - Czy ja naprawdę jestem jedynym, który uważa, że to wszystko nie ma najmniejszego sensu? Demony żyły tu od lat. Na długo zanim nasi przodkowie wybudowali tu nasz dom. Polowały wzdłuż wybrzeża przez całe stulecia w ogóle nam nie przeszkadzając, nie zabijając, nie krzywdząc, ani nie paląc naszych zbóż. A potem, nagle, jedenaście lat temu zaczynają się zachowywać, jakbyśmy byli ich wrogami, nie wiadomo skąd.

- I dlatego zasługują, żeby umrzeć! - krzyknął jeden łowca z tłumu.

- Nie! - głos Sama kipiał frustracją, tak bardzo chciał, żeby to zobaczyli, zrozumieli co się działo. Zastanowił się, czy nie tak czuła się jego matka kiedy on był mały i nikt oprócz jej chłopców nie chciał jej słuchać. - Nie pojmujecie tego? One nie chcą nas atakować. To Żółtooka Śmierć przyszedł tutaj szukając-... szukając kogoś. A kiedy ona umarła sprawił, że reszta demonów zaczęła atakować nas. One nie chcą być naszymi wrogami. Są pod jego kontrolą. Musimy je spod niej uwolnić. Jeśli nam się uda będziemy bezpieczni-

- Uwolnić je? - spytał John z niedowierzaniem i z twarzą ściągniętą w złości. - Nic im nie jesteśmy winni! Nic! Wyobrażasz sobie, że jesteśmy tacy głupi, żeby służyć naszym wrogom? Tym, którzy chcą byśmy wszyscy pomarli? Gdyby miały szanse podążyłyby za nami na krańce świata tylko po to.

- To co? Mamy je w takim razie wytępić pierwsi? O to chodzi?

- Cholera, właśnie tak! - wrzasnął w odpowiedzi John na co usta Sama otworzyły się w szoku.

- … Wyobrażasz sobie, że ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięzcą? My albo one? N awet jeśli przetrwamy to nie obejdzie się bez strat. Nie pojmujecie? - Rozejrzał się wokół patrząc błagająco na tłum. - Zginiecie. Nawet jeśli to się skończy tak jak uważacie, to ilu ludzi stracimy? Mężów, żony, motaki, ojców, synów i córki, wszyscy pójdą do ziemi – i dla czego? Dla bitwy, która nie musiała mieć miejsca!

- Z dumą umrzemy za nasz lud – powiedział na to jeden z łowców. - Nie to co ty, ty mały tchórzu.

- Hej! - krzyknął Dean protestując, a Sam nie mógł powstrzymać zdziwienia. Wydawało mu się, że Dean też tak uważa.

- Co? - odezwał się Jed zakładając ramiona na piersi. - To prawda. Wszyscy wiedzą, że to prawda. Po prostu za bardzo się boi, żeby stanąć na linii ognia i chce, żebyśmy wszyscy też pochowali głowy w piasek jak on. Tylko o to chodzi.

- Nie chodzi o to! - bronił się Sam.

- Pewnie, że tak. – Tym razem to była Olivia, następna członkini wyprawy ojca Sama. - Przecież to żaden sekret. Jesteś Winchesterem więc wszyscy siedzieli cicho, ale nie jesteś spadkobiercą i nie jesteś łowcą. Po prostu nie chcesz, żebyśmy szli na wojnę, bo musiałbyś iść z nami. Jakbyśmy cię mieli zabrać. Na placu boju stanowiłbyś zagrożenie.

- Nie chodzi mi o to – powtórzył Sam, ale z większym napięciem w głosie. Nie był tchórzem. Nie był. Te żółte oczy wypaliły sobie w nim miejsce, zostały z nim i pamiętał ich wieczną wściekłość i po prostu- nie mógł po prostu- Ale nie był tchórzem.

- Nie, nie o to – powiedział inny głos wspierając Sama i chłopak był równie zdumiony jak wszyscy inni na widok Bobby'ego – który patrzył na niego z czymś na kształt smutku w oczach, czego Sam nie rozumiał. Uśmiechnął się z ulgą.

- Bobby – powiedział szczęśliwy, że ma choć jedną osobę po swojej stronie.

- To nie dlatego, że jest tchórzem. To coś gorszego. - Ton Bobby'ego był grobowy, Sam nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej go takim słyszał.

Cisza, tłum patrzył, a Sam zorientował się, że jest otoczony, ale nikt nie chciał podejść do niego bliżej, jakby był czymś zarażony, jakby coś z nim było fundamentalnie nie tak. Jakby był pariasem. Dean patrzył na niego z bólem, podenerwowany, jakby Sam miał jakiś napad szaleństwa na środku wioski i on nie mógł nic na to poradzić. John też wbijał wzrok w Sama, ale nie z niepokojem – wyraz jego twarzy był dziwny, przerażająco pusty. Przeniósł wzrok na Bobby'ego.

- Bobby, co masz na myśli? - spytał John cichym głosem, ostrzegając przed ukrywaniem prawdy czy kłamstwem.

- Nie wiedziałem co mam robić, jak to zobaczyłem – odparł łowca patrząc w dół na to, co zostało z jego ręki. - Myślałem, że może mam omamy. Albo może, że było jakieś wyjaśnienie, a ja po prostu go nie widziałem, ale...

- Bobby – powiedział z naciskiem John.

- Zobaczyłem Sama z demonem, na skraju lasu. Widziałem jak dotyka bestii, a ona nic mu nie zrobiła. Widziałem jak idą gdzieś razem jakby nie byli śmiertelnymi wrogami.

Sam drgnął słysząc ciche sapnięcia, wszyscy wokół niego patrzyli na niego z oczami i ustami szeroko otwartymi, i tylko Dean zamknął swoje oczy i odwrócił głowę bo teraz już naprawdę nie mógł pomóc Samowi. Sam to wiedział. Siedział w tym sam.

Nie będzie już dla niego żadnego ratunku.

- Zdrajca – przyszło pierwsze oskarżenie, szeptem – to była jedyna osoba na tyle nieśmiała, że odezwała się cicho. Po tym już nikt się nie krępował.

- Jego Śmierć oszczędził, co nie? Mary zginęła, ale jego Śmierć nie dotknął.

- Może wcale nie jest tchórzem. Może nigdy nie był. Może miał całkiem inny powód, dla którego nie zabijał demonów.

- Nie! - próbował się bronić Sam, ale było już za późno, słowa skrzesały iskrę w tłumie i pożar był nie do zatrzymania.

- Cały ten czas był zdrajcą!

- Był między nami, żeby nas sprowadzać na manowce, żebyśmy błądzili.

- Cały ten czas myśmy cię ochraniali...

- Hej! On nie jest-! - spróbował Dean wyglądając na zupełnie zrozpaczonego, ale Sam natychmiast potrząsnął głową. Gdyby Dean zaczął go bronić on też mógłby zostać obwołany zdrajcą. A gdyby zaczęto tak mówić o oby młodych Winchesterach, to mieszkańcy mogli by się zwrócić też przeciw Johnowi. Jeśli Sam nie mógł uratować demonów, to może Dean coś poradzi.

Nie zabił Lilit. Sam nie wiedział ile to było warte, albo czy Dean w ogóle miałby ochotę myśleć o demoniej niewinności po tym wszystkim, ale musiał mieć nadzieję. Bo w tej chwili słowo Sama było warte mniej niż grudka ziemi.

- Wrzucić go do morza!

- Powinniśmy pozwolić, żeby zabrały cię te potwory.

- Nie mówię, że... - zaczął Bobby, ale nie brzmiało to jakby za mocno protestował. Wzruszył ramionami jakby nie chciał popełniać morderstwa, ale nie walczyłby przeciw gdyby tak się miało stać.

- John – powiedział Gordon kładąc dłoń na ramieniu swojego przywódcy. - Nie możemy trzymać chłopca u siebie. Nie teraz.

- Nawet nie wiemy, czy to prawda – powiedział John i Sam poczuł jakąś iskierkę nadziei, która szybko zgasła na następne pytanie Johna. - Czy to prawda, Sam? Spotykałeś się... Spotykasz się z demonami?

Usta Sama otworzyły się, chłopak szukał odpowiedzi.

Mógłby skłamać. Skłamać i może uratować siebie, bo może ojciec by mu uwierzył. Może, choć raz, ojciec by go wysłuchał. Ale Sam nie mógłby tego znieść, że mając wreszcie na sobie uwagę ojca miałby skłamać. Nie mógł znieść myśli, że rodzina będzie go kochać tylko jeśli będzie udawał kogoś, kim nie jest.

A nie mógłby już być Samem gdyby teraz zdradził Ruby.

Jego cisza przemówiła za niego i z całego tłumu doszły okrzyki wściekłości.

Sam drgnął i zamknął oczy, zwieszając głowę. Nie miał pojęcia co miało się dalej stać, ale był pewny, że nie chciał się dowiadywać.

Wielka dłoń złapała go za ramię i natychmiast uniósł głowę. Znalazł się twarzą w twarz z ojcem, którego wyraz twarzy był napięty, ale poza tym nieczytelny i Sam zapragnął mieć sposób, żeby poznać jakoś myśli ojca. Żeby wiedzieć co ten zamierza powiedzieć.

Sam nie był pewny czego obawiał się bardziej: bycia straconym jako zdrajca przez swój lud, czy słyszenia tego jak ojciec mówi o jego potępieniu.

- Nawet nie wiem- - zaczął John, ale nie dokończył myśli odwracając głowę. Na twarzy miał wypisane strach i ból i coś jeszcze , coś większego, czego nie dało się ubrać w słowa. Spojrzał ku niebu na jedno uderzenie serca, a potem z powrotem na Sama. Wyglądał na załamanego. - Nie mogę uwierzyć, że byłeś zdolny do czegoś takiego.

- Jest zdrajcą, John. Nie możesz chcieć puścić go wolno.

- Nie zabiję własnego syna! - odparł natychmiast John i Sam, jakoś, poczuł zdziwienie.

Był zdziwiony, że jego własny ojciec nie chce widzieć go martwego.

- … zabierzcie go – powiedział w końcu John odpychając Sama. - Zamknijcie gdzieś, skąd nie da rady uciec. Rozprawię się z nim jak wrócimy.

Sam poczuł na sobie dwie pary rąk chwytające go z dwóch stron za ramiona, ale nie walczył, nie dopóki usłyszał następne słowa z ust Johna.

- Na razie musimy załadować broń i świeżą żywność na statki. Jutro ruszamy na Wrota Piekieł. Nie możemy pozwolić sobie na zwłokę, nie jeśli między nami był- … Nie jeśli istnieje szansa, że one coś wiedzą.

- Nie!- krzyknął Sam szamocząc się w uścisku łowców. - Nie możecie tego zrobić! Proszę, Tato!

Patrzył na ojca błagając go, żeby zrozumiał, żeby spojrzał na Sama i zobaczył to, czym nigdy wcześniej nie zaprzątał sobie głowy. Dean obserwował go z bólem wypisanym na twarzy i powiekami uchylonymi tylko do połowy, starając się mruganiem pozbyć czegoś z oczu. John odwrócił się już tyłem i tłum niechętnie rozstąpił się przyjmując jego rozkazy.

Przygotowując się do wojny.

Sam poczuł jak przechodzi przez niego fala zimnej paniki.

- Nie róbcie tego! Błagam, nie róbcie tego! Nie możecie! Nie krzywdźcie ich, one nie chcą nam robić krzywdy! Proszę! - Próbował się wyrwać, ale dwaj łowcy, którzy ciągnęli go ze sobą byli więksi i starsi od niego, silniejsi, a zresztą nawet gdyby udało mu się oswobodzić, co mógłby zrobić? Podjąć walkę z całym Lawrence? Bo z całą pewnością oni już by go nie słuchali. Jednak jakoś to nie powstrzymało go wcale przed odchyleniem głowy i wydaniem z siebie jednego wrzasku pełnego frustracji, pełnym gardłem. Przez głowę przelatywały mu wizje pomordowanych demonów, wszystkich leżących jak Lilit, z krwawymi kikutami szyj podczas gdy ich dzieci zmuszone były patrzeć – zmuszone jak Sam.

- Nie! - całym ciężarem ciała rzucił się do przodu i wbił pięty w ziemię. Rzucał się na boki czując w ramieniu ból, ale ignorując go. A co gdyby znaleźli Ruby? Wiedziałaby, że ma uciekać, czy zaufałaby im bo Sam nauczył ją ufności wobec ludzi? Zbliżyłaby się do nich pełna ciekawości i przyjaźni, a oni potraktowaliby ją ostrzem w głowę, w serce czy nogi? Ta myśl sprawiła, że się zakrztusił i zaczął walczyć jak zapędzone w róg zwierzę, jakby od tego zależało jego życie, bo życie Ruby zależało.

Wszędzie wokół siebie słyszał jak ludzie zabierają rzeczy, chodzą z miejsca na miejsce, tak nonszalancko obchodząc się ze swoimi narzędziami destrukcji jakby mieli ich użyć do pracy w polu, a nie do masakrowania. Ludzi chodzących wokół radośnie jakby przygotowania do masowego mordu nie były niczym niezwykłym.

- Nie krzywdźcie ich!

- Chłopcze – Kubrick, jeden z tych, którzy go trzymali, pochylił się by przemówić do niego. - Na twoim miejscu nie martwiłbym się teraz o demony. Martw się o własną durną skórę.

- Nie pozwolę wam ich skrzywdzić!

- A cóż ty możesz zrobić?

Sam otworzył usta, żeby mu odpowiedzieć, prawdopodobnie coś odpowiednio złośliwego i pełnego uporu, ale zanim zdołał choćby uformować słowa w głowie demoni krzyk rozdarł powietrze powodując, że wszyscy automatycznie się schylili. Sam poczuł jak dłonie na jego ramionach rozluźniają chwyt, ale patrzył na niebo, szukając.

Sekundę później ukazał się ciemny kształt Ruby, której skrzydła wzniecały silne podmuchy wiatru przewalające się przez wioskę. Ich bicie niemalże zagłuszyło krzyki ludzi. Wylądowała, najpierw na tylnych nogach, a potem potruchtała kawałek po ziemi. Odwróciła głowę szukając Sama, wołając go krótkim, zdesperowanym krzykiem. Sam nie wahał się, nawet się nie zastanawiał.

Zrzucił z siebie Kubricka i Creediego, popędził przez zakurzoną ziemię i jednym ruchem wciągnął się na grzbiet Ruby łapiąc się jednego z jej kolców gdy poczuł jak się podnosi i znowu otwiera skrzydła. Łowcy wokół nich okazali się być wystarczająco zszokowani nagłym pojawieniem się w środku dnia samotnego demona oraz tym, że ów demon jeszcze ich nie zaatakował, ale Sam wiedział, że to krótkotrwały stan. Zaledwie kilka uderzeń serca później łowcy już sięgali po swoje bronie.

Ruby rozpędzała się, jej skrzydła omiatały ziemię i łapały wiatr i Sam poczuł, że zaczynają się unosić.

- Dalej, dalej... - wymamrotał, a potem krzyknął. - No dalej! Musimy spadać!

Unosili się już w niebo, tuż nad dachami Lawrence, gdy zobaczył ojca, który założył właśnie strzałę na cięciwę zabójczego łuku i wycelował go w Ruby. Dłonie Sama zacisnęły się na kolcu – wiedział, że ojciec nie celował w niego, nie chciał go zabić, ale chciał zabić Ruby i to było niemal równie okropne.

- Ruby! - wykrzyknął, a w następnej sekundzie ojciec wypuścił strzałę. W tej samej chwili Ruby skoczyła z krawędzi klifu pozwalając by prądy powietrzne ją uniosły, a pocisk przeleciał pod nią i wbił się w strzechę jednego z domów.

Sam zerknął za siebie, ale niewiele zdołał już zobaczyć, a potem odwrócił się z powrotem i owinął ramiona ciasno wokół szyi Ruby, trzymając się nie tylko dla równowagi.

- Po prostu leć – wymamrotał do niej. - Nie ważne dokąd.

Dokądkolwiek z wyjątkiem jego rodziny. Teraz już nie mógł wrócić. Ukrył twarz w łuskach Ruby gdy razem lecieli nad oceanem.

Już nigdy nie mógł wrócić do domu.

Jego matka pachniała jak wrzosowiska – jak oset i wyschnięty deszcz, jak gwiżdżący wiatr z południa, który niósł ze sobą ten ciężki zapach jęczmienia. Sam czuł się nim otoczony gdy chował twarz w jej włosach koloru słomy, opierał głowę na jej ramieniu, podczas gdy ona niosła go w dół wzgórza i przez strumień, jej bose stopy ślizgały się lekko na kamieniach i rozpraszały nisko wiszącą nocną mgłę.

Sam nie wiedział która była godzina. Było ciemno i był zmęczony bo obudzono go z głębokiego snu, głos matki szemrał mu cicho w uchu gdy unosiła go z łóżka. Instynktownie i automatycznie owinął ramionka wokół niej opierając swoją zbyt ciężką głowę na jej ramieniu gdy wymykała się z domu jak duch, przemykała się przez las jakby oboje byli nie do końca prawdziwi i Sam zaczął marzyć o świecie wróżek, ludzie ze wzgórz, głęboko w nich ukrytym.

Obudził się dopiero gdy stanęli, dźwięk strumienia wciąż słyszalny choć z daleka, jak nierówny śmiech rozbrzmiewający echem po lesie, zwijający się wokół cienkich pni drzew.

Sam powoli uniósł główkę.

- Mamo..? - wymamrotał unosząc rękę by przetrzeć oko. Postać matki była niewyraźna w jego mętnym od snu wzroku, w oczach i na ustach miała sekrety.

- Ćśś – uciszyła go i posadziła na kamienistym podłożu. - Zostań tutaj, Sammy.

- Co się dzieje? - spytał patrząc do góry na nią.

Wtedy zobaczył jak delikatnie się uśmiechnęła i w umyśle odżyły mu wszystkie jej historie, czuł jej w szepcie wiatru na skraju polany. Jej dłoń utuliła jego bródkę, miała w oczach tyle szczęścia.

- Nie martw się, maleństwo... Wszystko teraz zmienimy. - A potem wstała i oddaliła się od niego na kształt mgły i gdyby wiedział, że to był ostatni raz kiedy go dotykała sięgnąłby za nią i trzymałby dopóki by zrezygnowała i wróciła do domu.

Zamiast tego siedział na ziemi obserwując w półmroku wczesnego poranka jak jej sukienka nocna zakręcała się wokół jej nóg, jak jej ubrudzone błotem stopy ślizgały się nieco na ziemi, jej rozpuszczone włosy opadały bez ruchu jakby wiatry też jeszcze spały za mocno.

Patrzył jak matka zbliża się do ogromnego stworzenia, perłowo białego i większego niż jakiekolwiek Sam kiedykolwiek sobie wyobrażał i jego małe usta otwarły się na jego widok, na widok pierzastych skrzydeł leżących luźno obok potężnej piersi, i wygiętej szyi.

Do demona.

Jego umysł natychmiast wypełniły obrazki z książki matki, do jej własnych ślicznych rysunków węglem na pergaminie. Widział demony w oczach matki kiedy patrzyła z klifu na nadciągającą burzę, prosto lotem kruka, był pewny, na te ściany gdzie gnieździły się demony, na lądy wykraczające poza wyobraźnię Sama.

Demon zachowywał ciszę – nie krzyczał głośno jak większość, kiedy nagle budziły Sama ze snu – po prostu siedział sobie, luźno, choć przekręcał się co kilka sekund, coraz bardziej nerwowy w miarę jak matka Sama się zbliżała.

Miał ochotę na nią krzyknąć by zwrócić jej uwagę, ostrzec ją by odeszła. Przypomnieć jej, że Tatuś mówił co innego. Że mówił, że demony są niebezpieczne. Złe. Mordercy. Tatuś mówił, żeby zawsze uciekać.

Ale Sam zawsze wolał widzieć świat oczami matki – świat, który potrzebował tylko trochę czasu i uwagi, odrobinę naprawiania, żeby się polepszyć. Świat, w którym było coś więcej niż tylko przeżycie, upór. Świat, w którym istniała nadzieja.

Więc Sam siedział cicho, w ogóle nieco nieswój na myśl o zwracaniu na siebie uwagi demona, i patrzył. Patrzył jak jego mama powoli zbliżała się coraz bardziej, wyciągała rękę w kierunku demona. Szukając kontaktu.

I wtedy demon odpowiedział.

Opuścił głowę przesuwając się nieco, wyciągając szyję do matki Sama. Powęszył w powietrzu, Sam świetnie słyszał jego oddech wśród poranka. Słyszał głos matki – nie używała żadnych słów, tylko odgłosy, te same pozbawione sensu odgłosy, które wydawała kiedy Sam był chory albo smutny i mruczała mu je do ucha trzymając go w ramionach. To delikatne zaklęcie, szeptane obietnice matczynej miłości, zdawały się działać równie dobrze na demonie jak na chłopcu, bo widział, jak stworzenie zaczyna się kompletnie rozluźniać i zbliżać i Sam wstrzymał oddech, a cały jego świat skurczył się i zatrzymał podczas gdy jego mama delikatnie, czule, położyła dłoń na twardej płytce na chrapach demona.

Ze swojego miejsca ledwo widział jej uśmiech, całkiem nowy na jej twarzy.

- Lilit – wyszeptała.

A pod jej dłonią zaczęło narastać niewielkie światełko.

Ten spokój, ten jeden moment cudownego piękna przeminął gdy powietrze rozdarł mrożący krew w żyła wrzask, ryk wściekłości, rozszczepił wczesny poranek na dwa światy i Sam także krzyknął, przyciskając rączki do uszu i mocno zaciskając powieki, zwijając się w kulkę. Nie widział co się działo, tylko krzyczał i krzyczał za mamą mając w jej ochronie tą dziecięcą wiarę. Chciał poczuć jej ramiona wokół siebie bo wierzył bezsprzecznie, że one ochronią go przed wszystkim. Sam zwinął się jeszcze ciaśniej gdy uderzył go ostry podmuch wiatru, a demony ryknęły, oba w tym samym czasie. A potem ktoś wrzasnął z bólu.

- Sam! - Głos jego matki zdołał się przebić do niego przez cały ten hałas, przez jego dłonie na uszach i chłopiec otworzył szeroko oczy chcąc ją znaleźć.

Cała polana zlała się w jedną plamę, zbyt wiele działo się naraz. Wzrok Sama prześliznął się po niewyraźnej sylwetce białego demona, zignorował go wypatrując, szukając swojej mamy. Zobaczył ją wreszcie na środku polany jak biegnie do niego, ale za nią było coś potwornego. Coś ogromnego i ciemnego i przegniłego, skóra złaziła mu z paszczy, niebezpieczne kolce wystawały mu z ciała, ze skrzydeł i z barków i z grzbietu. Było tuż za nią, bardziej przerażające niż cokolwiek co Sam w życiu widział.

Matka biegła do niego, ale nie była już jak mistyczna mgła. Nie przepływała nad skałami jak powietrze czy woda czy cokolwiek równie szybkiego i chyżego. Potykała się i miotała zupełnie pozbawiona gracji, ale przyziemnie żywa, niezręczne ciało z mięsa i kości i Sam otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło.

Patrzył z niemym przerażeniu jak potwór rozrywał ją na kawałki, jej krzyk był krótki, jak nagły rozbłysk światła, który równie szybko umiera.

Sam siedział na głazie i patrzył, krew matki zbryzgała mu twarz, jego dłonie trzęsły się, sztywne i nie wiedział co ma z nimi zrobić.

A pomiędzy nim a samym diabłem nie było zupełnie nic.

Podszedł do niego, wydzierając szponami rowki w skale, czemu towarzyszył potworny dźwięk. Słońce zwlekało ze wzejściem przez samą jego obecność, Sam nie mógł oddychać. Czuł, że jego ciała próbuje, jego maleńka klatka piersiowa ciężko pracuje by nabrać powietrza, żeby mógł krzyknąć, uciec, ale nie mógł. Mógł jedynie patrzeć w jego żółte oczy, błyszczące szaleństwem i pełne złośliwości, czuł się pod tym spojrzeniem jak złapany w sidła. Widział długą kość jego czaszki, odsłoniętą przez luźny kawał przegniłej skóry zwieszający się bezwładnie z boku jego pyska. Brakowało połowy jednego, długiego ucha, a skrzydła zwisały w strzępach.

Był martwy.

Już wtedy był martwy i nic nie mogło go powstrzymać, bo starł się ze śmiercią i wyszedł zwycięzcą.

Sam usłyszał własny pisk, ale brzmiał on jakby z oddali, dziwnie. Łapa potwora wystrzeliła do przodu i spadła obok na Sama zmuszając go by leżał płasko na ziemi przyciśnięty do niej zestawem szponów tak długich jak jego całe ciało. Nie bolało, jeszcze nie. Nie miał na sobie nawet zadrapania – tylko ciężar jego łapy na piersi gdy pochylał się nad nim. Jego ohydne, żółte oczy wisiały nad nim jak martwe księżyce, a w ich wnętrzu odbijało się światło, perfekcyjne i tak jasne, coraz większe. Bestia zniżyła łeb, otwierając przegniłe szczęki i wywalając zmartwiały język. Sam zaczął się dławić, czując sam zapach, i płakać w panice.

Pochylił się nas Samem w oczach mając zupełną pewność w dążeniu do celu, wiedzę, samoświadomość. To było coś więcej niż zwykły potwór, bardziej jak zwierzę polujące na ofiarę. Miało w sobie całe zło ludzkości zaszyte pod skórą ohydnego drapieżcy.

Sam był zbyt młody, żeby zrozumieć to wszystko, zbyt mały, żeby to pojąć. Wszystko co widział to były oczy koloru ropy wypływającej z chorej rany, a w nich to światło, a za światłem kryło się czyste zło i wrzasnął tak głośno, jak tylko zdołał, wydał z siebie pełen rozpaczy lament, bo każda cząstka dobra jaka w nim była buntowała się i chciała uciec od tego zła.

Rozdarte, czarne, krwawe wargi wygięły się w uśmiechu, odsłaniając każdy gnijący kieł, a potwór pochylał się niżej, tak nisko, że Sam zrobił zeza gapiąc się na niego, a łzy ciekły mu we włosy gdy dyszał, a każda jego cząstka drżała w obrzydzeniu i lęku.

- Sammy!

Oczy zbliżały się coraz bardziej, zajmowały cały świat, dominowały go, aż nic innego nie zostało poza chorobliwą zielenią przemieszaną z żółcią, czarne źrenice zwężały się wciąż się powiększając, grożąc, że go pochłoną. W oddali słyszał ciężkie kroki ojca i innych łowców.

- SAM!

Mokry dźwięk jęzora na suchej kości, smród obezwładniający, przyprawiający Sama o wymioty pomiędzy drżącymi wdechami i coś lśniło. Coś zaczynało błyszczeć, rozszerzać się-

- SAMMY!

Sam obudził się nagle nie mając pojęcia gdzie się znajduje, jego serce dziko waliło mu w piersi.

Wciągnął głęboki oddech w płuca siadając prosto i dysząc ciężko. Wspomnienie matki w jego umyśle było jasne i żywe i wcale nie trudno było zrozumieć dlaczego. Nie po tym co stało się poprzedniego dnia.

Ruby trącała go nosem wydając z siebie ciche skomlenie więc zaczął masować ręką wyrostki kostne nad jej nozdrzami.

- Ćśś, ćśś... Nic mi nie jest. Nic mi nie jest. Wystraszyłem cię? - westchnął opierając się o nią gdy znowu zwinęła się wokół niego – tak, jak najwyraźniej poszli spać. - Przepraszam.

Rzucił okiem wokoło i odkrył, że jest zwinięty w kłębek na kawałku ziemi osłoniętym przez jakieś krzewy, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia gdzie był ani jak się tam dostał.

Przeszukał swoje wspomnienia i wzdrygnął się gdy wróciło do niego jak uciekał z domu z okrzykami „zdrajca" wciąż brzmiącymi mu w uszach. Nie było mowy o powrocie tam, to było pewne. Poza tym, jednakże, wszystko co pamiętał to czepianie się Ruby gdy lecieli nad morzem, a w końcu utrata świadomości na jej grzbiecie.

Miał takie szczęście, że nie spadł w objęcia śmierci.

Gdziekolwiek Ruby ich zabrała on nie miał w tej decyzji nic do powiedzenia. Ostatnie co zobaczył to była linia horyzontu, jego demonica najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty wracać na brzeg. Wtedy tak właściwie w ogóle nie myślał, mózg mu się wyłączył od nadmiaru bólu spowodowanego minionymi wydarzeniami, tym, co stracił. Gdy spojrzał za siebie założył, że Ruby po prostu leciała by oddalić się jak najbardziej od łowców, i że wróci na ląd gdzieś na wschód albo zachód od Lawrence, ale biorąc pod uwagę to, że w okolicznościach przyrody, w których się znalazł nie było nic znajomego, musiał być w błędzie. Sam poczuł jak coś ciężkiego ściąga mu żołądek w dół.

- Ruby... - wymamrotał. - Gdzieś ty nas zabrała?

Niezgrabnie wstał by móc spojrzeć ponad krzakami i nie zdołał powstrzymać głośnego wdechu na widok kompletnie nieznajomego widoku – długi, skalisty kawał ziemi pozbawiony drzew czy jakiejkolwiek osłony, pod stopami więcej kamieni niż ziemi, a wszystko skąpane w szarym świetle księżyca. Było tam parę wysuszonych krzewów, jak te, za którymi znaleźli schronienie, tu i ówdzie wyrośniętych ponad wyrwami i załomami, ale jeśli chodzi o wegetację to to było na tyle. Pustka. Nic tu nie mogło żyć, nic nie oferowało bezpieczeństwa, nigdzie nie można by było wykopać nory, ani uwić gniazda. Nie było też wody, poza oceanem rozbijającym się o brzegi wyspy. Wiedział natychmiast, że to była wyspa bo kamienista ziemia przechodziła w poszarpane skały wokół których Sam widział odległe formy demonów, spacerujących, latających, kilka nawet spało skulonych.

Sam wiedział, że to wyspa bo wiedział, że to Wrota Piekieł. Dom demonów.

- Bogowie, Ruby... Nie mogę uwierzyć, że mnie tu przyniosłaś... - wymruczał kompletnie zaszokowany i nieco przestraszony. Było mu dobrze z Ruby, a czuł się nawet trochę lepiej w obecności innych demonów, ale to nie znaczyło, że one by go nie zabiły gdyby go znalazły. Pomimo tego wszystkiego, co powiedział w wiosce nie miał pewności, że demony nie będą trzymały urazy za cały ten czas kiedy ludzie walczyli przeciwko nim. Ludzie tylko się bronili, pewnie, ale jak to wyglądało z perspektywy demonów, które jako niewolnicy zostały zmuszone do rzucenia się do walki przeciwko stworzeniom uzbrojonym z ostre, metalowe szpony.

Sam nie mógł powiedzieć na pewno, że nie zwrócą się do nienawiści nawet jeśli kontrola Śmierci zostałaby złamana.

Przełknął ciężko ślinę i oparł się z powrotem o Ruby nie chcąc żeby jakiś inny demon go dostrzegł ponad krzakami. Jego umysł automatycznie wrócił do tego, co zaszło dnia poprzedniego – jak został wygnany przez swój klan i rodzinę. Czerpał jakąkolwiek odrobinę chłodnego pocieszenia z tego, że jego ojciec nie chciał widzieć go martwego; a dokładniej, że powiedział, że nie chce patrzeć jak mordują Sama. Nie był pewny, czy ta myśl w ogóle niosła jakąś pociechę – w końcu to zaledwie parę centymetrów od ostatecznego dna.

Które było tam, gdzie był wraz ze swoimi ludźmi, z których kilkoro radośnie zrzuciłoby go z klifu do morza jak śmiecia. Jak najgorszego kryminalistę. Którym, Sam pomyślał sobie, tak właściwie to był, w ich oczach. Zdrajcą, który zaprzyjaźnił się z wrogiem, ale przynajmniej to było prawdą. Zaprzyjaźnił się z Ruby. Po prostu nie uważał, że to równało się wyrokowi wygnania ze swojego ludu. Nie chciał żeby ginęli równie mocno, jak nie chciał, żeby zginęły demony.

Wyraz twarzy Bobby'ego, smutny i zrezygnowany, to zimne rozczarowanie, jakby Sam zdradził jego personalnie, i to, że nie powiedział, że Sam musi umrzeć, ale jednocześnie nie zgłosił sprzeciwu kiedy inni proponowali. Duchowny Jim patrzył z żalem i miłością, boleśnie, ale nie mówił ani słowa.

Sam mógł sobie wyobrazić swojego ojca, przygwożdżonego do stołu jadalnego w ich domu tamtej nocy, łykając słód raz za razem z tym ciężkim wyrazem twarzy. Tym, który dla Sama był zawsze zamkniętą księgą, jak zmęczenie całego świata, którego nie dało się wymazać, nie ważne ile lat minęło. Wyobrażał sobie ojca pijącego, aż wreszcie udało mu się zasnąć, a potem wstającego znów by poprowadzić okręty.

Nie ulegało wątpliwości, że rankiem wypłyną na Piekielne Wrota, po dramatycznej ucieczce Sama. Nie ulegało wątpliwości, że następny dzień przyniesie statki, a kolejny, wojnę.

Sam skrzywił się.

Przewrócił się na drugi bok, wcisnął głowę w zgięcie łapy Ruby i poczuł jak rozkłada się jedno z jej skrzydeł, którym przykryła go jak kocem. Sam starał się zasnąć znowu i dał z siebie wszystko, by w ogóle nie myśleć o Deanie.

/txtbreak/

* Caer Caradoc – wzgórze leżące w hrabstwie Shropshire w Anglii, ma 495 metrów nad poziomem morza. Na jego szczycie znajduje się fort z późnej epoki brązu lub epoki żelaza, od nazwy którego pochodzi nazwa wzgórza. Fort nosi imię Caer Caradog co po walijsku znaczy fort Caradoga. Według lokalnych legend było to ostatni bastion Caractacusa – wodza klanu Catuvellauni, syna króla Cunobelinusa, który prowadził Brytów do walki przeciwko rzymskim legionom przez 9 lat, po czym został zdradzony przez królową Brygantów Carthismandu i w 51 roku dostał się do niewoli. Zabrano go do Rzymu gdzie cesarz Klaudiusz go ułaskawił.

Wstawiam dzisiaj bo tak mam w rozpisce chociaż nie mam pojęcia co mi się porobiło z kolejnością. Teraz już wszystko naprawione :)

A poza tym dzięki i cześć Katrisie za fav i follow :)

Do zobaczenia!