Czekanie na okręty następnego dnia było najbliższym torturom doznaniem, jakiego Sam kiedykolwiek doświadczył.
Czuł się tak jakby stał na skraju przepaści i nie miał nic, żeby zająć umysł. Nie mógł iść pozwiedzać Piekielnych Wrót, nie jeśli nie chciał ryzykować, że Żółtooka Śmierć dowie się o jego obecności, co pozostawiało go z jedyną opcją siedzenia za krzakami podczas gdy Ruby odleciała zapolować i złowić ryby. Sam obserwował ją z ich kryjówki, podążał za nią wzrokiem gdy ślizgała się nad falami, unosiła na wietrze niemal w miejscu przeszukując ciemne morze za ofiarą, ale jego umysł był gdzie indziej.
Jego sen był cudownie pozbawiony marzeń, ale świadomość natychmiast powróciła z obrazami mężczyzn i kobiet, których znał całe swoje życie, patrzących na niego z przerażeniem i zdradą, z obrazami swojego odejścia z domu, wiedząc, że nigdy już tam nie powróci. Świadomy tego, że wciąż miał szansę uciec, przeżyć życie umiarkowanie spokojnie, nie miał pojęcia, czy będzie zdolny do w ogóle jakiegokolwiek życia jeśli teraz miał odejść. Gdyby zostawił demony i swój lud by walczyli ze sobą i pomarli pod kontrolą Żółtookiej Śmierci – w końcu Śmierć używał ludzi jak marionetki nie mniej niż demony, tylko na inny sposób.
Jakież to było proste, zmanipulować ich by nienawidzili i bali się demonów, co ostatecznie prowadziło do decyzji zniszczenia ich wszystkich, nawet za cenę własnych żyć w tym głupim przedsięwzięciu.
Więc, tak. Sam mógł uciec.
Uciec jak tchórz od wszystkich swoich zobowiązań i dowieść prawdy w ich oskarżeniach.
Zacisnął dłonie na łokciach obejmując rękami nogi.
Uniósł głowę gdy silny podmuch wiatru zasygnalizował powrót Ruby, patrzył jak wylądowała, opierając się dla równowagi na przednich łapach. Spojrzała na niego, a potem zrzuciła mu na kolana sporą rybę. Sam ledwie zdołał ją złapać.
- Szlag! - zaklął szamocząc się, wreszcie znajdując pewny chwyt na śliskiej rybie, która wciąż słabo walczyła o życie. - Więc to dla mnie?
Ona tylko na niego popatrzyła. Widział wcześniej jak łapie cztery czy pięć podobnych i połyka je w powietrzu, w całości, i zdecydował, że musiała się już najeść. On sam nie czuł się akurat za bardzo głodny, ale wiedział, że to tylko nerwy. Musiał coś zjeść, a mogłoby to dodatkowo rozproszyć jego ponure myśli.
Na szczęście kiedy Ruby po niego przyszła (na bogów, to było coś – musiała usłyszeć jego krzyk i pośpieszyć my z pomocą; uratowała go) miał wciąż przy sobie swój nóż i teraz wyciągnął go zza paska by szybko zabić i rozciąć rybę. Żyjąc blisko morza przez całe swoje życie (i to zapewne było na tyle jeśli o tym mowa), czyszczenie i przyrządzanie ryb było jak druga natura. Szybko i sprawnie pozbył się większości ości na razie zostawiając skórę. W domu nieczęsto widywał ryby tej wielkości, kiedy łodzie przypływały z powrotem i wyciągano zdobycze na pomosty, a wszyscy pracowali zgodnie by przenieść je do wioski. Sam mógł jedynie zgadywać, że rybacy nie mogli zapuszczać się aż do Piekielnych Wrót, więc demonom dostawały się lepsze zdobycze z głębokiego oceanu.
Ruby patrzyła ciekawie jak pracował. Wreszcie położył rybę na kamieniu i za pomocą suchych liści i gałązek wzniecił mały ogień, krzesząc iskry przez uderzenie nożem o głaz. Nie miał wystarczająco dużo chrustu na prawdziwy ogień, zdecydował więc, że reszta będzie się musiała upiec na żarze, a popiołu pozbędzie się razem ze skórą. Pochylił się i dmuchnął na tlące się liście aż zaczęły emitować porządne ciepło, wreszcie zagrzebał rybę między nimi za pomocą, logicznie, grubszego patyka.
Pamiętał jak zrobili to z Deanem na plaży jak byli młodsi, kiedy Dean był pełen złości i ognia, a Sam martwy i zimny jak gwiazdy.
Dean zaklął i prawie wrzucił swój patyk w żar niszcząc całą swoją ciężką pracę. Ledwo zdołał się powstrzymać, zamiast tego odczołgując się od ognia i zostawiając ryby samym sobie.
Sam pamiętał żywo jak Dean rzucał kamienie do morza i patrzył jak znikają wśród fal. Pamiętał jak on sam siedział spokojnie na plaży podczas gdy brat wściekał się na morze jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Pamiętał jak Dean zaczął krzyczeć na niego, żeby coś powiedział, cokolwiek, bo Sam nie odezwał się od czasu pogrzebu, żeby coś zrobił, a nie tylko tam siedział i się patrzył. Pamiętał jak brat nim potrząsnął krzycząc mu w twarz i rozpryskując wokół kropelki śliny jak słoną wodę, a potem ostre ukłucie policzka, którego Sam zupełnie się nie spodziewał i zrozumiał co się stało dopiero gdy odwrócił czerwieniejącą głowę z powrotem do Deana, którego twarz była maską szoku.
Dean objął go później, gdy słońce zaszło, a oni znaleźli wystarczająco drewna na małe ognisko. Dean wziął go w ramiona i trzymał, przepraszając i obiecując nigdy więcej go nie uderzyć – obietnica, której przez te wszystkie lata dotrzymał – obiecując, że zrobi wszystko, żeby tylko Sam znów zaczął mówić.
Kiedy ogień wygasł i nie mieli już czym go ożywić Dean złapał im parę rybek z przybrzeżnego jeziorka, które zostawiło za sobą cofające się morze, a następnie zagrzebał je w żarzących się węgielkach, żeby się podpiekły. Obaj siedzieli w ciszy.
Czekali razem na swój marny posiłek przez ponad godzinę, w końcu zaczynając razem grać w gry i rysować na piasku – niewinne obrazki jak potwory i walczący z nimi wspaniali bohaterowie, nie to, co Dean zaczął rysować kilka lat później, czyli obrzydliwie skarykaturowane części męskiej i damskiej anatomii tylko po to, żeby zobaczyć jaką minę zrobi Sam – przez tamten moment byli zwyczajnie dwoma braćmi, a nie ocalałymi po śmierci ich matki.
Zjedli razem rybę i to był pierwszy i ostatni dzień kiedy jego brat go uderzył. Jeden z najlepszych dni w jego życiu.
Sam zagryzł materiał koszuli z nadgarstka czując jak przelewa się przez niego gorzka wściekłość.
Następnego dnia umrze – umrze wiedząc, że postępuje właściwie. Pokaże im wszystkim jakim tchórzem nie jest, a oni pewnie i tak zapamiętają go jedynie jako zdrajcę i głupca. Będą pluli na jego imię, a jego ojciec się zapije, marszcząc brwi za każdym razem gdy ktoś odważy się wspomnieć przy nim imię Sama lub Mary, ale niewiele robiąc poza tym i może Jim będzie trochę smutny przez chwilę zanim zajmie się nauczaniem przyszłych pokoleń łowców.
I tylko Dean zapłacze po swoim młodszym braciszku.
No nie, kogo on chce oszukać? Pojutrze wszyscy już będą martwi.
- Kurwa – powiedział pod nosem kopiąc grudkę ziemi i Ruby podniosła głowę patrząc na niego ciekawie. Raz jeden nie odpowiedział.
Był wściekły. Nie na nią, tylko na niesprawiedliwość świata.
Mógł uciec, ale nie chciał.
Nie będzie walczył, ale zginie.
Umrze za swój lud i za demony po równo, a oni wszyscy będą go mieli za wroga.
Życie po prostu nie było sprawiedliwe.
Wbijał wściekłe spojrzenie w dołek z ogniem aż ryba przyciemniała i wyjął ją do wystygnięcia na pobliski kamień. Jej zapach sprawiał, że ślina napłynęła mu do ust, a w brzuchu zaburczało. Przyznał wreszcie, że pomiędzy napadami emocji, od których robiło mu się niedobrze był jednak głodny. Gdy już ostygła wystarczająco, żeby nie spalił sobie palców ostrożnie zdjął z ryby skórę oblizując dłonie z soczystego tłuszczu i zapakował kawały mięsa do ust. Kilka mniejszych ości wypluł, ale większość i tak zjadł i nawet nie zauważył, zbyt głodny by marudzić. Ruby patrzyła na upieczone kawałki martwej ryby jakby nie mogła uwierzyć, że był w stanie zrobić coś takiego cudownej, świeżej rybce, ale Sam zignorował ją.
Zamiast tego myślał o wyrazie twarzy Deana gdy po niego przyszli, złapali go i krzyczeli by go uśmiercić. Myślał o oczach brata, pełnych strachu i skupionych tylko na nim gdy jedynie sygnał od Sama powstrzymywał go przed próbą ochrony brata – bo tylko by się pogrążył przychodząc mu z pomocą.
Myślał o tym jak Dean nie potrafił zabić Lilit i miał nadzieję, że nawet jeśli nie zrobi z życiem już nic innego, nawet jeśli umrze za ludzi, którzy darzą go jedynie nienawiścią i uważają go za nic, że choć jedna osoba będzie go pamiętać.
Jedna osoba spojrzy na demony i będzie wiedziała, że są czymś więcej niż krwiożerczymi pionkami w grze, w której nigdy nie chciały brać udziału.
Zanim nadeszła noc Sam zobaczył światła okrętów przybijających do brzegu. Widział jak ludzie zaczęli ustawiać obóz. Wiedział, że musi tą osobę zobaczyć ostatni raz.
Zanim zginął musiał zobaczyć brata.
Wślizgnięcie się do obozu było łatwe. Trudniej było mu przekonać Ruby, żeby została z tyłu.
Po wczorajszym dniu, po tym jak zmusił ją, żeby go zostawiła tylko po to, żeby niemal dał się zabić uparła się, żeby nie opuszczać jego boku. Nalegał, że nic mu nie będzie, ale one spojrzała na niego, jakby go zrozumiała, i widział jej wzroku sceptycyzm. Skończyło się na tym, że razem z nim podkradła się na skraj obozu i tam została. Wydawała się uspokojona tym, że w razie potrzeby jest blisko.
Sam musiał przyznać, że jest wdzięczny za wsparcie.
Mżyło odrobinę i wszyscy łowcy łażący między namiotami mieli na głowach kaptury. W tej kwestii mu się poszczęściło – Sam mógł ukryć w ten sposób twarz i nikt nie zacząłby mu się przypatrywać bliżej. W końcu łowcy byli przecież jedynymi ludźmi na wyspie, trzymali straże tylko na wypadek demonów. Jeden więcej człowiek idący przez obóz będzie wzięty za kolejnego członka wyprawy i o nic nie podejrzewany.
Sam wyciągnął swój kaptur zza koszuli, naciągnął go na głowę i z taką ochroną przed małymi kropelkami deszczu wszedł między namioty, z większości których świeciło światło. Drgnął kiedy przechodził obok ogniska, a zgromadzeni wokół niego łowcy ryknęli śmiechem wznosząc toasty na cześć spodziewanego zwycięstwa. To było durne – myślenie, że wygrają tylko dlatego, że mieli jakiś łuczek i aroganckie przekonanie, że takie jest ich przeznaczenie.
Jutrzejszy dzień miał przynieść krew i śmierć i niewiele poza tym, i po co? Dla obietnicy złożonej jedenaście lat wstecz, złożonej w bólu i złości.
Po tylu pokoleniach walki z naturą by przeżyć do jutra ludzie Lawrence nie zostali pokonani przez chłód, zimę, ani nawet złośliwą ziemię, tylko przez upartą dumę Winchesterów.
Sam pokręcił głową. Nie powinien być ani trochę zaskoczony.
Znalezienie namiotu Deana nie stanowiło problemu, ale za to było niebezpieczne. W końcu, Dean będzie razem z ojcem. Po co wystawiać im osobne namioty i zużywać zapasy tylko dla ich wygody. Sam kręcił się po centrum obozu niezadowolony z tego ile ziemi dzieliło go od bezpieczeństwa – od Ruby. Postarał się najlepiej jak mógł, żeby zignorować wszystkie najgorsze scenariusze, które oferował mu jego umysł, sceny, w których Ruby pędziła przez obóz, a łowcy wyciągali bronie, żeby ją zamordować na długo zanim zdołała dotrzeć do Sama. Ten niepokój sprawiał, że miał ochotę się pospieszyć, biec, ale wiedział, że to by nic nie dało Ruby, gdyby go złapano. Jeśli coś wyciągnął z ostatniego razu to to, że coś w tym stylu tylko zwiększało prawdopodobieństwo, że demonica narazi się na niebezpieczeństwo.
Nareszcie, Sam dojrzał swojego ojca z jakimiś innymi łowcami, stali z pochylonymi głowami i rozmawiali cicho, najwyraźniej omawiając strategię na następny dzień. Cokolwiek to była za strategia, która pozwoliłaby im walczyć naraz z setkami demonów. Sam potrząsnął głową.
Ostrożnie zbliżył się do klap przy wejściu do głównego namiotu i szukając dziury za sobą, macając dłonią. Rozejrzał się wokół sprawdzając wszystkie uliczki aż był pewny, że nikt nie patrzył się w jego stronę i szybko wśliznął się do środka, pozwalając klapom opaść za sobą, żeby go ukryły.
- Hej! - Głos Deana rozbrzmiał natychmiast, bo namiot był stanowczo za mały, żeby takie nagłe wtargnięcie pozostało niezauważone, i Sam okręcił się szybko. - Co ty tu-...
W tamtym momencie Dean przerwał, a wyraz twarzy zmienił mu się z lekkiego poirytowania w szok. Mrugnął kilka razy rozchylając odrobiną usta i Sam poczuł jak coś w jego piersi się zaciska. To był prawdopodobnie ostatni raz gdy dane mu będzie zobaczyć Deana. Ostatni raz, kiedy będzie mógł zobaczyć twarz brata, jego oczy i całego tego mężczyznę, kiedyś chłopca, którego darzył tak głęboką admiracją.
Dean, który nigdy nie był taki sam po śmierci ich matki, ale który zawsze pozostawał bratem Sama.
Durna, niedorzeczna miłość życia Sama.
- Sam - powiedział Dean zachrypniętym głosem i Sam stwierdził, że skoro jutro ma umrzeć, to równie dobrze może wziąć z tego ile się da.
Rzucił się na Deana, ciasno owijając swoje ramiona wokół szyi brata i wcisnął twarz w jego ramię. Dean, zaskoczony, odruchowo uniósł ramiona, ale dopiero po kilku długich uderzeniach serca z wahaniem objął nimi Sama w pasie.
- ...powiesz im, że tu jestem? - zapytał nieśmiało Sam. Brzmiał zupełnie inaczej niż wtedy w domu, krzycząc i walcząc o coś całym sobą.
- Nie – odparł cicho Dean. Jego uścisk nieco się zacieśnił.
- Nie mogę wrócić do domu. - To nie było pytanie.
- Nie, nie możesz. - To nie była odpowiedź.
Stali tam tak we dwójkę, na samym środku rodzinnego namiotu, w którym bogactwo broni leżało porozkładane na kocach, które miały służyć jako łóżka, wszystkie ostrza czyste i naostrzone, gotowe zadawać śmierć. Sam kapał na Deana, krople deszczu moczyły ubranie starszego brata, ale żaden się nie ruszał.
- Nie rób tego, Dean – poprosił w końcu Sam. Błagał. Nie chciał tam jutro swojego brata. Chciał, żeby Dean żył. Chciał tego z wielu różnych przyczyn, z których nie najmniej ważną było to, że tylko Dean był zdolny poprowadzić ich lud ku lepszej przyszłości. Najważniejszą jednak było to, żeby świat nie stracił Deana.
- Muszę. - Brat potrząsnął głową. - Sam, to nasza rodzina-
- Nasza rodzina i tak już od ciebie zbyt dużo wzięła. Po prostu... po prostu tego nie rób, Dean. Nie chce, żebyś zginął.
- Może my-
Sam odsunął się wtedy, nie wystarczająco, żeby opuścić uścisk, ale odchylił głowę wystarczająco, żeby móc spojrzeć na Deana.
- Oszukuj mnie ile chcesz, ale nie oszukuj sam siebie. To jest samobójstwo. Dla ciebie, dla taty... Dla wszystkich. Demony zginą i wy zginiecie, a Żółtooka Śmierć będzie się zaśmiewał nad naszymi martwymi ciałami.
- „Naszymi"? - zapytał Dean marszcząc brwi. Sam tylko pokręcił głową.
- Nie, posłuchaj mnie. To nic złego uciec od kogoś, kto każe ci zrobić coś złego. Nie jesteś tchórzem jeśli stajesz przeciwko temu- temu szaleństwu!
- Ćśś! Bogowie, Sam. - Dean rozejrzał się wokół. - Do jasnej cholery, zabiją cię. Tata cię już nie uratuje. Nigdy by cię nie chciał skrzywdzić, ale po wczorajszym – po tym jak Ruby przyleciała i odszedłeś z nią... Nie ma szans, żeby ich teraz zatrzymać.
Sam tylko zacisnął usta, a kiedy znowu się odezwał jego głos był cichy i stanowczy.
- Pozwoliłbym im, gdyby to ich powstrzymało przed braniem udziału w tej bitwie.
- Sam! - syknął Dean, szeroko otwierając oczy. - Nie mów tak. Kurde, co z tobą nie tak?
- Ty i Tata od lat próbowaliście mnie zmusić, żebym przestał bać się śmierci, Dean. Co się zmieniło?
- Nic się nie zmieniło.
- Więc dlaczego cały jesteś niezadowolony, że znalazłem coś, za co naprawdę warto umrzeć?
- Bo nic nie jest warte twojej śmierci! - Głos Deana nie był przyciszony, ani ukradkowy i jego oświadczenie ukrył tylko gwar obozu wokół nich. Wciąż, obaj chłopcy odczekali kilka uderzeń serca czekając na jakąkolwiek odpowiedź zanim znów zaczęli mówić. - Podobało mi się to, że byłeś tchórzem, Sam. Lubiłem wiedzieć, że jesteś bezpieczny.
- Nigdy nie byłem tchórzem, dupku. Czy wy tego nie rozumiecie? Żadne z was tego nie rozumie? Zobaczyłem jak moja mama jest rozrywana na kawałki tuż przede mną i Żółtooka Śmierć zajrzał mi w głąb duszy. Żadne z was nie musiało z czymś takim żyć. Nie byłem tchórzem. Byłem czterolatkiem, który starał się samemu wyjść na prostą. I chciałbym tylko powiedzieć, walcie się wszyscy za to, jak mnie traktowaliście.
- Sam-
- Nie! Czy ty masz jakiekolwiek pojęcie jak to było? Naprawdę myślałem, że jestem nic nie wart. Na prawdę uważałem, że do niczego się nie nadaję. Myślałem, że jako syn przynoszę wstyd i nigdy niczego nie osiągnę. Ale wszyscy się mylili. Byłem dobrym przywódcą. Ogarnąłem żniwa. Pomogłem naprawiać stare domy. Rozdawałem jedzenie dopóki morze się nie uspokoiło i walczyłem kiedy przyszły demony. Cały ten czas byłem dobrym człowiekiem i najwyraźniej potrzebowałem, żeby cholerny demon mi to pokazał, bo moja rodzina jakoś się nie kwapiła!
- Sam! - Dean zatkał bratu usta dłonią i Sam rzucił mu wściekłe spojrzenie. Dean opuścił wzrok, a potem spojrzał w bok. - ...masz rację, dobra? I jeśli to cokolwiek dla ciebie znaczy, przepraszam. Powinienem był cię posłuchać. Może... Może już dawno temu. Ale ja też miałem problemy i chcę, żebyś przestał mnie obwiniać za to, że radzę sobie z nimi w jedyny sposób, jaki znam. To... To, że pozwalałem ludziom traktować cię jakbyś był niczym, to wszystko moja wina. Ale walczenie z demonami i dołączenie do łowców i bycie blisko Taty? Za to nie będę przepraszał. Nie jesteś jedyną osobą, która musiała sobie poradzić ze śmiercią Mamy. Ty musiałeś to zobaczyć, a ja... tak strasznie cię przepraszam, Sammy. Ale to ciebie zabrała ze sobą. - Dean ciężko przełknął śliną i zacisnął szczękę. - To ciebie chciała mieć przy sobie tamtej nocy. Nie Tatę. Nie... nie mnie. Miałem ją przez cztery lata zanim się pojawiłeś i i tak ciebie kochała bardziej niż mnie. Zawsze tak było.
- Dean... - Sam zmiękł, nie mógł inaczej, i uniósł jedną dłoń, tylko po to, by znów opuścić ją na ramię Deana. Nigdy tak nie myślał o matce – o tym, że kochała kogoś mocniej, a kogoś mniej. Zawsze wydawała się mieć tyle miłości do rozdania. Ale to może tylko perspektywa tego, kogo darzyła najgłębszą miłością.
- I rozumiem, że to nie twoja wina. Teraz to rozumiem. Ale...-
- Winiłeś mnie?
- ...może. Trochę.
- Dean. - Sam pokręcił głową zamykając oczy. Zwiesił głowę i naszła go myśl, że to niedorzeczne, że to się działo teraz, że naprawiali wszystko teraz. Na zewnątrz brzękały stare naczynia i łowcy chodzili wokół załatwiając sobie jedzenie z zapasów, które przywieźli ze sobą. Prawdopodobnie tylko na jedną noc – stawiali wszystko na jedną kartę. Albo wrócą do domu jutro, albo nigdy.
To niedorzeczne, że trzeba było końca ich klanu, że czekali do ostatniej nocy przed ostatnim świtem zanim on i Dean wypracowali wreszcie wszystkie zgrzyty i oczyścili atmosferę między sobą.
A Sam mógł tylko marzyć, że zrobili to lata temu bo mieliby wtedy więcej czasu na bycie braćmi, a mniej na popełnianie błędów.
- I rozumiem dlaczego bardziej kochała ciebie. Rozumiem dlaczego ktokolwiek- - Dean urwał, jego głos brzmiał tak dziwnie, a kciuk przez moment dotykał szczęki Sama. To jak Dean był na nim skupiony, jak na niego patrzył – prosto w niego, nie dlatego, że czegoś szukał, ale dla niego, wywołało rumieniec na twarzy Sama. - Przepraszam – mówił dalej Dean. - Za to, że traktowałem cię tak gównianie. Że sprawiłem, że nie wierzyłeś, że-
Wzruszył jedynie ramionami, odwracając wzrok.
- Mnie kochasz? - spytał Sam z małym uśmiechem.
- Miałem powiedzieć „mnie obchodzisz" - fuknął Dean.
- Tęskniłem za tobą – odparł Sam szczerze. Dean spojrzał z góry na niego i wyraz jego twarzy nieco złagodniał, a jeśli Sam się nie mylił, to nawet szyja Deana trochę się zaczerwieniła. Wyglądał na odrobinę winnego, a nie o to Samowi chodziło.
- Prze-
Tym razem to Sam położył dłoń na ustach brata.
- Nie mów znowu, że przepraszasz – powiedział patrząc na Deana. - Obaj namieszaliśmy. Szkoda tylko, że dopiero teraz chciało nam się to wyprostować.
Dean złapał rękę Sama, żeby ją odciągnąć i Sam zadrżał gdy kciuk Deana dotknął wnętrza jego nadgarstka.
- Przestań mówić jakbyśmy mieli nie przeżyć jutra.
- Jest spora szansa-
- Pieprzyć to.
- Dean-
- Kurwa. Nie stracę już nikogo więcej. Nie ciebie, Sammy. Nie ciebie, a sam też nie zamierzam się wymeldować.
- Dean, ja muszę to zatrzymać. Muszę- Ta wojna zabije wszystkich, na których mi zależy, żadne deklaracje nie zatrzymają kłów i szponów, które na ciebie jutro spadną.
- Nie mogę zostawić Taty, stary. Po prostu... nie mogę.
- Ale widziałeś Ruby – błagał Sam świadomy swojej rosnącej desperacji. - Wiesz, że nie wszystkie są złe.
- Nic nie wiem. Ja... nie jestem już taki pewny, jak byłem kiedyś. Ale nawet jeślibym odmówił, to co dalej? Co miałbym zrobić? Stanąć przeciwko całej armii łowców?
Sam nie odezwał się i po sekundzie oczy Deana rozszerzyły się, a dłonie natychmiast znalazły się na ramionach Sama.
- Sam, nie. Zabiją cię jak tylko cię zobaczą. Przecież nie będzie im przykro jak się dostaniesz w krzyżowy ogień.
- Mam coś do zrobienia, Dean. To wszystko jest złe. To jest... złe.
- Po prostu odejdź. Weź swojego- Weź Ruby i odejdź. Polećcie w jakieś miejsce, o którym nigdy nie słyszeliśmy i tam przeżyj życie. Zasługujesz na to.
- A co z tobą? - zażądał ze złością Sam. - Zasługujesz na przedwczesną śmierć, czy coś takiego? A co z Tatą? Co ze wszystkimi innymi łowcami? To moi przyjaciele, mój lud. I... no dobrze, może w tej chwili chcą mojej śmierci, ale to nie zmienia faktu, że są moim ludem. A nie mogę im też pozwolić na to, żeby wymazali istnienie demonów. Nie jestem tchórzem. Nie będę uciekał.
- Stary, jesteś moim bratem – odparł Dean jakby to było nic. Jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie. Jakby to było wszystkim. - Nie chcę, żebyś zginął.
- A tobie się wydaje, że mam ochotę patrzeć jak ty umierasz? Muszę to zrobić, Dean. Muszę zrobić coś. Mama by tego wszystkiego nie chciała.
- Sam-
Nagły dźwięk przy wejściu do namiotu sprawił, że Sam aż podskoczył, a serce waliło mu w piersi. Obaj z Deanem przestali oddychać wbijając wzrok w płachtę, na której widniał czyjś cień. Przez materiał usłyszeli głos ich ojca, jak mówił przez ramię do kogoś. Dean zacisnął dłonie jeszcze mocniej wbijając palce w ramiona Sama.
Minutę później cień oddalił się, przywołany przez nowy inny głos, obszedł namiot dookoła i udał się w innym kierunku.
Sam wypuścił oddech z płuc.
- Było blisko – wymamrotał Dean.
- Muszę iść. - Sam odwrócił się do brata, który kręcił głową.
- Nie skończyliśmy, Sam.
- Nie mogę zostać.
- Nic mnie to nie obchodzi. Rozmowa z Tatą to lepsza opcja niż jakiś szalony wyskok. Nie zrobi ci krzywdy. Może sobie być wkurwiony, ale to wciąż twój tata. Tak długo jak zostaniesz tutaj i nikt cię nie widzi nie powie innym, że tu jesteś – a jak już przy tym jesteśmy, to jak się tu w ogóle dostałeś? - Dean potrząsnął głową. - Nieważne. Możemy cię... ukryć, albo coś – aż będziesz mógł dostać się z powrotem do Ruby, albo do łodzi. I nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia, nie pozwolę ci umrzeć, ani jutro, ani żadnego dnia po tym. Więc możesz co najwyżej usiąść i się zamknąć bo cię stąd nie wypuszczę dopóki Tata nie wróci, więc lepiej się przyzwyczaj-
Sam podciągnął się bliżej w uścisku Deana, zamiast się odepchnąć i przycisnął usta do ust brata.
Słuchał. Naprawdę. Tylko, że bardzo trudno było mu się skoncentrować kiedy Dean zachowywał się tak nieskończenie jak Dean na temat całej tej sprawy. I to nie jak Dean z ostatnich kilku lat, ale jak ten Dean z ich dzieciństwa. Ten Dean, w którym Sam się zakochał kiedy miał zaledwie cztery lata i nie wiedział czym jest miłość, poza tym, że sprawiała, że czuł jakby jego serce było wypełnione do granic.
Nigdy nie planował powiedzieć tego bratu, ale następnego dnia czekała go śmierć.
Równie dobrze może uszczknąć z tego coś dla siebie.
Uścisk Deana rozluźnił się z szoku gdy Sam opadał z powrotem na pięty i tym razem łatwo zrzucił z siebie jego ramiona, a potem zrobił krok w tył. Uśmiechnął się do brata – radośnie, ale z pożegnaniem.
- Ja też cię kocham – powiedział prosto. Jego miłość różniła się od tej braterskiej miłości Deana; była chora, ale równie prawdziwa. Wargi Sama były ciepłe i wilgotne, choć Dean stał zmrożony i nie reagował. - Tak tylko, żebyś wiedział.
Dean wciąż się na niego gapił z otwartymi ustami i Sam nie chciał słyszeć tego, co zaraz miał mu powiedzieć brat, jak tylko odzyska kontrolę nad sobą i poczuje falę obrzydzenia. W końcu głównym powodem Sama było to, że nie będzie musiał żyć z następstwem swoich czynów.
Po tym już nigdy nie zobaczy brata.
- Pa, Dean – powiedział, wyrażając się najprościej jak się dało i to zdawało się wytrącić Deana z jego stuporu, ale za późno. Sam już się odwracał i wybiegał z namiotu, naciągając kaptur na głowę, i usłyszał jak Dean wybiega za nim, usłyszał jak syczy za nim Sam! tuż przed wejściem do namiotu, ale było już za późno, nie mógł go dogonić bez przyciągania uwagi innych. Bez przyciągania uwagi łowców do Sama.
Sam nie patrzył za siebie, po prostu truchtał pomiędzy namiotami, zygzakiem, żeby upewnić się, że zgubił brata, aż światła ognisk i latarni zostały za jego plecami i zaczął się wspinać na zbocze do miejsca, w którym zostawił Ruby.
Wciąż czuł na swoich ustach pocałunek.
Zanosiło się na długą noc.
Ziemia była twarda od mrozu gdy składali w niej mamę Sama. Trzeba było sześciu mężczyzn by kopali przez dwa dni, aż w końcu otwór był wystarczająco głęboki.
Zamknęli ją w drewnianym pudle, a rzeźbiarz wyrzeźbił na nim obrazek słońca i ostu.
Za pomocą lin opuścili ją do ziemi, a Sam stał wraz z bratem obok i patrzył. Miał w rączce bukiet na wpół zgniecionych wrzosów, które zebrał tamtego ranka i zanim zaczęli wrzucać ziemię szybko pochylił się i pozwolił kwiatkom opaść na trumnę.
Stał na brzegu grobu i patrzył jak dziura zaczyna się wypełniać.
Nie czuł jakby mama naprawdę była w tamtym pudle. Wiedział, że nie żyła, rozumiał to, ale wciąż nie miało to dla niego żadnego sensu. To pudło było takie zwyczajne, nie miało w sobie nic ludzkiego, nic z jego matki i łatwo było sobie wyobrazić, że jest puste. Sam patrzył jak spadały na nie grudki ziemi, aż zasłoniły je zupełnie, a on wciąż trwał.
- Sam – odezwał się z boku Dean i chłopiec wreszcie uniósł wzrok. Czuł na twarzy ostry powiew wiatru, ale znacznie mniej przyjemne były łzy, które po niej spłynęły. Pociągnął nosem, a kiedy uniósł wzrok zobaczył, że twarz Deana była jak wykuta z kamienia i zupełnie sucha.
- Przestań płakać – rozkazał Dean ze złością. Sam pociągnął znów nosem i postarał się ze wszystkich sił, ale łzy nie chciały przestać płynąć. Podniósł rączkę i potarł policzki starając się wyczyścić twarz. Czekał aż Dean go obejmie, jak zawsze kiedy Sam płakał – czekał na ciepły szept Deana w uchu, kiedy mówił mu, że wszystko będzie dobrze. Ale Dean nie wyciągnął do niego ramion, a zamiast miękkości Sam usłyszał w jego głosie obrzydzenie.
Kiedy otworzył oczy Dean patrzył na niego, jego własne oczy pełne byłby czarnej burzy i Sam się wystraszył bo Dean w ogóle nie wyglądał jak jego brat. Zupełnie nie przypominał tego brata, którego Sam znał i chłopiec zaczął się zastanawiać gdzie odszedł Dean.
- Przestań się zachowywać jak dzieciak – rozkazał mu Dean i kopnął grudkę ziemi tak, że wpadła do grobu. - Odeszła, a twoje beczenie jej nie wróci.
Urwał czekając aż Sam mu odpowie, ale oddech chłopca utknął mu w gardle, Sam starał się coś zrobić, przestać płakać, wykonać polecenie Deana, ale nie mógł.
- Powiedz coś – zażądał Dean. Minęły całe dnie odkąd Sam się odezwał. Odkąd jego mama została mu odebrana, zabrana z łóżka i na polanę. Sam otworzył usta i tak zostały, ale nic z nich nie wyszło. - Cholera, powiedz coś!
- No już – przerwał im głos i Sam zobaczył duchownego Jima, który położył rękę na ramieniu Deana. - Nie potrzeba nam tu nic takiego. Dlaczego nie wrócisz do wioski? A ja się upewnię, że Sam dotrze do domu bezpiecznie.
Sam nie chciał, żeby Dean sobie poszedł. Chciał się skulić w ramionach starszego braciszka tak jak zawsze, ale Dean w ogóle nie patrzył na niego. Dean patrzył na grób z tą płonącą wściekłością w oczach, aż w końcu odwrócił się, strząsnął z siebie dłoń Jima, burknął „dobra" i odszedł.
- W porządku, synu? - spytał Jim i Sam otworzył usta by odpowiedzieć, ale tak jak wcześniej z Deanem nic z nich nie wyszło.
- No cóż – kontynuował Jim głosem, w którym było za dużo zrozumienia. - W takim razie dobrze... Zostań tutaj, możesz. Twój tata i ja będziemy tam niedaleko. Powiedz nam jak będziesz czegoś potrzebował.
Jim stał tam i patrzył na niego najwyraźniej czekając na konkretną odpowiedź, której Sam nie mógł przywołać. W końcu zdobył się na to, by skinąć słabo głową i to zdało się załagodzić troskę mężczyzny, który podszedł do ojca sama stojącego obok niewielkiego zagajnika.
Grób był teraz w połowie pełny. Caleb i Ellen oboje machali łopatami, raz za razem nabierając i zrzucając ziemię i Sam zauważył, że oni też nie płakali. Dean miał rację – nikt inny nie płakał. Nawet ich ojciec. Ale Sam i tak nie potrafił zatrzymać łez nie ważne jak mocno się starał. Nawet kiedy wstrzymywał oddech, usta mu drżały, a pierś trzęsła się nierówno, aż zamykał oczy, unosił ramionka i łzy znowu płynęły bo jego mama była w tamtym pudle i nic już nigdy nie miało być takie samo.
A Sam bał się wracać do domu z tatą i bratem, bo obaj będą patrzeć na wszystko ze złością i nienawiścią. Chciał porozmawiać o tym z mamą. Ona by wiedziała co zrobić, jak go pocieszyć. Powiedziałaby mu, że tata i Dean musieli pomyśleć i potrzebowali, żeby dał im trochę czasu, bo radzili sobie z sytuacją w jedyny znany im sposób.
Ale grób matki był zupełnie cichy.
Sam uniósł rękę by przetrzeć znowu twarz. Ani Caleb, ani Ellen nie patrzyli na niego.
Za plecami słyszał ojca i Jima.
- Tobie i chłopcom nic nie będzie – mówił Jim. - Wiesz, że wioska się wami zajmie.
- Nie to mnie martwi.
- John...
- Wiem co widziałem.
- Twoi chłopcy cię potrzebują.
- Miało żółte oczy. Wiedziała, że po nią przyjdzie. Jak dotarłem na polanę pochylało się nad Samem i spojrzało prosto na mnie. Wiem co widziałem.
- Nie wątpię, John. Mówię tylko, że nie wiem co mamy z tym począć.
- Ja wiem, Jim. - Głos ojca Sama był twardy jak stal, brzmiał jak miecz ostrzony na kamieniu. Bolało go słuchać, jakby każde słowo było ostre na kształt mieczy. - Zabijemy je wszystkie. Już dawno temu powinniśmy byli to zrobić. Zbyt długo znosiliśmy ich obecność, pozwoliliśmy, żeby takie niebezpieczeństwo czaiło się tuż poza granicami miasta. To moja wina, że to się stało, ale nigdy więcej. Zatrzymam to.
Sam patrzył jak zapełniali grób uciszając głos jego matki i nie wiedział jak ma zacząć mówić, tak silne i obezwładniające było jego przerażenie bo gdziekolwiek spojrzał widział to oczy, widział jak się w niego wwiercają, patrzą w jego światło i nikt, nawet mama nie mogła go ochronić.
Strach przyprawił go o drżenie, zawładnął nim, aż był pewny, że nigdy nie będzie w stanie poczuć nic innego.
Widział już własną śmierć czekającą w pazurach bestii.
Za nim ojciec przysięgał zemstę przy wszystkich, którzy byli w zasięgu słuchu, zemstę tak ludzką i małostkową. Dla Sama nie znaczyła niemal nic w obliczu jego strachu.
- Zabiję je wszystkie co do jednego.
Poranek był szary i posępny i wydało mu się to bardzo akuratne.
Sam zbliżył się do boku Ruby, pomasował jej łopatkę. Potrząsała głową a jej źrenice bez przerwy się rozszerzały i kurczyły, czasem pojawiały się w nich strzępki żółci i Sam wiedział, że walczy z kontrolą Żółtookiej Śmierci.
Z takiego bliska nie było jej łatwo się go pozbyć, Sam mógł tylko żywić nadzieję, że świadomość potwora i tak już była mocno rozciągnięta na wszystkie inne demony pod jego kontrolą naraz.
- W porządku, mała? - zapytał patrząc na nią i drapiąc jej łuski na brzuchu. Odwróciła się do niego i szturchnęła go prosząc o więcej pieszczot. Sam owinął wokół niej swoje ramiona i przytulił ją do piersi.
- Będzie dobrze... - Przełknął ciężko świadom, że „dobrze" teraz znaczyło śmierć, wypadnięcie z gry. Zacisnął usta. - Wciąż możesz uciec, wiesz... Nie musisz tego ze mną robić.
Odsunął się patrząc w jedno z jej wielkich oczu, a ona chuchnęła na niego. Sam ledwie pamiętał ten czas kiedy się jej bał, kiedy czuł ten wieczny lęk przed wszystkimi demonami krążący w jego żyłach ze wspomnieniem szalonych żółtych oczu wwiercających się w niego. Pamiętał jak zobaczył Ruby po raz pierwszy i pomyślał, że go rozedrze na strzępy i pożre. Że zabawi się nim jak kotka z myszą i odżyje w nim dziedzictwo jego matki – wejdzie prosto w paszczę śmierci i szpony demona.
Teraz patrzył na Ruby z niczym poza ufnością, nie mając pojęcia jak kiedykolwiek mogły wydać mu się przerażające jej szkarłatne oczy, albo lśniące, czarne pazury. Ruby była tym, czym była i nie mogła nic na to poradzić, tak jak Sam nie mógł poradzić nic na to, że był łowcą.
A oni byli przyjaciółmi – beznadziejny demon i beznadziejny łowca demonów.
Ruby nie odleciała.
- ...ta, w porządku - wymamrotał Sam i pocałował ją w koniec nosa.
Nie ważne co się teraz miało stać, oboje wytrwają do końca.
/txtbreak/
Następny rozdział to kulminacja. Wiecie, ten i następny to moje dwa ulubione fragmenty. Są niesamowicie wypakowane emocjami.
Cóż, mam nadzieję, że zobaczymy się w przyszłym tygodniu.
