Chłopakowi udało się wrócić do kwatery głównej bez zostania zauważonym. Zjadł już lekko chłodne śniadanie, tłumacząc przyjaciołom, że poprzedniego dnia nie spał do późna i zwyczajnie zaspał rano.
- Jak udaje ci się "zaspać" przy tym gwizdku?! - Eren wydawał się być z lekka oburzony. - Chciałbym tak potrafić! To cholerstwo dzwoni mi w głowie aż do momentu, kiedy zastępuje go głos kaprala. Własnych myśli nie da się tu usłyszeć.
- Wystarczy być odpowiednio niewyspanym. - Armin odgryzł spory kawałek bułki mimo, iż nie był głodny. Wiedział jednak, że już za paręnaście minut dostanie zadanie, które bardzo sprawnie zużyje jego wszystkie zapasy energii. Lepiej więc było zjeść tyle, ile się dało radę, niż chodzić później głodnym.
- Co masz na dziś zaplanowane? - Spytała Mikasa, kierując wzrok ku brunetowi. Ten wzruszył ramionami, przełykając kęs jajecznicy.
- Ostatnio dostaję zadania na bieżąco. Po sytuacji z Annie ci na górze musieli zacząć trząść portkami.
Armin kiwnął głową.
- Chcą cię mieć cały czas do dyspozycji. Ale kapitan Erwin wydaje się być spokojny, więc ja też się nie martwię. Na chwilę obecną sytuacja jest pod kontrolą.
Eren opuścił głowę, wbijając wzrok w swój posiłek. Widać było, że przypomniał sobie o Annie.
- A ty, Armin? Masz coś dzisiaj do zrobienia? - Mikasa starała się zmienić temat rozmowy.
- Na razie nic mi nie podano, ale znając życie to kwestia czasu.
- Słyszałem, że Levi szuka kogoś do wysprzątania i odnowienia biblioteki. - Eren wciąż nie spuszczał wzroku z biało-żółtej brei. - Strzeż się, pewnie będzie chciał wziąć ciebie. Najlepiej z nas wszystkich znasz się na konserwacji książek.
Armin kiwnął głową. To byłoby dobre zajęcie. Po ostatnich walkach pragnął tylko świętego spokoju, a praca przy renowacji książek dawała go dużo i pewnie potrwałaby kilka dni, wziąwszy pod uwagę, że biblioteka wojskowa była raczej skromna.
Chłopak dojadł resztki śniadania, po czym wyszedł z sali, zostawiając Mikasę samą w jej staraniach wmuszenia w Erena jedzenia. Wiedział, że kapral będzie opuszczał salę dowództwa za kilka minut, więc skierował się tam.
Stanął pod drzwiami i czekał cierpliwie. Levi wyszedł z sali jako pierwszy.
– Dostarczyłeś? - Armin nawet nie zdążył zadać pytania.
– Tak, sir.
– Doskonale. Masz resztę popołudnia wolną?
Armin kiwnął głową.
– Dobrze. Biblioteka potrzebuje renowacji i chcę, byś się tym zajął. Wszelkie środki znajdziesz już na miejscu.
Chłopak odsalutował i skierował się do swego pokoju. Przed zabraniem się za pracę musiał zabrać kilka rzeczy ze środka, no i miał okazję na oddanie zaległych książek do biblioteki. Gdy dotarł do wspólnego pokoju, nikogo już w nim nie było. Wyciągnął zakurzoną skrzynię spod łóżka, przez chwilę mocował się z zardzewiałą kłódką i wyjął tomiszcza spod leżących tam ubrań. Te książki podtrzymywały go na duchu - mógł czytać o tych wielkich terenach, które leżały za wielką barierą. Za każdym razem przypominał sobie, że to jest właśnie to, o co walczą - uwolnienie się od murów. Wyjście za kamienne więzienie. Walczyli o wielkie połacie wód i o wysokie góry. O pustynie i o otwarte niebo nad nimi.
Ilu z nich już zdążyło o tym zapomnieć?
Blondyn wyciągnął z książek wypożyczony z biblioteki podręcznik "Najwydajniejsze metody korzystania ze sprzętu do poruszania się w trzecim wymiarze". Myślał nad polepszeniem swojej techniki, jednak nie miał okazji do wypróbowania nowych metod na spokojnie. Tak czy inaczej, poznał już całą teorię, więc mógł spokojnie tomik oddać.
Biblioteka znajdowała się w najdalszym możliwym korytarzu całego zamku. Zapomniane przez Boga drzwi oznajmiały czyjeś przyjście głośnym, nie dającym się zignorować, jękiem. Zaraz po wkroczeniu do pomieszczenia Armin zorientował się, czemu to Levi nalegał na odświeżenie biblioteki. Chłopak zaniósł się kaszlem, gdy wciągnął do płuc pełne kurzu powietrze.
– Wszystko w porządku? - Rozległ się kobiecy głos z prawej. Blondyn odwrócił się i ze zdziwieniem dostrzegł siedzącą przy blacie Rico.
– Tak... Witaj, nie spodziewałem się ciebie tutaj.
– Zdarza się. Kiedy nie wiszą nam tytani nad głowami, pracuję tutaj. Nie stoję na tyle wysoko w dowództwie, by planować dalsze akcje, a jednocześnie zbyt mnie poważają, żebym miała sprzątać stajnie. Mam ci pokazać co i jak, potem powinieneś sobie poradzić sam. W razie czego znajdziesz mnie na zapleczu. - Wskazała przejście do niewielkiego pomieszczenia po swojej prawej.
– Uhum. Kapral Levi powiedział, że wszystkie potrzebne rzeczy już tu będą, więc wziąłem tylko kilka swoich prywatnych rzeczy. A, i przyniosłem książkę do oddania.
Rico spojrzała na podręcznik podejrzliwie.
– Jakim cudem wypożyczyłeś tę książkę bez mojej wiedzy? Siedzę tu od bitych dwóch miesięcy, wracając do kwater tylko na noc. Nawet śniadania jem na zapleczu. - Przysunęła filiżankę z kawą do ust.
– Eee... Wypożyczyłem ją... Ponad dwa miesiące temu...
Rico niemal wypluła napój.
– Armin, ponad dwa miesiące temu ta biblioteka była zamknięta. I tak czy inaczej, książki wypożycza się najdłużej na cztery tygodnie. Czy chcesz mi powiedzieć, że wślizgiwałeś się tu po kryjomu i kradłeś wojskową własność?!
– Nie kradłem – odpowiedział najciszej jak umiał – oddawałem po jakimś czasie! Sam sobie wypożyczałem, karta z książki jest w odpowiedniej folii i zapisywałem się w rejestrze...
Bibliotekarka zamrugała.
– To tu jest jakiś rejestr?
– Leży w dolnej szufladzie w biurku.
– Faktycznie. – Rico wyjęła czerwony notes i zajrzała do środka, po czym roześmiała się głośno. – Ty NAPRAWDĘ zapisałeś tu wszystko co wypożyczałeś. NAPRAWDĘ. Armin, albo tylko udajesz, albo czasem naprawdę mózg ci się wyłącza. Mniejsza o to, żadna książka nie ucierpiała, więc nikomu o tym nie powiem, ale... – Wesołość wciąż nie znikała z jej twarzy. – Cóż, dobrze, że przynajmniej trafiły w twoje ręce. Stolik z narzędziami stoi na samym tyle, na lewym skrzydle, przy oknach. Dobrej zabawy.
– Chciałem tylko, by wszystko było uporządkowane i zapisane...
– Oczywiście. A teraz zabierz się za te książki, same się nie naprawią.
Biblioteka była naprawdę niewielka. Ograniczała się do czterech dwustronnych półek po obu stronach przejścia, oddzielonych półmetrowymi przerwami na miejsce dla ewentualnego wypożyczającego. Na planie wyglądała trochę jak uproszczony rysunek ludzkich żeber - główna ścieżka i cztery prostopadłe odgałęzienia. Przy ostatnim, najwyżej położonym żebrze na lewo stało stanowisko Armina. Słońce padało na stare drewno z przyczepioną gumową podkładką. Obok leżał srebrny, błyszczący ostrzem nożyk, dwa słoiki, kilka pędzli, i parę niewielkich pudełeczek.
Blondyn usadowił się na miejscu i przechylił oba słoiki z bezbarwną cieczą. W jednym zawartość przelewała się wolniej - klej. Klej i woda. Posprawdzał pudełka - w jednym znalazł impregnat do skóry, w drugim szpulę jasnej nici i igłę. Pod biurkiem Levi pozostawił mu miotełkę, parę szmatek i dziwnie pachnący detergent w butelce podpisanej "do drewna".
Jako pierwsze na warsztat poszły książki z samego tyłu biblioteki - stare, mocno zniszczone, bardzo często niezmiernie nudne lub przestarzałe podręczniki. Ich kartki niemal rozpadały się w dłoniach, więc Armin obchodził się z nimi bardzo ostrożnie. Wypłowiałe litery przekazywały fakty, których nikt już teraz nie potrzebował, gdyż były powszechnie znane, ale kiedyś zapewne to tomiszcze zawierało wiedzę niemal tajemną, przypłaconą krwią, łzami i potem. Blondyn muskał stronice jakby trzymał w dłoniach motyle skrzydła, lub zasuszony kwiat.
Chłopak już miał kończyć pierwszą partię, gdy drzwi do biblioteki otworzyły się. Do środka weszła Hanji, starając się nie narobić hałasu. Rico siedziała na zapleczu i najwyraźniej nie zauważyła obecności dowódcy. Ta przeszła koło biurka i pomachała wesoło blondynowi.
– Hej, Armin! Znajdziesz dla starej znajomej chwilę czasu pomiędzy książkami?
Nazwanie go "starym znajomym" nie wróżyło niczego dobrego. Podeszła do niego i poklepała go po ramieniu.
– Chodź do mojego biura, pogadamy. Rico, nie masz nic przeciwko, żebym zabrała ci pracownika na pięć minut, prawda? – Złożyła dłonie w proszącym geście.
Rico machnęła dłonią i wróciła do swoich zajęć. Chłopak porwał swoją torbę z parapetu i pomachał bibliotekarce.
– Doskonale. Chodź, chodź, nie krępuj się. Dobrze od czasu do czasu pogadać z innym naukowcem, prawda?
Wyszli z pomieszczenia i skierowali się korytarzem na prawo. Hanji cały czas zagadywała go i śmiała się, gdy schodzili po schodach w stronę laboratoriów. Będąc już na miejscu, wepchnęła go do swojego pokoju, wślizgnęła się za nim i zamknęła drzwi, przekręcając kluczyk w zamku i chowając go w kieszeni. Odwróciła się i momentalnie spoważniała.
– Armin, mam do ciebie ogromną prośbę. Właściwie, to nie prośba, to rozkaz.
– Tak...?
– Musisz dzisiaj w nocy zakraść się do Annie. Chcę, żebyś z nią porozmawiał.
– Czemu? – Blondyn miał coraz większe wątpliwości.
– Levi ci nic nie powiedział, prawda?
– Nie.
Hanji westchnęła.
– Annie niedługo ma rozprawę. Na niej zostanie podjęta decyzja, co z nią się stanie dalej. Chcielibyśmy ją wcielić do oddziału specjalnego. Mam nadzieję, że rozumiesz. Nie możemy przepuścić takiej siły, jaką jest tytan po naszej stronie, ale przekonanie wszystkich do tego pomysłu nie będzie proste. Oprócz tego, chciałabym, abyś jutro przemówił w jej obronie na sali sądowej. Wiem, że to nie jest prosta decyzja i stawiasz się w sytuacji, w której ludzie gotowi są wziąć cię za zdrajcę, ale musisz nam pomóc. To dla dobra ludzkości. Wiem, że jej ufasz - i słusznie. Idź do niej dziś i poproś ją, żeby ci opowiedziała swoją historię.
– Rozmawiałem z nią już wczoraj i mówiła, że "nie ma dla mnie wyjaśnienia, którego oczekuję". Nie sądzę, aby miała ochotę mi się zwierzać.
– Ale musi. Jeśli chce przeżyć, musi. To jedyna opcja. Powiedz jej o tym, przekonaj ją. Możesz nawet jej zaoferować pomoc naszego oddziału. Wszystko mi jedno, ta dziewczyna ma przeżyć.
– A co na to wszystko Levi? Ona wymordowała jego oddział, ludzi, którzy byli mu bliscy. Nie protestował?
– Oczywiście, że protestował. Jest absolutnie wściekły. Podejrzewa mnie nawet o to, że jestem na tyle szalona, by brać ją do własnych eksperymentów. Co w sumie nie byłoby takie złe. - Rozmarzyła się, jednak po chwili znów spoważniała. - Ale on wie, że dobro ludzkości jest ważniejsze, niż jego pobudki emocjonalne. Dlatego się zgodził, choć niechętnie. Teraz na scenę wchodzisz ty. Musisz ją przekonać, żeby stanęła po naszej stronie, że jesteśmy gotowi odzyskać, to, co dla niej ważne, o ile będzie dla nas walczyć.
Armin westchnął.
– Nie mam możliwości odmowy, prawda?
– Kocham cię! – pisnęła Hanji, rzucając mu się na ramiona i wracając do swego przeciętnego zachowania. – Jesteś cudowny! Odwdzięczę ci się, zobaczysz. Robisz nam ogromną przysługę. Słuchaj, gdybyś kiedykolwiek czegokolwiek ode mnie potrzebował, przychodź, wal śmiało. Zawsze będę do dyspozycji. A teraz leć, zaraz kolacja. Zjedz coś i leć do niej, zanim cię zauważą. I tak po rozprawie będą na ciebie krzywo patrzeć, więc utrzymuj tę swoją reputację póki możesz. I jeszcze raz, dziękuję. Leć.
Blondyn posłał jej ostatni uśmiech i wyszedł na korytarz.
Hanji otworzyła drzwi do salonu, w którym spotykali się dowódcy. Zarówno Levi, jak i Erwin siedzieli już przy stoliku, przy otwartej butelce.
– Spotkałaś się z nim, prawda? – Kapral spojrzał na nią z dezaprobatą.
– To jedyna osoba, która byłaby skłonna przystąpić do takiego zadania. I jedyna, która może przekonać Annie.
– Może to dlatego, że ten pomysł jest absolutnie niedorzeczny?
– Levi, dobrze wiesz, że jeśli nam się uda, to ona będzie naszą największą nadzieją.
– Hanji… – Głos Leviego przesycony był nienawiścią. – Próbujesz wsadzić morderczynię całego mojego oddziału w nasze szeregi. Zabiła z zimną krwią ich wszystkich. Gdyby tytani tego od niej zażądali, zabiłaby cię we śnie z uśmiechem na ustach. DO KURWY NĘDZY, HANJI, WPROWADZASZ W SWÓJ DOM SZPIEGA! – Pięść kaprala wylądowała na stole z hukiem. Rozluźnił drącą dłoń i sięgnął po szklankę z whisky. Ta niebezpiecznie szybko przechyliła się w jego ręce, gdy mężczyzna wypił wszystko na raz. Strużka alkoholu pociekła mu po podbródku. Wytarł ją szybkim, zirytowanym ruchem, jakby odganiał natrętną muchę. – Doszczętnie was już wszystkich popierdoliło.
– Levi… Ona jest zbyt wielką siłą, żebyśmy mogli z niej…
– Gówno, a nie siła – warknął kapral. – Jeśli dziewczyna bardziej wierzy w siebie niż w cały korpus zwiadowczy, to zdradzi nas przy pierwszej okazji. Będziemy wtedy w głębokiej dupie. I to twoja głowa będzie wtedy pod toporem.
– Levi, ona się zgodzi zostać z nami. Nie ma innej opcji już teraz.
Lekko zaczerwieniony od wypitego alkoholu, najsilniejszy ludzkości wstał, drżąc. Otworzył drzwi od pomieszczenia.
– Kurwa mać, Hanji, to nie przywróci im życia – wyszeptał, po czym drzwi zatrzasnęły się za nim.
Erwin przez chwilę patrzył się na nią, zmieszany.
– To pierwszy raz, kiedy widziałem go w takim stanie. I pierwszy raz, gdy widziałem go pijącego.
Kobieta przypomniała sobie, jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej przekonywała młodego blondynka, że Levi pogodził się z tym.
- No cóż…
Armin pomaszerował ku stołówce, mieszając się z tłumem wracającym z odpraw. Po chwili zobaczył kołyszące się obok siebie brązową i czarną czuprynę – przeciskając się przez ludzi, chłopak odnalazł przyjaciół.
– Hej, Armin! – Eren pomachał do niego, gdy tylko go zauważył. – Czyli co, Levi cię złapał? Współczuję. To musi być parszywie nudna robota. W ogóle od kiedy my mamy tu bibliotekę?
– Od zawsze – odparł Armin, poprawiając kurtkę, która zsunęła mu się w biegu. – Tylko była zamknięta jak dotąd. A mnie ta praca się podoba.
– Ja bym się zanudził. – Brunet wzruszył ramionami.
– Dla ciebie wszystko, w czym nie ma tytanów, jest nudne.
Dotarli do stołówki, gdzie przy połączonych stolikach siadali żołnierze z różnych dywizji. Można było jeść z własnym oddziałem, jednak większość preferowała w trakcie posiłku zacieśniać więzi z resztą żołnierzy. Tylko dowódcy jedli w oddzielnym pomieszczeniu, a czasem nawet któremuś z nich zdarzyło się zawitać w głównej jadalni. Chłopak zauważył prześlizgującą się bocznym wejściem Hanji.
– Patrz, Hanji znów usiadła z tymi z sekcji badawczej – Eren usiadł obok Mikasy, starając się nie zwracać uwagi na to, jak kurczowo dziewczyna trzyma się jego rękawa. – Ostatnio robi to coraz częściej.
– Ma bardzo matczyne podejście do swoich żołnierzy. Niektórzy ją potępiają za to, ale ja uważam, że to dobrze. Mocne więzi między członkami oddziału dobrze wpływają na komunikację i synchronizację między nimi. – Blondyn starał się nie myśleć o niej przez pryzmat przeprowadzonej przed chwilą rozmowy.
– Ano tak! – Brunet uśmiechnął się. – Czy przypadkiem ona nie chciała cię mieć u siebie?
– Zastanawiano się nad tym. – Zmiana kuchenna podała jedzenie na stół. Chłopak sięgnął do koszyczka po trochę chleba. – Ale nie podjęto ostatecznej decyzji. Na razie jestem na rozkaz, jak ktoś mnie będzie potrzebował, to zrobię co będzie trzeba.
– Odpowiedzialny się zrobiłeś. – Eren skubał posiłek końcówką widelca, wielkimi, turkusowymi oczami wpatrując się w przyjaciela.
Armin wbił wzrok w blat.
– Sytuacja tego wymaga.
Chłopak skończył szybko kolację i wyszedł ze stołówki, tłumacząc się towarzyszom zmęczeniem. Gdy tylko znalazł się na pustym korytarzu, upewnił się, że nikt go nie widzi i popędził do łącznika między budynkami. Szczęście mu dopisywało, nie spotkał nikogo po drodze. Wiedział, że warta zacznie chodzić za kilka minut, więc zwolnił dopiero, gdy znalazł się w budynku szpitalnym.
Szpital nie zamykał się na noc, lecz przez większość późnych godzin nikt tamtędy nie chodził, więc wszystkie światła zostały już pogaszone. Blondyn musiał znaleźć salę niemal po omacku.
Klamka zazgrzytała cicho pod jego dłonią. Drzwi otworzyły się z jękiem, a światło księżyca wypadło na korytarz. Sylwetka siedzącej na krześle dziewczyny rysowała się czernią na tle srebrzystej tarczy, która tej nocy zajmowała niemal pół nieba. Najwyraźniej Annie nie mogła zasnąć.
- Już powiedzieli ci o rozprawie. - Jej głos przerwał szpitalną ciszę.
- Tak. - Armin postąpił kilka kroków do przodu, aby znaleźć się tuż za nią, po jej prawej stronie. - Co teraz zamierzasz zrobić?
- A mam jakiś wybór? Decyzja została podjęta zanim jeszcze ogłoszono rozprawę. Sędzia ogłosi, że Annie Leonhart, największa zdrajczyni ludzkości zostanie uwięziona i wkrótce stracona. Nie będę miała w tej sprawie nic do powiedzenia.
– Być może będziesz.
Rozmówczyni odwróciła się do niego gwałtownie.
– Już cię przekabacili na swoją stronę, tak? Nie rób mi tego, Armin. Proszę. Nie ty. - Ponownie odwróciła się do okna, przysłaniając twarz grzywką.
– Ale zrozum... Będąc martwą nic nie zdziałasz. Annie, opowiedz mi. Opowiedz dlaczego tak postąpiłaś. - Położył jej dłoń na ramieniu, nieco niepewnie, nie chcąc naruszać jej prywatności.
– Armin, pamiętasz kiedy pomagając wam uciec powiedziałam, że boję się ciemności?
– Tak.
– To nie była wymówka.
Dziewczyna uniosła wzrok i wbiła go gdzieś w przestrzeń za oknem.
– Urodziłam się wewnątrz muru Maria. Mieszkałam razem z ojcem w chatce w lesie. Matka zmarła przy porodzie, więc była nas dwójka. Od kiedy pamiętam, uczył mnie walczyć, prowadził ze mną długie, wyczerpujące treningi. Dzień w dzień, tak długo, aż zmęczenia nie mogłam ustać na nogach. Na początku byłam nieporadna, ale powoli się uczyłam. W pewnym momencie co tydzień musieliśmy wymieniać worki, na których ćwiczyłam, bo poprzednie rozpadały się na podtrzymujących je palach. Nie rozumiałam wtedy, po co to robił. Właściwie do dziś nie wiem, czy miał jakiś konkretny cel - jedyne, do czego mam pewność to to, że ta umiejętność była przydatna. Żyliśmy w spokoju i odosobnieniu. Niemal nie mieliśmy kontaktu z ludźmi, jedynie ojciec czasem wychodził po jedzenie do miasta. Ale w pewnym momencie on zaczął się bać. - Annie napięła się, zmuszając umysł do przywołania nieprzyjemnego wspomnienia. - Zaczął barykadować okna i drzwi, kładliśmy się o zmierzchu, i wstawaliśmy o świcie, aby w nocy nie korzystać ze światła, i nie dawać znaku, że w tym miejscu ktoś mieszka. Nie wychodziliśmy już trenować, aby nikt nas nie zauważył. Nie chciał mi powiedzieć o co chodziło. Miałam wtedy dziesięć lat. Pewnego dnia przyszedł do mnie z płaczem i bardzo długo przytulał, cały czas mamrocząc, że muszę przeżyć, że nie mogę umrzeć. Następnego dnia po prostu zniknął. - Ręce Annie zadrżały, zaciskając się na materialne jej spodni. - Obudziłam się rano i nie odpowiadał, na moje wołanie. Weszłam wtedy do jego sypialni i zobaczyłam wielką plamę krwi na łóżku. Ktoś musiał go stamtąd ciągnąć po ziemi, bo zostawił na podłodze długie, czerwone smugi. Znalazłam wtedy na ziemi dwa jego zęby. - Dziewczyna wzięła gwałtowny, głęboki wdech. - Byłam absolutnie przerażona. Pamiętam, że usiadłam na jego łóżku, odsunęłam się aż do samego kąta pokoju i siedziałam tam, wpatrując się w drzwi. Nie wiem, ile konkretnie tak spędziłam, ale musiało minąć kilka godzin, bo słońce już nie wpadało przez okna, tylko oświetlało lasek. Powinnam była usłyszeć, jak wchodzili, prawda? Nie słyszałam. Przysnęłam. Obudziłam się dopiero, gdy coś skrzypnęło tuż obok mnie, po czym uderzyli mnie w tył głowy i straciłam przytomność. To byli ludzie, ale nie zdążyłam dostrzec ich twarzy. Ocknęłam się w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Jedyne światło, jakie tam widziałam, dochodziło z malutkiego okienka w drzwiach, a i to zaraz znikło. Ktoś mnie spytał, czy się obudziłam. Trzęsłam się cała z zimna i strachu. Spytałam, co zrobili z ojcem, na co odpowiedziano mi zatrzaśnięciem zasuwki od okienka. Widziałam tylko czerń. Wiesz, Armin, jak to jest, gdy wokół nie ma żadnego światła? To nie są naturalne warunki, nie doświadczysz tego w przyrodzie. Człowiek jest bardzo podatny na takie rzeczy. Nawet bardziej, niż na ból.
Chłopak wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczyma. Ona wciąż wbijała wzrok w kolana, jak zahipnotyzowana.
– Pierwszego dnia udawałam, że się nie boję. Siedziałam, grając naburmuszoną dziewczynkę. Czołgałam się po pokoju, próbując się zorientować, jakiej jest wielkości. Znalazłam ścianę za sobą i przed sobą, ale tych po bokach nie wyczułam. Pamiętam, że cofnęłam się do samej tylniej ściany, podkuliłam nogi i tak czekałam. Ale nikt nie przyszedł. Nikt nie miał zamiaru przychodzić.
– Drugiego dnia - odrobinę przycichła - moje emocje zaczęły się przebijać przez ten mur, który sobie ustawiłam. Waliłam pięściami w drzwi, wrzeszczałam, wyzywałam ich, udawałam wściekłą. Teraz wiem, że to były początki strachu, które się ze mnie wyrywały. Nadal nikt nie przychodził, i nie wiedziałabym, że to drugi dzień, gdybym nie słyszała zegara, który wybijał godzinę gdzieś na zewnątrz.
– Trzeciego dnia – jej głos zaczął się łamać – zabrali zegar, jak tylko wybiła północ. Byłam bardzo, bardzo głodna. Błagałam ich, żeby dali mi jeść, ale nikt nie przyszedł. Nic nie słyszałam, wszystkie głosy ucichły. W pewnym momencie zaczęłam wsłuchiwać się w szum mojej krwi, płynącej przez żyły. Armin, w naturze taka cisza nie występuje. Wiłam się na podłodze, gdy ból zaczął mnie pokonywać i szuranie mojego ciała o podłogę było tak głośne, że raniło uszy. Trzeci dzień nigdy się dla mnie nie skończył. Nie wiem, ile czasu minęło, nim straciłam orientację w terenie. Będąc brzuchem do powierzchni nie wiedziałam czy leżę, czy stoję. Dopadło mnie coś na wzór zawrotów głowy. Chyba zemdlałam, nie jestem pewna. W każdym razie, pierwsze, co potem pamiętam, to ból w ramieniu. Wiesz, Armin, to był dopiero przedsionek piekła. - Mimowolnie złapała go za rękę i spojrzała zrozpaczonym, przerażonym spojrzeniem w jego oczy. - Zaczęłam mieć halucynacje. Widziałam dziwne kształty tej nieprzeniknionej czerni i wszystkie były tak realne... Potem kształty zaczęły zamieniać się w bestie. Nie umiem ich opisać, ale widziałam, jak odrywają mi fragmenty mięsa z ciała, kawałek po kawałku, czułam ból nie do opisania, zaczęłam krzyczeć i ten dźwięk sprawiał, że czułam, jakby moja głowa miała eksplodować, ale nie mogłam przestać. Armin, widziałam w ciemności matkę, która niemal nie miała skóry na twarzy, obłaziły ją larwy, wbiła mi dłoń w brzuch i zaczęła grzebać w organach, wyciągnęła płuco, wątrobę, jelito, aż w końcu dokopała się do serca, wyrwała je i włożyła sobie do otwartej klatki piersiowej i ze śmiechem na ustach patrzyła jak umieram, widziałam ojca, który podchodzi do mnie, i chce mnie przytulić, ale w ostatniej chwili jego zęby wyrastały na długość ludzkiego ramienia, próchniały, wypadały, jego skóra gniła, paznokcie spadały na ziemię z głuchym trzaskiem, oczy zachodziły mu krwią i wypływały z oczodołów...
– ANNIE! – Armin krzyknął, po czym przytulił trzęsącą się dziewczynę do siebie. Wbiła mu paznokcie w ramiona. - Już dobrze. Już nie mów. Nie musisz. Spokojnie. Ćśśśś... - Blondyn głaskał ją po głowie, a ta wciąż drżała w suchym szlochu. Serce biło jej jak oszalałe. Ściskała go tak mocno, że czuł, jak krew przestaje dopływać mu do ramion, lecz to zignorował. Przechylał się delikatnie do przodu i do tyłu, trzymając ją w lekkim uścisku.
– Armin... Ja... Ja nie wytrzymałam... Nie wiem, ile czasu minęło, ale w końcu przyszli. Powiedzieli, że tata potrzebuje pomocy. Armin, ja zgodziłabym się na wszystko, byleby stamtąd wyjść.
– Rozumiem.
– Nie, nie rozumiesz! – Głos znów jej się zatrząsł. – Ja raz im się sprzeciwiłam. Raz. Właśnie wtedy, gdy chcieli, żebym porwała Erena. Znów to wtedy zrobili. I było jeszcze gorzej, niż wtedy. Nie zrozumiesz tego, jakie to uczucie, choćbyś chciał. To nie jest wyobrażalne. I właśnie... Właśnie dlatego boję się ciemności.
Dziewczyna rozluźniła uścisk i biernie kołysała się w jego ramionach. Po pewnym czasie przestała drżeć, nieco się uspokoiła.
– Armin… - odezwała się cicho ochrypłym głosem. – ...zostaniesz, dopóki nie zasnę?
Chłopak skinął głową.
Tego wieczoru sam bał się wracać do pokoju po ciemku.
