Lecieli wysoko ponad polem bitwy, szybując nad jałowymi skałami wyspy demonów aż głazy przeszły w rozległą równinę.
Pod nimi Sam widział ludzi ze swojej wioski ustawionych w rzędach, z bronią w gotowości. Po drugiej stronie równiny czekały demony, rycząc i wykrzykując wyzwania, z ogonami i skrzydłami gotowymi do walki.
W samym środku ich szeregów Sam zobaczył wielką, ciemną figurę, stworzenie prosto z koszmarów i potwór z jego dzieciństwa – Żółtooką Śmierć, przywódcę demonów odpowiedzialnego za śmierć matki chłopaka. Sam jego widok przyprawiał Sama o dreszcze, a wspomnienie jego strasznych, martwych oczu ożyło w jego umyśle.
Był ogromny, większy niż jakikolwiek inny demon na polu bitwy, bez porównania. Czarny, ale nie smukły i piękny jak Ruby, tylko czarny tą matową czernią jaka pojawia się na krańcach zainfekowanego mięsa, jak martwicze ciało. Był pokryty otwartymi ranami, z których sączyła się ropa zamiast krwi – te rany nie wzięły się z bitew, ale od wygrzewania nieumarłego cielska na słońcu, to promienie słoneczne tak rozszczepiły ciało. Płaty skóry zwisały z jego żuchwy i szyi, z każdego kręgu w kręgosłupie i z kości wypychających skórę na jego grzbiecie.
Widok tak potworny jak we wspomnieniu Sama i chłopak nie mógł powstrzymać drżenia.
Tym razem nie zamierzał uciekać.
Sięgnął w dół i poklepał Ruby po lewym barku, czując jak przechyla się i zaczyna opadać na tą stronę jednocześnie ustawiając skrzydła tak, by zejście było dla Sama jak najłatwiejsze. Trzymał się mocno aż wylądowali. Ruby wygięła grzbiet w łuk ostrożnie stawiając tylne nogi na ziemi, potem przednie i potruchtała kawałek składając skrzydła i Sam zeskoczył na ziemię. Jego buty mocno stuknęły o skały. Uniósł wzrok i spojrzał na obie armie – jedną z każdej strony – wszyscy patrzyli się na niego i Ruby. Ze strony ludzi dochodziły ciche pomruki, a od demonów warknięcia.
Sam starał się wypatrzyć swojego ojca i brata, ale mimo tego, że przewodzili wszystkim Celtom, byli ukryci pośród mas. Sam z trudem przełknął ślinę i zwrócił się do Ruby.
- W porządku – wymamrotał sięgając do jej nosa. - Pokażemy im. Ty i ja.
Ruby opuściła głowę zginając długą szyję i Sam przycisnął swoje czoło do jej. Zamknął oczy.
- Jesteśmy tacy sami. Oboje kogoś przez to straciliśmy... Oboje jesteśmy sierotami, ale bez względu na wszystko nie będziemy walczyć. Nie będziemy walczyć. - Nawet gdyby zginęli, a Sam wiedział, że tak będzie, nikt nie mógł odebrać im tego co tu mieli. Ruby uniosła skrzydła z grzbietu i owinęła je wokół ciała Sama naciskając na jego plecy między łopatkami, żeby przygarnąć go do siebie – nie był mały, ale przy niej tak właśnie wyglądał. Uniósł własne dłonie do jej łuskowatej głowy. - Nie będziemy walczyć i tak im pokażemy.
Nikt nie mógł ich do tego zmusić. I nikt nie mógł powiedzieć, że nie dawali świadectwa przed nimi i bogami, że ta bitwa nie musiała mieć miejsca.
- Ty i ja – wymamrotał Sam. Nagle powietrze rozdarł ryk – okrzyk demona, który odbijał się echem, tak głośny, że zdolny do poruszenia ziemi i roztrzaskania nieba, ale chłopak nie zamierzał się nawet poruszyć, a Ruby nie zamierzała go opuścić.
Mocniej zacisnął ramiona czując na sobie wzrok Żółtookiej Śmierci, jak jego spojrzenie skupia się na nim i Ruby.
"Zabijał ich jednego po drugim a ich demony poświęcał swojej sprawie. Zabierał naszych ludzi by podtrzymać swoją potęgę. I wiem, że jest potworny i że przyjdzie po mnie. A jednego dnia przyjdzie też po ciebie. Nie możesz pozwolić by cię zabrał, Sam. Cokolwiek się stanie nie możesz pozwolić by cię dostał. Bez względu na wszystko.
Rozległ się drugi krzyk, wściekłość i nieskończona nienawiść pobrzmiewały w nim gdy niósł się nad równiną na kształt fali, syku wrzącej pary, marzenie, by zedrzeć skórę rozerwać ciało. Nienawiść stworzenia żywego od tysięcy lat. Sam czuł strach stojąc naprzeciw takiej nienawiści, nosił go ze sobą zawsze. Żył z nim, oddychał nim i spał z tym lękiem całe swoje życie. Napiętnowano go jako tchórza i głupca dlatego, że demon tak stary jak sami bogowie zajrzał mu w duszę i wypalił jego niewiedzę – jego zdolność do udawania, że świat jest lepszy niż w istocie. Do udawania, że śmierć może być dobra albo wspaniała. Jego umiejętność udawania, że świat nie był zły ani straszny. Ale on wiedział zbyt wiele – wiedział jak wygląda śmierć i nigdy nie mógł tego zapomnieć.
Ale teraz już nie był czterolatkiem, umazanym krwią matki i ledwo mogącym oddychać.
Był starszy, niemal stał się już mężczyzną, a razem z nim, przeciw niemu, odmawiając opuszczenia go, była najszczersza przyjaciółka jaką kiedykolwiek miał: demonica, nie dużo starsza od niego, wciąż młoda, dorastająca, która stała teraz z nim, gotowa na śmierć, nie dla chwały, ale dlatego, że oboje nie chcieli już więcej uciekać, nawet od całej tej nienawiści.
Sam owinął wokół niej swoje ramiona i pocałował ją w nos, zupełnie tak, jak tego ranka.
- Kocham cię – wymamrotał, a ona odpowiedziała mu ciepłym pomrukiem.
Sam nigdy nie przestał czuć lęku, ale nareszcie przestał uciekać.
- Sam! - ktoś krzyknął przerywając pełną powagi ciszę pola bitwy i wbrew samemu sobie Sam poderwał głowę szukając w tłumie tego głosu, znajomego, nie do pomylenia: jego rodziny i osoby, którą kochał ponad wszystko. Szybko przeskanował wzrokiem tłumy w poszukiwaniu tej jedynej twarzy swojego brata, ale nie znalazł nic. Poczuł w piersi ukłucie, a potem coś złapało promienie słońca, jakiś kawałek stali i oczy Sama natychmiast zwróciły się w tamtym kierunku.
Zobaczył ojca, który patrzył po strzale nałożonej na cięciwę wspaniałego łuku, śmiercionośnego łuku-zabójcy demonów. Patrzył po strzale prosto na Ruby.
Z następnym oddechem John wystrzelił i Sam usłyszał cichy brzęk cięciwy gdy jego serce zatrzymało się na jedno uderzenie. Nie miał chwili na przemyślenia. Nawet najmniejsza rana spowodowana tą bronią zabiłaby Ruby i Sam poczuł jak grot wbija się w jego pierś zanim jeszcze zorientował się, że się poruszył, przebiegł pod skrzydłem Ruby by wziąć uderzenie na siebie. Usłyszał jak ktoś daleko od niego krzyczy i był to dźwięk nieskończonego cierpienia i bólu, do którego dołączyła się Ruby, siadając na tylnych łapach i zamykając go w uścisku przednich, owijając go pajęczyną swoich skrzydeł.
Sam nie czuł bólu, jeszcze nie. Tylko ucisk w piersi, trudność w oddychaniu. Jego ciało leżało zawinięte w skórzaste skrzydła Ruby, jej łapy mocno go trzymały, a on próbował tylko wziąć oddech, zwilżyć językiem usta, pozbyć się mętów ze wzroku i zorientować się co się z nim działo.
Gdy spojrzał w dół na siebie zobaczył szerokie drzewce strzały, które dziwnie, nienaturalnie wystawało mu z piersi, wokół którego zawinięta była skóra jego kaftana. Wznosiło się i opadało razem z jego klatką piersiową, jakby było żywą częścią jego. Powoli uniósł rękę i dotknął gładkiej powierzchni drewna, zaciskając zęby i słysząc własny pomruk bólu. Jego ręka opadła.
Nie powinien dotykać strzały. Nie powinien jej wyciągać. Wiedział, że nie może jej wyciągnąć. Zajmował się już ludźmi z takimi ranami – to nie strzała ich zabijała. To krwawienie po jej wyjęciu odbierało im życie. Potrzebował mieć przy sobie rozgrzane żelazo, kogoś, kto byłby gotów do przypalenia rany po wyszarpnięciu strzały.
Nad nim Ruby zawodziła, przyciągając go do siebie jakby był jej dzieckiem.
- W p'rządku – wydyszał unosząc dłoń do jej nosa. Lepiej, że on niż ona. On mógłby to przeżyć. Ona by umarła. - W porządku. Nic mi nie będzie...
Gdzieś daleko Żółtooka Śmierć wrzasnął znowu, ryknął przerażająco i Sam zakasłał, krztusząc się krwią. Nic nie mógł zrobić gdy armia demonów ruszyła przed siebie, te ze skrzydłami wzbiły się w powietrze, a te bez nich podążyły za swoim cuchnącym dowódcą do walki. Sam nie mógł zrobić nic, tulony w ramionach Ruby ze strzałą wbitą w pierś, gdy poczuł jak ziemia drży pod ciężkimi krokami, gdy usłyszał odpowiadający okrzyk Celtów rzucających się do walki z nadchodzącą ofensywą demonów.
Ruby zwinęła się nad nim w kłębek, ukrywając go przed światem gdy dwie armie starły się wokół nich.
Sam czuł na sobie jej ciepły oddech, wdech i wydech, słyszał ścierające się ciała, krzyki złości i bólu zarówno ludzi, jak i demonów, dźwięki metalu na łuskach i wyciągnął dłoń do nosa Ruby.
- Nie bój się – wymamrotał żałując, że ona go nie rozumie. Zależało mu na jej życiu, bardziej niż na swoim. Jej śmierci żałowałby znacznie mocniej, bo to jej lojalność względem niego ją tu przyprowadziła.
Zamknął oczy i oparł się o jej ciepłe ciało, cała bitwa wydała mu się taka odległa pomimo tego, że wrzała wokół niego – był ukryty, zawinięty w Ruby i sytuacja wydała mu się nieprawdziwa. Wszystko to znajdowało się jakby za zasłoną, po drugiej stronie skrzydeł Ruby, nie było częścią ich maleńkiego świata – byli w nim tylko oni dwoje.
Pazury zapiszczały na skale i chłopakowi skóra ścierpła na ten dźwięk, po nim krzyki ludzi stawały się głośniejsze i nagle urywały się. Palce Sama drgnęły i zacisnęły się i wiedział co to było zanim jeszcze w pełni to zrozumiał.
Ruby ryknęła zdenerwowana gdy Żółtooka Śmierć złapał ją, odciągnął od Sama i chłopak opadł twardo na ziemię z stękając z bólu. Jego dłonie natychmiast powędrowały do strzały wystającej mu z klatki piersiowej i zacisnęły się na niej.
Nad nim Żółtooki potwór trzymał w swoich szponach Ruby i widząc to Sam wyciągnął rękę w beznadziejnym geście zwijając dłoń w pięść.
- Nie, zostaw-! Odstaw ją na ziemię! - próbował krzyknąć, ale wyszedł mu tylko charkot.
Potwór spojrzał w dół na niego i zaśmiał się.
Sam nigdy nie słyszał, żeby demon wydał z siebie taki dźwięk, nawet nie wiedział, że tak potrafią.
A już z całą pewnością nigdy nie sądził, że demon zaśmiałby się w odpowiedzi na coś, co on sam powiedział. Jakby go zrozumiał.
Śmierć odrzucił Ruby daleko na bok i Sam zobaczył wreszcie, że pośród całej bitwy wokół nich utworzył się pierścień, w którym nikogo nie było. Nikt nie chciał zbliżać się do nieśmiertelnego ciała Żółtookiej Śmierci. Sam próbował odczołgać się do tyłu pomimo bólu od strzały w piersi, ale demon szedł żwawo. Nagle w jednym płynnym ruchu zmienił się – jego ciało rozpłynęło się jak woda zassana do środka, kondensując i poruszając się w niemal hipnotycznym rytmie – aż na miejscu demona stał człowiek i Sam zamarł patrząc w przerażeniu.
W tej postaci był równie martwy, równie przegniły. Brakowało mu jednego policzka przez który widoczne były zęby i kawałek żuchwy. Jego okropne żółte oczy skupione były na Samie.
- Witaj, Sam – powiedział perfekcyjnie wyraźnie choć jego usta były zmasakrowane i źle się poruszały i Sam wrzasnął, wrzasnął pomimo krwi w płucach i metalu w piersi. U jego boku Ruby wydała z siebie dźwięk, jakiego nigdy wcześniej u niej nie słyszał – jakiś dziwny jęk, długi skowyt, jak metal na metalu. Widział jak miota się jak ryba wyrzucona na brzeg nie mogąc kontrolować własnego ciała, jej źrenice rozszerzały się i zwężały nierówno a jęzor wytoczył się z paszczy gdy walczyła z więżącą ją mocą.
Żółtooka Śmierć podchodził bez wahania, spokojnym krokiem, jakby to był żaden wydatek wobec jego potęgi.
"Cokolwiek się stanie, nie możesz pozwolić by cię dostał. Bez względu na wszystko."
Bez względu na wszystko.
Sam wiedział teraz co matka chciała powiedzieć, mając przed sobą potwora swojego dzieciństwa, każda uncja strachu jaki kiedykolwiek czuł, każdy raz gdy podskoczył na domniemany ruch w ciemności, każdy dreszcz jaki przebiegł mu po plecach.
Oczy Sama wciąż były szeroko otwarte a, głos wciąż szorstki gdy charczał w panice, gdy sięgał po nóż za pasem i szybko przystawił go sobie do szyi.
W następnym momencie potwór był na nim, owinął dłoń wokół gardła Sama, a drugą wyszarpnął mu sztylet i wyrzucił jak najdalej.
- Nawet się nie waż – zamruczał Żółtooka Śmierć patrząc się wprost na Sama, zupełnie jak jedenaście lat wcześniej. - Całe lata czekałem na twoją matkę tylko po to, żeby musieć ją zabić gdy zaczęła się wiązać z jakimś innym demonem. To było... przykre, że musiałem ją zabić. Ale nie mogłem pozwolić żadnemu innemu demonowi, żeby to miał.
- Co- Sam próbował złapać oddech mimo paniki. - O czym ty mówisz?
- O więzi, mój mały Celcie. - Bestia przycisnęła go z powrotem do ziemi z dłonią wciąż na gardle Sama i Sam skrzywił się gdy ruch poruszył strzałą. - Jest znacznie potężniejsza niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Potężniejsza, niż ktokolwiek to sobie wyobrażał.
- Nie rozumiem...
- Moc, by żyć wiecznie. Moc do zmiany postaci. Moc kontroli, widzenia i znacznie więcej... Moi jeźdźcy tyle mi dali przez te lata.
- Coś ty... coś ty im zrobił? - Dłonie Sama zacisnęły się na nadgarstku demona, słaby protest w obliczu jego siły.
Demon uśmiechnął się, rozciągając swoją przegniłą twarz.
- Zjadłem ich.
Jego słowa były ponure i straszne i okropniejsze niż cokolwiek Sam zdołałby sobie wyobrazić.
- Wziąłem swojego pierwszego jeźdźca, mojego prawowitego jeźdźca, do swojego ciała – kontynuował demon choć Sam wolałby, żeby przestał. - Wieki temu. Milenia. Wchłonąłem jego wraz z całą naszą mocą. Skonsumowałem więź i potem już wiedziałem. Zrozumiałem, te dźwięki, które wydawali ludzie nagle nabrały sensu. Pożarłem go tak jak pożarłem wszystkich innych po nim, tak samo jak pożrę teraz ciebie. Zabiorę tą śliczną moc, która płonie pod twoją marną skórą... - Ręka demona ześliznęła się niżej, pieściła gardło Sama jakby był jakimś delikatesem. - I będziemy żyć wiecznie, ty i ja.
- Bogowie – zaklął Sam trzęsącym się głosem. - Złaź ze mnie...
- Nie musisz tego chcieć, ani nawet nie musi ci się to podobać. Po tym pierwszym... już nie potrzebowałem, żeby jeźdźcy mnie szukali. Oni nie mieli w tym nic do powiedzenia. Mój pierwszy był słaby. Ledwie iskierka. Ale po nim... nie musiałem czekać, aż jakiś człowiek mnie wybierze. Mogłem sam ich sobie wybrać.
- On ci ufał... Kochał cię. - Sam nie miał najmniejszych wątpliwości, że tak właśnie było. Nie musiał znać tego jeźdźca, martwego od setek czy tysięcy lat. Żeby wykonać taki gest, oddać połowę swojej duszy – taka miłość biegła w żyłach. Była nie do przerwania. Nie do zaprzeczenia.
- Jego miłość nie była towarem przeze mnie pożądanym. - Głos demona był zimny, lekceważący, jakby nie zbezcześcił takiej świętej więzi, jakby nie wziął dla siebie całej czyjejś osoby i jej nie użył.
Ręka Śmierci, z łuskowatą i suchą, martwą skórą, zeszła z gardła Sama niżej i pieściła teraz drewno strzały i Sam próbował się odsunąć bo ten dotyk napawał go obrzydzeniem, sama myśl, że ten potwór, ta abominacja, go dotykała. Jeszcze bardziej nienawidził myśli, że to coś sięgnie do jego wnętrza i weźmie sobie jego duszę, a potem całą resztę.
- To boli, za każdym razem, wiesz – powiedział Żółtooka Śmierć uśmiechając się słodko z oczami przymkniętymi jakby rozpamiętywał jakąś czułą scenę. - To uczucie kiedy stajemy się jednością, żebym mógł ich zaraz rozedrzeć, pochłonąć. Czuję ból. Ich ból. A potem czuję moc. Czuję jak we mnie narasta, staje się moja i czuję ich agonię w tym samym czasie. W agonii i we mnie, aż stają się częścią mnie, częścią nas i jesteśmy jednym. To boli za każdym razem i jest rozkoszne.
- Jesteś szalony – wydyszał Sam z oczami otwartymi szeroko.
- Być może. - Demon otworzył oczy, w których odbijało się światło Sama, błyszcząc tak jasno i potwór zapatrzył się w nie żarłocznie z obleśnym uśmiechem. - Ale ja zawsze wygrywam więc mi to nie przeszkadza. - Klęknął i pochylił się nas Samem. - Ty i ja... będziemy czymś więcej, chłopczyku. Twoja mama była niezłym cacuszkiem, ale ty... ty jesteś jak drogocenny klejnot. Jak święte światło, które dało początek temu światu. Umieszczę cię w centrum mojej korony. Z twoją mocą w sobie nikt nigdy nie będzie w stanie mnie powstrzymać.
- To dlatego ją zabiłeś? - Starała się oddychać mimo bólu, zając demona rozmową. Wszystko co mówił było straszne i złe i Sam wcale nie chciał tego słyszeć, ale to było lepsze niż więź. Będzie słuchał bredni demona przez lata jeśli da radę jej uniknąć.
- Zabiłem ją bo zaczęła tworzyć więź z tamtą samicą – zadrwił Śmierć podwijając martwe, zniszczone wargi. - Jak się zacznie to nie ma szans, żeby to zatrzymać. Nie ma zwrotów. Nie mogłem jej powiązać. Była bezużyteczna. Więc się jej pozbyłem.
Sam zakrztusił się, oddychanie przychodziło mu teraz ciężej nie tylko z powodu strzały. Jego matka, którą kochał, którą kochał jego brat, jego ojciec; jego mama, która zasługiwała na życie bez względu na to, czy była kochana, która miała swoje sny i marzenia i żale, która nie była idealna, ale za to idealnie ludzka, została zamordowana tylko dlatego, że była nieprzydatna. Bo skoro Śmierć nie mógł jej użyć, to nie było sensu pozwalać jej żyć.
Pomimo całego bólu, który czuł Sam zdołał wyprowadzić uderzenie, wściekłość dodała mu sił, ale Śmierć łatwo złapał jego rękę, owinął drobną dłoń Sama w swoje paskudne łapsko i chłopak poczuł jak jego kostki ocierają się o suche, spękane kości przez cienką, przegniłą skórę. Próbował się uwolnić, ale potwór wbił końcówki swoich kościstych palców w jego ciało.
Sam wrzasnął i zarzucił głową z bólu, wyginając plecy w łuk.
- No no no... Tak nie może być. - Demon łypnął na niego chciwie przysuwając się jeszcze bliżej. - Nie masz pojęcia... W ogóle nie wiesz. Żyję dłużej niż twój delikatny, idiotyczny umysł jest w stanie ogarnąć. Widziałem więcej ludzi niż ich teraz żyje wszystkich na ziemi... A ty jesteś najjaśniejszym światłem na jakie kiedykolwiek patrzyłem. Znacznie jaśniejszym niż wszystkie gwiazdy na niebie. Twoja moc, twoje istnienie, da mi wieczność. Da mi ciało, którego nie zabije żadna broń, nie ważne jak wspaniale wykuta. Łazisz sobie pozwalając temu światłu lśnić wszędzie jakby było niczym. Jakbyś się prosił, żeby je ktoś sobie wziął.
- Pierdol - zaczął Sam biorąc przykład z Deana – się.
Splunął demonowi w twarz, a ten zagapił się na niego przez chwilę. Sam odwzajemnił spojrzenie z otwartą butą.
A potem dłoń demona wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na strzale i Samowi zabrakło oddechu tuż przed tym jak demona wyszarpnął ją jednym, brutalny, ruchem i Sam wrzasnął, krzyknął w czystej agonii gdy grot opuścił jego klatkę. Słyszał jak Ruby do niego woła, desperacko starając się do niego dostać, ale nie mogła.
Sam jeszcze nigdy wcześniej nie czuł takiego bólu. Zawsze słuchał jak Bobby opowiada jak stracił rękę i śmiał się gdy mężczyzna żartował o tym, ale o bogowie, nie było w tym nic śmiesznego. Nie miał pojęcia jak Bobby mógł żartować, jak on mógł żartować z czegokolwiek znając taki ból. Czuł jakby doświadczenie tego bólu było wypisywane ciężkim, niezmywalnym tuszem w jego duszę, cały płonął. Czuł jak krew tryska z rany i to było to. To było to.
Teraz już nie dało się tego uniknąć. Bez strzały jako korka Sam się wykrwawi, cała jego krew wypłynie na ziemię. Już nie żył. Tylko jego ciało jeszcze tego nie wiedziało.
Demon zanurkował i jęknął zlizując krew z piersi Sama, wciskając język w ranę, wylizując to, co wypływało z każdym uderzeniem serca chłopaka, śmiejąc się i spijając Sama – przystawkę przed głównym daniem gdy demon stworzy więź bez zgody Sama i pochłonie jego ciało jakby był owcą, którymi demony tak lubiły się pożywiać.
Teraz miał go pochłonąć, ciało i duszę, a potem to Sam byłby tym ogniem, który zasilał potwora przez następne lata, dekady czy wieki, aż w końcu by się wypalił i demon znalazłby następną ofiarę. Chyba że Sam nigdy by się nie wypalił. Chyba że ta moc, której pożądał od niego demon naprawdę wystarczyłaby, żeby dać mu nieśmiertelność i tyle więcej.
Jego matka miała rację. Sam umierał od cholernej dziury w piersi – nie musiał się sam zabijać – ale matka miała rację. Nie mógł na to pozwolić, nie mógł pozwolić, żeby to się wciąż wydarzało. On i Ruby przylecieli tu gotowi umrzeć. Przybyli tu, żeby zakończyć to wszystko i gdyby zginęli to przynajmniej naprawiliby tym przyszłość. Przynajmniej oddaliby życia w dobrej sprawie.
Sam chciał oddać życie w dobrej sprawie.
Umarłby szczęśliwy gdyby mógł zrobić coś takiego – skończyć coś takiego.
Takiego potwora.
Świat się rozmywał i stawał się coraz zimniejszy, jakby wkradał się w niego chłód zimowej nocy, kiedy światła domostw świecą upiornie w ciemności, a ich blask odbija się na śniegu. Demon zamierzał użyć wszystkiego co zostanie z Sama by skrzywdzić jego rodzinę. Chciał użyć jego siły by dalej trzymać Ruby i jej pobratymców jako niewolników pod swoją kontrolą i wszystko będzie tak samo złe jak teraz, może nawet już na zawsze.
Sam nie mógł znieść tej myśli.
Wyciągnął rękę macając wokół siebie podczas gdy Żółtooka Śmierć wylizywał ranę w jego piersi, wpychając jęzor w dziurę; bolesne i obleśne. Sam zebrał w sobie ostatki życia, ile tylko udało mu się znaleźć, oddychając nieregularnie z bólu. Jego płuco zapadło się pod ciśnieniem wdychanego powietrza, jego ciało umierało. Palce Sama znalazły coś cienkiego i cylindrycznego i mocno się na tym zacisnęły.
Zbierając każdą najmniejszą cząstkę siły, całą siłę woli i determinację jaka mu została i wyrzucił ramię w górę wbijając grot strzały, strzały, która była w jego piersi, strzały, która go zabiła, w szyję demona.
Potwór odskoczył z nieludzkim krzykiem, łapiąc za strzałę i drapiąc drzewce, ale nic mu to nie dało. Sam widział jak rana skwierczy, lśni i każda żyła w ciele demona nabiera tego blasku. Dźwięki bitwy zamarły i Sam pomyślał, że on też wreszcie odchodzi, ale nie.
Walka zwalniała, aż w końcu się zatrzymała.
Sam dyszał starając się utrzymać przy życiu, żeby zobaczyć to do końca i rzucił wokół siebie umęczone spojrzenie. Wszędzie wokół hordy demonów zwalniały swoje ataki, odstępowały, z ich oczu uciekała żółć, zaczynały się na nowo skupiać i zwracały na centrum pola bitwy, na Sama i jego mordercę. Na Sama i jego ofiarę.
Niewolniczy pan demonów umierał. Możliwe, że czuły jak się wypala, jak po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna wracała ich wolna wola. Zamierały i odwracały się by spojrzeć jak blask narastał w ciele potwora i Celtowie też patrzyli, opadała każda broń, każda głowa powoli się odwracała, każde oko skupiało na spektaklu w centrum pobojowiska.
Demon wbił w Sama wzrok pełen niedowierzania, jakby myśl o tym, że może zginąć nigdy nie przyszła mu do głowy i Sam pomyślał, że chyba tak właśnie było.
Sam zacisnął zęby oddychając nierówno, odwzajemniając się spojrzeniem pełnym wściekłości nie chcąc oddać mu nawet tego małego zwycięstwa.
- To... - zaczął i wziął głębszy oddech mimo tego, że bolały i rwały go od tego płuca jakby ktoś raz za razem ciął je nożem. - To za naszą mamę... ty sukinsynu.
A demon gapił się na niego, aż w końcu odrzucił głowę w tył, światło wylewało się z niego, i Samowi wydało się, że widzi ludzi, którzy padli ofiarą potwora, ludzkie dusze, które zostały pożarte i uwięzione na nie wiadomo jak długo i walczyły o wolność rozrywając teraz demona na strzępy.
Sam nie miał już siły się zastanawiać. Jego ciało było pełne bólu i zmęczone, walczyło o przetrwanie każdą częścią i przegrywało, fantastyczny pokaz świateł tuż przed nim stał się rzeczą odległą, aż zniknął zupełnie z jego wciąż kurczącego się świata. Zaczęło mu się robić ciemno przed oczami, ale wszystko co Sam chciał wiedzieć, to to, że wygrał. Że pomścił matkę. Że wygrał Ruby wolność, wolność dla jej pobratymców.
Próbował się rozejrzeć i znaleźć jakąś przyjazną twarz, jakąś ostatnią odrobinę miłości, żeby nie musiał umierać w samotności. Żeby wiedział, że nie jest sam.
Ale świat gasł w jego oczach i Sam pozwolił głowie opaść na ziemię i zamknąć się powiekom. Przynajmniej jedną ostatnią rzecz wiedział.
Udało mu się.
Udało mu się.
Udało mu się.
Sam nie spodziewał się więcej obudzić, ale kiedy otworzył oczy wiedział dlaczego.
To był Dean.
Dean nim potrząsał i krzyczał do niego.
Jedyna osoba, która mogła przywołać Sama z powrotem, chociażby na krótką chwilę.
- Sam! - Brzmiał jakby był zupełnie rozbity, obdarty z ułudy. Sam poczuł jak jego serce, o którym nie sądził, że jeszcze bije, ściska się ze współczuciem, tak nieprzyzwyczajony był do widoku swojego dużego, silnego starszego brata tak zranionego. - Sammy, błagam! Błagam, Sammy, otwórz oczy.
I Sam otworzył. Bo zawsze starał się słuchać brata.
- O bogowie, o dzięki bogom... - Dean patrzył w dół na niego z rozchwianym uśmiechem na ustach. Nad nimi niebo wciąż było szare i pochmurne. Wciąż byli na polu bitwy. Sam nie czuł już bólu. W ogóle niewiele już czuł.
- Już dobrze – powiedział Dean. - No dalej, daj mi spojrzeć. - Dłonie Deana przeszły z ramiona Sama na jego pierś i przycisnęły ranę starając się zatrzymać powolny już teraz upływ krwi. Żółtooka Śmierć odszedł, dokąd Sam nie wiedział i nic go to nie obchodziło. Wystarczyło, że demon zniknął. Sam nie martwił się, że umiera. Wszystko czego chciał to żeby demon odszedł i dokonał tego. Brakowało mu oddechu, żeby coś powiedzieć, albo żeby zadać Deanowi pytanie.
- Nawet nie tak źle – mówił dalej Dean, nieświadomy, z determinacją w głosie starając się wszystko zlekceważyć nie ważne jak mocno był wstrząśnięty. - Nawet nie tak źle, co? Sammy... - Uniósł wzrok, spojrzał na twarz Sama i złapał ją w dłonie z powrotem ściągając na siebie uwagę Sama. - Sam! Hej, słuchaj mnie, poskładamy cię, okej... Będziesz jak nowo narodzony... Zajmę się tobą. Zajmę się tobą. Jestem tu. Na tym polega moja robota, co nie? Opiekować się swoim uciążliwym-jak-cholera braciszkiem? - Dean ciężko przełknął ślinę a potem zaśmiał się z wymuszeniem i Sam chciał powiedzieć bratu, że go kochał, że zawsze go kochał, nawet kiedy był maleńki i nie wiedział co to miłość, ale teraz już nie oddychał i blade kolory świata zaczęły się zlewać. Wylewać. Dean gwałtownie nabrał powietrza.
- Nie. Nie nie nie... Sam!
Krzyk Deana ledwo do niego dotarł, wraz z dotykiem jego dłoni na twarzy.
A potem coś zasłoniło słońce sprawiając, że świat stał się jeszcze ciemniejszy i odleglejszy. Niewiele już widział, ale zobaczył jak coś ciemnego się do niego zbliża.
Coś ciemnego z łuskami i dwoma wielkimi krwisto-czerwonymi oczami.
Poczuł coś, coś jak delikatne łaskotanie: ciepło, światło, które od tej niewielkiej iskierki urosło w wielki pożar, który przeszedł przez niego, pochłonął go tak jak chciał Żółtooka Śmierć, ale inaczej. To było mniej zabieranie, a bardziej dawanie.
Sam poczuł jak to go wypełnia, poczuł jak sięga by odpowiedzieć chociaż nie był w stanie ruszyć jednym palcem, a potem świat stał się biały i zniknął.
Wszystko pochłonęła cudowna cisza i Sam stracił przytomność.
/txtbreak/
Przepraszam za zwłokę! Myślałam, że uda mi się wstawić nowy rozdział wczoraj, ale nie zdążyłam :( W zamian za to daję wam punkt kulminacyjny całej historii plus coś na dodanie otuchy na koniec. Planowałam pierwotnie urwać wcześniej ;)
No i cóż, został nam jeden rozdział i epilog i to koniec! o.o Szkoda...
Piszcie co myślicie i do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
