No i następny rozdział nadszedł - wiem, długo, ale sprawy ostatnio nieco mi się wymknęły spod kontroli w związku z moim niedawnym wyjazdem za granicę. Plus, szykują sie spore poprawki w pierwszym i drugim rozdziale, bo jak to zwykle bywa, po jakimś czasie zaczyna się widzieć mnóstwo błędów w swoich tekstach. Ale dosyć o tym - enjoy! Wszelkie komentarze mile widziane :)


Następnego ranka, jeszcze przed świtem chłopak znów do niej przyszedł. Gdy otworzył drzwi do sali, najwyraźniej jeszcze spała, lecz po chwili się obudziła.

Światło poranka migotało na drewnianej podłodze pokoju. Rześkie, pachnące jeszcze nocną burzą powietrze wpadało przez uchylone okno. Dziewczyna powoli podniosła się z posłania, mrużąc oczy w reakcji na świecące jej w twarz słońce. Armin dostrzegł, że zagięcia materiału poduszki odbiły się czerwienią na jej policzku. Potargane włosy zasłaniały pół twarzy. Chłopak mimowolnie uśmiechnął się widząc, jak zazwyczaj zdyscyplinowana i pewnie działająca Annie przeciera niemrawo oczy. Ten uśmiech zniknął jednak, gdy przypomniał sobie dlaczego tu był.

– Annie... Przepraszam, że cię męczę, ale musimy porozmawiać przed rozprawą. – Chłopak podsunął sobie krzesło i usiadł. Splótł palce, wpatrując się w nie intensywnie. Nie miał pojęcia jak zacząć. Ta sprawa była zbyt skomplikowana, by ujmować ją w zwykłe słowa, a jednak musiał. – Słuchaj... – Wziął głęboki oddech, starając się przemyśleć to, co mówi. - ...wcielenie cię do oddziału zwiadowczego to jedyny sposób na twoje przeżycie. Rozumiesz to, prawda? Nie chcesz... Nie chcesz tam do nich chyba wracać. – Armin poczuł się strasznie już w momencie, w którym te słowa opuściły jego usta. Annie wyczuła zagrywkę.

– Armin... – Dziewczyna uśmiechnęła się sarkastycznie. – Już raz mi zagrałeś na emocjach. Proszę, nie rób tego po raz drugi.

Blondyn poczuł, jak na policzki wpływa mu rumieniec wstydu. Nie chciał tak tego załatwiać, ale to była jedyna szansa.

– Mówię prawdę. Jesteś nam potrzebna. A my tobie.

Wzrok Annie stał się chłodny, gdy zrozumiała, że rozmówca nie zamierza odpuścić. W jej oczach czaiła się słabo ukrywana wściekłość. I żal – ale tego Armin starał się nie zauważać. Już i tak czuł ukłucie winy.

– Oni nie odzyskają mi ojca. – Zimny ton głosu dziewczyny zmroził blondyna, jednak nie aż tak bardzo, jak jego własny po chwili.

– Zgodzili się.

Czarne źrenice rozszerzyły się gwałtownie na tle szaro-błękitnych tęczówek.

– Skoro tytani porwali twojego ojca, to znaczy, że musi posiadać coś, co dla nich jest wyjątkowo ważne. – Chłopak wziął głęboki wdech, czując, jak wyrzuty sumienia napierają mu na klatkę piersiową jak głaz. Wypuścił powietrze, starając się nie patrzeć na te boleśnie wypełnione nadzieją oczy. - Być może są to informacje. W każdym razie, przejęcie go jest ważnym celem strategicznym dla ludzkości. Nie wszyscy są z tego zadowoleni. Ale się zgodzili.

– Nie wierzę, że tak po prostu zgodzili się na taką misję. – Na twarzy Annie powoli formował się przerażony, niemal psychotyczny uśmiech. – Armin, to samobójstwo. – Zaśmiała się, jednak nie było w tym śmiechu wesołości. – Tam musi być jakaś... Jakaś siedziba ludzi, którzy z nimi współpracują. – Dziewczyna zająknęła się w potoku słów wypływającym z niej niekontrolowanie z. Kąciki jej ust powoli opadały. Chłopak był boleśnie świadomy tego, że już mu uwierzyła. Podświadomie czuła, że coś jest nie w porządku, więc broniła się ostatkami sił. Ale i tak już mu uwierzyła. – Na pewno będzie odpowiednio chroniona i jestem prawie pewna, że ci ludzie także mogą korzystać z tytanich postaci... Tak na dobrą sprawę, nie wiemy nawet czy on... Czy on w ogóle jeszcze żyje. – Ostatnie słowa ledwo z siebie wydusiła.

– Jeśli używają go, żeby cię szantażować, nie mogą go zabić. – Chciał już skończyć tą konwersację i wyjść. Nie mógł znieść tej nadziei, którą w niej rozpalił.

– Armin, oni musieli już się dowiedzieć, że zostałam złapana. W takiej sytuacji mogli się już go pozbyć. – Dziewczyna wbijała w niego wzrok, starając się o jakiekolwiek logiczne rozumowanie, które nie pozwoliłoby jej na wiarę w słowa rozmówcy.

– Nie zrobiliby tego. Będą liczyć na to, że wrócisz tam po niego. Ale nie będą się spodziewali, że pójdzie z tobą cały oddział zwiadowców. – Chłopak uśmiechnął się pokrzepiająco, czując w środku, jak łamie mu się serce.

Dziewczyna zagryzła wargę, spoglądając w bok. Westchnęła, jej spięte ramiona rozluźniły się w bezradności.

– Ufam ci. Proszę... Nie zawiedź mnie.

Po wyjściu z sali, Armin uderzył plecami o ścianę i powoli zsunął się na podłogę, próbując powstrzymać łzy żalu.


Chłopak wiedział, że to co zrobił, było konieczne.

Ale to nie znaczyło, że szybko sobie z tym poradzi.

Nie miał pojęcia, czy to, co powiedział Annie było słuszne. Nie wiedział nawet, czy jej ojciec faktycznie nadal żyje. Ta myśl cały czas bolała go. Argument, którego użył w tej kwestii w rozmowie, był niezwykle prosty do podważenia. Bo kto, tak naprawdę, mógłby jej zagwarantować, że tytani już nie rozszarpali jej ojca na malutkie kawałeczki?

Zatapiając się w poczuciu winy, chłopak skierował się ku bibliotece. Wbijał wzrok w podłogę przed sobą, myśląc. Czy danie jej nadziei na pewno było jedynym wyjściem? Z pewnością wykonał otrzymany rozkaz. Z pewnością zrobił coś korzystnego dla ludzkości.

Ale co z moralnym punktem widzenia?

Drobiny piasku zgrzytały mu pod butami. Nie zauważył nawet momentu, w którym przekroczył próg łącznika i trafił na korytarz. Rozejrzał się. Nie ujrzał żywej duszy. Odpowiadał mu ten fakt – chwila na przemyślenia w tych czasach była na wagę złota. Szedł więc dalej, przed siebie, nie zwracając nawet większej uwagi na to dokąd się kieruje.

Nie mógł pozbyć się wrażenia, że oszukał dziewczynę.

Teoretycznie oddział Leviego zgodził się na podjęcie misji odnalezienia ojca Annie. Teoretycznie. W praktyce Armin miał wrażenie, że był to tylko pusty argument, aby zdrajczyni miała powód, dla którego miałaby wrócić na właściwą stronę. Ale nawet gdyby blondyn chciał, to czy mógł odmówić Hanji?

„Oczywiście, że mogłem" – odpowiedział sobie na pytanie. Doskonale wiedział, że pomimo rzekomego „rozkazu" kobieta zrozumiałaby, gdyby nie chciał przekonywać Annie. Ale z jakiegoś powodu jej nie odmówił. Z jakiegoś powodu zgodził się okłamać dziewczynę.

„To nie było do końca kłamstwo" podszepnął mu jakiś głos w głowie. Myśl o tym była bardzo niewygodna, lecz Armin nie chciał pozwolić sobie na folgowanie własnemu sumieniu. Okłamał ją, i musiał o tym pamiętać. Nie wiedział tylko, czemu właściwie zgodził się to zrobić.

„Może po prostu chciałeś, żeby tu została?" Myśl na chwilę owładnęła Arminem do tego stopnia, że zatrzymał się. Spojrzał w jaśniejące niebo za oknem.

Trafił w sedno.

„Dlaczego?" zapytał siebie, ruszając dalej. Już znał odpowiedź, aż za dobrze. Zdał sobie sprawę, że od początku wiedział, już wtedy, kiedy zobaczył ją w szpitalu po raz pierwszy.

Bo chciał w nią wierzyć. Chciał, aby była z nimi, tak, jak kiedyś. Aby okazała się być tą dobrą osobą, której ufał.

„To, że chcesz, aby taka była, nie znaczy, że taka jest."

Armin stanął przed swoim ulubionym oknem, niedaleko sypialni i zdał sobie sprawę, że za kilka dni będzie musiał przed sądem bronić argumentów, do których sam nie był przekonany. Miał przekonać wszystkich do mało wiarygodnego kłamstwa.

Ogarnęło go straszne uczucie słabości. Usiadł na parapecie i bezradnie spojrzał na swoje dłonie. Dłonie człowieka, który niewiele znaczy – nie jest wyjątkowo silny, nie ma znaczącej pozycji. A jednak był jedyną osobą zdolną do podjęcia się takiego zadania. „Może dlatego, że jesteś jedyną osobą, która na coś takiego by się zgodziła?"

Nie miał pojęcia co robić. Po raz kolejny.

I po raz kolejny usłyszał kroki zza rogu.

Tym razem nie ruszył się nawet z miejsca – to były inne kroki. Zdecydowane, ale nieśpieszne, lekkie. Znał te kroki aż za dobrze. Czarnowłosa dziewczyna wyłoniła się zza zakrętu i ujrzała przyjaciela. Kąciki jej ust uniosły się odrobinę do góry. Tylko odrobinę.

– Cześć, Armin.

– Cześć. Co tutaj robisz?

– Przeszłam się... Na spacer. – Zakłopotała się lekko. – A ty?

– Tak samo.

– Wyglądasz na zdołowanego. – Usiadła obok niego na parapecie i uniosła ku niemu pytający wzrok. – Coś się stało?

Chłopak potrząsnął głową.

– Nic konkretnego. Po prostu… – Zawahał się. Nie mógł jej przecież powiedzieć co konkretnie go trapiło. Przypomniał sobie jej furię, nienawiść ku Annie. Mikasa była najmniej odpowiednią osobą do wysłuchiwania jego zwierzeń. – …nie jestem pewien, czy niektóre podjęte przeze mnie decyzje były słuszne.

Przyjaciółka patrzyła na niego przez chwilę, rozumiejąc, że blondyn nie zamierza wyjawić nic więcej. Wbijał intensywnie błękitny wzrok w przestrzeń na zewnątrz, pogrążony w sadzawce przytłaczających go emocji. Dziewczyna spojrzała za okno i westchnęła cicho.

– Wiesz, Armin, trochę się zmieniłeś przez te kilka lat.

– Hm? – Zagadnięty wyrwał się z rozmyślań.

– Uwierzyłeś w siebie. Dzięki temu wiele, wiele razy wybawiłeś nas z ciężkiej sytuacji, lub nawet ocaliłeś życia. Pamiętasz, wtedy, kiedy Eren zamienił się w tytana i chcieli go zabić? Albo wtedy, jak uratowałeś Reinera i Jeana od Annie? Opowiadali mi o tym. Nie trać teraz tej wiary. W czymkolwiek jesteś niepewny, z pewnością sobie poradzisz, jeśli tylko nie zapomnisz, ile jesteś wart. Ja i Eren już nie musimy cię bronić, chociaż nadal byśmy to zrobili, gdyby była taka potrzeba. Stałeś się silniejszy. Psychicznie, bo z tą fizycznością nadal nie najlepiej. – Mikasa uśmiechnęła się lekko, widząc, jak blondyn rumieni się na tę ostatnią wzmiankę. – Przy okazji... – Odchrząknęła, zmieniając temat. – Jutro wyjeżdżamy do miasta po zaopatrzenie. Ja, Eren i kilku innych. Może chciałbyś zapytać Leviego czy nie da ci dnia wolnego? Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłeś z nami w mieście.

Armin też nie pamiętał. Wprawdzie pracował w bibliotece tylko jeden dzień, ale wizja wyjazdu z zamku na kilka godzin wydawała się niezwykle kusząca.

– Zapytam go – rzekł blondyn, stwierdzając w myślach, że ta sprawa wymagała jeszcze odrobiny zastanowienia.

Czarnowłosa uśmiechnęła się lekko i zeszła z parapetu.

– Do zobaczenia na śniadaniu. – Pomachała mu i skierowała się do swojego pokoju.

Blondyn znów został sam.

Miło było wiedzieć, że Mikasa w niego wierzy. Cieszył się z tego faktu, jednak był pewien szczegół, który go dość mocno uwierał. Pytanie, które zadawało się mimowolnie.

„Czy powiedziałaby to samo, gdyby wiedziała odnośnie czego mówi?"

Armin nie mógł z czystym sumieniem odpowiedzieć sobie „tak".


Na śniadaniu Eren wydawał się być wyjątkowo przybity. Jak zazwyczaj jadł, nawet, gdy nie był bardzo głodny, tak tego dnia skubał jedzenie końcem widelca co kilka sekund wmuszając w siebie kolejne kęsy. Zdawał się być oderwany od rzeczywistości, niemal tak bardzo, jak oderwany był sam Armin. Mikasa poprzez samą obecność przyjaciół nastrajała się tak samo jak oni. Posiłek upłynął w atmosferze przygnębienia. Na koniec wszyscy rozeszli się bez słowa.

Blondyn skierował się do biblioteki, mając świadomość, że tego dnia musi dokończyć pracę, od której poprzedniego dnia oderwała go Hanji. Nie mógł pojechać razem z Erenem i Mikasą. Z drugiej strony, sam nie był pewien, czy to byłby dobry pomysł – nie z tym poczuciem konfliktu między nimi a Annie. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin jednak tyle się wydarzyło, że był wdzięczny za chwilę pracy w samotności. Prócz tego, w końcu miał moment, który mógł spędzić samemu – gdy się zastanowił, zauważył, że od spotkania z Hanji praktycznie zawsze mu ktoś towarzyszył. Teraz miał czas na wyciszenie. Czuł się już odrobinę lepiej, niż kiedy wychodził ze szpitala – wyrzuty sumienia odrobinę ucichły, a on sam poczuł, że robi to w dobrej sprawie.

Chłopak wślizgnął się do pomieszczenia. Promienie słońca łagodnie wypełniały wnętrze, podświetlając dryfujące w powietrzu drobinki kurzu. Dźwięk kroków Armina odrobinę zakłócił panującą ciszę, jednak ten nie przejął się tym specjalnie. To miejsce było jednym z niewielu, w których czuł się całkowicie swobodnie i naturalnie.

Drzwi od zaplecza były otwarte na oścież. Na niewielkim łóżku na samym końcu pokoiku leżała śpiąca Rico, połowicznie przykryta starym kocem. Ramiączko koszuli nocnej zsuwało jej się z ramienia. Blondyn przez chwilę rozważał podejście i poprawienie koca i ramiączka, jednak uznał, że nie zaryzykuje budzenia przełożonej. Zamiast tego, przymknął drzwi najciszej jak umiał.

Podszedł do swego stanowiska pracy i zabrał się za książki, przy okazji myśląc o tym, że Rico powinna nieco bardziej uważać na siebie względem swojej prywatności.

W jego myślach pojawił się obraz Annie, od pasa w górę otulonej jedynie ciepłym światłem poranka. Poczuł nieznośne ciepło wpływające mu na policzki. Potrząsnął głową, jakby licząc na to, że przy okazji myśl z owej głowy wypadnie i rozpoczął sortowanie naprawionych tomików.

Pierwsza partia poszła dość szybko, ze względu na pracę, która została przez chłopaka wykonana poprzedniego dnia. Kolejna półka już nie była prosta, jednak nie przejmował się tym. Szybko zatopił się w rytm przewijanych kartek, ciche szuranie pędzelka namoczonego w kleju o rozpadające się fragmenty książek, skrzypienie pióra, poprawiającego nazbyt wytarte litery.

Początek drugiej partii zainteresował chłopaka. Po raz pierwszy w życiu widział taką księgę – gruba, oprawiona w zieloną skórę, bez żadnego tytułu. Przejechał opuszkiem palca po jej grzbiecie – czuł wyraźnie zagłębienia w farbowanej oprawie. Skóra była prawdziwa – komuś musiało zależeć na tym, aby księgę należycie oprawiono. Zajrzał do środka. Każdą kartę zapełniono w całości drobnym, odręcznym, acz czytelnym pismem. Spojrzał stronę dalej. To samo. Każda strona wręcz wylewała z siebie setki drobnych liter. Armin wybrał jedną i wczytał się dokładniej w tekst.

Rozprawa nr 11/10/04/829" widniał wielki napis u góry. Blondyn przerzucił kilka kartek. Zapiski najwyraźniej zaczynały się na początku osiemset dwudziestego dziewiątego roku, a kończyły na jego końcu. Grubość kroniki zaskoczyła chłopaka – na stronicach musiało znajdować się kilkaset opisów rozpraw sądowych. Nigdy nie sądził, że ten organ władzy funkcjonuje tak sprawnie w wojsku. Spore części tekstu zaczęły się zacierać w wielu miejscach, więc nowy pracownik biblioteki odłożył tomiszcze na parapet z myślą o późniejszym zajęciu się księgą.

Przez następne kilka godzin sklejania, przycinania i dopasowywania, Armin nie mógł oderwać myśli od księgi. Miał przeczucie, że kronika mogłaby pomóc mu przy przygotowaniu się do rozprawy Annie. Nie chciał jednak zajmować się tym sam. Nadal czuł się zagubiony i niepewny całej tej sytuacji. Potrzebny był mu ktoś o podobnym celu, kto usiałby z nim i miałby zacięcie by analizować dziesiątki procesów, wymieniać się spostrzeżeniami...

...potrzebna była mu Hanji.

Chłopak aż przestał pracować na chwilę. Jego posklejane palce zatrzymały się w powietrzu na moment. Drobne plamki atramentu wsiąkały mu w skórę, gdy myślał.

O tej porze Hanji mogła siedzieć w jednym z dwóch miejsc – w laboratorium, albo w swojej prywatnej pracowni. Kobieta starała się oddzielać pracę od wypoczynku, więc jeśli się gdzieś jej szukało, to istniało duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się ją właśnie w laboratorium, w pracowni lub w kwaterach dowódców. Okazjonalnie wychodziła na badania w terenie, lecz wtedy wiedzieli o tym wszyscy, gdyż zawsze próbowała zabrać ze sobą jak najwięcej osób, powołując się na tezę, jakoby najlepiej uczyło się za pomocą praktyki, nie teorii. Oprócz tego bywała oczywiście w natryskach lub swojej sypialni, jednak Armin nie miał zamiaru tam szukać.

Najlepiej było zacząć od laboratorium.

Chłopak zerwał się z miejsca, zostawiając schnącą księgę na zewnątrz. Pośpiesznie zakorkował buteleczkę z atramentem, zapominając o brudnych palcach i plamiąc dodatkowo korek. Wybiegł z pokoju, kompletnie nie przejmując się w tamtej chwili Rico, która w międzyczasie zdążyła się obudzić. Zamknął za sobą drzwi, starając się nimi nie trzaskać. Gdy zdał sobie sprawę z siły, jaką chciał w tą czynność włożyć, postanowił zwolnić. Wziął głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że nieco zbyt ostro reaguje. Lekkim truchtem skierował się w stronę laboratorium. Właściwie nigdy tam nie był, ale często widział Hanji, znikającą za ciężkimi drzwiami kilkanaście minut po śniadaniu. Miał nadzieję, że szybko ją odnajdzie – w końcu w teorii nadal powinien siedzieć w bibliotece.

Pomieszczenie laboratoryjne znajdowało się w prawym skrzydle zamku. Armin biegł, słysząc, jak dźwięk jego kroków rozchodzi się echem po korytarzu. Wątłe płomyki świec chwiały się, gdy je mijał. Rzeczywistość wydawała mu się strasznie odległa w porównaniu do odkrycia, które niedawno poczynił, oraz misji, która przed nim stała. Byleby znaleźć Hanji.

Byleby nie być w tym samemu.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, znalazł wielkie, stalowe drzwi. Z pewnym wysiłkiem otworzył je, aby stanąć twarzą w twarz z potarganą, przysmoloną Hanji, której okulary zwisały z jednego ucha. Która najwyraźniej nie miała w tej chwili jednej brwi. Kobieta wpatrywała się w Armina przez moment, ogłupiała, po czym uśmiechnęła się przepraszająco i potargała sobie włosy jeszcze bardziej.

– Mogę w czymś pomóc? – Zza jej pleców dobiegł dźwięk wybuchu.- Wybacz, nie przyszedłeś w najlepszym momencie.

Chłopak bardzo starał się wydobyć z siebie jakiś dźwięk, ale nie potrafił.

– Słuchaj, cokolwiek to jest, przyjdź później. Po kolacji będę w prywatnej pracowni, tam mnie złapiesz, w razie czego zapytaj kogoś z dowództwa o drogę...! – Ktoś zaciągnął kobietę do środka za ramię. – Albo coś...!

Drzwi zatrzasnęły się zdezorientowanemu Arminowi przed nosem.


Tego dnia Armin dokończył drugą półkę, w niecierpliwości oczekując na kolację. Minuty wlekły się tak nieznośnie, że chłopak zaczął podejrzewać, iż część z nieskończonych pokładów energii i entuzjazmu Hanji mogły się na niego przypadkiem przenieść. Zaczynał rozumieć, czemu ludzie współpracujący z tą kobietą na wydziale uznawani byli za największych dziwaków – ten rodzaj podejścia musiał być zaraźliwy.

Gdy upragniony posiłek wreszcie nadszedł, na sali nie było ani Mikasy, ani Erena. Na ich miejscu siedział Jean, twarzą leżąc w swoim, prawie pustym już, talerzu. Gdy tylko usłyszał, że ktoś się przysiada, uniósł głowę i padniętym głosem wyjaśnił, że za niesubordynację jednego z żołnierzy Levi przez połowę drogi do miasta przegonił ich na pieszo. Biegiem. I że Eren i Mikasa poszli już spać. Armin pokiwał głową z udawanym współczuciem, które pewnie faktycznie czułby, gdyby nie to, że w tle jego myśli non-stop znajdował się cel odnalezienia Hanji. Grzecznie podziękował, po czym usiadł i rozejrzał się, przegryzając kromkę chleba. Miejsce kobiety było puste, bez śladu ani jej, ani jej talerza. „Musiała już wyjść", stwierdził chłopak, przełykając jak najszybciej kolejne kęsy. Pożegnał się z Jeanem, który z owego pożegnania nawet nie zdał sobie sprawy, leżąc twarzą w resztkach masła rozsmarowanych na talerzu.

Wszyscy doskonale wiedzieli, żeby nie przerywać dowódcom w trakcie posiłku, więc Armin zwyczajnie wyszedł na korytarz i zaczekał przed tylnymi drzwiami, którymi zazwyczaj wychodzili. Levi, jak zwykle, opuścił salę jako pierwszy. Z miejsca zauważył czekającego na niego blondyna, stanął przed drzwiami i założył ręce na piersi w oczekiwaniu.

– Kapralu... Chciałem zapytać gdzie znajduje się prywatna pracownia Hanji.

Levi patrzył na niego i chłopak czuł wrogość w tym spojrzeniu. Oczy w kolorze stali przeszywały go na wylot. Przez chwilę lustrowały go, jakby próbując uchwycić jakąś ukrytą intencję, po czym dowódca odchrząknął i odwrócił wzrok.

– Pod laboratorium, piętro niżej. Jak staniesz przed wejściem do laboratorium to skieruj się na lewo i zejdź schodami. Rozpoznasz ten pokój. I nie zasiedź się tam, oczekuję, że jutro z samego rana będziesz w bibliotece.

Armina zmroziło na chwilę. On wiedział. Wiedział o jego wizytach u Annie. I o tym, dlaczego blondyn chciał zobaczyć się z Hanji. I definitywnie tego nie akceptował.

Ale jednak dawał mu wolną rękę.

Kapral rzucił podwładnemu ostatnie spojrzenie, po czym odwrócił się i ruszył ku swoim kwaterom.

– Dziękuję! – Zawołał za nim chłopak.

– „Dziękuję, kapralu!" – Poprawił go na odchodnym dowódca, jednak widać było, jak odrobinkę, dosłownie odrobinkę, unoszą mu się kąciki ust.

Blondyn uśmiechnął się w odpowiedzi, po czym popędził w stronę laboratorium.

Schody prowadziły do wąskiego korytarza, oświetlonego jedynie kilkoma przymocowanymi do wilgotnych ścian pochodniami. Po większości znajdujących się tam drzwi widać było, że są nieużywane – warstwy kurzu przyklejały się do klamek i przy podłodze. Tylko jedno przejście było w znośnym stanie. Tak, jak mówił Levi – „Rozpoznasz ten pokój."

Armin zapukał niecierpliwie. Księga rozpraw ciążyła mu w dłoni.

Zawiasy skrzypnęły, a zza powiększającej się szczeliny wychyliła się potargana głowa Hanji.

– O, witaj. – Uśmiechnęła się. – Czekałam na ciebie.


Jak już mówiłam wcześniej - wszelkie opinie mile widziane :)