Sam już nigdy nie zobaczył mamy po tym jak umarła.

Lubił myśleć, że na tej granicy między życiem a śmiercią będzie mógł ją zobaczyć, spotkać się z nią jeszcze jeden raz, powiedzieć jej o wszystkim co się stało. Że dane mu będzie ujrzeć jej uśmiech na wieść, że Żółtooka Śmierć nie żyje, odszedł zabity ręką Sama, że demoni ród jest wolny. Że, być może, po raz ostatni by go objęła – i tym razem wiedziałby jak wspaniały jest to dar i mógłby go docenić tak jak nie potrafił w wieku czterech lat gdy uścisk matki był normalną rzeczą.

Tym razem wiedziałby, że to ostatni.

Ale na tej ziemi niczyjej Sam nie widział ani matki, ani nic innego.

Po prostu obudził się na swoim łóżku, w swoim pokoju, w domu swojej rodziny z Ruby zwiniętą przed niewielkim kominkiem i Deanem na krześle obok jego łóżka z zerowym pojęciem na temat tego co się działo odkąd zamknął oczy ostatni raz. Zapatrzył się na sufit, czując, że z całym światem wokół niego coś jest nie tak, źle.

Zaczynając od tego, że żył.

- Dean? - Zdecydował się zacząć od mówienia. Mówienie zdawało się był dobrym sposobem na przetestowanie, czy naprawdę był żywy.

- Kurde! - zaklął Dean prawie spadając z krzesła, budząc się z pół-drzemki. Jego oczy natychmiast odnalazły twarz Sama. Wyglądał źle – nieogolony, wory pod oczami, ale wyciągnął obie ręce i ścisnął w nich dłoń Sama. - Sam, kurwa.

- Co? - Sam zmarszczył brwi, zagubiony.

- Nie, znaczy- Bogowie, cieszę się, że się obudziłeś. - Dean uśmiechnął się, a potem zszedł z krzesła i uklęknął obok łóżka Sama. Ruby uniosła głowę ze złożonych przed sobą przednich łap, jedna owinięta była bandażem. Za rogami jej długie uszy uniosły się gdy ich słuchała.

- Dean?

- Tak, Sammy?

- Dlaczego Ruby jest w moim pokoju?

- Nie chciała cię zostawić – odparł Dean z niewielkim uśmiechem na ustach. - Tata nie był za szczęśliwy, ale... po tym co się stało...

- Co się stało... - powtórzył Sam przełykając ślinę suchym gardłem. Wolną rękę uniósł do piersi i przesunął nią po bandażach, którymi była owinięta. Nie czuł się jakby prawie zginął. - A co się stało? Jak ja...?

- Nie wiem, Sammy. - Głos Deana zrobił się szorstki. - Byłeś- Tam na tym polu, starałem się jakoś cię zatrzymać, ale- Szlag.

Dean zabrał dłonie i usiadł na piętach, unosząc jedną rękę by przetrzeć twarz.

- Byłeś tak cholernie blady, stary. Nawet sobie nie wyobrażasz. Patrzyłeś na mnie, ale to było tak jakbyś już odszedł czy coś i... Kurwa. Nie wiedziałem co mam robić. Tata... Po tym jak wtedy wystrzelił, jak zobaczył jak wziąłeś to na siebie... - Dean pokręcił głową. - Nawet nie walczył jak wszyscy się ruszyli. To go zniszczyło, Sammy. Jak dotarłem do ciebie ty już zabiłeś tamtego sukinsyna i byłem z ciebie taki dumny, tak cholernie dumny- A potem zobaczyłem- Bogowie. Byłeś- - Znów potrząsnął głową.

- Dean? - spytał skrzekliwym głosem Sam.

- Nawet nie mogę- Ty nie wiesz. Nie masz pojęcia co to było za uczucie, patrzeć na ciebie i myśleć, że to koniec. Że to wszystko co będę z tobą miał – piętnaście lat, a reszta życia z tobą pogrzebanym w ziemi. Zrobiłbym wszystko, wszystko- - Uniósł wzrok, spojrzał na Sama i Sam nie był pewny, wątpił, ale zdawało mu się, że oczy Deana były wilgotne i nieskończenie głębokie, jak ocean wiosną. - Ale to nie byłem ja. To Ruby. Pochyliła się nad tobą i... przystawiła do ciebie głowę i było takie światło... Zupełnie jak Mama opowiadała. Wtedy jeszcze tego nie skojarzyłem, nie tak szalejąc, ale... Myślę, że dała ci pół swojego życia.

Sam mrugnął i spróbował to ogarnąć.

Nie mógł.

Uniósł się sztywno, żeby usiąść pomimo natychmiastowych, cichych protestów Deana. Szorstkie dłonie starszego chłopaka natychmiast wystrzeliły, żeby spróbować z powrotem opuścić go na poduszki jednocześnie starając się go nie dotknąć ani nie popchnąć. Sam spojrzał tylko przez pokój na Ruby.

Spojrzał na nią, w jej wielkie czerwone oczy i poczuł ją. Kiedy przechyliła głowę na bok pytająco, ciekawa, ta ciekawość obudziła się w umyśle Sama, w jego piersiach. Czuł to co ona czuła. A kiedy jego ogarnął zachwyt i zdumienie zaświergotała w odpowiedzi poruszając radośnie uszami i wtedy zrozumiał, że ona czuje go tak samo.

Związani.

Byli powiązani, dokładnie tak jak mama Sama powtarzała, że jest to możliwe dla ludzi i demonów.

- Myślisz... Znaczy, Mama mówiła, że demony żyją przez wieki. Czy to oznacza... Czy ja będę żył przez setki lat? - Spojrzał na brata w poszukiwaniu odpowiedzi.

- Nie wiem, Sammy... Nawet Mama mówiła, że coś takiego nie zdarzyło się od bardzo dawna. To nie tak, że jakoś dużo o nich wiemy. O jeźdźcach demonów, znaczy. - Dean zatrzymał się, a potem usiadł na skraju łóżka Sama patrząc na Ruby. - … Wierzyłem jej. Jak byliśmy dzieciakami. Mamie. Opowiadała wszystkie te historie... Ale po tym jak zginęła byłem pewny, że to wszystko jedna wielka bujda. Jeźdźcy demonów? Cały... świat zbudowany wokół nich? Niedorzeczne. A wiara w to... odebrała Mamie życie. Nigdy nie sądziłem, że znowu będę się nad tym zastanawiał jako o czymś więcej niż głupiej historyjce dla dzieci.

Zmienił pozycję i spojrzał na Sama.

- Ale to prawda. Naprawdę jesteś... jeźdźcem demonów. Związałeś się z demonem. Wszystko prawda. A teraz nikt nie wie jak to działa i co ma się dziać. Jak to było dla tamtych ludzi? Tych, o których opowiadała Mama? Nigdy się nie dowiemy. Będziemy się wszystkiego musieli nauczyć obserwując ciebie i Ruby.

Sam wziął wdech czując w piersiach chłodne powietrze. Spojrzał w dół na siebie i ostrożnie odwinął bandaże by przyjrzeć się ranie – wyglądała jakby goiła się od tygodni, w większości zasklepiona i niemal zupełnie wyleczona i choć Sam nie wiedział jak długo spał, przeleżał w łóżku, to nie wydawało mu się, żeby to trwało aż tyle.

Ruby się z nim związała. Na skraju śmierci ofiarowano mu pół życia demona – tyle oddała mu Ruby. Gotowa żyć połowę krócej niż by mogła, ale za to z nim. Sam z trudem przełknął ślinę. Oddała mu połowę swojego życia i tym go ocaliła. A on czuł tę więź jak najprawdziwsze żywe stworzenie w jego głowie, i nie nie było tam żadnej niechęci. Żadnej winy, żalu czy urazy. Ktoś oddał dla niego połowę życia i nie żałował decyzji.

Nigdy nie sądził, że dla kogokolwiek na świecie będzie aż tak ważny.

A teraz on i Ruby byli pierwszą powiązaną parą na kto wie ile pokoleń – nie pierwsi człowiek i demon jacy kiedykolwiek się związali, ale równie dobrze mogłoby i tak być. Jakiekolwiek przewodniki, zasady czy praktyki związane były ze starożytnymi jeźdźcami, wszystkie stracono. Sam i Ruby będą po prostu musieli wszystko ogarniać w praktyce, tak jak powiedział Dean.

A jeśli pojawiłyby się jakieś inne powiązane pary poszłyby śladami Sama i Ruby.

Sam pomysł był nieco niepokojący.

- A co z- - Sam miał tyle pytań w głowie, a wszystkie domagały się odpowiedzi. Chciał zadać je wszystkie naraz, ale oczywiście było kilka ważniejszych od innych. Odwrócił się i spojrzał na brata. - Co z Tatą? Znaczy... pozwolił Ruby tu wrócić?

- „Pozwolił" to interesujące słowo w tej kwestii... - Złośliwy uśmieszek Deana szybko zniknął z jego twarzy. - On nie był-... Tak jak mówiłem, po tym jak cię postrzelił... Musisz wiedzieć, Sammy, że on nie chciał w żadnym wypadku, żeby to się tak potoczyło. Jak wskoczyłeś w drogę tej strzale on po prostu stanął tam jakby nie wiedział co ma dalej robić. - Dean potrząsnął głową. - Zanim do nas wreszcie dotarł, jak wszystkie walki ustały, Ruby już się z tobą związała. Zaniósł cię na łodzie i próbował ją odgonić, ale nie chciała odejść. Całą drogę leciała przy łodzi robiąc kółka jak zaczynaliśmy za bardzo zwalniać.

- Tata nie pozwolił jej wylądować? - Sam nie mógł powstrzymać oburzenia. W końcu ta strzała nie pojawiła się tam znikąd – jego tata próbował zabić Ruby. A jeśli już jego miłość do demonicy wzrosła dwukrotnie od ostatniego razu kiedy był świadomy. Sama myśl, że ktoś miałby skrzywdzić jego powiązanego demona sprawiała, że w piersi czuł silny ucisk.

- Ta, ale też nie pozwolił nikomu jej zastrzelić – bronił Dean, jakby to coś znaczyło. Uniósł dłoń starając się uspokoić Sama. - Hej, tylko-... Rozumiem cię. Ona... nie jest taka najgorsza jak na demona. Ale zrozum, Sammy, większość z nas trenowała od lat nienawidząc ich, żeby je zabijać. Dopiero teraz zaczęło do nas docierać, że demony mogą nie być takie złe jak sądziliśmy, ale trochę to zajmie zanim to na dobre wejdzie. Ruby uparła się, żeby cię nie zostawiać, więc Tata pozwolił jej w końcu wejść do domu. Nawet powiedział innym łowcom, żeby nie robili jej krzywdy. Musisz dać temu czas. Ludzie się ogarną, ale to nie będzie szybki proces.

Sam skrzywił się jakby ugryzł niedojrzały owoc, ale nie odpowiedział. Choć miał ogromną ochotę zażądać od ludzi, żeby zrozumieli, że Ruby nie życzyła im źle, że demony były kontrolowane i używane jak przedmioty od lat, żeby natychmiast to pojęli... rozumiał, że takie podejście nie jest fair. Nie ma opcji, żeby jednym ruchem wyłączyć ze świadomości lata walki z jednym wrogiem, z czymś, co zaczęło być traktowane jako symbol nienawiści i gniewu jego ludu, żeby zapomnieć wszystko to, co się wydarzyło. Nawet jeśli demony były kontrolowane to w ziemi leżeli pogrzebani Celtowie, przyjaciele, członkowie rodzin, kochane osoby, które nigdy nie miały już wrócić. Ciężko było stwierdzić, czy ci, którzy stracili bliskich kiedykolwiek będą w stanie spojrzeć na demona i zobaczyć coś więcej niż potwora.

Z drugiej strony, Sam też kogoś stracił. Tego pierwszego „kogoś".

Patrzył jak rozrywano ją na strzępy.

Ruby zawarczała jękliwie i wstała czując przez więź stary ból Sama. Jej wielkie cielsko obijało się o sprzęty i meble przewracając je gdy próbowała wczołgać się do niego na łóżko.

- Hej, hej! - Dean wstał machając rękami jakby to miało coś zmienić. - Ty- Co-

Ruby umościła się siedząc częściowo na łóżku, a częściowo na podłodze i złożyła głowę na kolanach Sama. Sam zaśmiał się głaszcząc ją.

- … kurnaż, masz wkurzającego demona - burknął Dean siadając z powrotem gdy upewnili się, że demonica zamierza zdemolować pokój tylko trochę, żeby móc się poprzytulać.

- Wyczuwa teraz kiedy jest mi smutno – próbował wyjaśnić Sam.

- Może- … czy to nie jest trochę... upiorne? - spytał Dean patrząc na jej głowę z rezerwą jakby zaraz miała skoczyć i jemu też wejść do głowy.

- Trochę dziwne, ale nie... złe. - Sam wzruszył ramionami i wetknął palce pod jedną z płytek na jej nosie, żeby podrapać skórę pod spodem słysząc jak Ruby mruczy radośnie. - Tylko się o mnie martwi.

- Martwi się... - Dean prychnął kręcąc głową. - Masz demonicę w głowie i rozmawiamy o tym jakby to była całkiem normalna rzecz.

- Wierząc historiom Mamy to to jest normalne. To, że żyliśmy jak żyliśmy, walcząc z demonami, krzywdząc je, to było nienormalne.

- No, chyba tak... Po prostu nie mogę sobie tego wyobrazić. Nie mogę wyobrazić sobie, że mi by to nie przeszkadzało.

- Może po prostu nie spotkałeś właściwego demona – odparł Sam zerkając na Deana z uśmieszkiem, który zbladł gdy tylko napotkał wzrok brata. Siedzieli blisko, a Dean wpatrywał się uważnie w jego twarz. Sam długo odwzajemniał spojrzenie – dłużej niż to było przyjemne, dłużej niż normalne między braćmi. Przełknął znów na sucho i wreszcie zdołał odwrócić wzrok kierując go z powrotem na Ruby. Niewielki chmurki dymu wylatywały jej z nozdrzy.

- Sam- - zaczął Dean i odchrząknął.

- Możemy jednak nie? - Sam spytał, w jego cichym głosie pobrzmiewało napięcie. Miał naprawdę ogromną nadzieję, że tego uniknie.

- Co się stało wtedy przed bitwą, um... W namiocie-

- Dean – Sam skrzywił się i zamknął oczy. - Słuchaj, zrobiłem to tylko dlatego, że myślałem, że następnego dnia zginę, okej? Chodziło tylko o to, że nie będę musiał ponosić żadnych konsekwencji.

- Tak, cóż - sarknął Dean. - Świetnie dla ciebie...

A potem duża, szorstka dłoń złapała brodę Sama, przekręciła jego głowę do Deana i oczy Sama automatycznie otwarły się w zaskoczeniu na niespodziewany kontakt – dotyk wystarczająco intymny, żeby w jego wnętrznościach coś drgnęło i się poskręcało. Jego brat był blisko, bliżej niż się spodziewał, choć nie bliżej niż wcześniej, a oczy Deana były zdecydowane i poważne, tak samo jak wtedy gdy Sam widział go z halabardą w dłoni i żądnego krwi.

Sam nie mógł odwrócić głowy, ale mógł zamknąć oczy, gdzie indziej skierować wzrok, zupełnie jakby uciekał.

- Sam...

Dean nie puścił jego brody, ale uniósł drugą rękę i dotknął nią twarzy Sama, odgarnął kilka kosmyków włosów i Sam podskoczył na ten kontakt, bo zobaczył cień dłoni brata i niemal spodziewał się uderzenia. Tak wyobrażał sobie zachowanie któregokolwiek brata po tym, jak jego rodzeństwo niespodziewanie go pocałowało. Dean nabrał powietrza do płuc.

- Tak o mnie myślisz...? - Jego słowa były niewyraźne i Sam nie był pewny, czy Dean w ogóle miał zamiar je wypowiadać na głos. Brat podniósł głos, żeby lepiej dało się go zrozumieć. - Sam… Kurde- Czy naprawdę do tego stopnia nie byłem sobą, że myślałeś, że bym cię uderzył?

- Na nic lepszego nie zasługuję. - Sam wzruszył ramionami wciąż odwracając wzrok.

- To na co ja zasługuję?

To zwróciło uwagę Sama.

- Co masz na myśli? - spytał, wreszcie znowu patrząc na brata.

- Znaczy, ja jestem ten starszy. Jestem starszym bratem. To ja powinienem zawsze wiedzieć co jest dobre, taka moja rola. A jednak nigdy nie wiedziałem, że ty-

- Nie jesteś mi nic winny – wtrącił się Sam gdy Dean urwał, bojąc się, że brat zrobi coś tylko dla niego – coś, czego nie będzie się już dało cofnąć.

- Z całą pewnością jestem ci winny coś, ale nie to. - Dean potrząsnął głową. - Nie byłem... nie specjalnie byłem dla ciebie kiedy mnie potrzebowałeś, już od jakiegoś czasu. Nie bardzo sprawdzałem się jako starszy brat. - Zabrał dłoń z brody Sama, ale jego druga ręka szukała więcej kontaktu, jej palce zaplątały się we włosach Sama, opuszki masowały skórę jego głowy. - I jestem ci coś winien za te pierdoły, których ci nakładłem. To, jak nazwałem cię zdrajcą...

- Dean...

- Ale to jest- Bogowie, nie miałem pojęcia, że też się tak czujesz.

- Oczywiście, że nie miałeś pojęcia, nie chciałem, żebyś miał jakieś pojęcie- Zaraz. Też? - Sam urwał nagle gdy jego mózg dogonił usta, jak rzadko.

- Myślałem, że oszaleję patrząc jak dorastasz. Chciałem, żebyś był bezpieczny, szczególnie przy tym jak reagowałeś na demony. Nie powinniśmy byli tak na ciebie naciskać, ale Tata pragnął – i ja też tego pragnąłem – żebyś był bezpieczny. Żebyś umiał z nimi walczyć. Ale były takie dni, że jedyne czego chciałem, to zaciągnąć cię z powrotem tutaj. Zatrzymać gdzieś w bezpiecznym miejscu, skąd nikt nie mógłby cię dostać. Odebrać mi cię.

- Jak twoja własna żonka, do której byś wracał z polowania? - Sam nie mógł powstrzymać żartu i uśmiechnął się blado, a Dean odwzajemnił się tym samym, choć z irytacją.

A potem Dean pochylił się delikatnie i Sam przestał oddychać.

- To jest tak kurewsko złe, Sammy. To jak o tobie myślałem... - Palce Deana bawiły się czule włosami Sama, rozcierał je między kciukiem a kostką palca wskazującego. - Myślałem, że jak zrobię z ciebie twardziela, że jak potraktuję cię jak gówno, to to się zmieni.

- Zmieniło się? - Sam ledwo zdołał spytać, wypchnąć z płuc więzione tam powietrze.

- Nie. - Odpowiedź Deana była szybka i stanowcza, a potem Sam poczuł usta brata przyciśnięte do swoich własnych. Jedna jego dłoń automatycznie powędrowała na pierś Deana i tam została, gdy Sam zamknął oczy. Druga ręka Deana powróciła, tym razem na przeciwną stronę jego twarzy, tak, że brat z czułością trzymał jego głowę w swoich dłoniach i Sam na ślepo starał się znaleźć coś, żeby się przytrzymać, złapać równowagę. Jego place trafiły na koszulę Deana i tam się mocno zacisnęły.

Pocałunek nie był długi, ale dłuższy niż ich pierwszy, niż wtedy, gdy Sam wcisnął swoje usta w usta Deana w rozpaczliwym pożegnaniu.

Tym razem wargi Deana nie były luźne z szoku pod jego własnymi. Nie, teraz się poruszały, delikatnie, jak wtedy gdy Sam złapał Deana trzymającego dziewczynę w ramionach, blisko siebie i całującego ją namiętnie. Z gardła sama Sama wyrwał się cichy dźwięk, bo nie musiał już wyobrażać sobie siebie na miejscu tych dziewczyn, właśnie w nim był. Obejmowany i całowany przez swojego brata jak żaden mężczyzna nigdy być nie powinien i ekstatycznie szczęśliwy z tego powodu.

Gdy Dean się odsunął Sam otworzył oczy jakby się budził z głębokiego snu, a potem wbił wzrok w brata starając się zrozumieć co się właśnie stało.

- Dean... - wymamrotał jakby jego wargi wciąż nie pozbierały się po pocałunku i starały się znaleźć więcej.

- Chciałbym móc powiedzieć, że jestem silniejszym facetem – odparł Dean niskim i odrobinę szorstkim głosem. - Chciałbym móc powiedzieć, że mogę cię odtrącić i być lepszym bratem niż jestem. Ale na bogów, Sammy... Jeśli mnie chcesz, jeśli chcesz tego, jeśli ty- … To ja też. Jeśli ty tego chcesz, to ja też mogę.

- Chcę – odpowiedział Sam najszybciej jak mógł bez żadnych wątpliwości. Czuł się tak, jakby od zawsze starał się zdobyć brata. Zawsze dawał z siebie wszystko, żeby tylko nadążać i nie dać się zostawić w tyle.

- Nie wiem co to jest. - Dean potrząsnął głową. - Odkąd byłeś dzieciakiem i Mama włożyła mi cię w ramiona jako bobasa, jakbym od zawsze wiedział, że moim zadaniem jest opieka nad tobą.

- Więc gdzie się podziałeś? - Sam zapytał zanim to przemyślał, a w jego głosie pobrzmiewała taka potrzeba, nie takich słów się spodziewał ze swoich ust. Chciał powiedzieć Deanowi, że nie musiał się nim opiekować, że był już duży i mógł się zająć sam sobą, bo mógł. Ale nie powiedział tego, bo chociaż to była prawda i Sam potrafił aż za dobrze poradzić sobie w życiu bez pomocy już od jakiegoś czasu, to wcale nie znaczyło, że nie chciał swojego durnego, nadopiekuńczego brata, żeby patrzył i uważał na niego. Że nie chciał mieć na sobie uwagi Deana tak jak miał ją kiedyś, dawno temu.

- Przepraszam – odparł Dean, a ból w jego głosie dowodził szczerości słów. - Po tym co stało się z Mamą byłem taki wściekły i nie chciałem, żebyś z tego powodu oberwał. Nie chciałem, żeby to cię... zanieczyściło. A potem to... to coś. Nie takim bratem chciałem dla ciebie być. Nie chciałem cię skrzywdzić.

- Ale i tak to zrobiłeś, idioto – powiedział Sam i zobaczył jak Dean się wzdrygnął, ale zamiast się odsunąć przyciągnął go bliżej. - Ja tylko chciałem mojego brata.

- Teraz już tu jestem. - Ramiona Deana owinęły się wokół niego i Sam uścisnął go mocniej, ignorując zaciekawione szturchanie Ruby w swojej głowie gdy schował twarz w ramieniu Deana.

Tego właśnie Sam szukał od lat – odkąd Dean dorósł i się od niego oddalił, stał się kimś, kogo Sam nie do końca rozpoznawał.

Stulił się w uścisku Deana i trzymał, zdecydowany tym razem, że nigdy nie puści.

Siedział w takiej pozycji, wykręcony na skraju łóżka Sama, że musiało to być niewygodne, ale Dean nie rozluźnił uścisku, ani nie próbował się poprawić, nie dopóki Sam zebrał się w końcu wystarczająco, żeby się odsunąć, aż Sam podniósł wzrok i ich oczy znowu się spotkały. Sam nie wiedział co powiedzieć, nie miał już nic do powiedzenia, bo nigdy się nie spodziewał, że tu będzie – żywy, na początek, ale także z bratem, który będzie mu mówił, że mógł to mieć, pofolgować chorym uczuciom, które nosił w sercu tak długo.

Oczywiście, kiedy tylko skojarzył oba te fakty natychmiast musiał zastanowić się, czy przypadkiem naprawdę nie odszedł, tylko, że nie wyobrażał sobie wspaniałych żyć po życiu dla chłopaków, którzy zakochiwali się we własnych braciach.

W momencie nieśmiałości uciekł wzrokiem od oczu brata, ale Dean pochylił się i oparł swoje czoło na jego.

- … nie strasz mnie tak więcej. - Usłyszał szept brata.

- Nie straszyć cię? - Sam nie zamierzał zabrzmieć jakby był zdziwiony. Tak wyszło.

- Niemal cię straciłem.

Sam z trudnością przełknął ślinę, starając się nie dać wzruszeniu na dźwięk czystej emocji w głosie Deana – nie do tego był przyzwyczajony.

Otwierał usta by odpowiedzieć, prawdopodobnie coś niedorzecznie kochaśnego, ale nagle ktoś zapukał do drzwi i Dean powoli się odsunął, przenosząc na nie wzrok. Ruby też uniosła głowę, mrugając z ciekawością.

- Dean? Jak on się czuje? Wydawało mi się, że usłyszałem głosy.

To był ich ojciec.

Dean spojrzał na Sama bezgłośnie się go pytając i Sam skinął głową. Dean odwrócił się z powrotem do drzwi.

- Tak, możesz wejść. Obudził się.

Kliknęła metalowa zapadka klamki i drzwi stanęły otworem jęcząc nierówno. Sam słuchał tego dźwięku od dzieciństwa. John ostrożnie wszedł do pokoju. Jego wzrok od razu powędrował do Ruby w instynktownej reakcji łowcy szukającego ofiary, ale jeśli Ruby wiedziała, że stanowił dla niej niebezpieczeństwo to nie pokazała tego po sobie. Uniosła jedno ucho z marnym zainteresowaniem, a kiedy stało się jasnym, że nic więcej się nie stanie po prostu z powrotem złożyła głowę na kolanach Sama.

- … jak się czujesz, synu? - zapytał John z powrotem skupiając uwagę na Samie. Sam oblizał wargi bawiąc się krawędzią prześcieradła.

- W porządku. Jak... jak długo byłem nieprzytomny?

- Dwa dni. Po tym jak-... Załadowaliśmy cię na łodzie i wróciliśmy tutaj. Twoja... przyjaciółka nie chciała cię odstąpić.

Sam uśmiechnął się odrobinę patrząc na Ruby, masując ją pomiędzy rogami, a ona zerknęła na niego z dołu.

- Dzięki – odpowiedział. Rozmowa się im nie kleiła, ale Sam chciał spróbować. - Za to, że na nią nie polowaliście. Że zabraliście ją z powrotem.

- Taa – odparł mu John wzruszając jednym ramieniem. Pokój pogrążył się w niewygodniej ciszy. Sam chciał ją przerwać, powiedzieć coś, coś właściwego, ale nie miał pojęcia co by to miało być. Nigdy nie wiedział jak rozmawiać z ojcem, nie po śmierci mamy, ale ostatnio było jeszcze gorzej – a już najgorzej po tej ich kłótni. Sam nie był pewny czy jest gotów ustąpić, ale wiedział, że nie chce więcej walczyć.

Zmęczyło go to już.

Wciąż jednakże był pewny, że to on będzie musiał zbudować pierwszy most, ustąpić trochę, jeśli chciał, żeby to się w ogóle ruszyło do przodu. I dlatego tak zdziwiony był słysząc jak to John zabiera głos.

- Przepraszam. Za... - Wspaniały celtycki łowca założył ramiona na piersi czując się niepewnie. - Nie chciałem cię trafić. Nie chciałem zrobić ci krzywdy. Gdybyś zginął ja-... - Pokręcił głową.

- Wiem, że nie chciałeś – odparł Sam. Tyle wiedział. - Celowałeś w Ruby a ja wyskoczyłem przed nią.

Ojciec nic nie powiedział, co znaczyło, że był tego świadom.

- Powinno był ci przykro za to, że próbowałeś zastrzelić moją przyjaciółkę – mówił dalej Sam świadomy tego, że zaczyna przeginać. - Musisz wiedzieć, że demony nie są złe. Wiem, że stało się mnóstwo okropnych rzeczy, ale to nie ich wina. Żółtooka Śmierć je kontrolował, tak jak zawsze mówiła Mama i-

- Sam. - Stanowczy głos Johna wciął się w jego wypowiedź i Sam natychmiast zamknął usta, poirytowany, że to jeszcze działało. Że zostało w nim wystarczająco dużo z dziecka, żeby zamknął się kiedy tata mu kazał.

- Sporo rzeczy się... zmieniło – kontynuował John po chwili. - Widzę to i rozumiem. Ale ludziom zajmie to trochę czasu. Może nawet dużo. W tej chwili po prostu... cieszę się, że nic ci nie jest. Cieszę się, że nic ci nie jest, synu.

Sam zerknął na Deana i z powrotem na ojca. To nie było nic wielkiego, nie dla żadnej innej rodziny – żeby mężczyzna stanął i powiedział, że cieszy się, że jego syn nie zginął. Dla jakiejkolwiek innej rodziny to byłoby nic.

Ale dla Sama, któremu powiedziano, żeby nie wracał, nigdy więcej nie wracał do domu, którego nazwano zdrajcą, który zastanawiał się, leżąc i wykrwawiając się na gołym kawałku nic nie wartej ziemi czy ktokolwiek za nim zatęskni, pożałuje go, to było coś niesamowitego. Z trudem przełknął ślinę starając się powstrzymać przed okazywaniem przed ojcem zbyt wielu emocji.

- … a Ruby? - przycisnął musząc zapewnić jej bezpieczeństwo. Wcześniej prawie zginął by ją uratować – teraz, z ich więzią, byłoby mu jeszcze trudniej przeżyć gdyby coś jej się stało. - Nie zrobisz jej krzywdy, prawda?

John zamarł, a potem skinął głową.

- I nie każesz jej odlecieć? Nie każ jej odlatywać. Jeśli odejdzie, to gdziekolwiek pójdzie ja też tam będę. Nie mogę-

- Nie każę jej odlecieć. I powiedziałem już wszystkim innym, że nie mogą jej nic zrobić. Możemy... porozmawiać o całej reszcie. O innych demonach. Później. Jak odpoczniesz. Kiedy poczujesz się naprawdę dobrze. Po prostu- - John wziął głęboki wdech. - Niemal cię straciliśmy, Sammy. Wszystkie te rzeczy, które ci powiedziałem... Nie mógłbym ze sobą żyć gdyby to były ostatnie słowa, które ode mnie usłyszałeś. Od własnego ojca. Nie chcę już stracić nikogo z rodziny.

Przez chwilę Sam nie mógł oddychać.

Nie mógł oddychać bo jego ojciec stał obok, patrzył na niego i nazywał go członkiem rodziny. Nazywał go synem bez cienia wstydu w spojrzeniu.

Bo Ruby była tam z nim, w jego głowie i sercu i jako jego część, w jego domu i nie trzeba było uciekać.

Bo Dean tam był, siedział obok niego i trzymał dłoń na kolanie Sama – i kiedy ona się tam znalazła? Sam zamrugał i spojrzał na ciepły ciężar, nie pamiętając kiedy Dean się ruszył, kiedy go dotknął, położył dłoń na kocach, pod którymi leżał Sam, wyczuwalny.

Spojrzał na brata i Dean uśmiechnął się. Sam położył rękę na dłoni brata, czując dotyk skóry i przynależność do rodziny, coś, co sądził, że stracił jedenaście lat wstecz, pod palcami i wszędzie wokół siebie.

I to, ze wszystkich miejsc na świecie, był jego dom.

/txtbreak/

Cudowne, płakałam troszkę jak czytałam za pierwszym razem, wszystko skończyło się dobrze :D Tak, moi drodzy, to było ostatni rozdział. Został nam jeszcze tylko epilog i to już naprawdę będzie koniec tej historii! Mam nadzieję, że wam się podobało.

Do zobaczenia za tydzień, już po raz ostatni dla tej historii, ale może spotkamy się jeszcze przy innych :)