No iiiii oto jest kolejny rozdział :)

Ali111: Wybacz, że nie odpowiedziałam Ci wcześniej, lecz system niestety nie pozwala na odpisywanie na anonimowe komentarze, więc mogę odpisywać jedynie w ten sposób. nawiasem, jeśli ktoś chce otrzymywać odpowiedzi z miejsca - wystarczy się zarejestrować, na komentarze od użytkowników mogę odpowiadać od razu :) Staram się wrzucać nowy rozdział w poniedziałki co dwa tygodnie, ale nie należy tego traktować jako żelazny termin. Cieszę się, że Ci się sposobało 3

Generalnie jestem zachwycona tak dużym odzewem z waszej strony. Jestem niewymownie wręcz szczęśliwa, że ludziom chce się to czytać i komentować :)

I jeszcze jedno ogromne podziękowanie dla wspaniałej WonderDwarf, która postanowiła podjąć się stanowiska mojej Bety. Wielkie brawa dla tej pani! 3

A teraz - zapraszam do czytania.


Poczuł, jak kobieta chwyta go za ramię i wciąga do środka, zamykając za nimi skrzypiące przeraźliwie drzwi.

Wewnątrz było dość przytulnie. Skromnie umeblowany pokój rozjaśniała jedna duża świeca, stojąca na drewnianym biurku naprzeciw wejścia. Blask ledwo dochodził do rogów pomieszczenia, jednak wystarczył, aby właścicielka mogła bez problemu czytać porozrzucane na blacie notatki. W niemal całkowitej ciemności, na lewo, leżał materac w stanie agonalnym – najwyraźniej na wypadek, gdyby któregoś wieczoru pani naukowiec odrobinę za bardzo skupiła się na pracy i nie zauważyła upływu godzin. Armin przypomniał sobie chodzącą wśród młodzików plotkę, jakoby Hanji nie spała w ogóle – no cóż, mit obalony. Nieużywany zaś stał fotel, obok biurka, jedynie płowiejąc i kurząc się wraz z upływem czasu. Prawdopodobnie znajdował się tam dla wszelakich gości podobnych chłopakowi. Dotrzymywał towarzystwa regałowi z książkami, z kolei często używanemu. Na jego bokach kobieta przykleiła liczne szkice, rysunki, notatki, przedstawiające poszczególne elementy anatomii złapanych dotąd tytanów. Całe pomieszczenie pachniało starością. Armin mógł z łatwością wyobrazić sobie kobietę siedzącą tu całymi popołudniami, snującą coraz to nowsze teorie, zapisując swoim chaotycznym pismem kolejne pomysły, rysując schematy, czytając, śpiąc, rozmazując policzkiem schnący na papierze atrament.

- No więc? - Spytała, opierając się o biurko. - O co chodzi?

Podał jej tomiszcze. Z miejsca położyła je na blacie i zaczęła wertować.

- Zapisy rozpraw z 829 roku... Gdzie ty to znalazłeś? - Wskazała palcem na datę zapisaną na jednej ze stron i spojrzała na niego z podejrzliwością w brązowych oczach.

− Biblioteka, w końcu pracuję tam od paru dni. - Uśmiechnął się nieśmiało.

− Mogłam się domyślić. Ktoś musiał zapomnieć zabrać to do... - Hanji pod koniec zdania nagle zwolniła i przyciszyła ton głosu, jakby zdała sobie sprawę, że mówi to głośno. Jednak Armin nie dawał się tak łatwo zwieść.

− Dokąd?

Kobieta podrapała się po głowie zakłopotana.

− Chcesz mi powiedzieć, że takich ksiąg jest gdzieś więcej?

Westchnęła, jej ramiona opadły w dół w rezygnacji.

− I tak byś się domyślił, prędzej czy później. Słuchaj, zwykły żołnierz nie ma tam dostępu, a mnie też teraz nie dopuszczą, wiedząc, że pracuję nad sprawą Annie... - Pod koniec zdania oczy Hanji nagle się rozszerzyły w zrozumieniu. - To nasza jedyna szansa. Armin, jesteś świetny. Nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Gdyby się dowiedzieli, odsunęliby nas od sprawy. Nie wierzę, że naprawdę nam się tak poszczęściło... Chodź, na co czekasz? Jeśli jutro nadal pracujesz w bibliotece, to musimy to natychmiast zacząć analizować. Mamy mało czasu. W razie czego możesz przespać się tu, na materacu – wskazała głową posłanie, po czym wyciągnęła stos kartek i pióro z szafki, podając je Arminowi – Zapisuj, jeśli zobaczysz coś ważnego. Dużo roboty przed nami.

Kobieta z miejsca zatopiła się w tekście. Patrząc na nią, chłopak naprawdę miał wrażenie, że zanurkowała wzrokiem gdzieś między litery i nawet nie wypływała na powierzchnię, by złapać powietrza - zaangażowała się całą sobą. Nie zauważyła nawet kosmyka włosów, który wyślizgnął się spod rzemyka trzymającego jej kucyk, i teraz zwisał jej tuż przed nosem. Śledziła linijki uważnie, co chwila pochylając się tak nisko, że owy kosmyk opadał na kartkę i wodził za jej rozszalałym piórem. Armin miał wrażenie, że Hanji odrobinę denerwuje się za każdym razem, gdy na stalówce zabraknie jej atramentu. Jakby każda sekunda, w której nie mogła pisać lub analizować, była czymś strasznym, a przerywanie, aby zamoczyć końcówkę - czymś boleśnie prozaicznym.

Blondyn oderwał od niej spojrzenie, aby samemu zanurzyć się w tekście.


Armin wrócił do pokoju grubo po północy. Świat rozmazywał mu się przed oczami ze zmęczenia. Potargane włosy zasłaniały widok, gdy starał się wejść do wspólnego pokoju bez naruszania snu kolegów. Skończyło się na tym, że udało mu się niemal bezszelestnie zamknąć za sobą drzwi, przejść kilka kroków na palcach, po czym spektakularnie poślizgnąć się o rozrzucone na podłodze ubrania Erena i w locie pokonać resztę niewielkiej odległości między nim, a łóżkiem. Większość jego ciała wylądowała na miękkim materacu, jednak głowa miała mniej szczęścia i zahaczyła po drodze o ramę łóżka powyżej.

Widząc przed oczami mieniące się blaskiem konstelacje gwiazd, chłopak padł na łóżko, nie mając nawet siły rozmasować obitego czoła.

Tej nocy Armin Arlert spał jak dziecko.


Tym razem obudził się razem z całą resztą towarzyszy. Czuł się dobrze, nie licząc pulsującego bólu w przedniej części czaszki. Poranny gwizdek zerwał z łóżek wszystkich. Część od razu pobiegła na śniadanie, część - włącznie z blondynem - zawitała wcześniej w prysznicach. Eren wydawał się być w lepszym nastroju, niż poprzedniego dnia - rzucił nawet jakiś złośliwy żart na temat tego, jak Armin postanowił bić się z meblami. Chłopak przypisał dobry nastrój przyjaciela temu, że ponownie mógł on ćwiczyć w zamku, zamiast wyjeżdżać do miasta i tracić tam czas.

Śniadanie upłynęło w atmosferze ogólnej wesołości. Chłopcy do stołówki weszli z jeszcze mokrymi włosami. Na miejscu już czekała na nich Mikasa, dmuchając w łyżkę parującej jajecznicy.

– Nie za zimno ci? – parsknął Eren, przysiadając się do niej. – Jest tylko trzydzieści stopni w cieniu, lepiej załóż kurtkę, bo się przeziębisz.

Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc dobry humor brata.

– W sumie, nie pamiętam, kiedy ostatnio założyłaś sukienkę. Słyszałem, że niedługo chłopaki chcą zorganizować ognisko. Podobno nawet Levi wyraził zgodę. Będzie okazja, żeby na chwilę wyskoczyć z munduru. Ciekawe jak Christa wygląda w spódniczce… – Po ostatnim zdaniu chłopak zarobił takiego kopniaka spod stołu, że aż stoczył się z ławki. – No ale wiesz, też mogłabyś raz na jakiś czas zdjąć ten szalik…

Gdyby spojrzenia mogły mordować, prawdopodobnie cała stołówka spopieliłaby się w tamtym momencie. Knykcie dziewczyny zbielały, gdy dłonie zacisnęły się kurczowo na tkaninie.

– Wiesz, Eren, chyba jednak wolę się bić z meblami, niż z Mikasą. – Armin siorbnął soku, uśmiechając się znad szklanki.

Eren powrócił na ławkę i kontynuował próbę wybicia siostrze z głowy pomysłu chodzenia w szaliku przez całe lato, a ich przyjaciel odpłynął myślami do wydarzeń poprzedniego wieczoru. Pracowali z Hanji niemal pół nocy, a nie znaleźli niczego przydatnego. Większość procesów dotyczyła drobnych przewinień, a zapiski z nich nie dostarczały wielu istotnych informacji. Przejrzeli notatki z około dziesięciu rozpraw, zapełnili po brzegi uwagami kilkanaście kartek. Około pierwszej Hanji, wyraźnie już podirytowana i zmęczona, odesłała chłopaka do pokoju, twierdząc, że również wkrótce się położy. Armin zerknął w stronę stołu dowódców.

Hanji leżała z twarzą w rozmemłanej, ciepłej jeszcze jajecznicy.

I wszystko jasne.


Po śniadaniu od razu poszedł do biblioteki. Miał zamiar dotrzymać obietnicy złożonej Leviemu, skoro ten postanowił zaakceptować jego działania. Armin nie mógł powiedzieć, że nie rozumiał kaprala. Nie znał wprawdzie bezpośrednio nikogo z jego byłego oddziału, ale widział ich często przy codziennych, prozaicznych pracach - widział, jak Petra obierała ziemniaki na kuchennej zmianie, przekomarzając się z Auruo. Widział, jak Erd śmiał się z Guntherem, wracając z treningu. Widział ich jedzących wspólnie i przeżywających w swoim towarzystwie każdy dzień. Widział, jak Levi mimo swej zazwyczaj chłodnej postawy odrobinę rozchmurzał się, gdy patrzył na swoich podopiecznych, żyjących i szczęśliwych.

Armin mógł sobie wyobrazić jakie to musiało być uczucie, gdy nagle to wszystko zniknęło.

Jak o sam zachowałby się, gdyby jemu zostali odebrani wszyscy bliscy? Wprawdzie on nigdy nie miał podwładnych, ale miał bliskich. Sama myśl o tym, że mógłby stracić kogokolwiek jeszcze ze 104 oddziału kadetów, przywoływała niechciane łzy do jego oczu. Nie chciał teraz sobie przypominać o tych, którzy już odeszli.

I nie chciał sobie wyobrażać jak ci, którzy są, odchodzą.

Z pewnością nie miałby tyle siły co Levi. Nie byłby w stanie uciszyć swoich emocji dla dobra misji. Nie byłby w stanie zaakceptować takiej sytuacji, a tym bardziej tego, że osoba, która by ich zabiła, miałaby być potrzebna ludzkości.

A Levi to akceptował.

Armin poczuł, jak jego szacunek do kaprala nagle wzrasta.

Biblioteka powitała go podmuchem gorącego powietrza. Rico tym razem siedziała już przy biurku, wypełniając stosiki papierów, z których część niebezpiecznie chwiała się na brzegu blatu, gotowa lada chwila ześlizgnąć się w dół. Blondyn podtrzymał stosik i przysunął go nieco bliżej do kobiety.

- Da się tu otworzyć okna? - Spytał, czując, jak owiewają go fale gorąca. Bibliotekarka podniosła głowę znad dokumentów i uśmiechnęła się sarkastycznie.

- Wszystkie okna już są otwarte, kochanieńki. - Pracownica zwróciła głowę ku wspomnianym oknom, zerkając na nie z czymś w rodzaju zniesmaczenia na twarzy. - Nie cierpię, kiedy jest aż tak gorąco.

Armin uśmiechnął się, niepewny co odpowiedzieć na takie stwierdzenie i skierował się do swojego stolika.

Praca tego dnia ciągnęła się niemiłosiernie. Nieznośne ciepło wypełniało każdy kąt pomieszczenia. Blondyn miał wrażenie, że gorąc wręcz stapiał sekundy ze sobą, tak, że te płynęły trzy razy wolniej, na wpół zastygnięte, niczym lawa. Fale rozgrzanego powietrza drgały, unosząc się nad pustym placem przed zamkiem. Minęła mniej więcej godzina od śniadania, gdy pojawili się tam żołnierze na poranne ćwiczenia. Armin postanowił zrobić sobie przerwę.

Wspiął się na parapet i obserwował, jak wśród rozciągających się mięśni i spływających po nagiej skórze kropelek potu mija czas.

Ćwiczenia przeważnie odbywały się, tak jak tego dnia, niedługo po śniadaniu. Ich forma wyglądała różnie - czasem mieli je w lesie, czasem w zamku lub na dziedzińcu, czasem na otwartej przestrzeni. Większość byłego 104 oddziału kadetów - w tym Armin - miała ćwiczenia razem. Gdyby nie zadanie od Leviego, on również w tamtej chwili stałby na zewnątrz, za co skrycie kapralowi dziękował. Trening w takim upale zawsze był koszmarem.

Pierwszą w grupie dostrzegł Mikasę - zawsze się wyróżniała na tle reszty, każdy ruch pewny i bezbłędny. Walka była dla niej czymś intuicyjnym, instynktownym. Niektórzy żartowali sobie, że Azjatka pewnie urodziła się w mundurze. Chłopak zawsze uśmiechał się, słysząc to, jednak, jak mało kto, znał drugą stronę Mikasy - tą przerażoną, niemal non-stop modlącą się w duchu, aby już nikogo więcej nie stracić. To było zarazem jej siłą i słabością - z jednej strony popychało do działania, z drugiej - mąciło umysł w sytuacji zagrożenia. Armin jednak cieszył się, że jest taka, jaka jest - czasem zastanawiał się, czy gdyby wyzbyła się tego, to czy nie stałaby się zimną maszyną do zabijania. Ta wizja zawsze przeszywała go chłodem.

Tuż za Mikasą stali Sasha i Connie. Oni również przyciągali wzrok, jednak w trochę innym sensie, niż czarnowłosa - oni zwyczajnie stali z boku, udając, że ćwiczą i - wnioskując po ich wyrazach twarzy - najwyraźniej znów knuli jakiś niecny plan. Wyglądało na to, że jego ofiarą stanie się niczego nie świadomy Jean, który z niesamowitymi worami po oczami schylał się bezwładnie w dół nieopodal.

Armin uśmiechnął się łagodnie, patrząc na przyjaciół, po czym uderzył go pewien fakt.

Nigdzie nie widział Erena.

Przeleciał grupkę wzrokiem raz jeszcze, jednak nie był w stanie go znaleźć. Jak to możliwe? On zawsze pojawiał się na treningach - doskonale wiedział, że dopóki nie miał talentu Mikasy, musiał ćwiczyć przy każdej okazji. Coś musiało się stać.

Armin szybko zerknął na przyjaciółkę. W ciemnych oczach nie dopatrzył się niepokoju. Wydawała się być opanowana, jak zwykle, skupiona na ćwiczeniu. Nie rozglądała się nerwowo; nie szukała brata wzrokiem.

Coś było na rzeczy. Blondyn w pewnym stopniu uspokoił się, gdy zobaczył równowagę odmalowującą się na twarzy dziewczyny - w końcu oznaczało to, że Erenowi nic nie jest, i że gdziekolwiek by był i cokolwiek robił, nie oznaczało to zagrożenia. Jednak, mimo tego, czuł w sercu małą, denerwującą igiełkę, która zamieszkała w jego piersi i kłuła niemiłosiernie.

Bo nic mu nie powiedzieli.

Przez wszystkie lata byli we wszystkim razem. Każde kłopoty, w które się władowywali, przechodzili wspólnie. Wiedzieli o sobie nawzajem czasem więcej, niż chcieliby wiedzieć. Dzielili się wszystkim, co mieli. Troszczyli o siebie. Tak naprawdę mieli tylko siebie. Więc dlaczego?

Przypomniał sobie zachowanie Erena tego ranka. Bez wątpienia był szczęśliwy, nie wyglądało to na udawane. Cokolwiek się działo, musiało być czymś pozytywnym. Tylko czemu trzymali to w sekrecie? Wydawało mu się, że mogli sobie powiedzieć o wszystkim. Komu innemu, jeśli nie sobie nawzajem?

Armin szczerze miał nadzieję, że chodzi o jakąś głupią niespodziankę, czy żart. Ostatnią rzeczą, której chciał, było stracenie zaufania przyjaciół.

Chłopak przypomniał sobie o dziewczynie, która leżała w szpitalnym łóżku i czekała na rozprawę. Przypomniał sobie o dziewczynie, która czeka, aż ją wyciągnie z tego piekła. Przypomniał sobie nienawiść wszystkich do niej. Przypomniał sobie, że przecież on sam, z własnej woli będzie wyglądał w oczach swoich najbliższych jak zdrajca.

Chłopak przypomniał sobie o Annie i ukrył twarz w dłoniach.


Temperatura zmniejszała się z biegiem dnia. Słońce powoli barwiło niebo czerwienią, kryjąc się za horyzontem. Zaróżowione chmury leniwie płynęły po sklepieniu świata, popychane do przodu przez lekki wiaterek, który zerwał się pod wieczór.

Armin ponownie siedział na parapecie, tym razem skończywszy już swoją pracę. Rico wróciła na zaplecze, również dając sobie chwilę odpoczynku.

Chłopak wpatrywał się przez palce w stos książek, który tego dnia naprawił.

Plamy atramentu wsiąknęły już w jego skórę i wiedział, że trochę czasu minie, nim się zmyją. Pokłuł sobie palce igłą, którą zszywał kolejne tomiki i porozcinał skórę kartkami. Drobinki kleju zaschły mu na paznokciach.

Podniósł jeden z efektów swojej pracy i obrócił go w dłoniach, by zobaczyć tytuł. "Pół milenium poezji", głosiły wytłoczone na skórze, złote litery.

Ostatnim razem Armin czytał wiersze jeszcze przed atakiem, ponad sześć lat wcześniej. Jednak tamte wychwalały wielkość i trwałość murów, z czego chłopak zawsze drwił. I słusznie, jak się okazało. Co nie zmieniało faktu, że miło było trzymać w ręce jakiś dowód tego, że ludzie wciąż tworzyli.

Blondyn otworzył książkę, przewracając kilka pierwszych stron. Litery były ostre, poszarpane, jakby ktoś zapisywał tekst w głębokim zdenerwowaniu, jak gdyby chciał podrzeć papier piórem. Szorstkość kartki wydawała się być dużo przyjemniejsza, gdy się czytało, niż gdy trzeba było naprawiać tomik.

Oczy chłopaka wędrowały, linijka za linijką, wiersz za wierszem, chłonąc lekkie słowa. Poeta pisał o ptakach, lecących przez przestworza. O tym, jak otwarte niebo jest dla nich placem zabaw, o świście ich skrzydeł, gdy tną powietrze w locie.

Armin pamiętał, że w dzieciństwie marzył o tym, żeby być ptakiem. Chciał podróżować, obserwować, podziwiać. Chciał wyjrzeć za te wielkie mury, chociażby na chwilkę. A gdy już oswoił się z tym marzeniem, stało się odważniejsze - chciał latać. Nie chciał, żeby cokolwiek go ograniczało i zamykało, chciał być absolutnie wolny. Chciał lecieć nad górami, lasami, i w końcu - nad morzem. Chciał odbywać długie, długie wędrówki nad ciemnymi falami, czasem wznosząc się ku słońcu, a czasem muskając końcówkami skrzydeł wody.

Lecz z pewnością nie chciał być uwięziony w klatce, tak jak było to teraz.

Chłopak wsunął książkę do torby i postanowił wyjść na błonia.