Epilog

- Tak, dobrze... okej. No chodź. O tak. No, chodź tutaj. Chodź, chodź... Tak! - Dean wydał okrzyk radości unosząc obie ręce triumfalnie, stojąc na szczycie ścieżki wiodącej ze skalistej plaży, podczas gdy potwornie wielka demonica stała niezręcznie przed nim wyglądając na kompletnie zbitą z tropu.

Sam opierał się plecami o pierś Ruby i razem obserwowali jak radzą sobie Dean i jego demon.

- Dobra robota – powiedział Sam ze złośliwym uśmieszkiem bez śladu pochwały w głosie. - Zdołałeś namówić ją do zejścia z plaży. Teraz co?

- Pieprz się – odpowiedział Dean bez przekonania. - Właśnie pracuję nad „teraz co"... To ty tu miałeś być ekspertem, panie Jeźdźcze Demonów.

Sam zarumienił się odrobinkę na ten wciąż dość świeży tytuł, choć słowa te były powtarzane w jego domu już od paru miesięcy. Dopiero niedawno inni mieszkańcy wioski zaczęli zwracać się do niego per „Jeźdźcze Demonów" zamiast "Sam", było to coś, z czego Dean bez przerwy robił sobie żarty bo za każdym razem sprawiało, że czubki uszu Sama robiły się całe czerwone.

Dean już odwrócił się z powrotem do drugiego demona i wyciągnął dłoń by przycisnąć ją do jej miękkiej skóry i Sam nie mógł powstrzymać uśmiechu na ten widok, dwóch sylwetek na skraju klifu skąpanych w świetle zachodzącego słońca.

Tak jak tam siedział powietrze pachniało przyjemnie pomimo chłodu, był ze swoim bratem i związanym demonem i Sam pomyślał, że tak właściwie to sprawy układały się całkiem pomyślnie ostatnimi czasy.

Sześć miesięcy minęło odkąd Żółtooka Śmierć został pokonany, a Mary Winchester pomszczona i od tego czasu nie miał miejsca ani jeden atak na Lawrence. To był najdłuższy okres pokoju odkąd Sam miał cztery latka i nie mógł skłamać – pławił się w tym spokoju. Nawet z uzdrawianiem, jakie zafundowała mu Ruby zabrało mu to kilka tygodni, żeby powrócić do pełni sił. Biorąc pod uwagę to, że miał w piersi dziurę a w ciele prawie zabrakło krwi uważał, że dwa tygodnie były całkiem przyzwoitym okresem odpoczynku. W tym czasie pędził swoje życie z dwoma cieniami – zarówno Ruby jak i Dean niemal bez przerwy się o niego martwili, do tego stopnia, że prawie potknął się o ogon Ruby i złamał nogę.

Po tym nakazał im obojgu, żeby dali mu trochę miejsca no oddychanie.

Co do samego Lawrence to całkiem nieźle radziło sobie bez wojen – mogąc budować i kultywować, a nie tylko próbować przetrwać z dnia na dzień. Oczywiście z początku nie było łatwo – nigdy nie jest – ale teraz było już niezaprzeczalnie lepiej. Jesienne gatunki zboża zostały posiane, żaden piekielny ogień ich nie niszczył i nie palił, nie zniknęła jedna owca i pasterze mogli zabierać swoje stada coraz dalej od wioski bez obawy o atak.

Nie, żeby populacja demonów spadła. Właściwie to całkiem odwrotnie: odkąd nastąpił koniec Żółtookiej Śmierci demony powróciły na terytorium swoich przodków, do klifów i do lasu, a także na wrzosowiska. Teraz to było zupełnie normalne, widzieć je latające ponad ich głowami z wyspy nad wodę i z powrotem, polujące na swoje posiłki w niespokojnych wodach poniżej. No i, oczywiście, normalny widok stanowili także Sam i Ruby gdy zapuszczali się coraz dalej i dalej, gdzie Sam nigdy nie spodziewał się dotrzeć.

Starzy łowcy wciąż wzdrygali się i podskakiwali gdy wielkie zwierzęta przepływały nad wioską, wytrenowane dłonie od razu sięgały po broń, której nie trzymali już zawsze naostrzonej i naoliwionej. Ale nikt nie chciał na nowo rozpętać wojny. Nikt nie chciał by wróciła przemoc i powszechnie wierzono, że jeśli ktokolwiek skrzywdzi demona wszystkie znowu by się przeciwko nim sprzysięgły, więc każdy powstrzymywał instynkty. Pomagało też to, że Ruby była teraz znajomym widokiem i choć wciąż byli tacy, którzy z niej szydzili, większość mieszkańców szybko się do niej przekonała. Ciężko jest nienawidzić stworzenie, z którym żyje się na co dzień i Sam bardzo się z tego cieszył.

Kochał swój lud, swój dom. Chciałby, żeby oni kochali Ruby tak samo jak on.

Pomagało też to, że już nie był sam – Ava, jego przyjaciółka z dzieciństwa, związała się z małym pierzastym demonkiem, drugim powiązanym demonem w Lawrence. Meg, jak wołała na nią Ava, była jednak zbyt mała by jej dosiąść – jako dorosły demon rozmiarami dorównywała wioskowym psom. Avie wcale to nie przeszkadzało. Jak powiedziała, jest krawcową i wcale nie ma ochoty na rzucanie się z klifów.

Oczywiście skoro mieli już dwa powiązane demony Dean wbił sobie do głowy, że on też powinien mieć swojego. Upierał się, że jeśli Sam ma żyć przez kilka stuleci, to on też musi, bo nie ma mowy, żeby Sam kiedykolwiek został starszym z braci.

Co z kolei doprowadziło ich na pewne pole, na którym Dean stał przez dwa dni i produkował się w niebo chcąc zwabić jakiegoś demona na ziemię i „zrobić tą całą więź". Stamtąd przenieśli się do lasu i czołgali się przez knieję w poszukiwaniu demonich gniazd, a Ruby nieprzerwanie narzekała w głowie Sama ostrożnie manewrując przez kolczaste pnącza i krzaki jeżyn.

Sam trzymał się gdzieś między rozbawieniem a irytacją, aż w końcu Dean załamał ręce i się poddał. I Sam wierzył, że mu przeszło, gdy dwa dni temu brat wrócił do domu cały w piachu twierdząc, że znalazł demona na plaży.

Nie wszystkie rodzaje demonów miały skrzydła, a choć większość z nich powróciła na główny ląd to część wciąż żyła na Piekielnych Wrotach – był to temat, o który Sam bez przerwy wiercił Johnowi dziurę w brzuchu. Właściwie to był przekonany, że jeszcze ze dwie porządne, długie kłótnie i ojciec się ugnie i pozwoli wziąć łodzie i przywieźć demony z powrotem.

W międzyczasie zdawało się, że jedna duża samica wzięła sprawy we własne ręce (albo łapy) i postanowiła po prostu przepłynąć tych kilka mil oceanu pomiędzy wyspą a Lawrence. Miała błoniaste łapy i płetwy na zdumiewająco długim ogonie, więc jasnym było dla Sama, że świetnie się do tego nadawała. Wciąż jednak była kompletnie wyczerpana, a Dean najwyraźniej spędził dzień karmiąc ją rybami.

Teraz zdołał sprowadzić ją z plaży, choć wciąż była odrobinkę nieufna co do całej tej operacji, rzucając nerwowe spojrzenia na wioskę.

Była duża i długa – jak gigantyczny wąż morski z nogami tak długimi jak dwa razy końskie, gibką szyją i ogonem dłuższym nawet niż reszta jej ciała. Nie miała skrzydeł, a także łusek, a jej skóra była ciemna jak u Ruby na grzbiecie, ale na brzuchy przechodziła w srebrzystą, jak u ryby.

- Wiesz, że nie będziecie mogli z nami latać – napomknął Sam z nutą rozczarowania w głosie. Uwielbiał latać, ale myśl, że mógłby lecieć z Deanem u boku, oni i ich demony razem – no dobrze, może wizja nieco zbyt romantyczna i nie mógł wyobrazić sobie Deana, jak zachowuje się tak kochaśnie, ale brzmiało przyjemnie. Raz zabrał Deana ze sobą na grzbiecie Ruby, ale to nie było to samo.

Głównie dlatego, że Dean nie przestawał krzyczeć postaw mnie na ziemi postaw mnie na ziemi!

- Jakbym chciał – prychnął Dean. - Nie cierpię latania. Ja i Imp wolimy ziemię, prawda, śliczna? Latanie jest dla głupków i frajerów.

- Imp? - Sam uniósł brew.

- Tak, tak ma na imię – odparł Dean szczerząc się jak dziecko. - Jest skrzatem. No wiesz, małym, słodkim demonkiem.

- Dean, jest tak duża jak cały nasz dom.

- Nie mów niegrzecznie o moim demonie, Sam – powiedział butnie Dean unosząc ręce i biorąc zgrabny nos Imp w dłonie. Sam tylko westchnął i przewrócił oczami. Oczywiście, że tak właśnie zachowa się Dean.

Sam dźwignął się na nogi, wytrzepał spodnie do lotów z liści i grudek ziemi czując jak Ruby podnosi się na jego plecami i potrząsa swym wielkim cielskiem. Miała teraz na sobie prostą skórzaną uprząż, coś, za co Sam mógł się złapać będąc na jej grzbiecie, z paskami, żeby się przypinał gdy Ruby nurkowała. Robotę wykonał dla niego jeden z garbarzy, ze skóry jelenia, którego upolowali we dwoje.

- Idziesz sobie? - spytał Dean wciąż bezmyślnie głaszcząc Imp wyglądającą teraz na nieco mniej zdenerwowaną przeprowadzką z plaży.

- No. Chcieliśmy ogarnąć okolicę zanim słońce zajdzie, a potem może coś upolować na dzisiejszą kolację. - Polowanie zawsze udawało się najlepiej wczesnym rankiem albo o zmierzchu – wtedy, kiedy zwierzyna podejmowała największe ryzyko przy opuszczaniu kryjówek. Choć dzisiaj akurat Sam miał smaka na rybę.

- Cóż, uważajcie na siebie – przykazał surowo Dean, jak zawsze, jakby istniało jakieś niebezpieczeństwo czyhające na demonicę i jej jeźdźca. Sam tylko się zaśmiał pod nosem i potrząsnął głową, podchodząc do niego.

- Nic nam nie będzie, jak zawsze. - Zerknął na wioskę upewniając się, że nikt nie widzi i pochylił się składając krótki pocałunek na ustach Deana. Brat odwzajemnił się tym samym i osobiście na wszelki wypadek spojrzał na wioskę, dla pewności, kiwając głową na znak, że było bezpiecznie.

- Tak, cóż... - Dean wzruszył ramionami kołysząc się na piętach. - W takim razie zobaczymy się w nocy. Oczekuję czegoś świeżego i pysznego, wiesz. Założę się, że Tata też. Rozpieszczasz nas.

- Czy ja tego nie wiem – odparł Sam podchodząc do Ruby czekającej na niego na krawędzi klifu. Złapał się pasków uprzęży i podciągnął w górę siadając okrakiem na jej grzbiecie. Wcisnął stopy w odpowiednie pętle i podpiął linki do spodni. Nie potrzebował wodzów ani cugli – on i Ruby latali jako jedna istota, jeden umysł. On i jego demonica.

Ruby cofnęła się nieco rozprostowując skrzydła i niecierpliwie stąpając w miejscu.

- Więc zobaczymy Imp w domu? - spytał Sam patrząc na brata z uśmiechem.

- Eh, zobaczę co mi się uda z nią zrobić.

- Tata będzie zachwycony drugim demonem w domu.

- Stary, ona się nie zmieści w domu.

- W takim razie może będziemy musieli pomyśleć o zbudowaniu własnego – odparł Sam i uśmiechnął się przekornie widząc jak oczy Deana rozwarły się szeroko, wyglądało to komicznie. Sekundę później Ruby rzuciła się z klifu w powietrze otwierając skrzydła i łapiąc bryzę unoszącą się znad wody.

- Hej! - krzyknął Dean oburzony, ale było już za późno na protesty.

Sam wybuchnął śmiechem gdy razem z Ruby wznieśli się do nieba z rozpostartymi skrzydłami i sercami bijącymi w jednym rytmie.

Nazywam się Sam i mieszkam nad morzem, na skraju klifu z widokiem na koniec świata.

Powietrze tutaj zawsze jest zimne, nawet latem gdy dni są dłuższe, a sztormy targają morzem, ale mój lud nauczył się je wykorzystywać, kooperować z naturą. Zbiory są ciężkie, a zima jeszcze gorsza, ale po raz pierwszy od dawna obserwujemy jak nadchodzą śniegi ze spichrzami pełnymi jedzenia i radością w domach. Po raz pierwszy od dawna stawiamy czoła nocy bez lęku.

Walczymy z naturą o każdy centymetr, każdy oddech i z każdej bitwy wychodzimy zwycięsko – nawet z tej próby jaką było złożenie broni, poddanie się i patrzenie na byłych wrogów jako nowych sprzymierzeńców. Mój lud się zmienia, odrobinę każdego dnia i kiedy patrzę na nich mam nadzieję, że widzą dumę w moich oczach.

Kiedy jeszcze byłem mały matka opowiadała historie o mężczyznach i kobietach, którzy dosiadali demonów, którzy udomowili niebo i ziemię i dzielili sny ze stworzeniami, które dzieliły z jeźdźcami swoje życie. Mężczyźni i kobiety, którzy żyli setki lat wraz ze swymi towarzyszami, służąc swemu ludowi pomocą i mądrością: zarówno ludziom jak i demonom.

Historie o tym, jak demony żyły z ludźmi i ludzie nie bali się ciemności.

Historie, które nie są już jedynie historiami.

Widzę rosnące z wiekiem zadowolenie na twarzy ojca i widzę uśmiech na twarzy brata, czekających na mnie. Z wiatrem we włosach i szerokim światem wokoło nie boję się. Już się nie boję.

Nie muszę uciekać.

Mogę latać.

/txtbreak/

A więc to koniec! :D Było fajnie i cieszę się, że Tobie też się jednak spodobało, limbo! W końcu to było dla Ciebie :) Mam nadzieję, że Wam wszystkim też chociaż nie obraziłabym się gdybyście dawali mi znać troszkę częściej ;p

Mam jednak nadzieję, że zobaczymy się jeszcze przy okazji innych historii. Jako następną planuję przetłumaczyć drugą część Drużyny Dziewięciu. Zainteresowanych bardzo serdecznie zapraszam.

Chętnie przetłumaczę też coś jeśli macie jakieś propozycje. Moje PM jest zawsze otwarte :)

To tyle na razie, jeszcze raz dzięki za alerty i komentarze i miłego wieczoru!