Co się działo w zamkniętym odziale psychiatrycznym, niech w nim zostanie – tę sentencję Sam powtarzał sobie nad wyraz często. Nawet jeśli wydarzenia, które miały tam miejsce nie były prawdziwe. Z pewnością byłby przez Deana, bądź kogokolwiek innego, potępiony, Sam o tym wiedział, dlatego musiał to zachować dla siebie, tylko i wyłącznie.

Bo było to złe, bardzo złe, ale jednocześnie tak przyjemne i właściwe, że młody łowca nie potrafił oprzeć się pokusie. Ramiona; chłodne, gwarantujące bezpieczeństwo, i czułe słówka; ogrzewające serce, ujarzmiające niespokojne myśli, i twarz; znajoma, już nie wykrzywiająca się w drwiących uśmieszkach.

Sam w ten właśnie sposób zapamiętał pobyt w psychiatryku. Nie było tortur, wrzasków, krzyków, zmieniania rzeczywistości. Był tylko on i upadły archanioł, razem, na zawsze. I ten stan rzeczy miał się nie zmienić, wedle zapewnień Lucyfera, jednak nie przewidzieli tego, że nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swój początek i koniec, nawet ich szczęście.

Pamiętał dobrze wspólnie spędzoną ostatnią noc. Ostatnią. Lecz nie wiedzieli o tym, nie spodziewali się tak rychłego zakończenia.

Leżeli na szpitalnym łóżku, nogi splątane, głowa bruneta spokojnie spoczywająca na klatce piersiowej Lucyfera, podbródek archanioła zanurzony w ciemnych włosach Winchestera, i kompletna cisza wokół nich. Jedynie ich oddechy wypełniały pomieszczenie, spokojne i równomierne. Nie spieszyło im się, w końcu mieli dla siebie całą wieczność, zawzięcie przekonani, że już nikt i nic ich nie rozdzieli. Blondyn co jakiś czas szeptał wprost do ucha Sama, deklarował swoją miłość, snuł plany na przyszłość, obiecywał lepsze jutro, zapewniał, że go stamtąd wyciągnie. A Sam? A Sam słuchał słów swojego anioła, chcąc w to wierzyć, delikatnie zataczając małe kółeczka na zielonej koszulce Lucyfera, z zamkniętymi oczami wyobrażając sobie siebie wraz z niebieskookim za kilkanaście lat. I nic tak nie rozgrzewało jego serca jak myśl, że będą szczęśliwi, że wszystko się ułoży, że założą rodzinę. Sam uśmiechał się. Archanioł składał pocałunki na czubku głowy łowcy, odwzajemniał uśmiech.

Lecz nagle Winchester został wyrwany z tej pięknej obłudy, jedyne, co zdążył zauważyć, to Castiel kładący dłoń na jego czole. Potem zniknęło absolutnie wszystko, tylko tym razem nie czuł bólu. Zamiast tego, fala obrazów przewijała się przez jego umysł; Lucyfer, ich wspólne chwile. To pojawiało się najczęściej.

Realistyczne, może aż za bardzo, ukłucie w okolicy klatki piersiowej sprawiło, że Sam obudził się z krzykiem. Dyszał ciężko, włosy miał przyklejone do czoła, a serce boleśnie szybko obijało się o żebra.

– Lucyfer... – wyszeptał i ukrył twarz w dłoniach. – Lucyfer... – łzy zaczęły spływać po czerwonych policzkach.

– Spokojnie, Sam – ledwo usłyszał głos Deana, który zaalarmowany zachowaniem swojego brata natychmiast stanął przy jego łóżku.

– Lucyfer, on... – mężczyzna już chciał powiedzieć prawdę, nie mogąc tłumić w sobie tylu emocji, ale przerwano mu.

– Hej, Sammy, oddychaj. Diabła już nie ma, pozbyłeś się go. Sam tego dokonałeś, sam zesłałeś jego żałosne dupsko do Piekła. To wszystko dzięki tobie.

I Sam zaniósł się okropnym szlochem, wiedząc, że Dean ma rację, że to on pozbawił się szansy na szczęście, na miłość. Już nigdy nie zobaczy Lucyfera, nie spotkają się, nie poczuje chłodu jego ciała i gorąca jego słów. Już nigdy się nie uśmiechnie, już nigdy nie usłyszy cudownych obietnic i deklaracji, już nigdy nic nie będzie dobrze. I to tylko jego wina.

Starszy Winchester objął brata, będąc przekonanym, że są to łzy radości i ulgi, nawet nie podejrzewając, że Sammy, jego mały braciszek cierpi takie katusze, nie mogąc o tym nikomu powiedzieć, będąc przeświadczonym, że zostanie odrzucony.

Została teraz tylko pustka i smutek i Sam mógł przysiąc, że czasem w nocy, podczas tych bezsennych nocy słyszy lamenty archanioła.

Jego archanioła.