UWAGA! Autorką opowiadania jest Wizards-Pupil, ja tylko tłumaczę na Polski. :)

- Przyszedłem ją obudzić! – warknął wściekle Ron. – Co tu robisz? – Jego oczy zatrzymały się na koszuli Freda i zwęziły, kiedy zobaczył, że była rozpięta. – Na brodę Merlina! Bzykaliście się w łóżku Ginny?- Rzucił się do przodu z morderczym wzrokiem. Hermiona krzyknęła i spadła na podłogę, kiedy Fred wstał nagle z zaciśniętymi pięściami. Ron przeszedł nad Hermioną i upadł na łóżko, kiedy Fred w ostatniej chwili usunął się z drogi. Uklęknął i szybko chwycił Hermionę, pomagając jej wstać i sprawdzając czy nic jej się nie stało, a następnie odwrócił się do Rona.

- Nie rozumiem o co ci chodzi, ale jeśli kiedykolwiek jeszcze raz spróbujesz zaatakować mnie albo Hermionę, to przysięgam na Merlina… - Wyciągnął różdżkę i skierował ją na klatkę piersiową brata. Hermiona otrząsnęła się z szoku i wystrzeliła do przodu.

- Fred! – wydyszała, chwytając jego różdżkę i kierując ją w dół, na podłogę. – Nie rób tego, on nie miał takiego zamiaru.

- Jak cholera. – powiedział Ron, kipiąc ze złości. Fred jeszcze raz spiorunował go wzrokiem, zanim z powrotem odwrócił się do Hermiony, z różdżką wciąż skierowaną na podłogę.

- W porządku Hermino. Spotkajmy się w miejscu, w którym pocałowaliśmy się po raz pierwszy, bo tutaj raczej nie zaznamy spokoju. – powiedział, znów zerkając na Rona. Deportował się z głośnym trzaskiem i Hermiona odwróciła się, również piorunując Rona wzrokiem najmocniej jak potrafiła.

- Zobacz co zrobiłeś! – wykrzyknęła, czując coraz większą panikę. – Ty durniu, teraz nie mam pojęcia dokąd poszedł!

Wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi i biegnąc w kierunku schodów, całkowicie ignorując ból w nodze. Musiała szybko znaleźć Freda, a potem szybko wymyślić coś, żeby wytłumaczyć zachowanie Rona.

- George! – krzyknęła, mając nadzieję, że jest w Norze, usłyszy ją i będzie wiedział, gdzie znajduje się jego bliźniak. Bo ona na pewno nie miała pojęcia.

- Tak? – zawołał, pojawiając się na dole schodów. Zaczęła biec w jego kierunku tak szybko jak mogła, utykając lekko z powodu zranionej nogi. George również zaczął wbiegać po schodach w jej kierunku, przeskakując po dwa schodki na raz.

- Wiesz gdzie jest Fred? Właśnie się deportował, chciał żebym spotkała się z nim w miejscu, gdzie pocałowaliśmy się po raz pierwszy. – Z jej głosu wywnioskować można było, że znajduje się na granicy histerii.

- Spokojnie Hermiono. Znajdę go, tylko daj mi chwilę. – Położył jej rękę na ramieniu i sięgnął ręką do kieszeni. Wyciągnął z niej mały klucz, który wydawał jej się dziwnie znajomy. Mrugnął do niej i rzucił na siebie zaklęcie kameleona, zanim nieco zacieśnił uścisk na jej ramieniu. Podrzucił kluczyk w powietrze, a Hermina poczuła znajome uczucie, które towarzyszyło jej zawsze, kiedy się deportowała.

Aportowała się na boisku od quidditcha za Norą i od razu upadła na ziemię.

- Merlinie, Hermiono! – wydyszał George. – Przepraszam.

Pokręciła głowa, nie chcąc, żeby został zauważony. Zaczęła się podnosić, ale zanim zdołała to zrobić, poczuła jak czyjeś silne ramiona podnoszą ją do góry. Fred przyciągnął ją mocno do siebie i nie do końca zdołała zorientować się, że to on, dopóki ich usta nie złączyły się w pocałunku.

Westchnęła zaskoczona, ale zdołała jakoś to ukryć i natychmiast odpowiedziała na pocałunek. Objęła go za szyję i przyciągnęła go do siebie tak blisko, jak tylko mogła. Ciepło i pożądanie, które czuła wcześniej powróciły i nie walczyła z pokusą, żeby przyciągnąć go bliżej do siebie. Jęknął i również przyciągnął ją bliżej. Po chwili odsunął się, żeby nabrać powietrza.

- Nie mogę uwierzyć, że pamiętałeś. – powiedziała Hermiona, pozwalając łzom napłynąć jej do oczu. Miała nadzieję, że właśnie tak powinna się zachować. Wiedziała, że gdyby chodziła z chłopakiem ponad dwa lata, byłaby wzruszona że pamięta miejsce ich pierwszego pocałunku.

- Jak mógłbym zapomnieć? – zapytał, uśmiechając się lekko. – Przeklęłaś mnie za to, że zmusiłem cię do lotu, a potem mnie pocałowałaś. – Ona również uśmiechnęła się, słuchając wyjaśnienia. Podobała jej się ta wizja, chciałaby żeby to wydarzyło się naprawdę.

Właściwie, to chciałaby, żeby dużo rzeczy z tego snu wydarzyło się naprawdę. Trochę ją to przerażało, ale chciała, żeby to wszystko mogło okazać się prawdą. Po chwili uświadomiła sobie, że trochę odpłynęła, więc zmusiła się, żeby wrócić do rzeczywistości.

- Mogę zadać ci pytanie? – zapytała cicho, a on wciąż obejmował ją w talii. Pomagał jej utrzymać się na nogach i była mu za to niezmiernie wdzięczna.

- No pewnie, jestem otwartą księgą, pamiętasz?

Uśmiechnęła się i pokiwała głową.

- No pewnie. Czemu byłeś w moim pokoju kiedy się obudziłam i czemu nikt inny o tym nie wiedział?

Uśmiechnął się szeroko i uniósł sugestywnie brwi.

- Tęskniłem za tobą. Wczorajsze popołudnie zostało dość szybko przerwane, więc pomyślałem, że możemy zacząć dzisiaj wcześnie. – Uniósł rękę i odgarnął jej lok z twarzy, sprawiając, że delikatnie się uśmiechnęła. Podobało jej się, kiedy to robił, zawsze chciała mieć takiego chłopaka. To prawdopodobnie głupie, ale zawsze była zazdrosna, kiedy widziała jak Harry robi to Ginny. To wydawał się być taki romantyczny, czuły gest. Mimo wszystko nigdy nie mogła wyobrazić sobie chłopaka, który chciałby robić to z jej rozczochranymi, krzaczastymi, kręconymi, szalonymi włosami.

Przytrzymał kosmyk, pozwalając, żeby w znajomy sposób owinął się wokół jego palca. Uśmiechnął się, z czułością w oczach.

- Też za tobą tęskniłam. – powiedziała, z lekko zamglonym wzrokiem. – Przepraszam za wczoraj.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach można było zobaczyć iskierki radości.

- Właściwie, to chciałem z tobą o tym porozmawiać.

- Naprawdę?

- Tak. – powiedział powoli, lekko zdenerwowanym głosem. Spuścił wzrok i lekko przygładził szatę, co bardzo wyraźnie ukazywało, jaki był zdenerwowany.

Hermiona również trochę się zdenerwowała, bo nie pamiętała, żeby kiedykolwiek widziała go takiego niepewnego siebie. Co miał zamiar jej powiedzieć? Otworzyła usta, żeby go o to zapytać, ale nagle poczuła w nodze nagły skurcz bólu. Straciła równowagę i chwyciła się za nogę, czując, że upada na ziemię. W ostatniej chwili została złapana przez Freda.

- Hermiono? – wykrzyknął, delikatnie kładąc ją na ziemię. Zatrzęsła się lekko, czując ogromny ból, pochodzący od nogi, który teraz rozprzestrzeniał się po całym ciele. Czuła się tak, jakby ktoś rzucił na jej nogę klątwę torturująca, a ona rozchodziła się na całe ciało.

- Hermiono! – zawołał kolejny głos, niemalże identyczny jak poprzedni. Otworzyła oczy, ale nie była w stanie nic zobaczyć z powodu oślepiającego bólu.

- George? – zawołał Fred, błagalnym tonem.

- Przytrzymaj ją na ziemi Fred! – odpowiedział George, głosem nie znoszącym sprzeciwu. Fred wykonał polecenie i mocno trzymał ją za rękę. Jej ostatnie myśli wędrowały wokół silnie obejmującego ją ramienia, a potem straciła świadomość, kiedy poczuła kolejny przypływ bólu.

{}o{}o{}

Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Delikatne uczucie kołysania powoli wyciągnęło Hermionę z czarnej otchłani, w którą się zapadła i powoli stawała się świadoma głuchego odgłosu rozbrzmiewającego tuż przy jej uchu. Bicie serca uspokoiło ją nieco i pomogło skupić, kiedy wracała do rzeczywistości. Jej noga wciąż pulsowała bólem, a plecy wydawały się sztywne, pomimo tego, że ktoś delikatnie je masował.

Próbowała wziąć głęboki oddech, ale jej płuca zaprotestowały i udało jej się tylko odkaszlnąć. Jej nozdrza wypełniły znajome zapachy i uświadomiła sobie, kto trzyma ją w ramionach.

- Fred? – wykrztusiła, ochrypłym głosem. – Harry? George? – Kiedy powiedziała ich imiona, zdała sobie sprawę z osobliwości sytuacji. Jakie to dziwne, że bliźniacy tak szybko zastąpili Rona.

- Hermiono? – zapytali równocześnie, a w każdym z głosów można było wyczuć zdenerwowanie i nadzieję. Zamrugała oczami, zdając sobie sprawę, ze znajduję się w jakimś jasnym i ciepłym pomieszczeniu. Jej oczy powoli przystosowały się do światła i zobaczyła, pochylającą się nad nią, zmartwioną twarz Freda. Nie powinien wyglądać na tak zmartwionego. Pomyślała, czując dziwny ból w sercu. Tak szczęśliwa osoba powinna wyglądać tylko i wyłącznie radośnie. Harry i George również pochylili się nad nią i poczuła jak na twarz wpełza jej lekki uśmiech. Byli tu z nią, bezpieczni, wszystko było w porządku.

Zamknęła na chwile oczy i skupiła się na wzięciu oddechu tak, żeby się nie rozkaszleć. Noga wciąż mocno ją bolała, ale teraz nie wydawało się to już takie ważne.

- Co się stało? – zapytała cicho, wciąż lekko zachrypniętym głosem. Jak długo już tak leży?

- Zemdlałaś. – odpowiedział Fred, wciąż z niepokojem w oczach. – George pomógł mi przenieść cię do Nory. Harry powiedział nam, żebyśmy zabrali cię do św. Munga, więc tak zrobiliśmy.

- Rozmawiałem z uzdrowicielem Millerem, powiedział, że przyjdzie się z tobą zobaczyć, kiedy tylko się obudzisz. – wytłumaczył Harry, pochylając się bliżej i kładąc jej rękę na czole, sprawdzając gorączkę mugolskim sposobem. To sprawiło, że trochę się zrelaksowała, kiedy przypomniała sobie, jak robiła to jej mama, kiedy była mała. Jednak po chwili z jakiegoś powodu trochę ją to zasmuciło, więc przestała o tym myśleć.

- Przepraszam. – wydusiła z siebie, czym zasłużyła sobie na zaskoczone spojrzenia trójki chłopaków.

- Niby za co? – zapytał George, marszcząc czoło, kiedy Harry pokręcił głową z rozbawieniem.

- Za to, że tak bardzo się martwiliście.

- Cholera – zaczął Fred, kiedy George odwrócił się, próbując ukryć śmiech. – Zemdlałaś na środku boiska od quidditcha, zwijając się z bólu i jeszcze za to przepraszasz? Merlinie, jesteś beznadziejna. – powiedział, kręcąc głową i odgarniając jej włosy z twarzy, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że jej czoło wciąż było mokre od potu. – Ale i tak wciąż cię kocham. – dodał, lekko całując ją w czoło. Uśmiechnęła się lekko i poczuła, że ból trochę zelżał.

- Nie będziemy mogli tu zostać, kiedy będzie cię badał. To jakaś nowa zasada. – powiedział po chwili Harry, wciąż trzymając dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się do niego, marszcząc lekko czoło.

- Dlaczego?

- Nie mam pojęcia, ale będziemy czekać na zewnątrz i wrócimy do ciebie, kiedy tylko nam pozwolą. – zapewnił Harry, a Fred i George kiwnęli głowami.

- O…okej. – powiedziała powoli, zerkając nerwowo na drzwi. Nie wiedziała dlaczego, ale nie podobało jej się to, że musieli wyjść. Czuła się jakoś dziwnie niepewnie. Poza tym czuła się tak bezpiecznie w ramionach Freda.

- Jeśli nie chcesz żebyśmy wychodzili, to tego nie zrobimy. – powiedział Fred, delikatnie głaszcząc ją po policzku.

- Właśnie, zostaniemy niezależnie od tego, co powiedzą. – dodał Harry. George położył jej rękę na kolanie, chcąc dodać jej odwagi i pozwalając by ten gest zapewnił ją, że on również zostanie.

- Nie, w porządku. Dam sobie radę. Poza tym, przecież to nie będzie trwać długo, no nie? Idźcie, zawołam was gdybym potrzebowała pomocy. – powiedziała. Odwróciła się do Freda i spojrzała mu w oczy. Były ciemnoniebieskie i przepełnione taką ilością emocji, że nie byłaby w stanie ich wszystkich zidentyfikować. Mogłaby w nie patrzeć w nieskończoność, jeśli tylko dostałaby na to szansę. Nie zdała sobie sprawy, że przybliża się do niego, ani że oblizała wargę, dopóki nie przykuło to uwagi Freda.

- Będziemy czekać. – powiedział, głosem tylko trochę głośniejszym od szeptu. Kiwnęła głową, niezdolna do tego, by odwrócić wzrok. Pochylił się nad nią, a ona uniosła się lekko, żeby go pocałować.

- Panno Granger?

N/A: Dwa tygodnie temu zapomniałam wspomnieć, że wyjeżdżam i nie dam rady wstawić rozdziału. Przepraszam więc za ten tydzień przerwy i mam nadzieję, że ten rozdział się podobał. ;) He